Gdybym miała podsumować dominującą tendencję naszych czasów, powiedziałabym: ilość. Wielość i duch masowości dominują wszędzie, niszcząc jakość. Całe nasze życie — produkcja, polityka i edukacja — opiera się na ilości, na liczbach. Pracownicy, którzy niegdyś szczycili się pieczołowitością i wysoką jakością swojej pracy, zostali zastąpieni przez bezmózgie, niekompetentne automaty, wypuszczające olbrzymią liczbę produktów, które dla nich samych nie mają wartości, zaś dla reszty ludzkości są — generalnie — szkodliwe. Tym sposobem idea ilości, zamiast pomnażać komfort i spokój życia, zwiększyła jedynie ludzkie brzemię.

W polityce nie liczy się nic prócz ilości. Jednak w sposób proporcjonalny do jej wzrostu ideały, zasady, sprawiedliwość i prawość zostają zastąpione przez szyk liczb. W walce o władzę rozmaite partie polityczne prześcigają się w matactwach, oszustwach i podejrzanych intrygach, przeświadczone, że ci, którzy odniosą sukces, z pewnością zostaną przez większość ogłoszeni zwycięzcami. Oto jedyny Bóg — sukces. Cena zaś, straszliwy koszt dla charakteru, jest bez znaczenia. Nie trzeba daleko szukać potwierdzenia tego smutnego faktu.

Pierwszy raz korupcja — kompletne zepsucie naszego rządu —jest tak dobrze wyeksponowana; nigdy dotąd Amerykanie nie stanęli twarzą w twarz z judaszowym obliczem tego politycznego tworu, który przez lata podawał się za absolutnie pozbawiony skazy, za ostoję naszych instytucji, za rzeczywistego obrońcę praw i wolności ludu.

Jednak gdy występki tej grupy ludzi stały się tak bezczelne, że nie sposób ich nie dostrzec nawet ślepcom, musiała ona zebrać swe sługi, aby utwierdzić swoją władzę. Dlatego to same ofiary, choć wielokrotnie oszukiwano je, zdradzano i obrażano, stanęły nie przeciw zwycięzcy, lecz po jego stronie. Garstka zdezorientowanych pytała, dlaczego większość zdradziła amerykańską tradycję wolności. Gdzie była rozwaga, gdzie władza sądzenia? Lecz w tym właśnie rzecz: większość nie jest rozważna, nie ma rozsądku. Kompletnie pozbawiona oryginalności i odwagi moralnej większość od zawsze powierza kontrolę nad swoim losem innym. Niezdolna do podejmowania odpowiedzialności, ślepo podążała za swymi liderami, nawet ku katastrofie. Doktor Stockmann miał rację: „Najstraszliwszym wrogiem prawdy i wolności wśród nas... jest zwarta większość! Tak jest, przeklęta, zwarta, liberalna większość. To ona!"[1] Wyzuta z ambicji i inicjatywy jednomyślna masa niczego nie nienawidzi z równą pasją, jak innowacji. Masy od zawsze sprzeciwiają się innowatorom, potępiając i prześladując pionierów nowej prawdy.

Często powtarzany wśród polityków — także socjalistycznych — slogan naszej epoki mówi, że nasz czas jest erą indywidualizmu, mniejszości. Wierzyć w to mogą wyłącznie ci, którzy nie badają rzeczywistości dogłębnie. Czy garstka ludzi nie zebrała całego bogactwa świata? Czy nie są oni władcami, absolutnymi panami tego stanu rzeczy? Swego sukcesu nie zawdzięczają jednak indywidualizmowi, ale inercji, bojaźliwości, kompletnej podległości mas, które pragną jedynie, aby nimi rządzono, aby prowadzono je i przymuszano. Co do indywidualizmu, w historii ludzkiej nigdy jeszcze nie było momentu, kiedy miałby on mniejsze możliwości wyrazu, mniej sposobności utwierdzenia się w normalny, zdrowy sposób.

Natchniony szczerością przekonań autonomiczny nauczyciel, artysta czy pisarz oryginalnych idei, niezależny naukowiec czy odkrywca — bezkompromisowi pionierzy zmiany społecznej — każdego dnia osaczani są przez tych, których zdolności kreacji zmurszały z wiekiem.

Pedagodzy pokroju Ferrera[2] nigdzie nie są tolerowani, tymczasem dietetycy promujący pożywkę wstępnie strawioną, d la profesorowie Elliot[3] i Butler[4] z powodzeniem umacniają erę ludzi bez znaczenia, ludzi-automatów. W świecie literatury i dramatu osoby takie, jak Humphry Ward[5] czy Clyde Fitch[6] stanowią idoli dla mas, niewielu jednak poznało lub docenia piękno i geniusz tekstów Emersona, Thoreau, Whitmana, lbsena, Hauptmanna, Butlera Yeatsa czy Stephena Phillipsa.[7] Twórcy ci są jak osamotnione gwiazdy lśniące w oddali poza horyzontem wielości.

Wydawcom, dyrektorom teatrów i krytykom nie zależy na jakości zawartej w dziele sztuki, ale na jego wynikach sprzedaży i na tym, czy przypadnie ono do gustu publice. Niestety, gnata tejże są niczym wysypisko, gdyż sławi ona wszystko, co nie wymaga mentalnego przetrawienia. Skutkiem tego przeciętność, pospolitość i banał stanowią gros literackiej twórczości.

Czy muszę wspominać, że tę samą smutną sytuację napotykamy dziś w sztuce? Wystarczy przyjrzeć się naszym parkom i ulicom, aby dostrzec szpetotę i wulgarność artystycznej twórczości. Z pewnością nikt — za wyjątkiem większości — nie zaakceptowałby sztuki tak skandalicznie niedobrej. Wadliwego zamysłu i barbarzyńskiego wykonania rzeźba zalewająca amerykańskie miasta ma tyle wspólnego z prawdziwą sztuką, co totem z Michałem Aniołem. A jednak wyłącznie taka sztuka odnosi sukces. Egzystencja prawdziwego geniusza artystycznego, który nie troszczy się o przyjęte opinie, który wykorzystuje swoją oryginalność i usiłuje oddać prawdę życia, płynie w nędzy i zapomnieniu. Jego prace mogą pewnego dnia stać się kaprysem mody wśród pospólstwa, jednak nie wcześniej, niż wygaśnie w nim energia życiowa, nie przed śmiercią prekursora; a bezideowy, pozbawiony wizji motłoch wyeksploatuje dziedzictwo mistrza.

Powiada się, że dzisiejsi artyści nie mogą tworzyć, gdyż jak Prometeusz przykuty jest do skały, tak ich wiąże potrzeba ekonomiczna. Sprawy zawsze tak się jednak miały. Michał Anioł był uzależniony od swego patrona nie mniej niż dzisiejszy rzeźbiarz czy malarz, wyjąwszy fakt, że koneserom sztuki tamtych czasów daleko do dzisiejszych rozszalałych tłumów. Zaszczytem było dla nich oddawanie czci ołtarzowi mistrza.

Mecenat sztuki w naszych czasach zna jedno jedynie kryterium, jedną wartość — pieniądz. Nie obchodzi go jakość wielkich dzieł, ale liczba dolarów, którą przynosi ich sprzedaż. Dlatego finansjer ze sztuki Interes przede wszystkim Oktawiusza Mirbeau, wskazując na obraz — zamazany układ kolorów — mówi: „Widzisz, jakie to wspaniałe; kosztuje 50 000 franków." Zupełnie tak samo postępują nasi parweniusze. Wygórowane sumy płacone za wielką sztukę muszą rekompensować marność ich gustu.

Najbardziej niewybaczalnym grzechem w społeczeństwie jest niezależność myśli. Fakt, że jest to tak ewidentne w kraju, który winien stanowić symbol demokracji, ma niezwykłe znaczenie dla potężnej władzy większości.

Pięćdziesiąt lat temu Wendell Phillips[8] powiedział:

„W naszym kraju absolutnej równości demokratycznej opinia publiczna jest nie tylko wszechpotężna, ale i wszechobecna. Nie ma ucieczki przed jej tyranią, nie sposób ukryć się przed jej działaniem; toteż gdyby z klasyczną grecką latarnią poszukać wśród setki ludzi, nie znalazłby się nawet jeden Amerykanin, który nie mógłby bądź nie pragnął czegoś zyskać w zakresie swej ambicji, życia społecznego czy interesu za sprawą dobrej opinii i głosów ludzi ze swojego otoczenia. Konsekwencją tego jest fakt, że zamiast stanowić zbiór jednostek, z których każda nieustraszenie wypowiada własne przekonania, jako naród jesteśmy w porównaniu do innych masą tchórzy. Bardziej niż jakikolwiek inny naród boimy się siebie nawzajem."[9]

Ewidentnie niezbyt wieleśmy dokonali od czasów sytuacji, z którą borykał się Wendell Phillips.

Dzisiaj, podobnie jak wówczas, opinia publiczna jest wszechobecnym tyranem; dziś, jak wówczas, większość stanowi masę tchórzy, gotową zaakceptować tego, kto odzwierciedla sobą marność ich dusz i umysłów. To tłumaczy bezprecedensowe dojście do władzy kogoś takiego jak Roosevelt, człowieka będącego uosobieniem najgorszych aspektów mentalności tłumu. Polityk taki wie, że większości nie obchodzą ideały czy praworządność, życzy sobie ona pokazu. Nie ma znaczenia, czy będzie to konkurs psów, mecz bokserski, lincz „czarnucha", pojmanie drobnego przestępcy, wieść o ślubie dziedziczki czy akrobatycznym wyczynie byłego prezydenta: im bardziej odrażające mentalne skrzywienie, tym większe są rozkosz i aplauz mas. Dlatego też Roosevelt ze swymi niskimi ideałami i wulgarnym duchem wciąż jest w centrum zainteresowania.

Tymczasem ludzi przewyższających o niebo tego typu politycznych pigmejów, ludzi szlachetnych, kulturalnych, uzdolnionych ucisza się szyderczym napomnieniem niczym rozpieszczone dzieci. Absurdalnym jest twierdzenie, że żyjemy w czasach indywidualizmu. Nasza epoka jest jedynie bardziej dobitną manifestacją zjawiska obecnego w całej historii: każdy wysiłek przyczyniający się do postępu, do oświecenia, rozwoju nauki, religijnego, politycznego czy ekonomicznego wyzwolenia, emanuje z mniejszości, nie z masy. Dziś, tak samo jak zawsze, dysydentów się nie słucha, a prześladuje, więzi, torturuje i morduje.

Zasada braterstwa, którą wykładał agitator z Nazaretu, pozwalała uchować się zalążkowi życia, prawdy i sprawiedliwości — ale jedynie dopóty, dopóki stanowiła kaganek niesiony przez opozycję. Z chwilą, gdy przejęła go większość, wspaniała zasada stała się niosącym cierpienie i klęskę szyboletem i zwiastunem krwi i ognia. Atak na wszechmoc Rzymu, wiedziony przez wybitne postaci Husa, Kalwina i Lutra, był niczym wschód słońca pośród ciemności nocy. Z chwilą jednak, gdy Luter i Kalwin stali się politykami i zaczęli usługiwać drobnym potentatom, szlachcie i duchowi tłumu, zaprzepaścili ogromne możliwości reformacji. Odnieśli sukces i zaskarbili sobie większość, jednak ta sama większość okazała się nie mniej okrutna i żądna krwi w prześladowaniu wolnej myśli i rozumu niż chrześcijańska bestia. Biada heretykom — mniejszości, która nie ugięła się przed wyrokami większości. Dziełem bezgranicznej gorliwości, wytrwałości i niekończących się poświęceń umysł ludzki zdołał w końcu uwolnić się od widma religii. Mniejszość ruszyła ku innym celom, tymczasem większość, obciążona prawdą, która z czasem odsłoniła swą fałszywość, pozostała w tyle.

Rasa ludzka wciąż jeszcze byłaby politycznie na etapie niewolnictwa, gdyby nie takie osoby jak John Ball,[10] Wat Tyler,[11] Wilhelm Tell i niezliczone wybitne jednostki, które krok po kroku zwalczały potęgę królów i tyranów. Gdyby nie indywidualni pionierzy, świat nigdy nie doznałby sięgającego samych fundamentów wstrząsu, jaki wywołała ogromna fala—Rewolucja Francuska. Nadejście wielkich wydarzeń przeważnie uprzedzają pozornie nieznaczące rzeczy. Według tej zasady elokwencja i ogień słów Camille Desmoulinsa były niczym ryk trąb u brani Jerycha, który do gołej ziemi zburzył symbol tortur, prześladowań i trwogi — Bastylię.

Zawsze — niezależnie od epoki — mniejszości niosły sztandar wielkiej idei, wysiłku wyzwolenia. Przeciwnie działa masa, której ciężar uniemożliwia ruch. świadomość tego faktu rozprzestrzenia się w Rosji z większą siłą, niż gdziekolwiek indziej. Tysiące żywotów zostało już pochłoniętych przez tamtejszy reżim, a mimo to monstrum na tronie nie czuje się zaspokojone. Jak to możliwe, żeby istniało coś tak straszliwego, skoro idee, kultura, literatura oraz najgłębsze i najszlachetniejsze uczucia skowyczą pod jego żelaznym jarzmem? Większość, ta zwarta, nieruchoma, ospała masa; rosyjski chłop, który po stuleciach zmagań, poświęceń, niewypowiedzianej nędzy wciąż wierzy, że lina, na której zawisa „człowiek o białych dłoniach" [Intelektualista], przynosi szczęście."[12]

W amerykańskiej walce o wolność większość była nie mniejszą przeszkodą. Aż po dziś dzień. idee Jeffersona, Patricka Henry'ego[13] czy Thomasa Paine'a[14] są kwestionowane i zdradzane przez ich potomnych. O wielkości i odwadze, które tak bardzo czci się w Lincolnie, zapomniano w kontekście ludzi, którzy stworzyli tło dla panoramy jego czasu. Prawdziwych świętych patronów osób czarnych uosabia garstka bojowników z Bostonu takich, jak Lloyd Garrison,[15] Wendell Phillips, Henry David Thoreau, Margaret Fuller[16] i Theodore Parker,[17] których wielka odwaga i stanowczość znalazły kulminację w osobie wybitnego Johna Browna. Ich niestrudzona gorliwość, ich dar wymowy i wytrwałość podważyły pozycję plantatorów z południowych stanów. Lincoln i jego sympatycy dołączyli do walki dopiero wówczas, gdy abolicja stała się już kwestią praktyczną i taką została uznana przez wszystkich.

Z grubsza pięćdziesiąt lat temu na politycznym horyzoncie świata niczym meteor pojawiła się idea tak radykalna, tak rewolucyjna, tak wszechogarniająca, że zrodziła trwogę w sercach wszystkich tyranów. Jednocześnie idea ta była zwiastunem radości, szczęścia i nadziei dla milionów. Pionierzy widzieli trudności na swojej drodze, wiedzieli, że czeka ich przezwyciężanie oporu, prześladowania i trudy, mimo to jednak nieustraszeni i nieugięci trwali w swoim marszu naprzód. Obecnie idea ta stała się popularnym sloganem - niemal każdy jest dziś socjalistą: bogaci jak i ofiary ubóstwa; obrońcy prawa i władzy i ich nieszczęśni winowajcy; wolnomyśliciele i propagatorzy religijnego fałszu; modna dama i dziewczyna w szmizjerce.[18] Dlaczegóżby nie? Skoro prawda sprzed pięćdziesięciu lat stała się kłamstwem, skoro pozbawiono ją młodzieńczej wyobraźni, a nawet skradziono jej wigor, siłę, rewolucyjny idealizm — dlaczego nie? Skoro nie jest już piękną wizją, ale „praktycznym, wykonalnym planem", którego powodzenie zależy od woli większości, czemu nie? Polityczni krętacze od zawsze wychwalają masy: „biedna większość, znieważona, wykorzystywana, potężna większość — gdyby tylko zechciała do nas dołączyć!".

Któż nie słyszał wcześniej tej litanii? Kto nie ma tego niezmiennego refrenu wypowiedzi wszystkich polityków? O tym, że masy krwawią, że okrada się je i wyzyskuje, wiem równie dobrze, jak desperacko walczący o głosy politycy. Będę się jednak upierać, że to nie garstka pasożytów, ale sama masa odpowiedzialna jest za ten stan. Uczepia się swych panów, ubóstwia bat, i jest pierwsza do tego, by krzyczeć: „Ukrzyżować!", gdy tylko wzniesiony zostanie głos protestu przed świętością kapitalistycznej władzy czy każdej innej przegniłej instytucji. Jak długo by jednak przetrwały władza i własność prywatna, gdyby nie skwapliwość, z jaką ludzie masowo wstępują do wojska, do policji, zostają strażnikami więziennymi i katami? Socjalistyczni demagogowie wiedzą o tym równie dobrze jak ja, a jednak podtrzymują mit cnót większości, ponieważ ich plan na życie opiera się na utrwalaniu władzy. A jakże władzę zdobyć bez poparcia większości? W istocie władza, przymus i relacje zależności zasadzają się na masach, nigdy zaś na wolności lub wolnym rozwoju jednostek, nigdy na narodzinach wolnego społeczeństwa.

Nie uznaję większości za kreatywną siłę dobra nie dlatego, żebym się nie utożsamiała z uciśnionymi, wydziedziczonymi tej ziemi; nie dlatego, że nie znam wstydu, cierpienia, upokorzenia życiem, które zmuszeni są wieść. O nie, nic podobnego! Czynię tak, gdyż wiem nader dobrze, że jako zwarta masa ludzie nigdy nie opowiedzieli się za sprawiedliwością bądź równością. Tłumili ludzki głos, zagaszali ludzkiego ducha, pętali ludzkie ciało; jako masa zawsze zmierzali do ujednolicenia życia, pozbawienia go barw i uczynienia monotonnym niczym pustynia. Jako masa zawsze będą unicestwiać indywidualność, wolną inicjatywę, oryginalność. Z tej przyczyny przyjmuję za Emersonem, że „masy są nieokrzesane, ułomne i szkodliwe w swych żądaniach i wpływach. Nie potrzeba im przeto pochlebstwa, ale pouczenia. Nie pragnę w niczym im ustępować, ale ćwiczyć, rozdzielać i rozbijać je, aby wyciągnąć z nich indywidua. Masy! Zgubą są masy. Pragnąłbym, aby zamiast mas istnieli jedynie uczciwi mężczyźni, wyłącznie życzliwe, troskliwe, spełnione kobiety."[19]

Inaczej mówiąc, żywe jednostki i życiowa prawda społecznego i ekonomicznego dobrobytu mogą się urzeczywistnić jedynie za sprawą gorliwości, odwagi i bezkompromisowej determinacji inteligentnych mniejszości, nie zaś dzięki masom.

[1] Henryk Ibsen, Wróg ludu, przeł. C. Wojewoda, w: Henryk Ibsen, Dramaty, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 427. [Tu i dalej przypisy nieoznaczone gwiazdką — przyp. tłum., M.L.]

[2] Francisco (wlasc. Francesc) Ferrer i Guardia (1859-1909)—hiszpański pedagog, anarchista, twórca Szkoty Nowoczesnej, którego ideom w kwestiach edukacji poświęcony jest rozdział szósty niniejszego tomu („Francisco Ferrer i szkoła nowoczesna").

[3] Charles W. Eliot (1834-1926) — amerykański profesor matematyki, rektor Uniwersytetu Harvarda w latach 1869-1909. Od końca lat 60. XIX wieku był jedną z czołowych figur wdrażających reformę amerykańskiego szkolnictwa wyższego. Proponowane przez Eliota zmiany miały na celu zwiększenie możliwości indywidualnego rozwoju studentów oraz podniesienie standardów nauki, celem edukacji wszechstronnie wykształconych specjalistów, intelektualnej arystokracji, sprzyjającej postępom amerykańskiej nauki, polityki i gospodarki.

[4] Nicholas M. Butler (1862-1947) — amerykański filozof, rektor Uniwersytetu Columbia w latach 1902-1945, w roku 1931 został laureatem nagrody Nobla za działania związane z Fundacją Camegie narzecz Międzynarodowego Pokoju (w szczególności pakt Brianda-Kelloga), której był prezesem w latach 1925-45. W ciągu 45 lat na stanowisku rektora Columbii przyczynił się do drastycznego rozrostu placówki; jednocześnie w latach 20. i 30. krytykowano jego poparcie dla rządów Benito Mussoliniego oraz próby utrzymywania otwartego dialogu z ideologiami włoskiego i niemieckiego faszyzmu.

[5] Mary Augusta Arnold (1851-1820) — pisząca pod nazwiskiem męża jako Mrs. Humphry Ward brytyjska powieściopisarka i edukatorka. W I890 założyła Centrum edukacji dla dorosłych Mary Ward, mające na celu edukację ubogich oraz redukcję różnic społecznych między osobami o różnym statusie ekonomicznym. Była również założycielką i przewodniczącą Narodowej Ligi Anty-sufrażystek.

[6] Clyde Fitch (1865-1909)— amerykański dramaturg. Na przełomie XIX i XX jego sztuki cieszyły się największą popularnością na nowojorskiej scenie teatralnej.

[7] Stephen Phillips (1869-1915) — brytyjski aktor, poeta i dramaturg, którego twórczość w latach 90. XIX wieku zdobyła krótkotrwałą popularność.

[8] Wendell Phillips (1811-1884) — amerykański prawnik i abolicjonista znany ze zdolności oratorskich.

[9] Wendell Phillips, Daniel O 'Connel, [w:] tegoż, Speeches, Lectures and Letters, Boston 1891, s. 399.

[10] John Ball — czternastowieczny duchowny angielski, ideolog powstania chłopskiego 1381 roku. Orędownik egalitaryzmu, wzywał do zniesienia własności feudalnej.
Spopularyzował powiedzenie: „Gdy Ewa przędła, a Adam rył, kto wtedy jaśniepanem był?"

[11] Wat Tyler — przywódca powstania chłopskiego 1381 roku. Poza zaprowadzeniem społeczeństwa bezklasowego postulował między innymi konfiskaty majątku kościelnego i jego równe rozdzielenie.

[12] Goldman odnosi się tu do dialogu z serii poezji prozą Turgieniewa, którego polski tytuł brzmi Wyrobnik i bialoręki (Чернорабочий и белоручка). „Wiersz" ów opowiada o spotkaniu robotnika i intelektualisty skazanego na więzienie za wspieranie interesu klasy pracującej i podżeganie do buntu. Usłyszawszy o wyroku, robotnik, nie rozumiejąc, dlaczego osoba, która nie zaznała trudu pracy, miałaby walczyć o emancypację „szarych, ciemnych ludzi", stwierdza: „A nie trzeba było namawiać do buntu!" Po upływie dwóch lat, dowiedziawszy się, że mężczyzna nie ustał w swoich działaniach, i że skazano go na śmierć przez powieszenie, mówi do jednego ze swych kamratów: „A wiesz co, Mitia, czy nie moglibyśmy tak dostać tego sznurka, na którym go będą wieszać? Mówią, że to przynosi wie-e-lkie szczęście!" (Iwan Turgieniew, Moobnik i bialoręki, tegoż, Poezje prozą, przeł. P. Hertz, Kraków-Wrocław 1985, ss. 55-57).

[13] Patrick Henry (1736.-1799) — amerykański prawnik i polityk, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, gubernator stanu Virginia i uczestnik wojny o niepodległość.

[14] Thomas Paine (1737-1809) — amerykański filozof pochodzenia brytyjskiego, uczestnik amerykańskiej wojny o niepodległość. W swoim czasie Paine był wpływowym myślicielem liberalnym wspierającym rewolucje francuską i amerykańską. Zdrowy rozsądek, pamflet jego autorstwa, to jeden z najbardziej znaczących tekstów rewolucji 1775 roku.

[15] William Lloyd Ganison (1805-1879) — amerykański abolicjonista, sufrażysta, dziennikarz i działacz społeczny. Był jednym z założycieli Amerykańskiego Towarzystwa Antyniewolniczego i abolicjonistycznego tygodnika „The Liberator", którego redaktorem był przez 35 lat.

[16] Margaret Fuller (1810.-1850) amerykańska publicystka, feministka i działaczka społeczna. Postulowała reformy społeczne na rozmaitych płaszczyznach; jej zainteresowania obejmowały reformy edukacji kobiet i ich powszechne równouprawnienie oraz kwestie poprawy warunków w więzieniach i zniesienia niewolnictwa. Fuller, jak Emerson i Thoreau, była również związana z filozoficznym nurtem transcendentalizmu.

[17] Theodore Parker (1810-1860)—pastor Kościoła unitariańskiego, transcendentalista i działacz społeczny. Aktywny członek licznych reformistycznych ruchów epoki: na uwagę zasługuje jego aktywny sprzeciw wobec niewolnictwa, czego wyrazem może być fakt, że Parker był jedną z osób finansujących aktywność Johna Browna.

[18] Czyli robotnica lub emancypantka. Szmizjerka (od fr. chemisiare) – sukienka „koszulowa", prosta, krótsza i mniej kosztowna od eleganckich sukien. Goldman używa słowa shirtwaist, które może też oznaczać kaftan-koszulę o męskim kroju wiązaną w pasie, stanowiącą część sukienki lub noszoną do spódnicy.

[19] Ralph Waldo Emerson, Concluct of Lift, Cambridge 1887, s. 196.