12. stycznia br. odbyło się w Krakowie spotkanie pt. Czy Kurdowie potrzebują państwa? Główną mówczynią była socjolożka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr Beata Kowalska, która w swych pracach naukowych podejmuje tematy muzułmańskiego feminizmu oraz sytuacji kobiet w krajach Bliskiego Wschodu. Jest ona również współzałożycielką Kurdyjskiego Centrum Informacji i Dokumentacji w Krakowie. Poniższy wywiad został przeprowadzony po spotkaniu. Pytał: Jędrek.

David Graeber porównał walkę Kurdów w Kobane do hiszpańskich anarchistów w Barcelonie w roku 1936. Oczywiście można by w historii poszukać jeszcze kilka innych porównań. Cóż jest tak atrakcyjnego w Kobane, iż przyciąga odruchy solidarności niemal na całym świecie?

David Graeber jest świetnym antropologiem, działaczem związkowym i aktywistą. Jego apele o wsparcie dla Kobane są poruszające i mają przykuć uwagę świata – a przynajmniej środowisk wolnościowych – do walki syryjskich Kurdów. Kurdyjski region Rojava („zachód” – w języku kurdyjskim)), gdzie leży Kobane, po wycofaniu armii Assada, stał się miejscem demokratycznego eksperymentu. Ponad dekadę temu pracowałam dłużej w okolicach, stąd mogę ocenić skalę wprowadzanych zmian. Jest to rejon zróżnicowany etnicznie – a może raczej religijno-etnicznie, bo to religia[1] jest tam ważnym wyznacznikiem społecznej tożsamości – co znalazło odbicie w nowej strukturze organizacyjnej. Jej podstawą są zgromadzenia ludowe, w których jest miejsce dla przedstawicieli/ek tych społeczności, do tej pory traktowanych jako obywatele/ki drugiej kategorii. Samorządne wspólnoty, oparte na demokracji bezpośredniej i spółdzielczej gospodarce od razu nasuwają skojarzenia z meksykańskim Chiapas czy ideami Murraya Bookchina. Z szacunkiem patrzę na decyzje dotyczące uprawomocnienia kobiet: parytety w ciałach decyzyjnych, kryminalizację przemocy wobec kobiet, zwłaszcza zabójstw honorowych[2]. Osoba dopuszczająca się aktów przemocy nie może zajmować funkcji publicznych. Kobiety stanowią 35% tamtejszej armii, tworząc autonomiczne oddziały. To one między innymi wyprawiły się na teren Iraku, by uratować ukrywających się w górach Sindżaru jezydzkich uchodźców, po tym jak zostali porzuceni przez peszmergów – wojsko irackich Kurdów. Te i inne fakty rozbudzają na nowo nasze nadzieje, że inny świat jest możliwy. Co jednak budzi moje wątpliwości? Demokratyczna Partia Jedności (PYD), która jest głównych politycznym aktorem wprowadzanych zmian, jest syryjską frakcją Partii Pracujących Kurdystanu od lat walczącej z tureckim państwem. Ta autorytarna formacja o silnym rysie marksistowsko – leninowskim przeszła w ostatnich latach demokratyczną transformację (nie potrafię do końca ocenić głębokości tych zmian, bo informacje docierają do nas przede wszystkim z kurdyjskiej diaspory w Europie, mniej z regionu). Jednak lata współpracy i wsparcia dla PKK ze strony Damaszku przyniosły pakt o nieagresji z reżimem Baszara al-Assada, dzięki czemu udało się przejąć kontrolę nad syryjskimi obszarami, zamieszkanymi przez ludność kurdyjską. Inną kwestią pozostają docierające do nas informacje o przymusowym poborze do Powszechnych Jednostek Obronnych (zbrojne ramię PYD), zwłaszcza osób między 12 a 18 rokiem życia (protesty z grudnia ubiegłego roku w sprawie wcielenia do wojska 15-letniej Hemrin Aidi). Choć dowództwo odcina się od tych praktyk, szczegółowy raport Human Right Watch nie pozostawia wątpliwości, co do prawdziwości doniesień o udziale nieletnich w armii. Przy całej sympatii dla demokratycznych zmian w Rojavie, jeśli naprawdę zależy nam na wolności, nie wolno milczeć na ten temat.

Apel Graebera ma pobudzić do koniecznego w tym czasie działania, stąd pewne uproszczenia czy przemilczenia. Temu samemu celowi ma służyć porównanie z rewolucją hiszpańską. Jasne, że jakieś analogie możemy znaleźć. Jednak, jak zauważyłeś, nie lubię porównań. Chociaż może tutaj niepotrzebnie się czepiam. Zapalają u mnie taką czerwoną lampkę, postkolonialną czujność. Zwykle te analogie idą w jedną stronę – porównujemy demokratyczne zmagania toczące się gdzieś na świecie, do tego, co miało miejsce u nas. W ten sposób nasza część globu pozostaje głównym punktem odniesienia, nawet w ruchach wolnościowych. Tymczasem na świecie ma miejsce wiele imponujących, demokratycznych inicjatyw, czy to w Ameryce Południowej, Azji czy Afryce, które choć są silnie zakorzenione w tamtych kontekstach, mogą być dla nas inspiracją do działania. Nie odzierajmy ich jednak z lokalnej specyfiki, która daje im siłę, za wszelką cenę starając się pokazać, że są podobne do czegoś u nas.

Kurdowie, jak chyba niemal każdy naród, są sami w sobie bardzo podzieleni. Żyją w kilku państwach, w różnych uwarunkowaniach społeczno-politycznych, czasem maja odmienną kulturę, jak i zapatrywania polityczne. Co jest szczególnego w syryjskich Kurdach z Rojavy na tle Kurdów z innych regionów Bliskiego Wschodu?

By odpowiedzieć na Twoje pytanie, musimy się cofnąć nieco w czasie. Pełne politycznych napięć XX stulecie podzieliło Bliski Wschód sztucznymi granicami, przez co kurdyjskie społeczności znalazły się w odmiennych państwowych organizmach, w izolacji od siebie. Ten największy, około 40 milionowy naród bez państwa, żyje przede wszystkim w Turcji, Iraku, Iranie i Syrii. Separacja spowodowała, że jego rozwój przebiegał odmiennie w każdym z krajów wzmacniając i tak już istniejące zróżnicowanie w sferze języka, kultury czy politycznych dążeń. Przykładem trudności w budowaniu narodowej tożsamości niech będzie choćby tylko przykład alfabetu. Kurdowie w Turcji, mówiący w kurmandżi używają alfabetu łacińskiego, w Iraku sorani zapisują alfabetem arabskim, w Armenii spotkałam zapis cyrylicą.

Paradoks polega na tym, że Kurdowie z jednej strony budują swoje życie w państwach, w których żyją, z drugiej – są nie do końca zasymilowaną mniejszością ze współczesnymi społeczeństwami tych państw. Kluczowe dla budowania kurdyjskiej tożsamości były lata 80. kiedy we wszystkich częściach Kurdystanu nasiliła się polityka, której celem było zniszczenie tożsamości kurdyjskiej. Deportacje, masowe przesiedlenia, surowe represje jedynie wzmocniły determinację w zachowaniu własnej kultury. Wtedy też powstaje kurdyjska partyzantka. Symbolem tego okresu stała się Halabdża – wymarłe miasto, gdzie na rozkaz Saddama Husseina użyto broni chemicznej. Zginęło wówczas 5 tysięcy ludzi. Nawet polskie gazety, co należy do rzadkości, w 25. rocznicę tej zbrodni pisały „Hussein mordował, Zachód milczał”.

Powracającym rysem najnowszej historii jest instrumentalne traktowanie kwestii kurdyjskiej przez międzynarodowe potęgi i lokalne siły dążące do zdobycia przewagi w regionie. Manipulowanie frakcjami kurdyjskimi, wygrywanie ich przeciwko sobie, osłabiło i osłabia ruch ogólnonarodowy. Sytuacja po I wojnie w Zatoce przyniosła istotną zmianę. Utworzenie strefy zakazu lotów i powstanie Kurdyjskiego Regionu Autonomicznego było wydarzeniem bez precedensu w historii kurdyjskiej. Po 11-mięsiecznym epizodzie lewicowej Republiki Mahabadzkiej w Iranie w latach 40., mogły znowu powstawać kurdyjskie uniwersytety, gazety, inwestycje. Powstało kurdyjskie proto-państwo, wspierane przez zachodnich sojuszników.

I tutaj zarysowują się główne linie kurdyjskich podziałów, zwykle nie omawiane przez media. Nie wchodząc w szczegółowe kwestie podziału władzy[3] w Kurdyjskim Regionie Autonomicznym, można powiedzieć, że mamy dwie główne osie kurdyjskiej polityki. Rząd regionalny, który kontroluje znaczną część sektora energetycznego w irackim Kurdystanie przychylnym okiem patrzy na Ankarę, zawierając długoterminowe umowy na dostawy ropy, ponad interesami, a może lepiej byłoby powiedzieć pomimo braku dostępu do podstawowych praw swoich rodaków w Turcji. Drugim graczem jest PKK, pierwsza partia kurdyjska o ambicjach ogólnonarodowych, która stawia na opcję irańską, zachowując poprawne stosunki z syryjskim reżimem, utrzymując też półoficjalne stosunki z Bagdadem. Jej więziony od 16 lat przywódca, Abdullah Öcalan, zainspirowany ideami Bookchina, przystosował koncepcję Demokratycznego Konfederalizmu[4] do warunków lokalnych. To te idee wcielane są w życie w Rojavie od 2012 roku. Stosunek do nich najlepiej ilustruje fakt wyłączenia delegacji z Rojavy w pokojowej konferencji w Genewie.

Czy możemy mówić o jakimkolwiek wsparciu dla niepodległościowych dążeń syryjskich (choć nie tylko) Kurdów ze strony mocarstw typu Stany Zjednoczone czy Izrael? Ich walka z pewnością jest na rękę tym państwom, choć zapewne nie podobają się im ideologie które przy okazji propagują kurdyjscy bojownicy z Rojavy.

Zachód po raz kolejny wspiera tych Kurdów, których uzna za wystarczająco „dobrych”. Formacja Masuda Barzaniego, stojąca na czele rządu w Erbilu, kontroluje stolicę regionu autonomicznego z jedynym portem lotniczym, przez który trafia międzynarodowe wsparcie. PKK ciągle uznawana jest przez Waszyngton i Brukselę za organizację terrorystyczną. Uważam jednak, że podstawową słabością polityki kurdyjskiej jest to, że nie udało się stworzyć międzynarodowego poparcia dla sprawy kurdyjskiej, zwłaszcza w państwach, w których mieszkają. W latach 70. Kurdowie stanowili awangardę lewicowej opozycji w Turcji czy porewolucyjnym Iranie, to zjednywało im sympatię sił progresywnych. Teraz wielu działaczy tamtego okresu pragmatyczne zapomniało o ideałach młodości. Poparcie wielkich tego świata jest koniunkturalne i tymczasowe. Co będzie, gdy konfiguracja sił się zmieni? Fundamentalną kwestią jest zbudowanie porozumienia ze społeczeństwami w regionie. Ilustracją rozbieżności w tym względzie jest kurdyjska reakcja na ostatnią interwencję izraelską w Gazie, która pochłonęła ponad dwa tysiące ofiar. Jedną w pierwszych organizacji, które wysłały wyrazy solidarności z palestyńską ludnością cywilną były kobiety z Rojavy. W tym czasie rząd autonomiczny sprzedał tankowiec z ropą rządowi w Tel Awiwie.

Dość szczególną rolę w walce z bojownikami Państwa Islamskiego odgrywają oddziały kobiece. Mówi się o strachu islamistów przed nimi i odwadze samych kobiet, wybierających nieraz samobójczą śmierć niż islamistyczną niewolę. Kurdyjskie kobiety z Rojavy wydają się być najbardziej wyzwolone wśród kobiet Bliskiego Wschodu. Czy ich postawa i walka może mieć jakiś szczególny wpływ na rozkwit muzułmańskiego feminizmu na tym terenie?

Poruszyłeś tu wiele kwestii, które wymagałyby szerszego omówienia. Zachód zawsze wykorzystywał tzw. kwestię kobiecą do swoich doraźnych celów. Wyzwolenie dyskryminowanych kobiet traktowano jako istotny element misji cywilizacyjnej w świecie islamu, często adoptując feministyczny język w służbie kolonializmu. Tym razem uwagę mainstreamowych mediów przykuwają „kurdyjskie piękności, na potęgę zabijające barbarzyńców z ISIS”. Jakby nagle spadły z nieba. Tymczasem walka Kurdyjek o wolność i godność ma długą tradycję. Już w końcu XIX wieku Kara Fatma poprowadziła wraz z innymi 43 kobietami batalion mężczyzn przeciwko wojskom ottomańskim. W roku 1974, 22-letnia Leila Qasim, została stracona na rozkaz partii Baath za udział w tworzeniu niezależnego kurdyjskiego ruchu studenckiego. Kurdyjki zorganizowały marsz z Sulejmaniji do Erbilu jako wyraz protestu przeciwko bratobójczej walce między głównymi kurdyjskimi ugrupowaniami w irackim Kurdystanie. Inne bojowniczki o prawa i wolność zamordowane w Paryżu – Sakine Cansiz, Fidan Dogan i Leyli Saylemez – są ciągle uznawane za terrorystki. Jak widać nie każda „kurdyjska piękność” jest godna medialnej uwagi. Inną kwestią pozostaje samo tworzenie wizerunku kobiety bliskowschodniej, co zawsze służyło politycznym interesom. Zwróć uwagę, że pomimo częstych ostatnich wzmianek o kurdyjskich bojowniczkach, całkowicie pomija się ich polityczną agendę, co je pcha to tej walki. Pytasz o muzułmański – czyli inspirowany religią muzułmańską? – feminizm. To jest temat na osobną rozmowę. Natomiast to nie religia inspiruje je do działań. Ciągle awangardę ruchu w regionie stanowią aktywistki, odwołujące się nie do religijnych (takie też są), ale lewicowych ideałów.

Czy Kurdyjki są najbardziej wyzwolone? O skali problemów świadczą wprowadzone w Rojavie prawa, wymierzone w poligamię, przymusowe małżeństwa, małżeństwa dzieci, zabójstwa honorowe. Zwłaszcza te ostatnie wołają o natychmiastowe działanie, bo poziom zabójstw z powodu honoru i brak zdecydowanych reakcji na nie niechlubnie wyróżnia Kurdów w regionie. Czy Kurdyjki mają prawo wątpić, że państwo jest rozwiązaniem dyskryminacji kobiet? W zapewnieniu im podstawnego prawa, prawa do bezpieczeństwa i życia zawiodły władze Autonomii i jej zachodni sojusznicy[5]. Od początku zachodniej obecności w regionie trzon pomocy przeznaczany jest na pomoc wojskową, nie powstało ani jedno schronisko dla kobiet, zagrożonych przemocą, a aktywność Ministerstwa ds. Kobiet, ze względu brak środków, jest fikcją. Natomiast jego istnienie jest często podawane jako dowód pogłębiającego się procesu demokratyzacji. Trudno się dziwić sarkazmowi dwójki badaczy z regionu: „Czy to jest kwestią przypadku, że zawsze jest wystarczająco środków na armię i wojnę, a znikome nakłady na promowanie wiedzy, kultury i polityki równości między płciami, na schroniska i inną pomoc dla maltretowanych kobiet? Poświęcenie kosztu tylko pojedynczego czołgu Chieftain albo jednego samolotu Mirage na schronisko, na wsparcie bitych kobiet i promocję wiedzy – przyniosłoby namacalne rezultaty dla demokracji”. Kobiety z Rojavy wiedzą doskonale, włączając się w walkę o wolność, ale równocześnie zachowując w ramach ruchu swoją autonomię, że na ma prawdziwej wolności bez wyzwolenia kobiet.

Historyczny związek pomiędzy feminizmem i nacjonalizmem na Bliskim Wschodzie (i nie tylko), czerpiący swą siłę ze wspólnej walki o niepodległość, równocześnie w imię narodowych celów blokował systematyczną refleksję nad mechanizmami, odtwarzającymi hierarchiczny charakter ról płciowych. Refleksję, która mogłaby stać się punktem wyjścia dla reformy w kierunku bardziej egalitarnych stosunków genderowych. Próby zmiany hierarchicznych relacji między płciami interpretowano często jako atak na religię i naród, a kobiece uczestnictwo w antykolonialnych zmaganiach rzadko zmieniało męskie zdanie o naturze kobiet i właściwym im miejscu w społeczeństwie. Męska dominacja i kobiece podporządkowanie były zbyt głęboko osadzone w narodowej tożsamości. Ideolodzy nacjonalistyczni, choć podkreślali wyjątkową pozycję kobiety – od niej zależało przetrwanie narodu i kultury – w imię konieczności zachowania jedności ponad wszelkimi podziałami uniemożliwiali artykułowanie autonomicznych postulatów. Mam nadzieję, iż teraz będzie inaczej, czego bardzo kobietom z Rojavy życzę!

Na zakończenia chciałabym przytoczyć słowa jednej z kurdyjskich działaczek, Diany Nammi. Urodziła się w Iranie, z którego musiała uciekać, zagrożona aresztowaniem za działalności polityczną. Kilkanaście lat spędziła w partyzantce, przemieszczając się po całym Kurdystanie. Gdy zaszła w ciążę, wyemigrowała do Londynu, gdzie założyła organizację antyprzemocową. Wielokrotnie oskarżana z powodu swojej działalności na rzecz praw kobiet o zdradę narodu. Po długiej, pełnej determinacji walce doprowadziła do ukarania i ekstradycji z Autonomii krewnych-zabójców kurdyjskiej nastolatki, Banaz Mahmood. Została wybrana Kobietą Roku:

„Jako Kurdyjka, która walczyła jako peszmerga (bojowniczka wolności) o prawa kobiet i równość, chcę skorzystać z tej sposobności i uczcić wszystkie peszmerga, walczące dzisiaj na froncie, by zatrzymać fundamentalistów, którzy chcą nas wtrącić w Średniowiecze. Pamiętam także o wszystkich kobietach i dziewczętach, które straciły życie przez , którym zabrano prawa, zmuszając je do małżeństwa i poddając obrzezaniu. Przed nami wielkie wyzwania, ale nasz ruch jest silny, a ta nagroda czyni nas jeszcze silniejszymi”.

[1] Zwykle wątek religijny w tym kontekście w ogóle umyka, a szkoda. Wiele miejscowości w okolicy zostało założonych przez chrześcijan, uciekających przez czystkami młodotureckimi. To przede wszystkim wyznawcy kościołów wschodnich, od kilkunastu wieków poza głównymi nurtami chrześcijaństwa. Bardzo często zaangażowanie w działalność lewicową dawało nadzieję na lepsze życie, stąd często im bliżej do teologii wyzwolenia niż znanych nam konserwatywnych wersji chrześcijaństwa;

[2] Zabójstwo honorowe, zbrodnia dokonywana w imię odzyskania rodzinnego honoru. Jest to kara, wymierzana przez męskich członków rodu za faktyczny bądź domniemany związek intymny sprzed, bądź poza małżeństwem;

[3] Jedna z moich rozmówczyń w Erbilu, opisując sytuację polityczną powiedziała: „Tu jest ogromny potencjał dla nowoczesności, ogromny potencjał dla równości. Problem jest rząd i religia, a dokładniej jej wpływ na nasze prawo i na rząd. Jesteśmy rządzeni przez dwie główne partie, które szukają poparcia, bo mają konflikt. W ten sposób robi się miejsce dla politycznego islamu, który zaczyna kontrolować prawo. Meczet mówi co tydzień ludziom, co robić”. Powiew Arabskiej Wiosny dotarł także do irackiego Kurdystanu. Demonstracje brutalnie stłumiono, dwie osoby zginęły, ponad 40 zostało rannych;

[4] Polskie tłumaczenie broszury A. Őcalana i innych autorów, można pobrać z: https://freelab2014.wordpress.com/w-strone-demokracji-bezpanstwowej/w-strone-demokracji-bezpanstwowej-a-ocalan-j-biehl-d-dirik-k-nawratek/

[5] W grudniu 2008 r. uczestniczyłam w serii wydarzeń pod nazwą Stop przemocy wobec kobiet w Erbilu (Hawler), w stolicy Autonomicznego Regionu Kurdyjskiego w Iraku. Według oficjalnych statystyk, od 1991 roku (do końca 2008) zostało zamordowanych z powodu „honoru” 11 tysięcy kobiet. Dane organizacji pozarządowych mówią o liczbie ofiar, sięgającej 30 tysięcy, choć miałam wrażenie, że nikt nie zna prawdziwych statystyk. Ani jeden zabójca nie został dotąd skazany. W ramach kampanii społecznej, studenci szkoły filmowej przygotowali poruszający film na ten temat, a jedna z organizacji kobiecych zorganizowała w pobliżu uniwersytetu wystawę. Te ważne głosy w dyskusji zostały całkowicie pominięte w oficjalnych obchodach. Z wystąpienia ambasadorki Stanów Zjednoczonych można było się dowiedzieć, że w irackim Kurdystanie, podobnie jak na całym świecie, pojawiają się problemy z wdrażaniem zasady równości płci (uniwersalizacja zjawiska), całkowicie zignorowany został ich lokalny kontekst i obywatelski wymiar walki o zmianę.