ANARCHIA

Wiecznie lżona, wyklęta, nigdy nie pojęta,
Czas nasz przepełniasz straszliwą trwogą.
„Ładu zagłado", płacze gawiedź lękiem zdjęta,
„Tyś mordu i wojny furią srogą".
Niech płaczą ci, co obce im zmaganie
O prawdę, która w słowie jest schowaną,
Słowa sens właściwy znanym się nie stanie.
ślepcami wśród ślepców niechaj pozostaną.
Ty jednak, słowo — tak jasne, mocne, czyste,
Moje powołanie Ty wyrażasz w pełni.
Daję Cię przyszłości! Twoim jutro mgliste
Będzie, gdy każdy sam swe przebudzenie spełni.
Ze słońcem nadejdziesz? Czy z burzy podnietą?
Tego nie wiem — ziemi świadkiem być Twej drodze!
Jestem anarchistą! I z tej racji przeto
Rządzić ni rządzonym być się nie godzę!

JOHN HENRY MACKAY[1]

Historia ludzkiego postępu i rozwoju jest jednocześnie historią przeraźliwych zmagań wszelkich nowych idei zwiastujących nadejście jaśniejszych dni. W swym nieustępliwym skupieniu na tradycji Stare nigdy nie wahało się stosować najniższych i najokrutniejszych chwytów, żeby powstrzymać nadejście Nowego — niezależnie od formy, w której to ostatnie miało dojść do głosu, czy okresu, w którym miało to nastąpić. Nie trzeba studiować historii zamierzchłej przeszłości, aby zdać sobie sprawę z ogromu oporu, trudności i problemów, jakie stawały na drodze każdej postępowej idei. Łoże tortur, zgniatacz kciuków i knut są z nami do dzisiaj, podobnie jak pasiaki skazańców i znaki gniewu społecznego — wszystkie one sprzysięgły się przeciw duchowi, który trzeźwo i spokojnie kroczy naprzód.

Anarchizm nie ulega złudzeniu, że uda mu się uniknąć losu, jaki spotyka każdą postępową ideę. W istocie, jako najbardziej rewolucyjny i bezkompromisowy z innowatorów, sprostać musi ignorancji i jadowi świata, którego przebudowę przyjął sobie za cel.

Żeby nawet pobieżne odnieść się do wszystkiego, co mówi się i czyni przeciw anarchizmowi, trzeba by napisać oddzielny tom. Z tej przyczyny pragnę odpowiedzieć wyłącznie na dwa podstawowe zarzuty, objaśniając tym samym, co anarchizm w rzeczywistości oznacza.

Interesującym zjawiskiem związanym z opozycją wobec anarchizmu jest fakt, że ujawnia ona relację pomiędzy tak zwaną inteligencją i ignorancją. Nic w tym jednak zaskakującego, jeśli weźmiemy pod uwagę relatywność wszechrzeczy. Ignorancki tłum ma tę przewagę, że nie pozoruje nawet wiedzy czy tolerancji. W zwyczaju ma działać pod wpływem impulsu, racje jego są racjami dziecka. „Dlaczego?" — „Bo tak." A przecież sprzeciw ludzi niewykształconych wobec anarchizmu zasługuje na tyleż samo uwagi, co wybory człowieka światłego.

Jak zatem brzmią wspomniane zarzuty? Po pierwsze, anarchizm jest piękną, choć niepraktyczną ideą. Po drugie, anarchizm dopuszcza przemoc i zniszczenie, a zatem musi zostać odrzucony jako coś nikczemnego i niebezpiecznego. Zarówno człowiek inteligentny, jak i tłum ignorantów wygłaszają swoje sądy nie w oparciu o dogłębną znajomość tematu, ale o pogłoski bądź mylne interpretacje.

Projekt praktyczny — rzecze Oscar Wilde — to taki, który bądź to jest już w działaniu, bądź mógłby być wprowadzony w aktualnie panujących warunkach. Jednak to właśnie te warunki są tym, czemu należy się sprzeciwić; każdy zatem projekt gotów je zaakceptować byłby czymś naiwnym i niewłaściwym. Prawdziwym kryterium praktyczności nie jest więc to, czy projekt zdolny jest utrzymać się w ryzach błędu i głupoty, ale czy ma witalność potrzebną do tego, aby opuścić nieruchome wody tego, co minione, i zbudować — jak również podtrzymać — nowe życie. W świetle tej koncepcji anarchizm w istocie jest teorią praktyczną. W większym stopniu niż wszelkie Inne projekty pozwala on bowiem wyzbyć się błędu i głupoty, bardziej niż jakakolwiek inna myśl —buduje i podtrzymuje życie.

Utrzymywanie emocji ignoranta w zenicie wymaga ich nieustannego podniecania mrożącymi krew w żyłach historiami na temat anarchizmu. Nie ma rzeczy zbyt skandalicznej, zbyt oburzającej dla tych, którzy chcieliby taką rzecz wykorzystać przeciw tej filozofii i jej przedstawicielom. Z tej właśnie przyczyny anarchizm uosabia się dla bezmyślnych w dziecinnym obrazie złego człowieka —mrocznego potwora, którego jedynym pragnieniem jest pochłonąć wszystko wokół; krótko mówiąc: w obrazie destrukcji i przemocy.

Destrukcja i przemoc! Skąd przeciętnemu człowiekowi wiedzieć, że największa przemoc w społeczeństwie płynie z ignorancji, której niszczycielska siła jest tym właśnie, co anarchizm zwalcza? Brak też ludziom świadomości, Ze anarchizm, który poniekąd zakorzeniony jest w naturze, niszczy nie zdrową tkankę, ale pasożytniczą narośl, która karmi się esencją życiową społeczeństwa; Ze jedynie oczyszcza on ziemię z chwastów, by mogła zrodzić zdrowe owoce.

Ktoś powiedział, że potępienie wymaga mniej intelektualnego wysiłku, niż zastanowienie. Wszechobecna mentalna indolencja, tak powszechna w społeczeństwie, ukazuje tę prawdę aż nazbyt dobitnie. Zamiast zgłębić źródła i znaczenie danej teorii, większość ludzi wybiera całkowite jej odrzucenie bądź zdanie się na jakąś powierzchowną lub krzywdzącą definicję nieistotnych elementów.

Anarchizm nawołuje człowieka do myślenia, badania analizy każdego sądu; aby jednak nie obciążać nadmiernie umysłu przeciętnego czytelnika, ja również zacznę od definicji, a następnie przejdę do jej rozwinięcia.

ANARCHIZM: Filozofia nowego porządku społecznego opartego na wolności nieograniczonej ludzkim prawem; teoria zakładająca, że wszystkie formy rządów opierają się na przemocy i z tej racji należy je uznać za niewłaściwe i szkodliwe, a także zbędne.

Nowy porządek społeczny zasadza się, rzecz jasna, na materialnej podstawie życia. Jakkolwiek jednak wszyscy anarchiści zgadzają się, że współcześnie największe zło to zło ekonomiczne, jednocześnie utrzymują, że zaradzić mu można wyłącznie drogą uwzględnienia wszystkich faz życia: indywidualnej jak i kolektywnej, wewnętrznej i zewnętrznej.

Dokładne przestudiowanie historii ludzkiego rozwoju ujawnia dwa żywioły pozostające ze sobą w zażartym konflikcie. Żywioły te dopiero dziś stają się dla nas zrozumiałe nie jako obce względem siebie, ale — gdy są umieszczone we właściwym środowisku — blisko ze sobą związane: to instynkty indywidualne i socjalne. Jednostka i społeczeństwo od wieków toczą ze sobą niestrudzenie krwawą walkę. Każdy z elementów dąży do supremacji, pozostaje bowiem ślepy na wartość i znaczenie drugiego. Instynkt indywidualny i społeczny: pierwszy z nich jest najpotężniejszym czynnikiem ambicji, rozwoju, aspiracji i samorealizacji; drugi — równie potężnym warunkiem wzajemnego wsparcia i społecznego dobrobytu.

Nie trzeba daleko szukać wyjaśnienia dla tej burzy, która szaleje pomiędzy indywiduum a jego otoczeniem bądź w samym wnętrzu jednostki. Człowiek prymitywny, nie mogąc pojąć zasad swojej egzystencji, ani tym bardziej jedności wszelkiego życia, czuł się zależny od ślepych, ukrytych sił, gotowych w każdym momencie uczynić go przedmiotem swoich drwin i szyderstw. Z takiego nastawienia wyrosły religijne koncepcje człowieka jako zwyczajnej drobiny prochu zależnej od zwierzchnich mocy „na górze" dających się udobruchać jedynie drogą całkowitego poddaństwa. Wszystkie dawne sagi oparto na tej idei, która przetrwała jako Leitmotiv przypowieści biblijnych poruszających kwestię relacji człowieka z Bogiem, z Państwem, ze społeczeństwem. Raz po raz powtarza się ten sam motyw — człowiek jest niczym, moce są wszystkim. Dlatego Jehowa zdzierżyć mógł istnienie człowieka jedynie pod warunkiem, że ten kompletnie mu się podporządkuje. Człowiek dostąpić może pełni ziemskiej chwały, aby tylko nie posiadł świadomości samego siebie. Państwo, społeczeństwo i prawa moralne — wszystkie one jakby śpiewały tę samą pieśń: człowiek dostąpić może pełni ziemskiej chwały, aby tylko nie posiadł świadomości samego siebie.

Anarchizm jest jedyną filozofią, która ofiarowuje człowiekowi samoświadomość; która utrzymuje, że Bóg, Państwo i społeczeństwo nie istnieją, a ich obietnice są próżne i nieważne, gdyż zrealizowane być mogą wyłącznie przez ludzką subordynację. Anarchizm naucza zatem jedności życia, nie tylko w naturze, ale i w człowieku. Instynkty indywidualne i społeczne stoją w nie większym konflikcie, aniżeli serce i płuca: jedno z nich to naczynie bezcennej esencji życiowej, drugie — skarbnica żywiołu umożliwiającego jej zachowanie czystości i mocy. Indywidualność jest sercem wspólnoty przechowującym esencję życia społecznego; społeczeństwo tymczasem jest jak płuca, które zajmują się dystrybucją żywiołu utrzymującego tę esencję — to znaczy pierwiastek indywidualny — w czystości i sile.

„Jedyną wartością w świecie", pisze Emerson, „jest czynny duch. (...) [K]ażdy człowiek ma w sobie takiego ducha (...). Czynny duch ogląda absolutną prawdę i wyraża ją lub stwarza"[2] Innymi słowy — instynkt indywidualny jest największą w świecie wartością. Jest on prawdziwą duszą, która widzi i powołuje do życia prawdę; z tej zaś zrodzić ma się prawda większa jeszcze — odrodzona dusza społeczna.

Anarchizm — wielki wyzwoliciel człowieka od fantomów, które trzymały go w niewoli — jest sędzią i rozjemcą dwóch sił na rzecz harmonii tego, co indywidualne i społeczne. Aby tę jedność osiągnąć, anarchizm wypowiada wojnę szkodliwym wpływom, które dotąd uniemożliwiały zgodne scalenie instynktów indywidualnego i społecznego, jednostki i społeczeństwa.

Religia — w wymiarze ludzkiego umysłu, własność — w wymiarze ludzkich potrzeb oraz rząd — w wymiarze ludzkiego postępowania są budulcem twierdzy zniewolenia człowieka ze wszystkimi okropieństwami, które ono za sobą pociąga. Religia! Jak daleko sięga jej dominacja nad umysłem człowieka, jak wielce upokarza ona i upadla jego duszę. Bóg jest wszystkim, mówi religia, człowiek zaś niczym. Z tej nicości zdołał jednak Bóg stworzyć królestwo tak despotyczne, tak tyrańskie, tak okrutne, tak przeraźliwie wymagające, że od momentu wynalezienia bogów nie rządzi światem nic, jak tylko smutek, krew i łzy. Anarchizm budzi człowieka do sprzeciwu wobec tej czarnej bestii. Zerwij mentalne okowy — nawołuje go anarchizm — bowiem jedynie wówczas, gdy zaczniesz myśleć i sądzić samodzielnie, wyzwolisz się spod władzy ciemnoty, największej przeszkody dla wszelkiego postępu.

Idea własności, owładnąwszy potrzebami człowieka, odmawia mu też prawa do ich zaspokojenia. Swego czasu własność legitymizowała się boskim prawem, które jak pieśń powracało do ludzi wciąż tym samym refrenem, nawet i pod postacią religii: „Poświęcenie! Wyrzeczenie! Poddanie!" Duch anarchizmu podniósł ich z uniżonej pozycji. Człowiek stoi teraz wyprostowany, z twarzą zwróconą ku światki. Nauczył się rozpoznawać nienasyconą, pustoszącą, wyniszczającą naturę własności i gotów jest uśmiercić i tego potwora.

„Własność to kradzież",[3] pisał wielki francuski anarchista Proudhon. Owszem; dla kradnącego jednak akt ten jest pozbawiony ryzyka i niebezpieczeństwa. Monopolizując skumulowane starania ludzi, koncepcja własności ograbiła człowieka z tego, co mu się w sposób przyrodzony należy i puściła wolno nędzarzem i wyrzutkiem. Idea ta nie może nawet wykpić się wyświechtaną wymówką, że ludzie nie wytwarzają dostatecznie dużo, aby zaspokoić potrzeby wszystkich. Już student podstaw ekonomii wie, że produktywność pracy w ostatnich dekadach dalece przewyższa zwyczajne zapotrzebowanie. Czym są jednak normalne potrzeby dla anormalnej instytucji? Jedyną rozpoznawaną przez własność potrzebą jest jej własna żarłoczna żądza pomnażania bogactwa, bogactwo oznacza bowiem władzę —moc podporządkowywania, moc pogrążania, moc wyzysku, niewolenia, znieważania i poniżania. Ameryka zawsze skora jest chełpić się swoim ogromnym bogactwem narodowym: biedna Ameryka, na co jej całe to bogactwo, skoro jednostki, z których składa się naród, zmagają się ze skrajnym ubóstwem? Skoro żyją w nędzy, brudzie, występku, bez krzty radości i nadziei — bezdomna, ograbiona z ziemi rzesza ludzkiej pastwy.

Powszechnie uznaje się, że jeżeli zyski przedsiębiorstwa nie przekraczają poniesionych przez nie kosztów, skazane jest ono na bankructwo. Jednakże ci, którzy trudnią się wytwarzaniem bogactwa, nie przyswoili dotąd tej prostej nauki. Każdego roku produkcja coraz ciężej okupowana jest ludzkimi żywotami (pięćdziesiąt tysięcy zabitych i sto tysięcy rannych w Ameryce w samym zeszłym roku), jednak zyski mas przyczyniających się do wytwarzania bogactwa wciąż maleją. Mimo to Ameryka pozostaje ślepa na nieuniknione bankructwo naszego systemu produkcji. Nie jest to bynajmniej jej jedynym przewinieniem — zbrodnią nawet bardziej nikczemną jest uczynienie z wytwórcy zwyczajnego trybu w machinie, który ma mniej woli i decyzyjności od swego pana z żelaza i stali. Człowieka ograbia się nie z samych produktów jego własnej pracy, ale i odbiera mu się moc swobodnej inicjatywy, oryginalności, a wreszcie zainteresowanie własnymi dziełami i chęć ich wytwarzania.

Na prawdziwe bogactwo składają się rzeczy użyteczne i piękne, rzeczy, które pomagają stwarzać silne i piękne ciała oraz inspirujące do życia otoczenie. Jeśli jednak człowiek skazany jest na przędzenie wełny, kopanie węgla czy budowanie dróg przez trzydzieści lat swego życia, wówczas o bogactwie nie może być mowy. Człowiek taki daje światu jedynie rzeczy szare i wstrętne, odzwierciedlające jednostajną i wstrętną egzystencję — za słaby jest, by żyć, zbyt tchórzliwy, by umrzeć. Choć może zabrzmi to dziwnie — sąrludzie, którzy wynoszą tę odrętwiającą metodę scentralizowanej produkcji i dają jej miano najbardziej chlubnego osiągnięcia naszych czasów. Nie zauważają zupełnie, że jeśli zdecydujemy się trwać w tym zmechanizowanym poddaństwie, nasz rodzaj niewolnictwa przerośnie nawet dawne poddaństwo wobec Korony. Nie chcą wiedzieć, że centralizacja oznacza nie tylko podzwonne dla wolności, ale i zdrowia oraz piękna, sztuki i nauki: wszak wszystkie one są nie do pomyślenia w zmechanizowanym otoczeniu.

Anarchizm nie może nie odrzec się od tego typu metod produkcji: wszak jego celem jest najbardziej swobodny wyraz pełni ukrytych mocy jednostki. Oscar Wilde opisywał człowieka doskonałego jako tego, „który wśród doskonałych rozwija się warunków; którego nie ranią, nie męczą, nie krępują, któremu nic nie grozi".[4] Doskonała osobowość może więc zaistnieć jedynie w stanie społecznym, gdzie człowiek ma prawo do dobrowolnego wyboru pracy, własnej metody jej wykonywania oraz własnych jej warunków. Dla jednostki takiej zbudowanie atolu, wzniesienie budowli czy obrobienie pola staje się tym, czym dla artysty jest obraz, a dla naukowca — odkrycie: wynikiem inspiracji, potężnej tęsknoty i głębokiego zaangażowania w pracę i proces tworzenia. Skoro na tym zasadzają się ideały anarchizmu, na jego rozwiązania ekonomiczne powinny składać się dobrowolne związki produkcyjne i dystrybucyjne, stopniowo rozwijające się w wolny komunizm oferujący najlepsze środki produkcji przy najmniejszym marnotrawieniu ludzkiej energii. Jednakże uznaje się w nim również prawo jednostki (lub grupy jednostek) do organizowania w dowolnym momencie nowych form pracy odpowiadających gustom i potrzebom.

Niezbywalnym warunkiem zaistnienia tego typu przejawów ludzkiej wolności jest pełnia swobody indywidualnej i społecznej. Anarchizm kieruje swe moce przeciw trzeciemu, największemu wrogowi wszelkiej społecznej równości, mianowicie: państwu, usystematyzowanej władzy czy wszelkiemu prawu pisanemu — domenie władzy nad ludzkim postępowaniem.

Podobnie jak religia zakuła w kajdany ludzki umysł, a własność mienia czy monopolizm podporządkowały sobie i zdławiły potrzeby człowieka, tak samo państwo zniewoliło jego ducha, dyktując mu każdy aspekt postępowania. „Każdy rząd", pisze Emmerson, jest z zasady tyranią.[5] Nie ma znaczenia, czy opiera się na boskim prawie króla, czy na rządach większości. Na każdym kroku zmierzał będzie do absolutnego podporządkowania jednostki.

O rządzie amerykańskim największy amerykański anarchista, Hemy David Thoreau, napisał:

„Czymże jest obecny rząd amerykański, jak nie tylko tradycją, i to całkiem niedawną? Usiłuje on przekazać siebie potomności w stanie nienaruszonym, a tymczasem z każdą chwilą traci coś ze swojej integralności. Jego żywotność i siła nie dorównują żywotności i sile jednego człowieka (...). Prawo nigdy nie wpłynęło na to, że ludzie stawali się bardziej sprawiedliwi. Przeciwnie, szacunek, jakim ludzie je darzą, powoduje, że nawet ci sprawiedliwi stają się na co dzień niesprawiedliwi".[6]

W istocie ideą przewodnią dla rządu jest niesprawiedliwość. Z arogancją, i zadufaniem nieomylnego władcy rządy rozporządzają ludźmi, sądzą, skazują i karzą za najbardziej nieistotne wykroczenia, tymczasem same utrzymują się przy pomocy najpoważniejszego z przewinień: unicestwienia wolności indywidualnej. Dlatego rację ma Ouida[7] gdy pisze:

„Państwo zmierza do wpojenia ludziom tych jedynie wartości, które pomagają w zaspokojeniu jego potrzeb i wzbogaceniu skarbu. Największym jego osiągnięciem jest sprowadzenie ludzkości do roli mechanizmu zegarowego. W takim klimacie wszystkie bardziej subtelne i wyszukane wolności potrzebujące pielęgnacji i swobodnego rozwoju nieuchronnie więdną i obumierają. Państwo wymaga działającej bez przestanku maszyny podatkowej, skarbu, który nigdy nie wpada w deficyt, oraz ludności — monotonnej, posłusznej, bezbarwnej, pozbawionej ducha publiki przemieszczającej się pokornie niczym stado owiec odgrodzoną wysokim płotem drogą".[8]

Jednak nawet takie stado owiec zdolne byłoby oprzeć się manipulacjom państwa, gdyby nie deprawujące, tyrańskie i opresyjne metody, którymi zaprzęga ono w służbę swym celom. Z tej racji Bakunin odrzuca państwo jako coś jednoznacznego z wyrzeczeniem się wolności indywiduów oraz niewielkich mniejszości — jako destrukcję relacji społecznych, ograniczenie czy wręcz kompletną negację samego życia na rzecz spotęgowania hegemonii. Państwo jest ołtarzem wolności politycznej i — podobnie jak ołtarz religijny — istnieje wyłącznie celem składania ofiary z człowieka.

Trudno tak naprawdę znaleźć współczesnego myśliciela, który nie zgodziłby się z opinią, że rząd, zorganizowana władza czy państwo potrzebne są wyłącznie dla utrzymania i zabezpieczenia własności i monopolu. W tej jedynie funkcji wykazały się skutecznością.

Nawet George Bernard Shaw,[9] który wierzy w cudowne ozdrowienie państwa pod wpływem fabianizmu, przyznaje minio wszystko, że: „aktualnie jest ono wielką maszyną służącą rabowaniu i niewoleniu biednych przy użyciu brutalnej siły".[10] Trudno w tej sytuacji zrozumieć, dlaczego bystry autor prolegomenów pragnąłby podtrzymać istnienie państwa, kiedy zniknie bieda.

Niestety wielu ludzi do dziś trwa w tragicznym przekonaniu, że istnienie rządu wynika z praw naturalnych, że podtrzymuje on porządek społeczny i że powstrzymuje leniwego człowieka od odarcia bliźnich ze wszystkiego. Oto dlaczego powzięłam zamiar omówić te problemy.

Prawo naturalne jest obecnym w człowieku czynnikiem, który uobecnia się w sposób wolny i spontaniczny, niezależnie od jakichkolwiek sił zewnętrznych, w harmonii z wymogami natury. Na przykład konieczność odżywiania się, zaspokojenia potrzeb seksualnych, potrzeba światła, powietrza czy ćwiczeń fizycznych — wszystkie one są prawem naturalnym. A jednak ich wyraz nie potrzebuje machiny rządowej, nie wymaga użycia pałki, karabinu, kajdan czy więzienia. Bycie posłusznym prawom natury — jeśli można mówić tu o posłuszeństwie — wymaga jedynie spontaniczności i wolnej sposobności. Faktu, że rządy nie są podtrzymywane za sprawą równie harmonijnych sił, dowodzi straszliwe pasmo okrucieństwa, przemocy i wymuszeń stosowanych przez organy rządowe celem przetrwania. Rację ma więc Blackstone,[11] gdy stwierdza, że „prawa ludzkie są nieważne, ponieważ stoją w sprzeczności z prawami natury".[12]

Trudno przypisać państwu zdolność budowania ładu i społecznej harmonii, chyba że taką, jak w przypadku zaprowadzenia porządku w Warszawie po mordzie dokonanym na tysiącach ludzi.[13] Porządek wprowadzony środkami ujarzmiania i podtrzymywany mocą terroru nie stanowi gwarancji bezpieczeństwa; jest to jednak jedyny „porządek", jaki kiedykolwiek udało się rządom utrzymać. Prawdziwa harmonia społeczna bierze się w sposób naturalny z solidarności interesów. W społeczeństwie, w którym pracującym nic się nie należy, natomiast ci, którzy nie pracują, cieszą się wszystkim, solidarność interesów nie istnieje; zatem harmonia społeczna jest tam zwykłym mitem. Zorganizowana władza ustosunkowuje się do tego ważkiego problemu wyłącznie poprzez przyznawanie dodatkowych przywilejów tym, którzy i tak zmonopolizowali już świat, oraz przez pogłębienie niewoli wydziedziczonych mas. W ten sposób cały arsenał w dyspozycji rządu — prawo, policja, wojsko, sądy, legislatywa, więzienia — z mozołem oddaje się „harmonizacji" najbardziej antagonistycznych elementów społeczeństwa.

W absurdalnej apologii władzy i prawa utrzymuje się, że służą one zmniejszeniu przestępczości. Abstrahując od faktu, że to samo państwo jest największym przestępcą, łamiącym każdy rodzaj prawa, tak pisanego, jak naturalnego, bo na porządku dziennym dopuszczają się kradzieży za pośrednictwem opłat oraz zabójstw pod postacią wojen i kary śmierci — jeżeli chodzi o zwalczanie przestępczości, widać że stanęło w martwym punkcie. Porażką skończyły się próby zduszenia czy nawet osłabienia tej straszliwej plagi, której samo państwo jest stwórcą.

Działania przestępcze są niczym innym, jak tylko źle ukierunkowaną energią. Tak długo, jak wszystkie ekonomiczne, polityczne, socjalne i moralne instytucje trwać będą w zmowie mającej na celu kierowanie ludzkiej energii w niewłaściwym kierunku; tak długo, jak większość ludzi w wyobcowaniu wykonywać będzie zadania, które budzą w nich wstręt, trwając w znienawidzonym przez siebie życiu, przestępczość pozostanie czymś nieuniknionym. Wszelkie prawa i statuty przyczynić się mogą jedynie do jej zwiększenia, nigdy jednak eliminacji. Cóż takie społeczeństwo, jakie mamy dzisiaj, wiedzieć może o doświadczeniu rozpaczy, o biedzie, trwodze, przeraźliwych zmaganiach, które przejść musi dusza ludzka na drodze zbrodni i upadku? Któż z tych, którzy znają ten straszliwy proces, nie dostrzeże prawdy w tych słowach Piotra Kropotkina:

„Ci, którzy uchwycą zależność między korzyściami zyskanymi tą drogą przez prawo i wymiar kar a poniżającym wpływem tychże na ludzkość; ci, którzy ocenią, jaki potok upodleń płynie z działań konfidenta we wspólnocie ludzkiej podejmowanych pod pretekstem pomocy w demaskowaniu przestępstwa, a faworyzowanych przez samego sędziego i opłacanych brzęczącą monetą przez rząd; ci, którzy wejdą za więzienne mury i tam zobaczą, czym stają się ludzie, gdy ograbić ich z wolności, gdy zostawić ich na pastwę brutalnych strażników i ich szorstkiego, okrutnego języka, gdy wystawić ich na tysiące bolesnych, przenikliwych upokorzeń — wszyscy ci zgodzą się z nami, że cały aparat więzienny i karny jest godny abominacji i należy mu położyć kres".[14]

Rzekomy odstraszający wpływ prawa na bezczynnego człowieka jest czymś zbyt absurdalnym, by warto było się tu nad nim zastanawiać. Jeśliby tylko społeczeństwo uwolnić od marnotrawstwa i wydatków związanych z utrzymaniem klasy próżniaczej i narzędzi ochrony, jakich wymaga dla siebie ta klasa, społeczeństwo posiadałoby w inwentarzu wystarczająco dużo, aby zaspokoić potrzeby wszystkich, wliczając w to pojedyncze przypadki bezproduktywnych jednostek. Ponadto warto mieć na względzie, że bezczynność wynikać może już to ze specjalnych przywilejów, jut to z fizycznych bądź psychicznych odchyleń. Nasz aktualny pomylony system produkcji sprzyja powstawaniu obu przypadków, przy czym najbardziej szokującym zjawiskiem jest to, że ludzie w ogóle mają jeszcze wolę pracy. Anarchizm zmierza do odarcia pracy z jej ogłupiającego, odrętwiającego aspektu, z tego, jak jest ponura i ile ma w sobie przymusu. Chce uczynić z pracy instrument radości, mocy, barwności, rzeczywistej harmonii, aby najuboższy człowiek znaleźć mógł w niej zarówno zainteresowanie, jak i nadzieję.

Aby uporządkować życie w taki sposób, rząd — który w najlepszym przypadku narzucił nam jedyną możliwą formę życia bez poszanowania dla indywidualnych i społecznych zróżnicowań i potrzeb — należy wyeliminować wraz z jego niesprawiedliwymi, arbitralnymi, represyjnymi środkami. Znosząc rząd i prawo pisane, anarchizm zmierza do ocalenia niezależności jednostek i ich szacunku do samych siebie od wszelkich ograniczeń i inwazyjności władzy. Jedynie jako istota wolna człowiek zdolny jest rozwinąć swój pełen potencjał. Tylko wolny może uczyć się myśleć i zmieniać, a także dawać z siebie to, co najlepsze. Tylko wolny uświadomi sobie prawdziwą siłę społecznych więzi, które splatają się, łącząc ludzi ze sobą, i które stanowią rzeczywistą podstawę normalnego życia społecznego.

Co jednak z naturą ludzką? Czy i ona da się zmienić? A jeżeli nie, to czy przetrwa w anarchizmie?

Biedna natura ludzka, jak wiek straszliwych zbrodni popełniono w jej imieniu! Każdy głupiec, od króla po policjanta, od bezmyślnego plebana po ograniczonego amatora nauki, rości sobie prawo do wypowiadania się autorytatywnie na temat ludzkiej natury. Im większym ktoś jest mentalnym szarlatanem, tym bardziej stanowczo upiera się przy nikczemności i słabości ludzkiej natury. Jak jednak mamy o tym mówić dziś, gdy każdą z dusz uwięziono, gdy każde z serc zakuto w kajdany, zraniono i okaleczono?

John Burroughs[15] stwierdził, że obserwacja badawcza zwierząt w niewoli jest absolutnie bezużyteczna. Ich osobowość, nawyki, pragnienia przechodzą bowiem kompletną transformację, gdy oderwie się je od ich ziemi wśród pól czy w lasach. Jeżeli naturę ludzką wtłacza się w ciasne formy, jeśli co dzień jest pobita i zmuszana do posłuszeństwa, jak tu mówić o jej cechach i potencjale?

Wolność, rozwój, perspektywy oraz — nade wszystko — spokój i wypoczynek wystarczą, by odkryć przed nami rzeczywiste główne siły ludzkiej natury i jej wspaniałe możliwości.

„Anarchizm" oznacza więc uwolnienie ludzkiego umysłu od władzy religii, ludzkiego ciała od władzy własności, a wreszcie zerwanie więzów i ograniczeń, jakie narzuca rząd. Anarchizm oznacza porządek społeczny oparty na swobodnych zrzeszeniach jednostek dla wytwarzania rzeczywistego bogactwa społecznego — porządek, który zagwarantuje każdemu człowiekowi wolny dostęp do ziemi i nieograniczone korzystanie z tego, co niezbędne do życia wedle indywidualnych potrzeb, gustów i skłonności.

Nie jest to dzika fantazja czy wyraz zaburzenia umysłowego, ale konkluzja, do której dotarli niezliczeni intelektualiści i intelektualistki z całego świata, konkluzja wynikająca z bliskiej i metodycznej obserwacji prądów współczesnego społeczeństwa: indywidualnej wolności i równości ekonomicznej, paty sił stanowiących podstawę tego, co dobre i prawdziwe w człowieku.

Co do metod — anarchizm nie jest, jak niektórzy podejrzewają, teorią przyszłości, która miałaby się zrealizować z boskiej inspiracji. Jest on żywą siłą obecną w zdarzeniach naszego życia, nieustannie stwarzającą nowe warunki. Metody anarchizmu nie składają się zatem na jakiś żelazny program, który ma zostać zrealizowany niezależnie od okoliczności. Metody muszą wyrastać na gruncie potrzeb ekonomicznych każdego miejsca i środowiska, jak i brać się z intelektualnych i osobowościowych wymogów jednostki. Tołstoj w swoim trzeźwym, spokojnym nastawieniu pożądać będzie innych sposobów społecznej rekonstrukcji niż zapalczywa, ekstrawertyczna osobowość Michaiła Bakunina czy Piotra Kropotkina. Tak samo dobrze widać, że ekonomiczne i polityczne potrzeby Rosji podyktują bardziej drastyczne środki, nit warunki w Anglii czy Ameryce. Anarchizm nie uznaje wojskowego drylu i standaryzacji [uniformity], promuje natomiast ducha rewolucji — w dowolnej formie — który sprzeciwia się wszystkiemu, co ogranicza ludzki rozwój. Wszyscy anarchiści są co do tego zgodni, podobnie jak zgodni są w swoim sprzeciwie wobec maszyny politycznej jako środka zaprowadzania zmiany społecznej.

„Każde głosowanie", pisał Thoreau, „jest rodzajem gry, jak warcaby lub triktrak, ([...] jest igraniem tego, co słuszne, z tym, co niesłuszne, ([...] zobowiązania [gry] nigdy nie wykraczają poza zasadę wygodnego kompromisu. Nawet głosowanie za danym prawem nie jest rzeczywistym jego popieraniem, jest tylko delikatnym sygnalizowaniem ludziom, Ze pragnęłoby się, aby owa racja zatriumfowała. Mądry człowiek nie rzuci jej na pastwę miłosierdzia losu ani nie zapragnie, aby zatriumfowała dzięki potędze większości."[16]

Bliższe zbadanie działania maszyny politycznej i jej dokonań pozwoli przyznać rację logice Thoreau.

Co ukazuje nam historia parlamentaryzmu? Nic, tylko porażki i niepowodzenia— ani jednej reformy w kierunku polepszenia społecznej i ekonomicznej sytuacji ludu. Przegłosowywano i egzekwowano prawa mające na celu ochronę pracy, a jednak w ubiegłym roku udowodnione zostało, że Illinois, stan o najostrzejszym prawie ochrony kopalń, doznaje najdotkliwszych kopalnianych katastrof. W stanach, w których ustanowiono prawa pracy dla nieletnich, wyzysk dzieci jest największy, i choć z nami robotnicy cieszą się pełnią politycznych możliwości, kapitalizm w swej bezczelności i tak sięga zenitu.

Nawet gdyby robotnicy uzyskali możliwość posiadania własnych reprezentantów, o którą wykłócają się nasi poczciwi socjalistyczni politycy, czy moglibyśmy liczyć na uczciwość i dobrą wolę przedstawicieli? Należy pamiętać o tym, jak działają procesy polityki, żeby uświadomić sobie, że droga dobrych intencji usłana jest pułapkami: kumoterstwo, intryganctwo, pochlebstwa, kłamstwo i oszustwa— krętactwo wszelkiej maści umożliwia aspirującym politykom osiągnięcie sukcesu. Dodać do tego wszystkiego należy kompletną demoralizację charakteru i upadek przekonań, a nie pozostanie już nic, co pozwalałoby spodziewać się czegokolwiek po tych wykolejeńcach. Ludzie raz po raz wykazują się naiwnością i obdarzają zaufaniem, wiarą i wsparciem niewartych złamanego grosza aspirujących polityków, po to tylko, aby ostatecznie zostać przez nich zdradzonymi i oszukanymi.

Niektórzy przyjmują, że ludzie prawi nie dają się zdeprawować politycznej machinie. Być może jest to prawda, jednak osoby takie okazują się absolutnie bezsilne w kwestii forsowania robotniczych interesów, jak miało to miejsce w licznych przypadkach. Państwo jest gospodarczym panem swoich sług. Dobrzy ludzie, jeżeli tacy istnieją, albo pozostaliby w zgodzie ze swoimi politycznymi ideałami i utracili ekonomiczne wsparcie, albo uczepili się swoich panów, stając się kompletnie niezdolnymi do czynienia najdrobniejszego dobra. Scena polityczna nie pozostawia wyboru: trzeba być głupcem lub łajdakiem.

Przesądy polityczne wciąż władają sercami i umysłami mas, jednak ci, którzy prawdziwie ukochali wolność, nie chcą mieć z polityką nic wspólnego. Zgadzają się natomiast ze Stirnerem, że człowiek ma tyle wolności, ile gotów jest jej sobie wziąć. Anarchizm opowiada się zatem za bezpośrednim działaniem, otwartym nieposłuszeństwem i oporem wobec wszystkich praw i ograniczeń: ekonomicznych, socjalnych i moralnych. Jednak nieposłuszeństwo i opór to rzeczy nielegalne — i w tym właśnie tkwi zbawienie człowieka. Wszystko, co poza prawem, wymaga prawości, samowystarczalności i odwagi. Krótko mówiąc, anarchizm domaga się duchów wolnych, niezależnych, „ludzi, którzy są ludźmi, i którzy mają twardy i sztywny kręgosłup".[17]

Powszechne prawo głosu zawdzięcza swe istnienie bezpośredniemu działaniu. Gdyby nie duch buntu i oporu amerykańskich ojców rewolucji, ich potomni wciąż służyliby królewskiej fladze. Gdyby nie bezpośrednia reakcja Johna Browna[18] i jego kompanów, Ameryka wciąż handlowałaby ciałami czarnych. Prawdą jest, że niewolnictwo seksualne wciąż jest na porządku dziennym, ale i ono musi zostać zniesione poprzez bezpośrednie działanie. Sfera związków zawodowych, owa ekonomiczna arena współczesnych gladiatorów, zawdzięcza istnienie bezpośredniemu działaniu. Dopiero ostatnio prawo i rząd podjęły próby ich niszczenia, uznając propagatorów prawa jednostki do zrzeszania się za konspiratorów i skazując ich na więzienie. Gdyby związkowcy usiłowali urzeczywistnić swe roszczenia poprzez błaganie, tłumaczenie i kompromisy, związki zawodowe wciąż stanowiłyby rzadkość. We Francji, Hiszpanii, Włoszech i Rosji, nawet w Anglii (warto zwrócić uwagę na wzrastającą rebelię angielskich związków robotniczych), bezpośrednie, rewolucyjne ekonomiczne działanie urosło w walce o wolność przemysłową w moc tak potężną, że świat uświadomił sobie kolosalne znaczenie robotniczej siły. Strajk generalny, najwyższy wyraz świadomości ekonomicznej robotnika, w Ameryce jeszcze do niedawna był czymś wyśmiewanym. Dzisiaj, aby wygrać, uczestnicy każdego wielkiego strajku muszą uświadomić sobie doniosłość solidarnego, powszechnego protestu.

Bezpośrednie działanie, które udowodniło już swoją skuteczność w fabrykach, może okazać się równie efektywne w otoczeniu jednostki. Tam bowiem targają jej istnieniem setki sił, od których wyzwolić może ją wyłącznie wytrwały opór. Bezpośrednie działanie przeciw władzy w zakładach, bezpośrednie działanie przeciw władzy prawa, bezpośrednie działanie przeciw inwazyjnej, wścibskiej władzy naszego kodu moralnego jest logiczną, spójną metodą anarchizmu.

Czy nie prowadzi to do rewolucji? Owszem, prowadzi. Żadna realna zmiana nie nastała nigdy bez rewolucji. Ludzie albo nie znają swojej historii, albo nie nauczyli się jeszcze, że rewolucja jest niczym innym, jak tylko myślą, którą przekuto w czyn.

Anarchizm, wielki zaczyn myśli, objawia się dziś w każdej dziedzinie działań człowieka. Naukę, sztukę, literaturę, dramat, dążenie do poprawy warunków ekonomicznych — w rzeczywistości każdy indywidualny i społeczny wyraz oporu wobec istniejącego nieładu — przenika duchowe światło anarchizmu. Jest on filozofią suwerenności jednostki, teorią społecznej harmonii. Anarchizm to wielka, gwałtowna, żywa prawda, która odbudowuje świat, i która zwiastuje nadejście świtu.

[1] John Henry MacKay, Anarchie, [w:] tegoż: Sturm, Zurych 1890, s. 30. Angielski przekład z niemieckiego autorstwa Emmy Goldman: [Tu i dalej przypisy nieoznaczone gwiazdką — przyp. tłum.,

[2] Ralph Waldo Emerson, Amerykański uczony, [wi tegoż, Natura, Amerykański uczony, przeł. M. Filipczuk, Kraków 2005, s. 55. Goldman najpewniej cytowała słynną mowę Emersona z pamięci, co tłumaczyć mogłoby odstępstwa od oryginału, jak i fakt, że pominięte zostały drobne jej fragmenty, w niniejszym wydaniu oznaczone przez tłumacza.

[3] Pierre Joseph Proudhon, Co to jest własność, przeł. J. Dzizyński, [w:] Jan Dziżyński, Proudhon, Warszawa 1975, s. 183.

[4] Oskar Wilde, Dusza człowieka w epoce socyalizmu, przeł. L. B. (przekład anonimowy), Lwów 1908, s. 22.

[5] Goldman prawdopodobnie parafrazuje tu fragmenty esejów Emersona Nominalist and Realist (1844) — "Each man, too, is a tyrani in tendency, because he would impose his idea on others" i Politics (1844) —"Every actual State is corrupt".

[6] Henry David Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo, przeł. H. Cieplińska, Poznań 2006, ss. 16, 19.

[7] Ouida (1839-1908) — nom de plume Marii Louisa Ranie, angielsko-francuskiej pisarki, autorki powieści, książek dla dzieci i publicystki, która — choć była zwolenniczką arystokratyzmu — w twórczości często odnosiła się do współczesnych sobie problemów socjalnych, estetycznych i politycznych, poruszając takie kwestie jak kolonializm, przemoc domowa, miłość jednopłciowa, transgresyjność seksualna, związki pozamałżeńskie, kapitalizm czy problem władzy państwowej.

[8] Ouida, The State as an Immoral Factor, [w:] tejże, Hews and Opiniom, Londyn 1896, s. 361.

[9] George Bernard Shaw (1856-1950) — irlandzki dramaturg i krytyk literacki znany z obszernych przedmów do sztuk i traktatów, w których poruszał kwestie filozoficzne, społeczne i polityczne. Shaw był zaangażowanym członkiem i autorem broszur Towarzystwa Fabiańskiego, organizacji poświęconej stopniowej popularyzacji myśli socjalistycznej za pośrednictwem reformistycznych środków.

[10] George B. Shaw, The Impossibilities of Anarchism, Londyn 1895, s. 24.

[11] Sir William Blackstone (1723-1780)— angielski sędzia i profesor prawa, znany z dzieła Komentarze dopraw angielskich, podręcznika będącego pierwszym objaśnieniem i opracowaniem znaczenia oraz historii poszczególnych przepisów w języku nauki.

[12] Cytat ten jest popularną parafrazą słynnego stwierdzenia Blackstone'a: „To prawo natury, o rodowodzie współczesnym ludzkości i przez samego Boga podyktowane, wiąże rzecz jasna silniej, niż wszelkie inne. Obowiązuje ono na całym świecie, w każdym państwie i w każdej chwili: nie ma takiego ludzkiego prawa, które, będąc z nim sprzeczne, zachować mogłoby swą ważność; te zaś, które są ważne, całą moc i cały autorytet pośrednio bądź bezpośrednio czerpią z tego pierwowzoru". W. Blackstone, Commenłaries on the Laws of England, Oksford 1765, s. 41.

[13] Nawiązanie do wypowiedzi Horace Sébastianiego, francuskiego ministra spraw zagranicznych, wygłoszonej we francuskiej izbie deputowanych po upadku powstania listopadowego w konsekwencji krwawej interwencji wojsk rosyjskich w Warszawie. 16 września 1831 Sebastiani zadeklarował: „Dowiadujemy się, że miasto i twierdza Warszawa skapitulowały przed przemocą Rosjan, że wojsko polskie wycofało się w okolice Modlina, że tylko 24 tysiące Polaków znajdowało się w Warszawie, gdy była ona atakowana i zagrożona, że 36 tysięcy znajdowało się na Podlesiu, i że wreszcie, kiedy to pisano, porządek panuje w Warszawie". Bezduszność tych ostatnich słów spotkała się z dużym oburzeniem środowisk opowiadających się za polskimi wysiłkami rewolucyjnymi i stała się przedmiotem licznych tekstów krytycznych i karykatur. Z czasem fraza l'ordre règne à Varsovie zyskała popularność w środowiskach anarchistycznych; pojawiła się między innymi w mowie obronnej Augusta Spiesa, jednego z „męczenników z Haymarket" (por. August Spies, August Spies Autobiography, Chicago 1887, s. 63).

[14] Goldman odnosi się tu do nietłumaczonego na język polski tekstu Kropotkina, Prawo i władza (La Loi et l'authorité), po raz pierwszy opublikowanego w „Le Revolté" w roku 1882. Mimo że angielskie tłumaczenie pamfletu ukazało się w Londynie już w 1886 (pod nazwą Law and Authortty), autorka przytacza tu swój własny, bardzo swobodny przekład. Z troski o jak najdokładniejsze oddanie jej intencji, zdecydowaliśmy się przełożyć jej idiosynkratyczną interpretację. Polski przekład francuskiego oryginału wyglądać będzie następująco: „Słyszymy wciąż o dobrodziejstwach prawa i uzdrawiającym działaniu kar, ale czy ktoś kiedyś spróbował dokonać rozrachunku pomiędzy tymi dobrodziejstwami, które się przypisuje prawu i karom, a upadlającemu wpływowi tych sankcji na człowieka? Dość zliczyć wszystkie złe namiętności, które się rozbudziły w ludziach przez potworne kary, jakie się kiedyś wymierzało na ulicach naszych miast! Bo kto hołubił i rozwijał instynkt okrucieństwa w człowieku (instynkt nieznany zwierzętom, bowiem to człowiek stał się najokrutniejszym zwierzęciem na ziemi), jeśli nie król, sędzia i ksiądz uzbrojeni w prawo, którzy kazali rwać ciało na strzępy, lać na rany płonącą żywicę, odrąbywać członki, miażdżyć kości, przepiłowywać ludzi na pół, żeby utrzymać władzę? Dość ocenić potęgę demoralizującego prądu, który przenika społeczeństwo: to donosicielstwo faworyzowane przez sędziów i opłacane brzęczącą monetą przez rząd pod pretekstem, że pomaga w ujawnianiu przestępstw. Dość odwiedzić więzienie i tam się przyjrzeć, co się dzieje z człowiekiem pozbawionym wolności, zamkniętym razem z innymi zdeprawowanymi, co przesiąkają całym zepsuciem i podłością, które się sączą ze ścian naszych dzisiejszych więzień; dość przypomnieć sobie tylko, że im bardziej się reformuje więzienia, tym są bardziej nieznośne, bo wszystkie nasze współczesne zakłady karne i ich modele są po stokroć podlejsze niż średniowieczne lochy. Dość w końcu pomyśleć, jakie zepsucie, jaka deprawacja ducha i rozumu [esprit] utrzymuje się w ludziach poprzez owe idee posłuszeństwa — oto esencja prawa!, skazywania, władzy, która ma prawo karać, sądzić bez sumienia i świadomości [conscience]; przez funkcje katów, strażników, oskarżycieli — krótko mówiąc, wszystkie atrybuty prawa i władzy. Kto to wszystko rozważy, z pewnością się ze mną zgodzi, że prawo i system kar to rzecz wstrętna, która powinna przestać istnieć". Pierre Kropotkine, La Loi et l'authorité, Paryż 1913, ss. 23-24 [przeł J.D.].

[15] John Burroughs (1837-1921) — amerykański historyk nabity i eseista, którego zainteresowania sięgały również kwestii politycznych i literackich. Biograf i bliski przyjaciel Walta Whitmana. W latach 1903-1907 był jednym z głównych głosów w debacie na temat literatury przyrodniczej (tzw. nature fakers contraversy), gdzie zarzucał pisarzom takim, jak E. T. Seton, W. J. Long czy C. G. D. Roberts, że uprawiają sentymentalną fantastykę przyrodoznawczą, fałszując wyniki swoich badań poprzez antropomorfizację zwierząt oraz przypisywanie im zdolności mowy i uczenia się z doświadczenia, podczas gdy te (w przeciwieństwie do ludzi) bazują wyłącznie na instynkcie. Burroughs był zaangażowanym konserwacjonistą.

[16] Henry David Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo, op. cit., s. 26. Przytoczony fragment jest nieco obszerniejszy od tego, którym posłużyła się Goldman, ponieważ niektóre z poczynionych przez autorkę skrótów uczyniłyby polską wersję niezrozumiałą.

[17] Goldman odnosi się tu do Thoreau: „Brawa dla człowieka, który jest człowiekiem i który, jak powiada mój sąsiad, ma twardy i sztywny kręgosłup!", op. cit., s. 28.

[18] John Brown (1800-1859)—amerykański abolicjonista, orędownik insurekcjonizmu. Skazany na śmierć przez powieszenie po nieudanej próbie zainicjowania rewolty niewolników, kiedy to dziewięćdziesięcioosobowy oddział marynarki powstrzymał szturm prowadzonej przez niego ponad czterokrotnie mniejszej grupy na arsenał w Harpers Ferry.