Już po wyborach w USA, więc można zacząć wycofywać się z obietnic wyborczych. Oczywiście z obietnic dla klasy pracującej, bo jakżeby inaczej?

Joe Biden uczynił podniesienie minimalnej stawki godzinowej jednym ze sztandarowych postulatów. Teraz prezydent mówi, że pomysł być może trzeba będzie odłożyć.

Tak jak przewidywałem przed wyborami i próbowałem uświadomić różnym „wiecznym optymistom” z lewicy, blokadę na tego rodzaju „rozpasanie pracowników” nałoży Senat. I jak się okazuje frakcja probiznesowa wśród Demokratów nie śpi i zapowiada zagłosowanie przeciw.

Tymczasem, jak wynika z opublikowanych niedawno szacunków Biura Obrachunkowego Kongresu (CBO), podwyżka wyciągnęłaby z ubóstwa 900 tys. osób i doprowadziła do wzrostu uposażeń ok. 17 mln pracujących, czyli mniej więcej 10 proc. amerykańskiej siły roboczej.

Jedyną odpowiedzią na to skuteczną jest wzmocnienie uzwiązkowienia, bo tylko w ten sposób podwyższyć można siłę przetargową pracowników w negocjacjach płacowych. Państwo jak zwykle woli stać po stroni biznesów, bo oczywiście pakiet stymulacyjny dla kapitału przejdzie bez szemrania.

Tak więc karnawał się skończył, wrócił szary kapitalizm. A jak napisała jakiś czas temu pewna aktywistka działająca w społecznościach mniejszości „teraz będzie nawet ciężej się organizować, bo biała klasa średnia z wyboru jest zadowolona”.