W powszechnym wyobrażeniu pojęcia małżeństwa i miłości są dla siebie niemal synonimami: wyrastają z tych samych pobudek oraz zaspokajają te same potrzeby. Jak większość popularnych opinii, ta również opiera się nie na faktach, lecz przesądach.

Małżeństwo i miłość nie maja ze sobą nic wspólnego, są oddalone od siebie jak bieguny, najbardziej, jak to możliwe; są swoimi przeciwieństwami. Część ślubów bierze się niewątpliwie z miłości. Nie z tego jednak powodu, iżby tylko w małżeństwie miłość mogła się objawić; dużo częściej dlatego, że niewielu ludzi umie całkowicie uwolnić się od konwenansu. W dzisiejszych czasach dla wielu mężczyzn i kobiet małżeństwo jest zwykłą farsą, jednak godzą się na nią z uwagi na opinię publiczną. W każdym razie: choć prawdą jest, że niektóre małżeństwa są oparte na miłości oraz że w części przypadków miłość w życiu małżeńskim nie przemija, uważam, że dzieje się tak nie z uwagi na działanie instytucji małżeństwa, a niejako pomimo niego.

Co więcej, nie ma krzty prawdy w twierdzeniu, że miłość stanowi skutek małżeństwa. Niekiedy — bardzo rzadko — słyszy się o cudownym przypadku dwójki ludzi, którzy zakochują się w sobie już po ślubie, lecz przy bliższym zbadaniu takich przypadków często okazuje się, że jest to z ich strony tylko przystosowaniem się do nieuniknionego losu. Z pewnością ten stopniowy proces przyzwyczajania się do siebie daleki jest od spontaniczności, dojmującego uczucia i piękna miłości, bez której intymność w małżeństwie z pewnością staje się żenująca zarówno dla kobiety, jak mężczyzny.

Ślub jest przede wszystkim ekonomiczną umową, polisą ubezpieczeniową. Różni się od zwykłego ubezpieczenia na życie tylko tym, że jest czymś bardziej wiążącym i wymagającym, a korzyści z niego są znacznie mniejsze, niżby na to wskazywała waga inwestycji. Polisę ubezpieczeniową spłaca się pieniędzmi i w każdej chwili można zrezygnować z dalszych wpłat. Jeśli jednak pakietem ubezpieczeniowym kobiety jest egzystencja jej męża, to żona zmuszona jest płacić swoim dobrym imieniem, prywatnością, szacunkiem do siebie i całym swoim życiem — „dopóki śmierć ich nie rozłączy". Ponadto owo małżeńskie ubezpieczenie skazuje kobietę na bycie do końca życia zależną od męża, sprawia, że staje się życiowym pasożytem, kimś całkowicie bezużytecznym zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. Mężczyzna też musi spłacać swój haracz, jednak małżeństwo ogranicza go w mniejszym stopniu, ponieważ on ma większą autonomię w społeczeństwie. Mężczyzna odczuwa ciężar małżeństwa raczej w wymiarze ekonomicznym.

A zatem motto, które w Boskiej Komedii Dantego widnieje nad bramą Piekła: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie"[1] pasuje również do opisu małżeństwa.

Tylko głupiec zaprzeczy temu, że instytucja małżeństwa jest fiaskiem. Wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące rozwodów, a od razu staje się jasne, jak sromotną jest porażką. Nawet sztandarowy filisterski argument o rosnącej swobodzie w obrębie prawa rozwodowego oraz coraz większej autonomii przyznawanej kobietom nie wytłumaczy tych danych: po pierwsze, jedno małżeństwo na dwanaście kończy się rozwodem, po wtóre, od 1870 roku liczba rozwodów wrosła z 28 do 73 w obrębie każdej stutysięcznej społeczności, po trzecie, cudzołóstwo jest od roku 1867 aż o 270,8 % częściej podawane jako przyczyna rozwodu, po czwarte w końcu, opuszczenie przez małżonka stało się aż o 369,8 % powszechniejszą przyczyną rozstania.

Do owych niepokojących danych dokłada się również wielka mnogość podejmujących tę tematykę utworów literackich i scenicznych, w których rzuca się nowe światło na sprawę. Robert Herrick w powieści Together, Pinero w sztuce Mid-Channel Eugene Walter w Paid in Full oraz wielu innych pisarzy opisuje jałowość, monotonię, udrękę oraz nieudolność małżeństwa, zadając kłam jego wyobrażeniu — symbolowi harmonii i porozumienia dwójki ludzi.

Uważny badacz nauk społecznych nie zadowoli się popularnymi, powierzchownymi wymówkami, które mają tłumaczyć klęskę małżeństwa. Dopiero dogłębna analiza zależności między płciami pozwala zrozumieć, dlaczego idea małżeństwa jest zgubna.

Edward Carpenter[2] twierdzi, że w każdym małżeństwie spotykają się dwa diametralnie odmienne środowiska, w których od urodzenia rosły osoby obu płci; środowiska te są tak od siebie różne, że mężczyźni i kobiety siłą rzeczy pozostają sobie na zawsze obcy. Oddzieleni nieprzebytym murem zbudowanym z przesądów, obyczajów, nawyków, małżonkowie nie mają możliwości prawdziwie się poznać, nabrać do siebie szacunku i przez to ich związek skazany jest na niepowodzenie.

Henryk Ibsen, wielki przeciwnik wszelkiej społecznej obłudy, prawdopodobnie jako pierwszy zauważył tę prawdę. Bohaterka jednego z jego dramatów, Nora,[3] odchodzi od męża nie dlatego, że — jak tego by chcieli głupi krytycy — jest zmęczona swoimi obowiązkami lub odczuwa nagłą chęć emancypacji, lecz dlatego, że uświadamia sobie, że mężczyzna, z którym mieszka pod jednym dachem od ośmiu lat, i któremu urodziła dzieci, jest dla niej obcym człowiekiem. Czy może być coś bardziej upokarzającego, bardziej poniżającego, niż całe życie dzielić przestrzeń z całkowicie obcą osobą? Kobieta jest uczona interesować się jedynie zarobkami męża, nic więcej nie musi o nim wiedzieć. A cóż by miało być do poznawania w kobiecie poza jej przyjemnym wyglądem? Wciąż nie udało się na dobre obalić teologicznego mitu o tym, że kobieta nie ma duszy, że stanowi jedynie dodatek do mężczyzny, że została stworzona z jego żebra dla jego towarzystwa, po to, by ten mocarz nie musiał obawiać się własnego cienia.

Może to nędzna jakość materiału, z którego według tego mitu została zbudowana kobieta, jest odpowiedzialna za jej poślednią rolę. Bo przecież skoro kobieta nie ma duszy — to co można o niej wiedzieć? Zresztą im mniej duszy w kobiecie, tym lepszym jest ona materiałem na żonę, ponieważ tym łatwiej podporządkuje się mężowi i wtopi w niego. To właśnie to niewolnicze przyzwolenie na wywyższanie mężczyzn pozwoliło podtrzymywać instytucję małżeństwa przez tak długie lata. W dzisiejszych czasach, gdy kobiety zyskują autonomię i zaczynają myśleć o sobie samych poza kategoriami niewolnicy, fundamenty świętej instytucji poczynają się chwiać — i żadne sentymentalne lamenty tego nie zmienią.

Dziewczynkom niemal od dzieciństwa powtarza się, że małżeństwo jest dla nich ostatecznym celem; a zatem cała ich edukacja musi być jemu podporządkowana. Przygotowuje się młode kobiety do tego podobnie, jak tuczy się pokorne bydło przeznaczone na rzeź. Jednak, o dziwo, pozwala im się dowiedzieć o wiele mniej na temat roli żony i matki, niż się uczy jakiegokolwiek wyrobnika na temat jego rzemiosła. Gdyby szanująca się dziewczyna wiedziała coś na temat relacji małżeńskich, poczytywane by to było za nieprzyzwoitość i ohydę. Oto niekonsekwencja dyktatu przyzwoitości: potrzebuje on formuły ślubu, żeby coś plugawego przemienić w najczystszy, najświętszy związek, którego nikt nie śmie podważać ani krytykować! A przecież takie właśnie jest stanowisko przeciętnego zwolennika instytucji małżeństwa. Przyszła żona i matka pozostaje cały czas nieświadoma swojego jedynego kapitału w tej walce — płci. Wchodzi ona w związki na całe życie z mężczyzną i od razu zostaje zszokowana i odczuwa obrzydzenie wobec najbardziej naturalnego i zdrowego instynktu, jakim jest seks. Można założyć, że ogromna część nieszczęścia, bólu, niepokoju oraz cierpienia fizycznego w małżeństwie wynika ze skandalicznej ignorancji w sprawach płciowych, którą uważa się mylnie za cnotę i wychwala. Można wręcz powiedzieć, że niemało małżeństw zostało zniszczonych przez ten sposób postrzegania seksu.

Jeśli jednak kobieta jest na tyle wolna i dorosła, by posiąść tajemnicę seksu bez oglądania się na to, co o tym sądzi państwo czy Kościół, będzie ona uważana za niegodną kandydatkę na żonę dla „porządnego" mężczyzny, czyli takiego, który ma pusto w głowie, za to pełno w portfelu. Czy istnieje coś bardziej oburzającego niż to, że zdrowa, dorosła kobieta pełna pasji i życia jest zmuszona wyzbyć się swojej natury i jej potrzeb, stłumić najmocniejsze nawet pragnienia, zrujnować zdrowie i złamać swojego ducha, ograniczyć doświadczenia, powstrzymać się od głębokiego i wspaniałego przeżywania wrażeń seksualnych, dopóki odpowiedni „porządny" mężczyzna nie przyjdzie pojąć jej za żonę? Tym właśnie jest małżeństwo dla kobiety. Wszak to niemożliwe, by podobny układ nie miał się skończyć klęską. To jeden — choć na pewno nie najpośledniejszy — element, który odróżnia miłość od małżeństwa.

Żyjemy w erze praktyczności, pragmatyzmu. Minęły czasy, gdy Romeo i Julia narażali się na gniew rodziców, minęły czasy, gdy Gretchen narażała się dla miłości Fausta na obmowę sąsiadów. W dzisiejszych czasach jeśli młodzi ludzie pozwolą sobie na luksus miłości romantycznej, szybko są doprowadzani do porządku przez starsze pokolenie, które tak długo wierci im dziurę w brzuchu, aż staną się „rozsądni".

W naukach o moralności wpajanych młodym dziewczynom nie bierze się nigdy pod uwagę tego, na ile kochają danego mężczyznę, lecz ograniczają się do pytania o jego majętność: „Ile?". Jedyny liczący się amerykański Bóg — praktyczny styl życia — pyta: czy mężczyzna zarabia wystarczająco dużo? Czy będzie umiał utrzymać żonę? Fakt, że tylko te kwestie liczą się przy zawieraniu związku małżeńskiego, stopniowo sprawia, że dziewczyna porzuca marzenia o księżycowych nocach i pocałunkach, a nawet o śmiechu i łzach. Zamiast tego zaczyna śnić o wycieczkach do drogich sklepów. Ta małoduszność i powierzchowność są fundamentami instytucji małżeństwa. Oczywiście państwo i Kościół przychyla się do takiej wizji, ponieważ dzięki niej łatwo poddawać kontroli i mężczyzn, i kobiety.

Są bez wątpienia ludzie, którzy nie mierzą miłości pieniędzmi, zwłaszcza w obrębie klasy, w której potrzeby ekonomiczne wymusiły na ludziach samowystarczalność. Zmiana pozycji kobiet, spowodowana właśnie tą przymusową zaradnością jest rzeczywiście niezwykła, jeśli wziąć pod uwagę, że kobiety weszły na rynek pracy dopiero niedawno. Sześć milionów kobiet zarabia pieniądze w systemie dniówkowym. Sześć milionów kobiet zyskało więc równe prawa z mężczyznami w byciu wykorzystywanymi, okradanymi, prawo do strajkowania, lecz także do głodowania. Czy coś jeszcze? Może jeszcze to, że sześć milionów pracownic najemnych o różnych statusach — od pracownic umysłowych po robotnice — wykonuje ciężką pracę fizyczną w fabrykach, przy budowie linii kolejowych czy w policji. Emancypacji kobiet najwyraźniej niczego już nie brakuje.

Mimo to znikoma część ogromnej armii kobiet pracujących postrzega pracę jako coś stałego, tak jak robią to mężczyźni. Ci są uczeni, by w każdym wieku być niezależnym finansowo, bez względu na własne niedołęstwa. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie jest całkowicie niezależny w naszym kieracie ekonomicznym; jednak nawet najlichszego pokroju mężczyzna nie chce być darmozjadem, a w każdym razie nie chce, by takim go postrzegano.

Kobiety traktują swoją pracę jako zaledwie etap przejściowy w oczekiwaniu na mężczyznę z dogodną ofertą ślubu. Dlatego właśnie tak trudno o to, żeby kobiety traktowały miejsca pracy jak miejsca organizowania się. „Dlaczego miałabym przyłączyć się do związku zawodowego? Przecież niedługo znajdę męża i będę się zajmować domem". Trudno się dziwić takiemu nastawieniu kobiet, przecież od dzieciństwa wpajano im do głowy, że taki jest ich najważniejszy cel w życiu. Niestety szybko okazuje się, że dom jest takim samym więzieniem jak fabryka, z taką tylko różnicą, że tak naprawdę jego drzwi i okna jeszcze są bardziej pancerne, a strażnik wyjątkowo nieprzejednany. Najsmutniejsze jest jednak to, że zajmowanie się domem już nawet nie uwalnia kobiet od konieczności zarabiania, lecz tylko dokłada im obowiązków.

Według najnowszych badań przeprowadzonych przez komisję do spraw „pracy, płacy i przeludnienia społecznego" jedynie w Nowym Jorku dziesięć procent robotnic najemnych jest w związku małżeńskim, a mimo to muszą pracować za najniższą stawkę na świecie. Jeśli dodamy do tego mordęgę prac domowych, zniknie obraz domu jako schronienia i miejsca nieskalanego. Tak naprawdę nawet dziewczyna wywodząca się z klasy średniej nie może nazwać miejsca zamieszkania domem, jako że to mężczyzna wyznacza jej przestrzeń życiową. Przestaje być ważne, czy mąż jest bydlakiem, czy troskliwą osobą, bowiem niezmiennym jest fakt, że małżeństwo może zapewnić kobiecie dom tylko dzięki łasce jej męża. Toteż krząta się ona w jego domu rok po roku, aż jej życiowe potrzeby i ogląd spraw staną się tak powierzchowne, wąskie i pospolite jak jej otoczenie. Nic dziwnego, że kobieta zmienia się wtedy w małostkową zrzędę, kłótliwą, trudną do zniesienia plotkarę, która zaczyna swoim zachowaniem zniechęcać męża do przestrzeni domowej. Ona sama nie może odejść, nawet gdyby chciała—nie ma dokąd. Poza tym nawet krótki okres małżeństwa, całkowitego zarzucenia swoich zainteresowań, sprawia, że kobieta staje się bezradna wobec świata zewnętrznego. Przestaje dbać o wygląd, jej ruchy stają się niezdarne, traci zdolność samodzielnego podejmowania decyzji, staje się lękliwa, uciążliwa i nudna, co u większości mężczyzn wzbudza nienawiść i obrzydzenie. Oto wspaniała atmosfera dla nowego życia, czyż nie?

Ale co z dzieckiem? Czy małżeństwo nie stanowi dla niego ochrony? Czyż nie powinna to właśnie być sprawa najwyższej wagi? Co za szopka, cóż za hipokryzja! Skoro małżeństwo ma chronić dzieci, to dlaczego tysiące ich żyje w nędzy i bez dachu nad głową? Skoro małżeństwo ma chronić dzieci, dlaczego sierocińce i domy poprawcze są przepełnione, dlaczego Stowarzyszenie Przeciwko Okrucieństwu wobec Dzieci ma pełne ręce roboty, ratując malców przed ich „kochającymi" rodzicami, by ich oddać pod lepszą opiekę, do Towarzystwa Gerry'ego?[4] To kpina!

Małżeństwo może i zdoła stworzyć warunki, które mają ludzi „uszczęśliwić na siłę", ale czy potrafi ich wyręczyć? Prawo może umieścić ojca w areszcie, ale czy zadba ono o zaspokojenie głodu jego dzieci? Jeżeli rodzic nie ma pracy lub ukrywa swoją tożsamość, co w takiej sytuacji zdziała instytucja małżeństwa? Powołuje się na prawo, żeby mu wymierzyć „sprawiedliwość", umieścić go bezpiecznie w zamknięciu; praca jego jednak odtąd żywi państwo, a nie dziecko. Dziecku zaś zostają zaledwie zniszczone wspomnienia o ojcu za kratami.

Jeśli chodzi o sprawę ochrony kobiet — w tym pozorze tkwi całe przekleństwo instytucji małżeństwa. Nie żeby rzeczywiście małżeństwo zapewniało jakąkolwiek ochronę kobietom, ale już sama idea jest tak odstręczająca, oburzająca, obraźliwa, poniżająca dla ludzkiego poczucia godności, że należy całkowicie potępić ową pasożytniczą instytucję.

Małżeństwo działa na podobieństwo innego paternalistycznego układu: kapitalizmu. Ograbia człowieka z jego przyrodzonego prawa, hamuje jego rozwój, zatruwa ciało, trzyma go w niewiedzy, biedzie i zależności, a następnie powołuje instytucje charytatywne, które żerują na jego resztkach szacunku do siebie.

Instytucja małżeństwa czyni z kobiety pasożyta całkowicie uzależnionego od żywiciela. Odbiera jej oręż w życiowej walce, niweczy w niej świadomość społeczną, paraliżuje wyobraźnię, by w końcu narzucić swoją rzekomo łaskawą ochronę, która w rzeczywistości jest pułapką —parodią charakteru ludzkiego.

Jeżeli macierzyństwo jest najwyższą formą spełnienia kobiecej natury, to czego potrzebuje więcej nad miłość i wolność? Małżeństwo tylko bezcześci, obraża i psuje to spełnienie. Czy małżeństwo nie wmawia kobiecie: „Tylko wówczas, gdy za mną podążysz, będziesz mogła powołać nowe życie?" Czy nie potępia kobiety doszczętnie, nie upokarza i nie hańbi jej, jeżeli ona odmawia nabycia prawa do macierzyństwa kosztem siebie samej? Czy nie jest tak, że tylko ono uświęca opiekę nad dzieckiem, nawet poczętym w nienawiści i pod przymusem? A jeśli macierzyństwo jest dziełem wolnego wyboru, miłości, uniesienia, buntowniczej pasji, to czy małżeństwo nie kładzie wtedy korony cierniowej na niewinną główkę i czy nie wycina krwawym piętnem straszliwego epitetu: „bękart"? Gdyby instytucja ta była skarbnicą wszystkich cnót, które się jej przypisuje, to same jej występki przeciwko macierzyństwu wykluczają ją na zawsze ze świata miłości.

Miłość jest najsilniejszym i najgłębszym uczuciem w naszym życiu, przynosi nadzieję, radość, uniesienia. Miłość przeczy wszystkim prawom, wszystkim konwencjom. Miłość — najbardziej wyzwolony, najsilniejszy kruszec ludzkiego losu. Jak można taką potężną moc wzrostu sprowadzić do małżeństwa, tego nędznego, wynaturzonego chwastu wyhodowanego przez państwo i Kościół?

Wolna miłość? Wszak miłość jest niczym innym, jak właśnie wolnością! Człowiek kupuje wiedzę, ale żadne pieniądze świata nie mogą kupić miłości. Można nadzorować ciała, ale żadna siła na świecie nie może objąć kontrolą miłości. Armia ludzi może podbić cały naród, ale żadna armia nie będzie w stanie pokonać miłości. Człowiek nauczył się pętać ducha, ale każdy jest tak samo bezbronny wobec miłości. Ludzie mogą zasiadać na królewskich tronach, mogą żyć w przepychu i opływać w zaszczyty, a przecież stają się nieszczęśliwi i samotni, gdy miłość ich omija. Jednak jeżeli człowieka spotka miłość, wówczas nawet najuboższa rudera zaczyna promieniować ciepłem, życiem i barwami. Rzecz ta ma zatem magiczną moc zmieniania żebraka w króla. Tak, miłość jest wolna —może kwitnąć tylko w wolności, wtedy daje z siebie hojnie i całkowicie. żadne prawa ustanowione przez ludzi, żadne wyroki sądów nie zdołają wyrwać miłości z ziemi, na której raz zapuści korzenie. Jeżeli jednak ta ziemia jest jałowa, jakżeby małżeństwo miało sprawić, by przynosiła owoce? Przypomina to desperacką walkę o życie w obliczu pewnej śmierci.

Miłość nie potrzebuje ochrony, sama się broni. Dopóki nowe życie rodzi się w miłości, dopóty żadne dziecko nie poczuje się odrzucone, głodne lub spragnione czułości. Wiem, że tak jest. Znam kobiety, które zostały matkami w wolnych związkach z mężczyznami, których kochały. Niewiele dzieci urodzonych w małżeństwie może cieszyć się tak staranną opieką i takim poświęceniem uwagi, jakie jest w stanie zapewnić im wolne macierzyństwo.

Obrońcy autorytetu władzy drżą na myśl o wolnym macierzyństwie, ponieważ jego nadejście odebrałoby im potencjalne ofiary. Kto by wtedy walczył w wojnach? Kto wytwarzałby dobra materialne? Kto by powoływał do życia policjantów i strażników więziennych, skoro kobiety odmówiłyby nieograniczanego rodzenia dzieci? „Rasa, rasa!" — krzyczy król, prezydent, kapitalista, ksiądz. Rasa musi przetrwać, nawet jeżeli to miałoby oznaczać, że kobietę sprowadza się do roli maszyny do produkowania dzieci, a instytucja małżeństwa jest naszym jedynym zabezpieczeniem przed seksualnym przebudzeniem kobiet. Próżne jednak te gorączkowe próby utrzymania stanu niewoli. Na próżno wydaje edykty Kościół, bezskuteczne są furiackie ataki rządzących, a nawet prawo. Kobiety nie chcą już dłużej być trybikami w machinie wytwarzania rasy cherlawych, słabych, nieudolnych, nieszczęsnych istot ludzkich, które nie mają ani siły, ani moralnej odwagi, by zrzucić jarzmo biedy i niewolnictwa. Zamiast tego kobiety chcą mieć mniej dzieci, ale takich, które będą lepszymi, bo są spłodzone i wychowane w miłości. Chcą mieć dzieci z własnej wolnej woli, a nie takie, które przyjdą na świat w wyniku małżeńskiego poczucia obowiązku. Nasi pseudomoraliści muszą się wiele nauczyć o głębokim znaczeniu poczucia odpowiedzialności za dziecko, jakie miłość i wolność budzą w sercu kobiety. Kobiety wolą zrezygnować na zawsze z macierzyństwa, niż powoływać nowe życie na świat, w którym panują tylko zniszczenie i śmierć. Jeżeli zostawać matką, to po to, by dać z siebie dziecku to, co najmądrzejsze i najlepsze. Mottem staje się to, by się rozwijać razem z dzieckiem, ponieważ matka wie, że tylko w ten sposób może budować w dziecku prawdziwe człowieczeństwo, kobiecość i męskość.

Ibsen musiał mieć przed oczami wizję wolnej matki, gdy mistrzowsko portretował Panią Alving.[5] Była ona najlepszą matką, ponieważ odrzuciła małżeństwo z całym jego koszmarem, ponieważ wyswobodziła się z łańcuchów i wyzwoliła swojego ducha, by ten mógł poczuć się wolny i zwrócić jej osobowość odbudowaną i silną. Niestety było za późno na ocalenie radości jej życia, Oswalda, lecz nie za późno, żeby uświadomiła sobie, że miłość w wolności jest jedynym warunkiem pięknego istnienia. Ci, którzy podobnie jak Pani Alving zapłacili krwią i łzami za duchowe przebudzenie, odrzucają małżeństwo jako coś narzuconego, jako płytką, pustą farsę. Wiedzą oni, że bez względu na to, czy miłość trwa krótko, czy całą wieczność, jest ona jedyną twórczą, uskrzydlającą, uwznioślającą podstawą dla nowej rasy ludzkiej, dla nowego świata.

W naszym państwie moralnych Pigmejów miłość rzeczywiście jest czymś obcym dla większości ludzi. Jest niezrozumiana i przeganiana, toteż rzadko zapuszcza korzenie, a jeżeli już, to prędko więdnie i obumiera. Jej delikatna tkanka nie potrafi przetrwać stresu i wysiłku codziennego kieratu. Jej dusza jest zbyt złożona, by dopasować się do naszej obmierzłej struktury społecznej. Szlocha, jęczy i cierpi w tych i za tych, którzy jej potrzebują, a nie umieją po nią sięgnąć.


Pewnego dnia mężczyźni i kobiety powstaną, dosięgną szczytów i staną się silni i wolni, gotowi na przyjmowanie i uczestniczenie, gotowi kąpać się w złotych promieniach miłości. Jaka fantazja, jaka wyobraźnia, jaki poetycki geniusz może choć w przybliżeniu przewidzieć, co za potencjał tkwi w tej mocy życiowej kobiet i mężczyzn? Jeżeli świat ma kiedyś zrodzić prawdziwe poczucie wspólnoty i jedności — nie małżeństwo, lecz, miłość będzie jego rodzicem.

[1] „Piekło", ósmy wers Pieśni III. „Rzucajcie wszelką nadzieję, wchodzący!" - Dante Alighieri, Boska komedia, przeł. A. Stanisławski, Poznań 1890, s. 17. [Tu i dalej przypisy nieoznaczone gwiazdką— przyp. tłum., A.G.,

[2] Edward Catpenter (1844-1929)— angielski poeta, filozof, wydawca i działacz socjalistyczny, wczesny aktywista na rzecz osób nieheteronormatywnych. Swoimi wpływami i działalnością przyczynił się do założenia Towarzystwa Fabiańskiego i Partii Pracy. Utrzymywał stosunki i korespondencję z wiodącymi intelektualistami i artystami w różnych częściach świata. Goldman powoływała się na niego też w rozdziale 6.

[3] Henryk Ibsen, Dom lalki (Nora), przeł. J. Frilhling, Warszawa 1985 (więcej miejsca poświęcono temu dramatowi i Ibsenowi w ogóle w rozdziale 12).

[4] Elbridge Thomas Gerry (1837-1927) — reformator amerykański, prawnik, pionier aktywizmu na rzecz praw dziecka i prawnej regulacji opieki społecznej. Założyciel nowojorskiego Society for the Prevention of Cruelty to Children („Stowarzyszenia przeciwko okrucieństwu wobec dzieci" zwanego także po prostu „Gerry Socjety") i współzałożyciel tejże instytucji w wymiarze międzystanowym. Zajął się kwestiami społecznymi po tym, jak przyszło mu prowadzić sprawę Mary Ellen Wilson, skandalicznie maltretowanej dziewczynki, której przypadek przejął opinię publiczną tak, że stała się niejako „twarzą" kampanii przeciwko przemocy w rodzinie i na rzecz ustanowienia nadzoru w kwestiach opiekuńczych.

[5] Henryk Ibsen, Upiory, [w.] tegoż, Wybór dramatów, przeł. W. Marrenć, Warszawa 1898 (więcej o tej sztuce Goldman pisze w rozdziale 12).