Tytuł: Nie nazywajcie nas poganami
Osoba autorska: Stanica Wolności
Data: 2020
Źródło: http://stanicawolnosci.bzzz.net/2020/12/29/nie-nazywajcie-nas-poganami-cz-i/, http://stanicawolnosci.bzzz.net/2020/12/30/nie-nazywajcie-nas-poganami-cz-ii/

Kilka dni temu na jednej z dużych polskich grup leftbookowych zaistniała dyskusja nad używaniem określenia „poganin” w stosunku do rodzimowierców słowiańskich. Standardowo, obok wypowiedzi merytorycznie związanych z tematem, pojawił się w niej zestaw oskarżeń w kierunku rodzimowierców o larperstwo i neonazizm; do tego skrajnie materialistyczna wrogość wobec jakiejkolwiek duchowości czy bagatelizowanie problemów społeczności europejskich religii etnicznych poprzez zestawianie ich z problemami analogicznych społeczności z innych części świata. Jako, że tematyka rodzimowierstwa pojawia się coraz częściej w dyskursie lewicowym oraz wolnościowym, a w odpowiedzi zwykle pada powyższy zestaw wrogich argumentów, postanowiliśmy przyjrzeć się po kolei każdemu z nich oraz pokazać, dlaczego słowo „poganin” nie jest ok, w podzielonym na dwie części tekście – przed Wami pierwsza z nich.

Zacznijmy więc od zarzutu o larp. Źródła takiego podejścia do rodzimowierstwa możemy podzielić na trzy przypadki: złe doświadczenia z rodzimowierstwem; niezrozumienie, czym jest rodzimowierstwo; wdrukowane w podświadomość monoteistyczne podejście do duchowości. Pierwszy z nich to zetknięcie się z niuejdżowskim, fajnistycznym lub nacjonalistycznym wydaniem rodzimowierstwa. Choć z pozoru te stanowiska się wykluczają, mają pewne punkty wspólne: są wyprane z głębszej duchowości i większość środowiska rodzimowierczego patrzy na nie przez palce, a łączą je z nim pewne mniej lub bardziej inspirowane słowiańską kulturą formy. Drugi, czyli niezrozumienie istoty rodzimowierstwa, wynika z myślenia o rodzimej duchowości w kategoriach historycznych, jako o czymś wymarłym: rodzimowierca musi więc być albo rekonstruktorem historycznym, albo marzycielem próbującym żyć na wczesnośredniowieczną modłę we współczesnym świecie.

Trzeci przypadek z kolei to postrzeganie wiary w wiele bóstw jako przeżytku, czegoś gorszego, niepasującego do współczesności, przez co deklarowanie takiej wiary jest postrzegane jako niepoważne (bo przecież „nie da się”, „to głupie”, „to bajki”) albo będące specyficznym wyrazem buntu wobec dominującej religii. Jest to pokłosie mimowolnego przyjęcia założenia, że religie objawione (na czele z chrześcijaństwem) są w jakiś sposób lepsze, bardziej dostojne czy poważniejsze od religii naturalnych, gdyż taki punkt widzenia przedstawia dominująca kultura. Taka narracja łączy się również z rasistowskim spojrzeniem na tożsamość i religię, w którym uniwersalistyczne chrześcijaństwo jest częścią tożsamości człowieka cywilizacji Zachodu, w opozycji do którego stoi półdziki tubylec: poganin wierzący w „fałszywe bożki”. O tym, dlaczego takie postrzeganie tubylczości jest niewłaściwe, wspominaliśmy przy okazji Międzynarodowego Dnia Ludności Tubylczej na Świecie[1].

Kwestia osób nacjonalistycznych i neonazistowskich w ruchu rodzimowierczym jest na tyle złożona, że zostanie jej poświęcony osobny tekst. W tym miejscu jednak warto podkreślić, że religie naturalne nie tylko nie mają doktrynalnie wpisanych uprzedzeń etnicznych, ale wręcz często stanowią platformę porozumienia pomiędzy innymi ludami, czego przykładem na naszym podwórku może być chociażby Europejski Kongres Religii Etnicznych, zrzeszający organizacje wyznawców i wyznawczyń rodzimych wierzeń różnych tradycji europejskich.

Kolejna rzecz to skrajny materializm i oparty na nim wrogi stosunek do każdej religii czy formy duchowości. Jego korzenie sięgają oświeceniowego antyklerykalizmu, który słusznie dopatrywał się opresyjnych mechanizmów w dominujących w Europie religiach, tj. judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Nie mając kontaktu z innymi wyznaniami, bezrefleksyjnie rozciągał on jednak ten obraz na całość zjawiska religii. Z drugiej strony też często towarzyszy mu poczucie wyższości ze strony materialistów i materialistek (przy tym nierzadko podszyte klasizmem), którzy i które postrzegają swój światopogląd jako ostateczną prawdę, a siebie samych niemalże jako osoby oświecone (sic!). Takie podejście przepełnione jest pychą i arogancją wobec tysięcy lat istnienia ludzkiej kultury duchowej i bogactwa jej treści oraz form. Ważne jest jednak, żeby odróżnić antyreligijność i antyteizm od ateizmu – choć sami jesteśmy wierzący, nikomu nie odmawiamy prawa do niewiary.

Ostatnia kwestia w omawianym przez nas zestawie argumentów podnoszonych przeciwko rodzimowierstwu w ruchu lewicowym i wolnościowym to stwierdzenie, że problemy rodzimowierców i rodzimowierczyń są nieistotne, skoro rdzenne ludy w innych częściach świata cierpią o wiele bardziej. Takie podejście można podważyć z co najmniej dwóch stron. Po pierwsze, opiera się ono na fałszywych przesłankach: nikt rozsądny nie próbuje zrównywać rozległej systemowej opresji, której wciąż poddawani są np. rdzenni Amerykanie i Amerykanki, do dyskryminacji osób współcześnie wyznających rdzenne europejskie wierzenia. Rdzenne ludy Europy mają w tym zakresie zupełnie inne doświadczenia niż ludy z innych części świata, chociażby ze względu na brak tak wyraźnie zarysowanego podziału na tle etnicznym pomiędzy rządzącymi a rządzonymi.

Po drugie, takie porównanie pomija zupełnie aspekt klasowy, który akurat jest wspólnym mianownikiem w obu sytuacjach. Zarówno w Europie, jak i w obu Amerykach, Afryce, Azji i Australii chrystianizacja była używana jako narzędzie do podporządkowywania ludności władzy, pozostającej w ścisłym związku z hierarchią kościelną (o czym w kontekście Polski pisaliśmy w zeszłym tygodniu[2]). Każdorazowo nowa religia była z początku przyjmowana przez klasę rządzącą, aby następnie zostać narzucona ludowi; z jednej strony specyficzna doktryna chrześcijaństwa obezwładniała ludność, która traciła motywację do walki o lepszy byt żywiąc się nadzieją na pośmiertne zbawienie, a z drugiej kościelna hierarchia nierzadko stanowiła po prostu przedłużenie władzy świeckiej, zarządzając posiadanymi dobrami ziemskimi i bezpośrednio kontrolując wiernych, ze względu na swój charakter mając o wiele większe możliwości manipulowania nimi.

Taki stan rzeczy jeszcze całkiem niedawno był normą, a gdzieniegdzie (również w Polsce) jego relikty wciąż są doskonale widoczne. Co ważne, lepsza pozycja ludności europejskiej była tylko i wyłącznie pokłosiem rasistowskiego nastawienia osób u władzy, dla których biały oznaczał lepszy. Uwzględnienie kwestii klasowych w rozważaniach nad religijnością i etnicznością pozwala jednak dostrzec, że większość Europejczyków nie tylko nie brała czynnego udziału w opresji rdzennych ludów z innych części świata, ale wręcz padła ofiarą tych samych mechanizmów, składających się na system kontroli i wyzysku. Zapominanie o tym działa na korzyść klasistowskiej retoryki historycznej, w myśl której podmiotem dziejów Europy byli wyłącznie przedstawiciele klas wyższych – królowie, wielcy zdobywcy, dowódcy wojskowi itd. – i gdzie osoby z niższych warstw społecznych stanowiły tylko bezwolny przedmiot w rękach tych pierwszych. Przykładem takiej retoryki jest nagminnie używane sformułowanie „chrzest Polski” w odniesieniu do chrztu księcia i dworu w państwie wczesnych Piastów.

Tym sposobem dochodzimy w końcu do samego słowa „poganin”. Termin ten powstał w ramach chrześcijańskiej nomenklatury i wywodzi się od łacińskiego słowa „paganus”, w wolnym tłumaczeniu oznaczającego po prostu wieśniaka – starożytni chrześcijanie podkreślali w ten sposób klasową wyższość elitarnego, miejskiego chrześcijaństwa nad kultywowanymi przez wiejski lud rdzennymi wierzeniami. Jest to więc najzwyklejsza obelga, będąca wyrazem klasizmu ówczesnych chrześcijan połączonego z typową dla tej religii pogardą wobec wierzeń ludowych. Choć co prawda część współczesnych nie-chrześcijan używa go do samookreślania się, to w środowisku rodzimowierczym jest obecna świadomość jego znaczenia, która rodzi sprzeciw wobec jego używania[3].

Wracając jeszcze na sam koniec do kwestii relacji społeczności rodzimowierczej w stosunku do rdzennych ludów spoza Europy: porównywanie tych dwóch grup nigdy nie miało na celu umniejszania krzywd tej drugiej, jak również nie może być podstawą tego samego u pierwszej. Niemniej, uświadomienie sobie pewnych ogólnych podobieństw w położeniu jednych i drugich jest pomocne na drodze do pełniejszego zrozumienia, w jaki sposób ideologia władzy manifestuje się na przestrzeni dziejów w różnych warunkach społecznych i kulturowych, a przez to pozwala na opracowanie lepszych strategii obrony oraz podkreśla przestrzeń porozumienia pomiędzy ludami świata, wzmacniając łączące je więzi solidarności i przydając im unikalny, duchowy wymiar. Władza nie ma tożsamości ni duchowości, za to bez wahania wykorzysta je do rządzenia, nie oglądając się na szkody wyrządzane ludzkości – wobec tego naszą bronią może być tylko solidarność.

[1] http://stanicawolnosci.bzzz.net/2020/08/09/jestesmy-tutejszymi/

[2] http://stanicawolnosci.bzzz.net/2020/12/24/dola-owczarni-jest-poddanstwo/

[3] https://cafebabel.com/pl/article/nie-nazywajcie-nas-poganami-5ae00bdaf723b35a145e7fed/