I

        II

I

Łódź jako miasto dość młode, nie posiada utartej w świadomości Polaków historii. To nie tutaj powstał najstarszy polski uniwersytet, tutaj też nigdy nie odpierano najazdu Szwedów ani Tatarów, a w czasie II wojny światowej nie działały tu tak potężne struktury podziemnego państwa, jak w miastach Generalnej Guberni. Historia Łodzi nie „skleja się” po prostu z dziejami reszty kraju i z tym, co można przeczytać w podręcznikach: kiedy w Wilnie i w Krakowie dumano nad tym, jaka ma być przyszła Polska, Łódź przechodziła intensywną rewolucję przemysłową. Kiedy „biali” i „czerwoni” kłócili się o to, czy osłabiona wojną krymską Rosja da się zaskoczyć zbrojnej walce, tu wybuchał właśnie potężny bunt tkaczy, sprowokowany następstwami wojny secesyjnej w USA.

Strajki, demonstracje i protesty robotnicze na ulicach Łodzi, choć odnosiły się czasem do narodowych haseł, nie weszły jednak do kanonu historii. Ich uczestnicy pozostali w dużej mierze anonimowi, nawet w czasach rządów pozornie „robotniczej” władzy. Przetrwała pamięć o fabrykantach zamieszkujących ekstrawaganckie pałace i tworzących przemysłowe imperia, ale nie pamięć o tych, którzy to wszystko zbudowali. Którzy swoją ciężką pracą sprawili, że miasto o rozmiarach małej wsi urosło szybciej od Nowego Jorku, a którzy nie doczekali się z tego powodu żadnych wymiernych korzyści.

Turystyczny marketing miasta i ckliwe opowieści lokalnych przewodników nie pozwalają zrozumieć fenomenu i prawdziwej natury reymontowskiej „Ziemi Obiecanej”. Historia zapomniała nawet, że sam tytuł tej powieści to ironia i zrobiła z tego określenia slogan mitotwórczy. Pod płaszczykiem eklektycznych dekoracji kamienic i innych pomników fabrykanckich fortun kryje się opowieść o walce o godność. Nie tyle „narodową”, co po prostu ludzką.

Jedna z tych walk, choć skończyła się tragicznie dla wielu jej uczestników, przelała czarę goryczy, a samo jej wspomnienie na długo wzbudziło strach w głowach tych, którzy uważali, że godność ludzką można deptać do woli. Mówi się, że choć cała rewolucja 1905 roku była zrywem zbyt kruchym i zbyt niepewnym by doprowadzić do trwałej zmiany, to echa tego, co zdarzyło się wtedy w Łodzi, pobrzmiewały na jej ulicach jeszcze przez dziesięciolecia. I dziś, 115 lat później, wracają do nas w ten czerwcowy dzień.

Żeby zrozumieć to lepiej, trzeba nakreślić chociaż w skrócie kontekst. Łódź, gdy za zgodą Sejmu Królestwa Polskiego w 1820 roku została wybrana na lokalizację kluczowego ośrodka przemysłu lekkiego w Kongresówce, była zapyziałym miasteczkiem, kilka razy mniejszym od odległych wtedy Pabianic. Szybka akcja osadnicza zorientowana na uprawę lnu i budowę pierwszych ręcznych zakładów sukienniczych niemal podwoiła jej populację, a po sprowadzeniu do miasta pierwszej maszyny parowej w 1838 roku i budowie przez Ludwika Geyera pierwszej mechanicznej fabryki, jej rozrost postępował w tempie wykładniczym. Korzystne warunki wykupu ziemi, symboliczne podatki i niska cena siły roboczej zaowocowały ekstremalnie szybkim rozwojem miasta i powstawaniem tysięcy nowych miejsc pracy. Ogromny rynek zbytu na tkaninę w Cesarstwie Rosyjskim gwarantował rentowność biznesu, więc w miejsce jednej upadającej fabryki powstawało średnio pięć nowych. Na początku XX wieku liczba ludności miasta znów się podwoiła – z ponad 250 do 400 tysięcy.

Na szybkim wzroście skorzystali jednak nieliczni: głównie fabrykanci, dyrektorzy, udziałowcy i kadra kierownicza. Kruchymi ściankami wciąż rosnącej bańki były całe rzesze pracowników najemnych – głównie kobiet – zatrudnionych w przędzalniach, tkalniach, farbiarniach czy wykańczalniach. Pracujących często po 12 lub nawet 14 godzin dziennie i zarabiających akurat tyle, by wystarczało na jedzenie (zwykle chude śledzie, podroby, licha wołowina i kasza gryczana czy mąka na knedle) i komorne w jednej z brzydszych czynszowych kamienic pozbawionych łazienek. Choć i to ostatnie było luksusem, bo jeszcze w czasach wczesnej PRL masa robotników gnieździła się w wielorodzinnych drewniakach.

Praca przy krośnie czy obrabiarce była męcząca, hałas maszyn powodował trwałe uszkodzenia słuchu, a napaści na tle seksualnym ze strony majstrów (jak wspomina Marta Madejska) nie należały do rzadkości. Nie było urlopów ani zwolnień innych niż te, których udzielał wspaniałomyślnie fabrykant na swoich zasadach. Niektórzy z nich – jak Izrael Poznański – uważali nawet swojego czasu, że wolna niedziela jest zbędnym luksusem i dodatkowym kosztem dla fabryki.

Tylko najbogatsi fabrykanci, tacy jak Karol Scheibler, mogli pozwolić sobie na zabawę w filantropów: przeznaczać nadmiar gotówki na budowę teatrów i kościołów, fundować przytułki, szpitale i łaźnie miejskie, albo sponsorować dzieciom wyjazdy kolonijne. Zresztą i oni nie byli do tego wcale chętni: działalnościami dobroczynnymi zajmowały się najczęściej ich żony. Ci, którzy stawiali robotnikom mieszkania lub fundowali szkoły, traktowali to bardziej jak narzędzie związania pracownika z zakładem i zapewnienia sobie jego lojalności. Szkoła np. Scheiblera była dwuklasowa i oprócz zajęć z pisania i czytania wdrażano tam uczniów do przyszłej pracy w przędzalni. Rodziny bowiem i tak często wysyłały dzieci w wieku szkolnym do pracy – przez to możliwości awansu społecznego dla klasy robotniczej były praktycznie żadne.

Można było próbować walki i oporu w imię poprawy własnej sytuacji, i próbowano go nie raz, pomimo ciągłej inwigilacji fabrykanckich szpicli, donosicielstwa majstrów, czy konfliktów narodowościowych zręcznie podsycanych przez carską Ochranę (antysemicki bębenek był podbijany prawie zawsze, gdy dochodziło do większych manifestacji, by podzielić polską i żydowską społeczność robotniczą). Już przed 1905 rokiem wybuchły dwa duże bunty – wspomniany już bunt tkaczy z 1861 roku i tzw. bunt łódzki w roku 1892. Oba zostały stłumione krwawo przez carskie wojsko, ale nie był to wyjątek: sami fabrykanci na co dzień korzystali z „dobrotliwej pomocy” oddziałów kozackich, które pacyfikowały wszystkie lokalne strajki i wystąpienia pracowników. Zdarzało się, że do protestujących strzelano, lub rozdeptywano ich kopytami galopujących po hali fabrycznej koni. To ostatnie zdarzyło się na przykład w fabryce Juliusza Kunitzera, ważnego bohatera tej opowieści.

18 czerwca 1905 roku odbyła się manifestacja w pobliżu Lasu Łagiewnickiego z udziałem polskich i żydowskich robotników fabrycznych. Powracający z niej uczestnicy zostali otoczeni przez oddział carskiego wojska. Część z nich zginęła. Ich pogrzeb odbył się 21 czerwca, ale tego samego dnia ulicami przeszedł już kolejny pochód, w proteście przeciw działaniom policji, która miała po cichu pochować dwie ofiary łagiewnickiej obławy. Sytuacja była napięta, bo strajki w fabrykach wstrząsały Łodzią już od stycznia, zaledwie w kilka dni po masakrze robotników w Petersburgu. Najwięksi w tym czasie fabrykanci – Karol Scheibler Jr, Teodor Heinzel i Juliusz Kunitzer – ogłosili lokaut.

Władza nie zamierzała dyskutować z manifestantami i ogłosiła, że zgromadzenie jest nielegalne. Wściekły tłum nie chciał się rozejść, więc polecono otworzyć do niego ogień. Na ulicach wybuchła panika i chaos. 21 osób zginęło od kul na miejscu. Demonstranci, wspierani przez zakonspirowane komórki organizacji socjalistycznych, potraktowali to jak deklarację wojny. Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami działaczy PPS, ogłoszono strajk powszechny.

22 czerwca na Piotrkowską i inne ulice Łodzi wysypało się mrowie ludzi. Nieuzbrojeni, niezorganizowani i niewyszkoleni robotnicy wchodzili w ostre konfrontacje z próbującymi opanować sytuację żołnierzami. W dzień później masowa ruchawka zamieniła się w regularne walki uliczne. Tak wybuchło to, co historia nazywa dziś powstaniem łódzkim.

Tylko mała część robotników miała broń, ale wojsko strzelało do wszystkich. Ulice ogarnął chaos: atakowano państwowe instytucje, rozpoczęło się stawianie barykad (łącznie było ich około stu) budowanych ze wszystkiego, co akurat znalazło się pod ręką. Znoszono beczki, wozy, skrzynie, zniszczone słupy telegraficzne, czy wyposażenie sklepów.

Za dnia udało się zmusić wojsko do chwilowego odwrotu, ale pod wieczór pułki kawalerii i piechoty przypuściły zmasowany atak na pozycje robotników. Tylko tego dnia mogło zginąć ponad 160 osób. Następnego dnia, 23 czerwca, padły ostatnie barykady. Jeden z większych punktów oporu znajdował się na rogu ulic Wschodniej i Południowej. Do dziś ta druga nosi nazwę... Rewolucji 1905 roku.

25 czerwca, mimo stłumienia powstania, ogłoszono w Łodzi stan wojenny. Ogniska rewolucji w całej dawnej Kongresówce i Cesarstwie Rosyjskim wybuchały aż do 1907 roku – łódzcy robotnicy, mimo wielkiego zagrożenia i masowych represji, wciąż ponawiali akcje strajkowe. Łącznie w całym zrywie wzięło udział więcej osób niż w powstaniach listopadowym i styczniowym razem wziętych (!). Oprócz bojówek dużych organizacji politycznych, takich jak Bund czy OB PPS, w akcje strajkowe, sabotażowe, czy obronne angażowali się spontanicznie sami robotnicy, czy uczniowie szkół. Jedni domagali się przede wszystkim niepodległości Polski lub chociaż przywrócenia autonomii Królestwa Polskiego, drudzy – zaprzestania rusyfikacji i zmiany polityki władz, ale większość z nich miała na uwadze przede wszystkim swój własny, pracowniczy interes: żądano 8-godzinnego dnia pracy, ustanowienia płacy minimalnej, podwyższenia dniówek i powołania powszechnych Kas Chorych.

Fabrykanccy „lodzermensche” byli uważani za wrogów równych Carowi. Jeden z nich, Juliusz Kunitzer, znany z bezwzględnych pacyfikacji strajków, został zastrzelony w tramwaju. Mimo stłumienia powstania czerwcowego, na właścicieli fabryk padł blady strach. Zgodzili się nawet na obniżenie wymiaru pracy do 10 godzin i podwyższenie pensji. Jeszcze przez kilka lat wielu z nich musiało często oglądać się za siebie.

Ruch rewolucyjny jako całość uległ rozdrobnieniu. Jego polityczne cele były bardzo szerokie i często rozbieżne, stąd po początkowym entuzjazmie doszło do podziałów w jego łonie. Narodowe Zjednoczenie Robotników o endeckiej proweniencji sprytnie podsycało antysemickie nastroje wśród polskich robotników, wykorzystując retorykę „walki klasowej” jako przykrywkę dla walki narodowej. Pomogła im w tym wieloletnia praca nad krzewieniem nacjonalistycznych postaw wśród mieszkańców dawnej Kongresówki, a także fakt stłumienia wpływów SDKPiL przez bardziej pro-niepodległościową Polską Partię Socjalistyczną, która przesunęła uwagę opinii publicznej w stronę kwestii polskiej. Między członkami NZR i PPS wybuchają walki, zdarzają się wzajemne zabójstwa. Między tym wszystkim lawiruje o wiele bardziej radykalny, anarchistyczny „Internacjonał”. Do 1907 roku dochodzi do wielu aktów wandalizmu, rozbojów i kradzieży, a także prowokacji ze strony władz, ułatwiających wzięcie na cel działaczy politycznych i obwinienie ich w propagandzie za wybuch buntu.

Postulat 8-godzinnego dnia pracy zostaje zapomniany, lecz nie na długo: jeszcze przed manifestem rządu Ignacego Daszyńskiego z 1918 roku, w którym wzięto go na sztandary wraz z chociażby prawem wyborczym kobiet, to robotnicy, działacze komitetów fabrycznych i Rad Delegatów Robotniczych wbrew rządowej administracji (a stawiała ona opór również po wprowadzeniu prawnych regulacji) samemu wprowadzają nowe porządki, które zostaną później prawnie zatwierdzone przez dekret Piłsudskiego z 23 listopada.

Pensje łódzkich robotników rosną na pewien czas, jednak „zbija” je okres dekoniunktury po 1907 roku. Wciąż dochodzi do tłumienia strajków, jednak zdarzają się również mediacje. Władze zezwalają na wprowadzenie polskiego języka do szkół i powołanie pierwszej prywatnej polskiej szkoły średniej – dziś łodzianie znają ją jako I LO im. Mikołaja Kopernika.

Pomimo rozmycia samych rewolucyjnych idei, odwaga łódzkich robotników wyznaczyła im zupełnie nową pozycję we współczesnej historii: od teraz było już wiadomo, że z ich sprzeciwem będzie się trzeba liczyć. W późniejszych latach działacze związani z PPS nie raz rządzili miastem, a jeden z nich – Bronisław Ziemięcki – w czasie swojej prezydentury otwarcie poparł tzw. strajk włókniarzy, co kosztowało go utratę stanowiska.

Aleksy Rżewski – pierwszy prezydent Łodzi z ramienia PPS i weteran walk o niepodległość – uczcił pamięć rewolucjonistów kolumną, postawioną w parku, który dziś znamy jako park na Zdrowiu. Wokół niej pochowano część uczestników tych dramatycznych wydarzeń. W 1939 roku hitlerowcy wysadzili pomnik.

PRL próbował spłycić pamięć o Rewolucji 1905 roku, a pomnik postawiony przez miejskie władze w latach '70 w miejscu dawnej kolumny, nazwano „pomnikiem czynu rewolucyjnego”, na cześć wieloletniej walki robotniczej o rzekomo dozgonną przyjaźń polsko-radziecką. Dopiero jakiś czas temu, z inicjatywy lokalnych społeczników, udało się „oczyścić” pomnik z elementów nie nawiązujących wprost do wydarzeń z 1905 roku i przywrócić temu miejscu pierwotne znaczenie. Od tamtej pory rozmaite osoby raz do roku składają tam znicze i kwiaty w hołdzie tym, którzy za odrobinę godności ludzkiej zapłacili najwyższą cenę.

s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-1.jpg
Budowa barykady w czasie walk proletariatu łódzkiego w czerwcu 1905 r.
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-4.jpg
Rok 1905. Zgromadzenie robotników z fabryki Poznańskiego na ul. Ogrodowej w Łodzi.
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-2.jpg
Demonstracja na ulicach łódzkich w 1906 r.
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-5.jpg
Fotografia robotników przy bielniku Kopischa. Fot. Eliasz Stumman
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-3.jpg
Zdjęcie zrobione najprawdopodobniej w fabryce Scheiblera. Widać na nim kobiecą część załogi w wieku dziecięcym oraz nastoletnim.
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-6.jpg
Tutaj męska część dziecięcych i nastoletnich pracowników z fabryki Scheiblera.
s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-7.jpg
Zdjęcie zrobione zostało na terenie więzienia przy ul. Długiej (teraz Gdańska), w miejscu do przeprowadzania egzekucji – z tył widzimy szubienicę. Ten groteskowo wyglądający otyły jegomość po środku to Aleksander Modzelewski zwany "Grubym", naczelnik więzienia przy Długiej. Znany był ze swojego wyjątkowego okrucieństwa i bezwzględności wobec więźniów. Na zdjęciu otoczony jest grupą skazańców i prowokatorów. „W gazetach socjalistycznych pisano, że przymusowe zdjęcie ze szpiclami i katem to „celowe zohydzenie i dyskredytowanie ludzi idei”. Na uwagę zasługuje też fakt, że siedzący po lewej stronie chłopak, to Edward Dłużewski, członek bojówki PPS oraz późniejszy współzałożyciel Grupy Rewolucjonistów Mścicieli. Opis innych obecnych na zdjęciu tutaj: http://rewolucja1905.pl/szubienica-na-dlugiej/

II

Jak pisaliśmy w poprzedniej notce, 23 czerwca 1905 roku padła ostatnia barykada na froncie spontanicznego powstania robotniczego w Łodzi.

Przebieg walk rewolucyjnych opisywali ich naoczni świadkowie. Julian Tuwim w swoich wspomnieniach pisał:

A w mieście słychać było od czasu do czasu strzały, gromadziły się tłumy, chodziły po ulicach patrole. I oto z tych czasów pamiętam parę scen. Pierwsza – to jakiś upiorny czarny wieczór na ulicy Piotrkowskiej przy Andrzeja. W poprzek szyn leży przewrócony tramwaj, dokoła rojowisko ludzi, słuchających płomiennego przemówienia. Nad nimi wisi ciemna trwoga i łopoczą czerwone sztandary… Wrzawa, okrzyki, zamęt. I nagle salwa i straszny krzyk, popłoch, panika, ucieczka, wystrzały, suchy trzask magazynów karabinowych, a potem pustka – i kilku zabitych robotników. Druga salwa – rudy kozak, cwałujący po trotuarze – dogonił młodego ślusarza w granatowej bluzie. Ten ledwo zdążył ręce podnieść do góry, jak zwalił się od kuli rewolwerowej rozwścieczonego kozaka ze srebrnym kolczykiem w uchu.

Do tego samego obrazu – nigdy nie uwiecznionego na żadnym zdjęciu – odwołuje się futurystyczny poeta i łódzki agitator PPS Yerzy Yanowski w swoim wierszu „Tram wpopszek ulicy”.

s-p-spoldzielnia-praktyk-wywrotowych-rewolucja-190-8.jpg
Zdjęcie: Laski Diffusion / EAST NEWS