d-g-david-graeber-akcja-bezposrednia-2.jpg

    Przedmowa

        Kilka słów o kontekście historycznym

        Chwilowe zawieszenie historii

        Wtedy historia znów zaczęła się toczyć

        Podziękowania

    Wstęp

        O tej książce

  1. Dziennik Nowy Jork: Marzec 2001

    1.1. Czwartek, 1 marca 2001

    1.2. Sobota, 3 marca

    1.3. Niedziela, 4 marca

    1.4. Wtorek, 6 marca

    1.5. Czwartek, 8 marca

    1.6. Piątek, 9 marca

    1.7. Wtorek, 13 marca

    1.8. Czwartek, 15 marca

    1.9. Piątek, 16 marca

    1.10. Sobota, 17 marca

    1.11. Niedziela, 18 marca

  2. Wycieczka do Quebec City

    2.1. Piątek, 23 marca 2001

    2.2. Sobota, 24 marca

    2.3. Niedziela, 25 marca

  3. Od Burlington do Akwesasne

    3.1. Czwartek, 29 marca 2001

    3.2. Piątek, 30 marca

    3.3. Niedziela, 1 kwietnia

    3.4. Wtorek, 3 kwietnia

    3.5. Środa, 4 kwietnia

    3.6. Czwartek, 5 kwietnia

    3.7. Niedziela, 8 kwietnia

    3.8. Wtorek, 10 kwietnia

    3.9. Czwartek, 12 kwietnia

    3.10. Sobota, 14 kwietnia

    3.11. Środa, 17 kwietnia

    3.12. Czwartek, 19 kwietnia

  4. Szczyt Ameryki w Quebec City

    4.1. Piątek, 20 kwietnia

    4.2. Sobota, 21 kwietnia

    4.3. Niedziela, 1 kwietnia

  5. Akcje bezpośrednie, Anarchizm, Demokracja Bezpośrednia

    5.1. Co to jest akcja bezpośrednia?

    5.2. Czym jest anarchizm?

    5.3. Przemoc i Nie-Przemoc

    5.4. Niezwykle krótka historia relacji między działaniami bezpośrednimi a demokracja bezpośrednią w USA od lat 60

  6. Kilka uwag dotyczących „Kultury Aktywistów”

    6.1. Dylematy białego przywileju

    6.2. Dylematy przywilejów, które nie są koniecznie rasowe

    6.3. Mit funduszy powierniczych

    6.4. Zatem: kim naprawdę są aktywiści?

    6.5. Sztuka i alienacja

    6.6. Style bohemy

    6.7. Przypadkowe obserwacje dotyczące kultury aktywistycznej

    6.8. Krajobrazy aktywistyczne

    6.9. Trzy imprezy

    6.10. Wniosek, z uwagami dotyczącymi skutków ideologicznych regulacji rządowych

  7. Spotkania

    7.1. Część I: Kontekst

    7.2. Część II: Proces

        KONSENSUS i FACYLITACJA

        CO DZIAŁA? CO NIE DZIAŁA?

        CZYM JEST KONSENSUS?

        TERMINOLOGIA

        NARZĘDZIA I ZASADY

        Konsensus zdefiniowany przez jego przeciwieństwo

        Porozumienia wynikające z praktyki

    7.3. Część III: Problemy.

        Saga trzeciego facylitatora

        Zinternalizowana opresja

    7.4. Uwaga końcowa: angażowanie w grupy hierarchiczne

  8. Akcje

    8.1. Część I: Kilka przykładów szczególnych stylów działania

        Przykład pierwszy: protest (marsze i wiece)

        Przykład trzeci: Street Party

        Przykład czwarty: nieposłuszeństwo cywilne (blokada)

        Przykład piąty: akcja czarnego bloku

    8.2. Część II: Władza Państwa

        Zatrzymanie

        Kilka krótkich uwag dotyczących zasad zaangażowania

    8.3. Wnioski

  9. Reprezentacja

    9.1. Część I: Media korporacyjne

        Wstępna wskazówka dotycząca skutków reprezentacji w mediach głównego nurtu

        Słowo o policji

        O nieskuteczności taktyk Gandhiego we współczesnych Stanach Zjednoczonych

        Historie z gazet a epicka kompozycja ustna

        Problem agentów prowokatorów

    9.2. Część II: Odpowiedzi anarchistów

        Reprezentacja zbiorowa (stając się mediami)

    9.3. Część III: Walka mitologiczna

        Wojna mitologiczna z perspektywy policji

        Dlaczego policjanci nienawidzą lalki?

        Zasada filmu Hollywood

    9.4. Wnioski

  10. Wyobraźnia

    10.1. O przemocy i przemieszczeniu wyobraźni

    10.2. Dygresja o transcendentnej kontraimmanentnej wyobraźnii

    10.3. O alienacji

    10.4. O rewolucji

    10.5. O terrorze

  Bibliografia

  O Autorze

  Seria „Czarny Kot”

Przedmowa

Książka tej wielkości jest w dzisiejszych czasach niezwykła. Z pewnością nie był to mój pierwotny plan. Kiedy po raz pierwszy zdecydowałem się zacząć spisywać niektóre z moich doświadczeń akcji bezpośredniej z perspektywy etnograficznej, miałem zamiar napisać dość krótką książkę. Jednak im więcej pisałem, tym bardziej zagadnienie wydawało się rozrastać. Zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z powszechnym dylematem pisania etnografa: punkty, które wydają się proste i oczywiste dla każdego, kto spędził lata w danym uniwersum kulturowym, wymagają dużej ilości atramentu, aby przekazać komuś, kto tego nie doświadczył. Coś podobnego przydarzyło mi się, kiedy wiele lat temu wróciłem do Chicago z podróży badawczej w mojej pracy doktorskiej na Madagaskarze. Pamiętam, że martwiłem się tym, ile mam do powiedzenia. Czułem, że o społeczności, którą studiowałem, mogę powiedzieć co najwyżej dwie lub trzy naprawdę interesujące uwagi. W chwili, gdy zacząłem pisać, zdałem sobie sprawę, że wyjaśnienie któregokolwiek z tych punktów komuś, kto nie pochodzi z wiejskiej społeczności Madagaskaru, wymagałoby kilkuset stron. Zanim skończyłem pisać, zdałem sobie również sprawę, że większość czytelników prawdopodobnie uznałaby tę ekspozycję za znacznie bardziej interesującą, w sumie, niż to, co początkowo uważałem za „uwagę”.

Nazwijmy zatem tę książkę hołdem dla ciągłej wartości opisu etnograficznego. Przez „opis etnograficzny” rozumiem ten rodzaj, który ma na celu opisanie konturów społecznego i pojęciowego wszechświata w sposób, który jest jednocześnie teoretycznie informujący, ale sam w sobie nie jest przeznaczony do poparcia argumentu lub teorii. Były czasy, kiedy szczegółowy opis systemu politycznego lub ceremonialnego lub systemu wymiany w Afryce lub Amazonii był uważany za cenny wkład do ludzkiej wiedzy samej w sobie. Tak już nie jest. Antropologowi z Afryki czy Amazonii, a nawet z niektórych części Europy, może i ujdzie na sucho napisanie takiej książki. Obecnie, konwencja akademicka w Ameryce (którą młody uczony nie powinien ignorować) głosi, że należy udawać, że opis ma na celu przedstawienie jakiejś większej odpowiedzi. Wydaje mi się to niefortunne. Po pierwsze, myślę, że ogranicza to możliwości książki do trwania. Klasyczne etnografie można przecież reinterpretować. Nowe – jakkolwiek fascynujące – rzadko zawierają wystarczającą ilość materiału, aby to umożliwić; a to, co jest, jest zwykle ściśle zorganizowane wokół określonego argumentu lub powiązanej serii takich argumentów.

Pozwolę sobie zatem od razu ostrzec czytelnika: nie ma w tej książce żadnego konkretnego argumentu – może taki, że ruch w niej opisany jest wart przemyślenia. Nie oznacza to, że ta książka nie zawiera argumentów teoretycznych. W jej trakcie przedstawiam ich dowolną liczbę: czy to o ideologicznej roli dużych, ciężkich przedmiotów, politycznych implikacjach słowa „opinia”, podobieństwie pisania wiadomości i homeryckiej kompozycji epickiej, czy kosmologicznej roli policja w kulturze amerykańskiej. Tym, co sprawia, że jest to dzieło etnograficzne w klasycznym znaczeniu tego słowa, jest to, że, jak to kiedyś ujął Franz Boas, ogół jest w służbie konkretu – być może poza refleksjami końcowymi. Teoria jest przywoływana głównie po to, aby pomóc w ostatecznym zadaniu opisu. Anarchiści i kampanie akcji bezpośrednich nie istnieją po to, by pozwolić niektórym naukowcom na przedstawienie teoretycznego punktu lub udowodnienie, że teoria rywala jest błędna (tak samo jak rytuały balijskiego transu czy andyjskie technologie irygacyjne) i wydaje mi się, że sugerowanie czegoś takiego jest wstrętne. Chciałbym sądzić, że w rezultacie zainteresowanie tą książką może nie tylko pozostać w centrum zainteresowania osób kierujących się ciekawością historyczną, którzy chcą zrozumieć, jak to było naprawdę być w środku tych wydarzeń, ale postawić tego samego rodzaju pytania, jakie stawiali w nim aktorzy, o naturę demokracji, autonomię i możliwości – a właściwie dylematy, ograniczenia – strategii transformacyjnej akcji politycznej.

Kilka słów o kontekście historycznym

Minęło już wystarczająco dużo czasu od zapierających dech w piersiach dni 2000 i 2001 roku, aby być może można zacząć patrzeć na ten historyczny moment z pewnej perspektywy. Jest teraz jasne, że ten okres stanowił pewien przełom dla globalnego neoliberalizmu. Były to lata, w których „konsensus waszyngtoński”, z lat 90., został rozbity. Stało się to bardzo szybko. W rzeczywistości jest to świadectwo skuteczności akcji bezpośredniej, skoro zajęło zaledwie około trzech lat masowej mobilizacji ludowej, aby tego dokonać.

W dzisiejszych czasach czasami trudno sobie przypomnieć, jak wyglądały czasy konsensusu waszyngtońskiego. Być może najlepiej byłoby zacząć od słów kontekstu, aby pomóc zrozumieć, dlaczego bunt Zapatystów w roku 1994 posłużył jako taki katalizator globalnego ruchu przeciwko neoliberalizmowi, który nastąpił po nim, i dlaczego ruch ten przybrał taką formę.

Chwilowe zawieszenie historii

Lata tuż przed ogłoszeniem się przed światem buntu Zapatystów w Chiapas były prawdopodobnie najbardziej przygnębiającym okresem dla rewolucjonistów – a nawet oddanych ideałom lewicy – ostatnich dekad. To nie upadek stalinowskich reżimów w Europie Wschodniej był przygnębiający; większość radykałów cieszyła się, że odchodzą. Przygnębiające było to, co wydarzyło się później. Po śmierci stalinizmu większość marksistów spodziewała się renesansu bardziej humanitarnych form marksizmu. Socjaldemokraci wierzyli, że w końcu wygrali spór z rewolucyjną lewicą i spodziewali się pchnąć dawnych poddanych bloku sowieckiego do swojej „owczarni”; rozsądne oczekiwanie, ponieważ podczas ankiety większość mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej stwierdziła, że chce wzorować swoje nowe gospodarki na Szwecji. Zamiast tego, przeszli terapię szokową i najdzikszą formę nieograniczonego kapitalizmu. Pod każdym względem świat zdawał się zmierzać w stronę koszmarnego scenariusza. Romantyczny obraz partyzanckiego powstania, który w latach 60. zawładnął tak wieloma wyobraźniami, przeradzał się w rodzaj obscenicznej parodii. Już w latach 80. prawica, która od lat argumentowała, że partyzantki w miejscach takich jak Wietnam, Zimbabwe czy Salwador nie są spontanicznymi, ale wynikiem szatańskich planów stworzonych przez zagranicznych ideologów, zaczęła wprowadzać w życie własne teorie przy pomocy amerykańskich i południowoafrykańskich agencji wywiadowczych tworzących armie partyzanckie, takie jak contras lub RENAMO, by szczuć je na lewicowe reżimy. W tym samym czasie istniejące marksistowskie ruchy partyzanckie od Kolumbii po Angolę, które zaczynały jako pełne szlachetnej retoryki, skłaniały się do zostania królami bandytów lub armiami nihilistycznymi bez żadnego celu poza własnym buntem (te, które trzymały się starego ideału społecznej transformacji, jak Shining Path w Peru wydawały się jeszcze gorsze). Wszędzie ruchy wyzwoleńcze przekształcały się w okrutne wojny etniczne. Potem przyszła fala ludobójstwa, z których Rwanda i była Jugosławia były tylko najbardziej dramatyczne i widoczne.

Na kilkunastu zazębiających się płaszczyznach jednocześnie, wyłaniający się wzór wydawał się katastrofalny. Wydawało się, że będzie mniej więcej tak: na poziomie międzynarodowym kapitalizm przekształci się w siłę rewolucyjną. Porzuciwszy opiekuńczą wersję kapitalizmu, która faktycznie wygrała zimną wojnę, starzy Wojownicy Zimnej Wojny i ich korporacyjni sponsorzy domagali się czystej, wolnej od wszelkich ograniczeń, wolnorynkowej wersji, która nigdy nie istniała, i byli gotowi do spustoszenia wszystkich istniejących instytucjonalnych rozwiązań społecznych, aby to osiągnąć. Wszystko to wiązało się z pewnym rodzajem dziwnej inwersji. Standardowa linia prawicowa, przynajmniej od lat 90. XVIII wieku, zawsze głosiła, że rewolucyjne marzenia są niebezpieczne właśnie dlatego, że są utopijne: ignorowały prawdziwą złożoność życia społecznego, tradycji, autorytetu i ludzkiej natury, oraz marzyły o przekształceniu świata zgodnie z jakimś abstrakcyjnym ideałem. W latach 90. miejsca zostały całkowicie odwrócone. Lewica w dużej mierze porzuciła utopie (a im bardziej to robiła, tym bardziej się kurczyła i upadała), a mimo to prawica je podchwyciła. Wolnorynkowi „reformatorzy” z dnia na dzień zaczęli ogłaszać się rewolucjonistami – problem polegał na tym, że zrobili to jako najgorsi stalinowcy, zasadniczo mówiąc biednym na świecie, że nauka dowiodła, że istnieje tylko jeden sposób, by iść naprzód w historii, że jest to zrozumiałe przez naukowo wyszkoloną elitę i dlatego musieli się zamknąć i robić to, co im kazano, ponieważ nawet jeśli ich recepty mogą spowodować ogromne cierpienie, śmierć i migracje w teraźniejszości, w pewnym momencie w przyszłości (nie byli pewni kiedy) wszystko to doprowadzi do raju pokoju i dobrobytu. Fakt, że „nauka” przeszła z pozycji materializmu historycznego do ekonomii wolnorynkowej, był dość drobnym szczegółem; w każdym razie ułatwiało to wyjaśnienie, w jaki sposób byłym stalinowcom od Rumunii po Wietnam tak łatwo było po prostu zmienić kapelusz i ogłosić się neoliberałami. Tymczasem, gdy polityka dostosowania strukturalnego pozbawiła najbiedniejszych mieszkańców planety niewielkich zabezpieczeń społecznych, propaganda i manipulacje statystyczne stały się tak skuteczne, że większość Amerykanów głównego nurtu, którzy zwracali uwagę na takie sprawy, była przekonana, że warunki dla najbiedniejszych na świecie są rzeczywiście coraz lepsze, i to nie tylko w obszarach takich jak Azja Wschodnia, które w większości odmówiły przyjęcia neoliberalnej polityki.

Każde postępowe zwycięstwo wydawało być zagrożone lub odwrócone. W Republice Południowej Afryki pokolenia walk ostatecznie wyeliminowały rasowy apartheid; chwila szczęścia, oczywiście, ale w skali globalnej tworzył się niemal identyczny system, oparty na coraz bardziej zmilitaryzowanych granicach i reżimie migracji zarobkowej, gdzie dla uwięzionych w biednych krajach pobyt w bogatych, w większości białych krajach był uzależniony od posiadania dokumentów tożsamości i chęci pracy w zawodach, których sami mieszkańcy nie byli skłonni wykonywać. Feminizm był ograniczany. Wcześniejsze zwycięstwa w niewolniczych fabrykach, wobec pracy dzieci, a nawet niewolnictwem zostały zniszczone lub wręcz wykorzenione.

Wiele z problemów wynikało właśnie z klęski marzenia o rewolucji społecznej i tych utopijnych fantazji, które zawsze były konieczne, aby inspirować ludzi do pasji i poświęcenia, niezbędnych do rzeczywistej pracy na rzecz przemiany świata w kierunku większej wolności i większej równości. Mam tu na myśli autentyczny, żywy utopizm – ideę, że radykalne alternatywy są możliwe i że można zacząć je tworzyć w teraźniejszości – w przeciwieństwie do tego, co można by nazwać „utopizmem naukowym” idei, że rewolucjonista jest sprawcą nieuniknionego marszu historii, który tak łatwo i katastrofalnie przywłaszczyła sobie prawica. Mordowanie marzeń mogło prowadzić tylko do koszmarów. Uniemożliwiło to utworzenie centrum, z którego można by walczyć z najazdami (obecnie supernaładowanej, rewolucyjnej) prawicy. Partie socjaldemokratyczne w Europie, na przykład, zrodzone z reformistycznego szczepu marksizmu, wydawały się początkowo raczej zadowolone z upadku ich rewolucyjnych kuzynów – w końcu wygrały spór – dopóki nie zdały sobie sprawy, że ich własny urok i chęć angażowanie się kapitalistów, były prawie całkowicie oparte na ich zdolności do pozycjonowania się jako mniej groźna alternatywa. W niedługim czasie ustroje socjaldemokratyczne doświadczyły takiego moralnego i politycznego upadku, że nieliczni, którzy nadal byli u władzy, zostali zredukowani do roli agentów demontażu państw opiekuńczych, które pierwotnie stworzyli. Działająca lewica w krajach uprzemysłowionych stawała się coraz bardziej reakcyjna, zdolna mobilizować pasje tylko do obrony rzeczy, które już istniały – warstwy ozonowej, programów akcji afirmatywnej, drzew – i to coraz bardziej nieefektywnie. Gdzie indziej wydawało się, że prawie całkowicie się załamała.

Potem w końcu nastąpiła „globalizacja”.

Jak niedawno przypomniała nam Anna Tsing (2002), to ciekawa historia. Pojęcie naprawdę zaczynało jako postępowe. To była silniejsza wersja internacjonalizmu: poczucie, że wszyscy ludzie są nie tylko braćmi, ale że jesteśmy wspólnymi opiekunami jednej, kruchej planety – idea zawarta w fotografiach Ziemi zrobionych z kosmosu przez astronautów w latach sześćdziesiątych. Retoryka globalizacji z lat 90. nic z tego nie zawierała. Zasadniczo opierała się na dwóch nogach: po pierwsze, telekomunikacja, a zwłaszcza Internet, niszczyły odległość i umożliwiały natychmiastowy kontakt między dowolną częścią planety; po drugie, upadek żelaznej kurtyny i inne bariery w handlu jednocześnie tworzyły jednolity, zunifikowany rynek globalny, którego mechanizmy finansowe mogłyby następnie działać za pośrednictwem tych samych natychmiastowych środków elektronicznych. Głównie chodziło tylko o siłę kapitału finansowego. Jednak retoryce towarzyszyła zwykle seria bardzo szerokich uogólnień: że nie tylko pieniądze, ale produkty, idee i ludzie „przepływali” jak nigdy dotąd, gospodarki narodowe nie mogły już marzyć o byciu autonomicznymi; stare ideologie nacjonalistyczne, a nawet granice państwowe, stawały się coraz bardziej nieistotne i tak dalej. Wszystko to zostało przedstawione jako coś, co dzieje się samo z siebie. Zaawansowane technologie sprawiły, że ludzie coraz bardziej się ze sobą kontaktowali: jedynym możliwym językiem, w jakim mogli się ze sobą kontaktować, był handel – ponieważ kapitalizm był przecież zakorzeniony w ludzkiej naturze.

Dla kogokolwiek, kto naprawdę uważał, oczywiście, rzeczywistość była odmienna. Granice nie były zacierane, ale wzmacniane. Ubogie populacje nadal były zamykane w swoich krajach pochodzenia (w których istniejące świadczenia socjalne były szybko wycofywane). „Globalizacja” odnosiła się jedynie do zdolności kapitału finansowego do przeskakiwania według własnego uznania i wykorzystywania tego faktu. Przede wszystkim jednak okres „globalizacji” – lub neoliberalizmu, jak zaczęto go nazywać wszędzie poza Ameryką – był świadkiem stworzenia pierwszego w historii ludzkości prawdziwie planetarnego systemu biurokratycznego.

Z perspektywy czasu wyobrażam sobie, że tak będą postrzegane ostatnie lata XX wieku. ONZ istniała oczywiście od połowy stulecia, ale ONZ nigdy nie opierała się na niczym więcej niż autorytet moralny. To, co teraz budowano, to był system z zębami. Na szczycie znajdowali się finansiści – bankierzy, handlarze walutami, właściciele funduszy hedgingowych i tym podobni – wszyscy połączeni elektronicznie. Powstały gigantyczne, zorganizowane biurokratycznie korporacje transnarodowe, które w tym okresie wchłaniały i konsolidowały dosłownie miliony wcześniej niezależnych przedsiębiorstw. Powstały organizacje biurokratyczne zajmujący się globalnym handlem – International Monetary Fund (IMF – Międzynarodowy Fundusz Walutowy – IMF), Bank Światowy, World Trade Organization (WTO – Światowa Organizacja Handlu ) i tak dalej, ale także instytucje takie jak Rezerwa Federalna USA, organizacje traktatowe, takie jak Unia Europejska (UE) czy Północnoamerykańska Umowa o Wolnym Handlu (NAFTA), których główną rolą wydawała się ochrona interesów dwóch pierwszych. i wreszcie, powstały różne poziomy organizacji pozarządowych, których rola, od udzielania kredytów na farmy po zaszczepianie niemowląt lub dostarczanie żywności w czasie głodu, coraz częściej polegała na świadczeniu usług, które kiedyś oczekiwano od państw, ale które teraz zostały skutecznie zakazane przez IMF. Godne uwagi jest to, że osiągnięto to poprzez ideologię radykalnego indywidualizmu: przede wszystkim szerokie odrzucenie roszczeń wspólnoty, a w szczególności wspólnoty politycznej. Wszyscy mieliśmy być racjonalnymi jednostkami na rynku, dążącymi do nabywania dóbr. Jeżeli byliśmy różni, miała to być kwestia osobistej samorealizacji poprzez konsumpcję, ponieważ z kolei konsumpcja miała w dużej mierze polegać na tworzeniu i wyrażaniu tożsamości. Wtedy, oczywiście, można by powiedzieć, że tożsamość kręciła się w miejscu: skoro zakładano, że wszystkie kwestie polityczne i ekonomiczne zostały skutecznie rozwiązane (historia pod tym względem się skończyła), polityka tożsamościowa stała się niemal jedyną polityką, którą można uznać za uprawnioną.

Wtedy historia znów zaczęła się toczyć

Wszystko to sprawia, że łatwo zrozumieć, dlaczego bunt Zapatystów – który rozpoczął się 1 stycznia 1994 roku, w dniu wejścia w życie Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) – stanowił punkt zwrotny. Zapatystom, z ich odrzuceniem staromodnej partyzanckiej strategii przejmowania kontroli nad państwem poprzez walkę zbrojną, z ich wezwaniem do stworzenia autonomicznych, demokratycznych, samorządnych społeczności, w sojuszu z globalną siecią podobnie myślących demokratycznych rewolucjonistów, udało się skrystalizować, często pięknym poetyckim językiem, wszystkie szczepy sprzeciwu, które w poprzednich latach powoli się zlewały. Jak członkowie kolektywu Midnight Notes zaczęli słusznie wskazywać nawet w tamtym czasie, sprzeciw wobec narzuconej przez IMF polityki dostosowania strukturalnego (niezależnie od tego, czy przybiera ona formę kampanii na rzecz praw rdzennych mieszkańców Ameryki Łacińskiej, afrykańskie zamieszki związane z żywnością czy indonezyjskie ruchy islamistyczne) prawie zawsze opierały się na moralnej obronie jakiegoś zbiorowego zasobu: prawa do traktowania ziemi, żywności, paliw kopalnych, a nawet kultury nie jako towaru rynkowego, ale jako wspólnego dobra administrowana przez jakąś formę wspólnoty moralnej – nawet jeśli w coraz mniejszej liczbie przypadków państwo narodowe było postrzegane jako właściwy strażnik takich praw lub ram danej wspólnoty moralnej. Niemal zawsze ich cele były postawione zarówno lokalnie, jak i w skali planetarnej. Zapatyści, z ich zręczną umiejętnością wykorzystywania pojawiających się globalnych technologii komunikacyjnych do mobilizowania międzynarodowych sieci do obrony własnych autonomicznych enklaw w Lacandon Rain Forest, byli nie tylko idealnym symbolem, udało im się wyrazić to, co się wydarzało, poprzez nowe podejście do samej idei rewolucji.

W związku z tym to Zapatyści, wraz ze swoimi dwoma międzynarodowymi encuentros „Za Ludzkość i Przeciw Neoliberalizmowi”, zaczęli kłaść fundamenty pod ruch, który stał się znany jako ruch „antyglobalistyczny” Otóż ten termin, jak już wielokrotnie mówiłem, jest trochę mylący. To był w zasadzie wynalazek mediów. Najbardziej dynamiczne i najważniejsze elementy ruchu zawsze postrzegały go jako dążenie do autentycznej, demokratycznej formy globalizacji; przynajmniej powrót do tego rodzaju świadomości planetarnej, z której pojęcie to wyłoniło się po raz pierwszy. W przypadku anarchistów, autonomistów i innych radykalnych grup oznaczało to całkowite zatarcie wszystkich międzynarodowych granic. To, co wyłoniło się z encuentros Zapatystów, było luźno zorganizowaną siecią planetarną zwaną Globalną Akcją Ludów (PGA), której jednym z celów było ponowne umieszczenie akcji bezpośredniej bez użycia przemocy na arenie światowej jako siły prowadzącej do globalnej rewolucji.Z PGA był ważny przede wszystkim dlatego, że wyraźnie odrzucał udział partii politycznych lub jakiejkolwiek grupy, której celem było wejście do rządu. To z kolei PGA wydało pierwsze „wezwania do akcji”, które ostatecznie zakończyły się akcjami w Seattle w listopadzie 1999 roku. Zamiast próbować samemu opowiedzieć tę historię – będzie ona opowiadana wiele razy, na różne sposoby w trakcie książki – pozwólcie, że zamiast tego przedstawię czytelnikowi oś czasu zawierającą tylko najważniejsze wydarzenia. Poniżej znajduje się prosty opis, który odzwierciedla perspektywę bardzo północnoamerykańską, ale czytający mogą uznać za przydatne konsultowanie się od czasu do czasu podczas czytania tej pracy:

1 stycznia 1994 roku Wchodzi w życie Północnoamerykańska Umowa o Wolnym Handlu (NAFTA – North American Free Trade Agreement). Powstanie EZLN (lub Ejército Zapatista de Liberación Nacional, lub Zapatistas) w Chiapas rozpoczyna się niespodziewaną ofensywą militarną, która na krótko prowadzi do zajęcia stolicy stanu Chiapas, San Christobal de las Casas. Zapatyści jednak szybko przekształcają się z siły ofensywnej w defensywną, tworząc szereg samorządnych wspólnot autonomicznych, poszukując międzynarodowych sojuszników i propagując politykę akcji bezpośredniej, demokratycznych eksperymentów i nowego podejścia do rewolucji, które są zbieżne z tradycją anarchistyczną odrzucającą tradycyjne próby transformacji poprzez przejęcie władzy państwowej.

Sierpień 1997 roku Drugie zapatystowskie „International Encuentro For Humanity and Against Neoliberalism” w Hiszpanii kończy się wezwaniem do stworzenia międzynarodowej sieci, która ostatecznie będzie znana (w języku angielskim) jako Peoples’ Global Action (PGA). Poza samymi Zapatystami rdzeń PGA składa się początkowo z brazylijskiego Ruchu Rolników Bezrolnych (MST), Indyjskiego Stowarzyszenia Rolników Stanowych Karnataka (KRRS, masowego ruchu Gandhyjskiego), anarchistycznych lub zainspirowanych grup, w tym Ya Basta! we Włoszech i Reclaim the Streets w Wielkiej Brytanii oraz różnych ruchów tubylczych i agrarnych, oraz radykalnych związków zawodowych.

18 czerwca 1999 roku „J18”, pierwszy masowy sponsorowany przez PGA globalny dzień akcji, znany na przemian jako „Globalny Dzień Akcji Przeciwko Centrom Finansowym” lub „Karnawał Przeciw Kapitalizmowi”, zbiegający się ze spotkaniami G8 przywódców głównych potęg przemysłowych, ze skoordynowanymi działania w ponad stu miastach na całym świecie od Australii po Zimbabwe. W Ameryce organizowanych jest kilka demonstracji, głównie pod szyldem nowych amerykańskich wersji Reclaim the Streets.

30 listopada 1999 roku Akcje „N30” przeciwko spotkaniom ministerialnym WTO w Seattle, kolejny międzynarodowy dzień akcji zaproponowany przez PGA. Akcja jest od dawna planowana, ale jest całkowitym zaskoczeniem dla mediów głównego nurtu, które postrzegają ją jako narodziny ruchu. Seattle było świadkiem ostrych podziałów co do taktyki między pokojowymi demonstrantami przeprowadzającymi blokady i blokady hotelu, w którym odbywa się ministerstwo, zorganizowane przez nowo utworzoną Sieć Akcji Bezpośrednich (DAN), a uczestnikami mniejszego „Czarnego Bloku”, składającego się głównie z anarchistów i radykalnych ekologów, którzy mają bardziej bojową interpretację niestosowania przemocy i którzy po tym, jak policja zaczyna atakować blokujących, rozpoczynają kampanię ukierunkowanego niszczenia mienia przeciwko symbolom korporacyjnej władzy (głównie okien) w centrum miasta. Pierwszego dnia spotkania były właściwie zamykane, a negocjacje zakończyły się fiaskiem. Kolejne dni to masowe represje, których kulminacją było ogłoszenie stanu wojennego i wezwanie Gwardii Narodowej. Miesiące bezpośrednio po Seattle wypełnione były wybuchem nowych organizacji i aktywności oraz tworzeniem autonomicznych oddziałów DAN w miastach w całych Stanach Zjednoczonych, a nawet w Kanadzie.

16 kwietnia 2000 roku Akcje „A16” przeciwko posiedzeniom Banku Światowego i IMF w Waszyngtonie. Chociaż nie jest tak udana taktycznie jak w Seattle (spotkania nie są przerwane), A16 wyznacza początek zbliżenia między organizatorami DAN a autonomicznym Rewolucyjnym Blokiem Antykapitalistycznym (RACB) – Czarnym Blokiem zebranym na tę okazję – z RACB powstrzymującym się od niszczenia własności, a zamiast tego zapewnianiem wsparcia dla demonstrantów i tych, którzy zostali aresztowani.

1 sierpnia 2000 roku Działania „R2K” przeciwko Konwencji Republikańskiej w Filadelfii. W połączeniu z akcjami D2K przeciwko Konwencji Demokratycznej w Los Angeles, są one wspólnie znane wśród aktywistów jako R2D2. Podczas gdy LA DAN odrzuca szeroko zakrojoną akcję bezpośrednią na rzecz strategii marszów w sojuszu z grupami społeczności, akcje w Filadelfii, organizowane są przede wszystkim przez DAN w Nowym Jorku, Filadelfii i DC, co oznaczało dalszą integrację Czarnych Bloków i blokad z „Rewolucyjnym Blokiem Antyautorytarnym”, co w tym przypadku stanowiło dywersję, aby odciągnąć policję od blokad. Filadelfia jest również naznaczona próbą stworzenia sojuszy między w większości białymi DAN a radykalnymi ludźmi z kolorowych organizacji, z mieszanym sukcesem. Patrząc wstecz, jest to postrzegane jako punkt, w którym strategia lockdown/blokad w dużej mierze dobiegła końca,

26 września 2000 roku Działania „S26” przeciwko spotkaniom IMF/Banku Światowego w Pradze, Czechy. To pierwsza duża i dramatyczna akcja w Europie po Seattle. Podobnie jak w przypadku wielu działań europejskich, poziom bojowości był znacznie wyższy niż w USA. W akcjach widać zaciekłe starcia między anarchistami Czarnego Bloku a policją, pierwsze pojawienie się świątecznego „Różowego Bloku” i pierwszy międzynarodowy debiut włoskiej taktyki „białych kombinezonów” („Tute Bianche”, zorganizowanej przez włoskie Ya Basta!), rodzaj komicznej udawanej armii aktywistów w hełmach, ochraniaczach, tarczach i często nadmuchiwanych dętkach, którzy próbują szturmować linie policyjne uzbrojonych m.in. w balony i pistolety na wodę.

20 stycznia 2001 roku Protesty „J20” podczas inauguracji Busha, drugi co do wielkości protest inauguracyjny w historii Ameryki, choć nie przyciągnęły prawie żadnej uwagi mediów głównego nurtu. Większość członków NYC DAN w końcu dołącza do innego Rewolucyjnego Bloku Antyautorytarnego. Czarnemu Blokowi udaje się przebić przez policyjne barykady i tymczasowo zająć Pomnik Marynarki Wojennej, wywieszając czarną flagę i blokując trasę parady oraz procesję Busha na jakiś czas, zanim w końcu zostają wypchnięci przez tajne służby i policję.

25-30 stycznia 2001 roku Pierwsze Światowe Forum Społeczne (WSF) odbywa się w Porto Alegre w Brazylii. Pierwotnie pomyślane jako radykalna alternatywa dla Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) – rodzaj spotkania towarzyskiego i sesji networkingowej dla globalnych urzędników i biurokratów, zwykle odbywającej się w Davos w Szwajcarii – WSF szybko staje się intelektualnym centrum globalnego ruchu przeciwko neoliberalizmowi, z tysiącami różnych organizacji i osób biorących udział w setkach sesji.

20-22 kwietnia 2001 roku Działania przeciwko „szczytowi Ameryk”, negocjacjom w sprawie paktu o strefie wolnego handlu obu Ameryk (FTAA) w mieście Quebec w Kanadzie. To pierwsza akcja, w której władze organizują swoją strategię wokół budowy dużego ogrodzenia („muru” wokół części miasta, w której ma się odbyć szczyt. Akcje, organizowane głównie przez montrealską Convergence des Luttes Anti-Capitalistes, czyli CLAC, mają na celu głównie ataki na sam mur, jako symbol sprzeczności neoliberalizmu.

19-21 lipca 2001 roku Kilkaset tysięcy protestujących gromadzi się w Genui we Włoszech na spotkaniach G8 przywódców krajów uprzemysłowionych. Ponownie stosuje się strategię muru, a włoska policja, która tradycyjnie była stosunkowo tolerancyjna wobec ogólnej taktyki białych, tym razem przyjmuje strategię ekstremalnych represji, odmawiając wszelkich kontaktów z przywódcami protestów i stosując systematyczną strategię zachęcania faszystów i prowokatorów do zapewnienia wymówki, by atakować, aresztować, a następnie systematycznie maltretować, a nawet torturować aktywistów. Genua jest postrzegana jako znak represji w Europie i powoduje, że europejskie grupy walczą o sformułowanie nowej strategii.

11 września 2001 roku Ataki na Pentagon i World Trade Center. Anarchiści w Nowym Jorku są jednymi z pierwszych, którzy mobilizują się przeciwko nadchodzącej wojnie, z marszami, których kulminacją jest marsz sześciu tysięcy ludzi na Times Square miesiąc po wydarzeniu. Zostały one prawie całkowicie ignorowane w mediach głównego nurtu. Działania planowane na nadchodzące spotkania Banku Światowego/IMF w Waszyngtonie są radykalnie ograniczone, ponieważ ruch jest zmuszony do ponownego rozważenia ogólnego strategicznego kierunku.

3-4 lutego 2002 roku Protesty Światowego Forum Ekonomicznego w Nowym Jorku. Bezpośrednio po 9/11, WEF ogłasza, że w tym roku przeniesie się z Davos (gdzie stało się obiektem częstych oblężeń aktywistów) do Waldorf Astoria w Nowym Jorku „jako akt solidarności”. Anarchiści w NYC DAN i nowo utworzonej NYC Anti-Capitalist Convergence (ACC) są zmuszeni do podjęcia akcji w ciągu kilku miesięcy, porzuceni przez prawie wszystkich ich zwykłych sojuszników z organizacji pozarządowych i Partii Pracy. Akcja jest prowadzona pomyślnie i bez użycia przemocy, ale spotkała się z masowym zastraszaniem przez policję i setkami aresztowań. Stres 9/11 i przymus stworzenia narodowej mobilizacji z niczego w tak krótkim czasie, powodują niekończące się napięcia na scenie nowojorskiej i ostatecznie prowadzą do upadku i ostatecznego rozwiązania DAN w ciągu następnego roku.

10-14 września 2003 roku Spotkanie ministerialne WTO w Cancún w Meksyku. Masowe akcje meksykańskich i globalnych aktywistów – w tym dramatyczne samobójstwo rolnika z Korei Południowej – kończą się ostatecznym zablokowaniem procesu WTO.

17-21 listopada 2003 roku Negocjacje FTAA w Miami, które spotkały się z pierwszą prawdziwie zakrojoną na dużą skalę mobilizacją narodową w USA od 9/11. Spotkania te to również pierwsze zastosowanie w USA nowej polityki masowych ataków wyprzedzających i ekstremalnej przemocy policji wobec protestujących – podejście, które staje się znany jako „model Miami” po tym, jak Homeland Security ogłasza go jako sposób na radzenie sobie z takimi działaniami w przyszłości. Z drugiej strony negocjacje w sprawie wolnego handlu spełzły na niczym, wyznaczając ostateczny koniec procesu FTAA.

Zakończę tutaj nie dlatego, że Miami reprezentuje koniec czegokolwiek (chociaż niektórzy twierdzą, że oznacza to koniec jednego cyklu przynajmniej ruchu północnoamerykańskiego), ale raczej dlatego, że oznacza koniec okresu opisanego w tej książce. 11 września i „wojna z terroryzmem” z pewnością stworzyły dramatycznie nowy klimat w Stanach Zjednoczonych, ale jego skutki w innych miejscach były mniej głębokie i z pewnością mniej trwałe. W innych częściach świata represje nigdy nie były tak dotkliwe i większości udało się uniknąć fali ksenofobii i militarystycznego nacjonalizmu, które wyrządziły tyle szkód w USA. Pod wieloma względami Ruch zaczął wchodzić na nową i szerszą scenę, szczególnie w Ameryce Łacińskiej, wraz z falą okupacji fabryk i lokalnych zgromadzeń w Argentynie, lub niegdysiejszych organizatorów PGA, takich jak Evo Morales, którzy faktycznie doszli do władzy w Boliwii, oraz wydarzeniami w Atenco, Oaxaca i innych częściach samego Meksyku. Nie chcę uogólniać ani przewidywać: w chwilach prawdziwych zmian historia robi głupców ze wszystkich, którzy próbują. Jednak przynajmniej powtórzę to, co powiedziałem wcześniej (por. Graeber 2002; Graeber i Grubacic 2004): że anarchizm jako filozofia polityczna oraz anarchistyczne idee i imperatywy stają się coraz ważniejsze na całym świecie. Powszechnie zrozumiano, że epoka rewolucji bynajmniej się nie skończyła, ale rewolucja w XXI wieku przybierze coraz bardziej nieznane formy. Przede wszystkim mam nadzieję, że ta książka będzie źródłem informacji dla tych, którzy chcą pomyśleć o poszerzeniu swojego wyczucia możliwości politycznych, dla każdego, kto jest ciekawy, jakie nowe kierunki mogą obrać radykalne myślenie i działania.

Podziękowania

Trudno jest napisać podziękowania dla książki takiej jak ta. Nikt nie chce nikogo specjalnie wyróżniać, bojąc się sugestii, że ktoś może być mniej godny. Jednak mogę zacząć od uhonorowania miłości i wsparcia moich przyjaciół i rodziny oraz moich zwolenników w Yale podczas niefortunnych wydarzeń, które miały miejsce, do pewnego stopnia, w wyniku tych badań, na których opiera się ta książka. Okres, w którym prowadziłem badania, a następnie pisałem tę książkę, był niemal nieustannym stresem i osobistą tragedią: naznaczony był przedłużającą się chorobą i ostateczną śmiercią zarówno mojego brata, jak i mojej matki, a wszystko to w kontekście konieczności radzenia sobie z niekończącymi się, dziwacznymi kampaniami tych starszych członków Wydziału w Yale, którzy najwyraźniej postanowili wypędzić mnie wszelkimi niezbędnymi środkami. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale chciałbym przede wszystkim podziękować moim kolegom z Yale, którzy zapewnili mi wsparcie i poczucie wspólnoty, dzięki którym to miejsce stało się do zniesienia: Jennifer Bair, Bernard Bate, Richard Burger, Kamari Clarke, Hal Conklin, Michael Denning, Saroja Dorairajoo, Ilana Gershon, Paul Gilroy, Thomas Blum Hansen, Natalie Jerimijenko, Bun Lai, Enrique Mayer, Sam Messer, Marilda Menezes, John Middleton, Karen Phillips, Dhooleka Raj, Iman Saca, Lidia Santos, Jim Scott, Mary Smith, John Szwed, Thomas Tartaron, Frederic Vandenberge, Immanuel Wallerstein, David Watts i Eric Worby, żeby wymienić tylko kilkoro. Przyjaciele i koleżanki spoza Yale, którzy udzielili mi pomocy i zachęty w tym projekcie, są zbyt liczni, by ich wymienić. Chciałbym również być w stanie podziękować imiennie wszystkim, tym którzy mnie poparli, gdy Wydział przegłosował zakończenie mojego kontraktu, ale byłoby to niemożliwe. Prawie pięć tysięcy osób podpisało petycje stworzone przez studentów Yale; kilka Wydziałów (Chicago, Sussex, Glasgow, Manchester) i organizacje, od Global Studies Association po Kanadyjski Związek Pracowników Pocztowych, napisało zbiorowe listy do Wydziału, żądając wyjaśnień (oczywiście nie otrzymały żadnego), podobnie jak zażądał takich wyjaśnień niekończący się strumień indywidualnych uczonych. Przede wszystkim chcę podziękować studentom z Yale i znowu ta lista nie jest w żadnym wypadku wyczerpująca – i mocno skoncentrowana na tych, których poznałem w ciągu ostatnich kilku lat w Yale – ale oni zawsze byli moją największą inspiracją: Mahomet Ikraam Abdu-Noor, Ahmed Afzal, Colleen Asper, Ping-Ann Ado, Omolade Adunbi, Nikhil Anand, Caitlin Barrett, Kalanit Baumhauft, Ben Begleiter, Nina Bhatt, Rebecca Bohrman, Sheridan Booker, Devika Bordia, Lisa Allette Brooks, Elizabeth Busbee, Lucia Cantero, David Carston-Knowles, Durba Chattaraj, Linda Chhay, Kate Clancey, Robert Clark, Seth Curley, Anthony Dalton, Amelia Frank-Vitale, Antonios Finitsis, Thomas Frampton, Emily Friedrichs, Ajay Gandhi, Vladimir Gil, Josh Gordon, Jessica Gussberg, Annie Harper, Joseph Hill, Emily Hitch, Jennifer Jackson, Nazima Kadir, Kristin Kajdzik, Csilla Kalocsai, Brenda Kondo, Adrian LeCesne, Moon-Hee Lee, Kat Lo, Molly Margaretten, Andrew Mathews, Madeleine Meek, Christina Moon, Yancey Orr, Simon Moshenberg, Jason Nesbitt, Nana Okura, Juan Orrantia, Jonathan Padwe, Richard Payne, Anne Rademacher, Mieka Ritsema, Elliot Robson, Phoebe Rounds, Arian Schulze, Colin Smith, Olga Sooudi, Sarah Stillman, Will Tanzman, Jordan Treviño, Karen Warner, Kristina Weaver, i Tiantian Zhang.

Wymienienie moich przyjaciół-aktywistów stwarza jeszcze dziwniejszy problem: bardzo trudno jest określić, do kogo właściwie mogę się odwołać po imieniu – to znaczy tych, których legalne imiona faktycznie znam. Wymienię tylko kilkoro, głównie dlatego, że wiem, że nie mieliby nic przeciwko: Majeed Balavandi, Autumn Brown, Ayca Cubukcu, Crystal Dubois, Mike Duncan, Todd Eaton, Neala Byrne, Beka Economopolos, Stefan Christoff, Shawn Ewald, Heather Gautney, Andrej Grubacic, Harry Halpin, Eric Laursen, Bob Lederer, Brooke Lehman, Yvonne Liu, Daniel McGowan, Michael Menser, Dyan Neary, Ana Nogueira, Priya Reddy, Ramor Ryan, Mac Scott, Danielle Leah Sered, Ben Pasterz, Stephven Shukaitis, Marina Sitrin, John Tarleton, Lesley Julia Wood. Wszyscy w nowojorskim DAN i ACC; wszyscy w IWW i nowo założonej SDS; każdy, kto przeglądał szkice lub ich fragmenty, by wskazać na niezliczone punkty, w których się pomyliłem; tak naprawdę każdy, kogo nazwisko pojawia się w tym tekście, zasługuje na podziękowania i wiele więcej. To są ludzie, którzy dali mi nowe poczucie nadziei dla planety, w okresie, który inaczej byłby najgorszym okresem mojego życia. Mam dla nich tylko miłość.

Oczywiście jest kilka osób, które muszę szczególnie wyróżnić: przede wszystkim Lauren Leve, Eric Graeber, Ruth Graeber, Andrej Grubacic, Nhu Le i Stuart Rockefeller. Chciałbym podziękować mojemu redaktorowi Charlesowi Weiglowi i wszystkim innym w AK Press.

Rozpocząłem ten projekt, mając niewiele więcej niż siebie i optymizm. Dążyłem do końca z rosnącym zrozumieniem, że bez względu na to, jak ponure i jak niebezpieczne są niektóre miejsca, przez które trzeba przejść, życie jako buntownik – ciągle świadomy możliwości rewolucyjnej transformacji i wśród tych, którzy o tym marzą – to z pewnością najlepszy sposób, w jaki można żyć.

Wstęp

Zaczynasz od wściekłości, przechodzisz do głupich fantazji…

– Więc – mówi Jaggi. – Mam pomysł na to, w jaki sposób Ya Basta! może przyczynić się do akcji w Quebec City. Prasa kanadyjska wciąż przedstawia to jako rodzaj inwazji obcych. Tysiące amerykańskich anarchistów zamierza najechać Kanadę, aby zakłócić szczyt. Prasa Québécu robi to samo: tym razem to angielska inwazja. Więc moim pomysłem jest to, żebyśmy się tym zabawili. Odtworzymy bitwę o Quebec.

Zdziwione spojrzenia Amerykanów przy stole.

– To była bitwa w 1759, w której Brytyjczycy w pierwszej kolejności podbili miasto. Zaskoczyli francuski garnizon, wspinając się po tych klifach na zachód od Równin Abrahama, w pobliżu starego fortu. Zatem oto mój pomysł. Możecie się przebrać w stroje Ya Basta! i wspiąć się dokładnie na ten sam klif, z wyjątkiem, nie, chwila, posłuchajcie! Ta część jest ważna, na ochraniaczach i kombinezonach chemicznych będziecie nosić koszulki hokejowe Québec Nordiques.

– Chcesz, żebyśmy wspięli się na urwisko? – zapytał Moose.

– Aha.

– A jak wysoki jest dokładnie ten klif?

– Och, nie wiem, 60 metrów. Co to jest, jakieś 180 stóp?

– Więc chcesz, żebyśmy wspięli się na sześćdziesięciometrowy klif w rękawiczkach, hełmach, maskach przeciwgazowych i osłonach z gumy piankowej? – Moose zachowywał się tak, jakby Jaggi rzeczywiście traktował sprawę poważnie.

– Pomyśl o tym w tak: kaski i ochraniacze byłyby bardzo pomocne, jeśli w ogóle spadniesz. Prawdopodobnie dlatego, że przypuszczalnie klify będą bronione.

– Och, świetnie. – Moose – Więc teraz wspinamy się na sześćdziesięciometrowy klif z gliniarzami na szczycie.

– Och, daj spokój, prawdopodobnie wszyscy zostaniecie natychmiast aresztowani tylko za noszenie tych kombinezonów. Równie dobrze możesz najpierw coś najpierw zrobić. A symbolika byłaby idealna.

– Nie chcę być tak pesymistą – mówię. – Wyobraźmy sobie, że niektórzy z nas się przedostają. Wspinamy się po klifach. Nagle jesteśmy w strefie bezpieczeństwa…

– Cóż, właściwie nie – mówi Jaggi, spoglądając na mapę miasta. Mapa miasta jest narysowana pisakiem na dużej rozłożonej serwetce, na stole cukierni w nowojorskiej Małej Italii, otoczona różnymi solniczkami i cukiernicami używanymi do reprezentowania wyimaginowanych działaczy i jednostek policji, wszystkie otoczone przez puste butelki po piwie i resztki ciasta czekoladowego. Wokół stołu tłoczy się sześciu aktywistów, trzech Kanadyjczyków, trzech przedstawicieli nowojorskiej kolektywu Ya Basta! – wszystko, co zostało z tego, co zaczęło się jako znacznie większa grupa. – Zakładamy, że ogrodzenie faktycznie będzie również biegło wokół krawędzi klifu.

Jaggi krótko naradza się z dwoma przyjaciółmi z Quebecu, którzy przytakują. Jedna, Nicole, dodaje kolejną linię do mapy, aby to uwydatnić.

– Masz na myśli, że przeskoczyliśmy przez klify i nadal musimy przejść przez Mur? – ktoś pyta.

– Och, daj spokój – mówi Jaggi. – Jeśli możesz wspiąć się na sześćdziesięciometrowy klif, trzymetrowe ogrodzeniem z siatki będzie problemem?

– Dobrze, jesteśmy w środku. – Nalegam na mój scenariusz. – Pięćdziesięciu aktywistów w żółtych kombinezonach chemicznych, i co to było, w koszulkach hokejowych jakiejś drużyny Québec?, przedostało się przez mur. Jesteśmy wewnątrz strefy bezpieczeństwa. Odwróciliśmy inwazję brytyjską. Co teraz robimy? Zajmujemy cytadelę? Przedstawiamy petycję?

– Właściwie to byłoby naprawdę zabawne – mówi jeden z Yabbów. – Walczymy w górę klifów obok dwóch tysięcy gliniarzy z prewencji, przechodzimy przez mur, a potem, kiedy tam dotrzemy, po prostu składamy petycję.

– Do kogo?

– Oczywiście do Busha.

– Skąd wiemy, gdzie będzie Bush? – pyta ktoś inny.

– Zatrzyma się w hotelu Concord – mówi jeden z anarchistów z Quebecu. – Łatwo będzie znaleźć; można go zobaczyć niemal z każdego miejsca w mieście. Teraz szczególnie łatwo – uśmiecha się. – Wystarczy poszukać budynku z pociskami ziemia-powietrze na dachu.

– Plus około dziesięciu tysięcy snajperów i tajnych służb, prawdopodobnie z niekończącym się zaawansowanym technologicznie sprzętem inwigilacyjnym…

– …co z kolei zostanie zakłócone przez naszą ogromną flotę zdalnie sterowanych modeli samolotów…

Rozmowa rzeczywiście poważnie degenerowała się przez co najmniej pół godziny.

Zaczęło się dość poważnie, jako jedna z tych trzygodzinnych maratonowych rozmów o wszystkim. Kanadyjczycy byli w mieście w ramach objazdowej trasy aktywistów, zorganizowanej przez CLAC, grupę anarchistyczną z Montrealu, której francuski akronim oznaczał Convergence des Luttes Anti-Capitalistes, czyli „Konwergencja Walk Antykapitalistycznych”. Był początek marca 2001 roku. Jechali w trasę, aby mobilizować się przeciwko Szczytowi Ameryk, który miał się odbyć 20 kwietnia w Quebec City, w którym miały uczestniczyć wszystkie głowy państwa na półkuli zachodniej (z wyjątkiem Kuby). Na wydarzeniu miało odbyć się podpisanie wstępnego projektu ustawy o strefie wolnego handlu obu Ameryk, będącej zasadniczo próbą rozszerzenia NAFTA na całą półkulę. Wysiłki te, wspierane przez Stany Zjednoczone, zostały w rzeczywistości ostatecznie udaremnione, a ludzie w tej cukierni, choć może się to wydawać nieprawdopodobne, odegrali znaczącą rolę w udaremnieniu. Jednak to trochę inna historia, a mimo to skaczę do przodu. W każdym razie rozmowa zaczęła się w meksykańskiej restauracji Tres Aztecas na Lower East Side, gdzie kilku aktywistów z nowojorskiej sieci akcji Direct Action Network zabrało gości – Jaggi z Montrealu i spokojniejszą francuskojęzyczną parę z samego Quebecu – na obiad. Właściwie dwoje z nowojorskich członków DAN było Kanadyjczykami: para o imieniu Mac i Lesley, pochodząca z Toronto, obecnie mieszkająca w Nowym Jorku. Ona była studentką socjologii na Columbii, on obecnie pracował jako malarz pokojowy i wolontariusz dla National Lawyers Guild. Większość pozostałych była również częścią NYC Ya Basta! kolektywu. Była to nowo utworzona grupa zainspirowana inną o tej samej nazwie we Włoszech, której nazwa wzięła się od hasła (które znaczy „Już dość!” rozsławionego przez zapatystowskich rebeliantów w Chiapas, którzy z kolei rozpoczęli swoje powstanie 1 stycznia 1994 roku, w dniu, w którym NAFTA po raz pierwszy weszła w życie.

W kręgach aktywistów tego roku Ya Basta! miała coś z jakości Next Big Thing. Prawdopodobnie wynikało to przede wszystkim z ich spektakularnie innowacyjnej taktyki: członkowie grupy słynęli z okrywania się wszelkiego rodzaju wyszukanymi ochraniaczami, wykonanymi ze wszystkiego, od arkuszy gumy piankowej po gumowe urządzenia wypornościowe w kształcie kaczki, łącząc je z hełmami i plastikowymi osłonami, więc wyglądało się jak jakiś futurystyczny grecki hoplita, a całość wieńczono maskami przeciwgazowymi i białymi kombinezonami ochronnymi. Pomysł polegał na tym, przy takim ubiorze, że stosunkowo niewiele gliniarzy może zrobić coś, aby naprawdę cię skrzywdzić. Oczywiście jesteś tak niezdarny, że prawdopodobnie nie możesz zrobić zbyt wiele, aby zranić kogoś innego; ale o to właśnie chodzi. Przedstawiciele twierdzą, że taktyka ta jest zakorzeniona w nowej filozofii obywatelskiego nieposłuszeństwa. Tam, gdzie staromodne, masochistyczne podejście Gandhiego zachęca aktywistów do wykazania gotowości do pobicia przez policję na znak wyższości moralnej, „białe kombinezony” proponowały etos ochrony: o ile odmawiasz krzywdzenia innych, całkowicie uzasadnione jest podjęcie wszelkich niezbędnych środków, aby uniknąć krzywdy dla siebie. Kostium też sprawia, że wygląda się dość śmiesznie, ale o to też chodzi. Spotkanie Ya Basta! często nim grały, na przykład atakując linie policyjne balonami lub pistoletami na wodę. Tym, co naprawdę zrobiło wrażenie na wielu aktywistach w Ameryce, było to, że takie grupy miały prawdziwą bazę społeczną. Spotkanie Ya Basta! wyłoniły się z niezwykle rozległej sieci włoskich skłotów i okupowanych ośrodków społecznych ("białe kombinezony" zaczynały w rezultacie jako armia skłotów). Mieli też swoich własnych intelektualistów: w tamtych czasach prace myślicieli Autonomistów jak Toni Negri, Paolo Virno, Bifo Berardi zaczynały być dopiero tłumaczone i upowszechniane przez Internet oraz zaczynały wpływać na aktywistów w Ameryce.

Nie powinienem przesadzać. Wiosną 2001 roku zdecydowana większość amerykańskich anarchistów prawie nic nie wiedziała o włoskiej teorii. Istniały jednak pewne bardzo entuzjastyczne wyjątki. W Nowym Jorku najważniejszym z nich był mężczyzna o imieniu Moose. Wysoki, chudy młody mężczyzna, który prawie zawsze nosił czapkę rybaka, Moose był z zawodu retuszerem zdjęć mody. Był również aktywny w nowojorskim DAN. Zainspirowany tym, co przeczytał o ruchu we Włoszech po dramatycznym występie Ya Basta! na protestach IMF w Pradze, Moose przeprowadził małe badania i odkrył, gdzie można kupić tanie kombinezony chemiczne. Zamówił kilka pocztą i zaczął je od czasu do czasu nosić na marszach. Pewnego dnia, podczas marszu przeciwko brutalności policji, student z Włoch, który faktycznie pracował z Ya Bastą! podszedł do niego i zapytał, co się dzieje. i tak, narodziła się Ya Basta! w Nowym Jorku.

Według jego koncepcji, było to jednocześnie przyjęcie włoskiej taktyki i niektórych ogólnych zasad opracowanych przez włoski autonomiczny marksizm, który kładł nacisk na odmowę pracy, „exodus” lub zaangażowane wycofanie się z głównego nurtu i, krytykując, na swobodę przemieszczania się przez granice. We Włoszech „białe kombinezony” podjęły serię dramatycznych działań przeciwko obozom dla imigrantów, aby podkreślić to, że wiele z tego, co reklamowano jako „globalizacja”, w praktyce oznaczało otwarcie granic dla przepływu pieniędzy, producentów i niektórych form informacji, radykalnie zwiększając bariery i kontrolę nad przemieszczaniem się ludzi. Ten pomysł trafił już na podatny grunt w Ameryce Północnej, gdzie aktywiści lubili wskazywać, że amerykański patrol graniczny trzykrotnie zwiększył swoją liczebność od czasu podpisania NAFTA. Wielu z nas już przekonywało, że cały sens „wolnego handlu” polegał w rzeczywistości na zamknięciu większości światowej populacji w zubożałych globalnych gettach o silnie zmilitaryzowanych granicach, w których można było usunąć istniejące zabezpieczenia społeczne, a wynikający z tego terror i desperację w pełni wykorzystać przez globalny kapitał. Pytanie brzmiało, jak połączyć te dwie rzeczy – idee i taktyki.

Dodatkowo ta perspektywa ekscytowała ludzi. Kolektyw NYC Ya Basta! szybko się rozwijał, podobnie jak podobne kolektywy (Wombles w Anglii, Wombats w Australii) rosły w całym anglojęzycznym świecie. Większość pierwszej części rozmowy w Tres Aztecas polegała na tym, że Moose mówił o Ya Basta!. Później, w cukierni (przyjaciel Jaggiego uparł się, że znajdziemy taką, bo był trochę uzależniony od czekolady), dyskusja przeniosła się na potencjalne działania na granicy, stan anarchii w Kanadzie, gubernatora dupka w Ontario, gwiazdy ruchu i dlaczego są irytujący, filozofia, antropologia, muzyka – typowa niekończąca się rozmowa aktywistów o wszystkim. Jaggi wyjaśnił, że tak jak w większości Kanady, anarchiści Québéc byli podzieleni w dużej mierze na hardkorowych skłoterów i studentów („jak ci dwaj, prawdopodobnie odejdą z chwilą zakończenia pracy doktorskiej” – choć było też trochę staromodnych typów syndykalistycznych. Żadnych anarchistycznych związków zawodowych per se, ale działali w ramach istniejących związków. Prawdziwy dramatyczny wzrost miał miejsce w ruchu globalizacji, gdzie, jak w wielu miejscach, wyłaniał się podział między organizacje pozarządowe i duże grupy związkowe, które zdominowały dyskusje polityczne, oraz anarchistów, którzy szybko zaczęli dominować w zakresie działania bezpośredniego. W Montrealu istniały w zasadzie dwie grupy organizujące akcje: CLAC i coś, co nazywało się Operacją SalAMI. Oczywiście CLAC nie było oficjalnie anarchistyczne. Oficjalnie było po prostu „antyautorytarne” (no cóż, antyautorytarne, antykapitalistyczne, przeciwne wszystkim formom rasowej i płciowej opresji, oddane akcji bezpośredniej, niechcące wchodzić w kompromisy z wewnętrznie niedemokratycznymi organizacjami, co w praktyce znaczyło „anarchistyczne”).

– A co z SalAMI? Nie są anarchistami?

– Och, jestem pewien, że są tam ludzie, którzy uważają się za takich czy innych anarchistów.

– Więc czym są?

– Och, wiesz. – Mac wtrącił. – Zwykłe typy antykorporacyjne. Nie antykapitaliści. Pierwotnie wyszli z kampanii przeciwko Wielostronnemu Porozumieniu Inwestycyjnemu z 1998 roku. W tym czasie zorganizowali naprawdę dobrą akcję w Ottawie. Ale…cóż, to pacyfiści. Myślę, że byłby to najlepszy sposób na podsumowanie.

– Czy widziałeś wytyczne, które pierwsi zaproponowali dla działań w Quebec City? – zapytał Jaggi. – Całkowite niestosowanie przemocy. Częścią ich zasad postępowania był brak „przemocy słownej”, nikomu nie wolno używać wulgarnego języka. Nie, dosłownie, nie zmyślam tego. Malowanie w sprayu sloganów to forma przemocy. Żadnego noszenia masek ani innych elementów garderoby zakrywających twarz…

Inni Kanadyjczycy się przyłączyli.

– Co daje im prawo do mikrozarządzania wszystkim.

– Są całkowicie maniakami kontroli. Szeryfowie, to wszystko.

– Więc nie rozumiem – powiedział jeden z Amerykanów. – Jakiego procesu używają ci goście?

– Tak – zapytał inny Amerykanin. – Czy są demokratyczni, czy raczej mają formalną strukturę przywódczą? Czy przed akcją organizują rady delegatów?

– Och, tak, tak, robią to wszystko. A przynajmniej robią to teraz. Kiedy zaczynali, było to całkowicie odgórne, charyzmatyczne przywództwo, rozkazy z góry. Pozornie wszystko się teraz zmieniło. Ale wszystkie kluczowe decyzje, takie jak kodeks postępowania, są zawsze podejmowane w wezwaniu do działania, zanim jeszcze pojawisz się w radzie delegatów. Tak więc jest to w zasadzie fikcja, ponieważ z szeryfami kontrolującymi wszystko, jakakolwiek samoorganizacja staje się bezsensowna.

– Dodatkowo – powiedział Jaggi – nadal mają coś w rodzaju charyzmatycznego przywództwa. Co…cóż, w porządku. Czy zauważyłeś, że pacyfiści zawsze wydają się rozwijać charyzmatyczne przywództwo? Gandhi, King, Dalajlama. Wydaje się, że jest coś w etosie pacyfistycznym, że po prostu ich wytwarza. Kiedy byłem na A16, widziałem tych idiotów niosących na sobie tabliczki z wielkimi zdjęciami Gandhiego, a pod nimi był jakiś cytat z niego mówiący: „ważne nie jest ja, ale moje przesłanie”. Musiałem więc do nich podejść i zapytać: „Nie sądzisz, że jest tu trochę sprzeczności?”

Dyskusja toczy się na temat zasług Gandhiego, w przeciwieństwie do innych postaci indyjskiego ruchu niepodległościowego. Wydaje się, że konsensus był taki, że Gandhi był postacią wysoce ambiwalentną. Z jednej strony miał wiele bardzo anarchistycznych ideałów. Z drugiej był dziwnym, pokręconym seksualnie patriarchą, który współpracował z daleką od rewolucji partią Kongresu i otwarcie pielęgnował wokół siebie kult jednostki. Jeden z Kanadyjczyków twierdził, że pacyfizm Gandhiego faktycznie opóźnił niepodległość o pokolenie. Jeden z Amerykanów podkreślał, że Gandhi powiedział również, że chociaż niestosowanie przemocy było ideałem, ci, którzy sprzeciwiają się brutalnemu uciskowi, są moralnie lepsi od tych, którzy w ogóle się nie opierają – sentyment, którego jego bardziej zadufani w sobie zachodni akolici zawsze wydają się zapominać.

– To, co mnie martwi w całej koncepcji pacyfizmu – powiedział Mac – to, że jest on z gruntu elitarny. Biedacy, ludzie, którzy na co dzień muszą żyć z przemocą policji, którzy są do niej przyzwyczajeni, którzy jej oczekują…nie zobaczą niczego godnego podziwu, nie mówiąc już o heroizmie, w zachęcaniu do przemocy policyjnej, a następnie biernym stawianiu jej czoła.

Takie opinie zawsze mnie trochę niepokoją, pochodząc od tego, kim są. Mac był jedną z najbardziej sympatycznych, niefrasobliwych, dość skromnie głupich ludzi, jakich znałem. Często zastanawiam się, czy w ogóle jest zdolny do gniewu. Jego żona była prawie taka sama.

– Co myślisz? – pytam Lesley.

– Och, całkowicie się zgadzam. Po pierwsze, cała idea, że zamierzasz ujawnić prawdziwą przymusową naturę tego stanu, pokazując, jak cię zaatakują, nawet jeśli nie stwarzasz im fizycznego zagrożenia, cóż, daj spokój. Mówisz biednym ludziom coś, czego jeszcze nie wiedzą?

– Pracowałem z OCAP, czyli Ontario Coalition Against Poverty (Koalicji Ontario przeciwko Nędzy), przez trzy lata w Toronto – powiedział Mac – i jedną rzecz, którą odkryliśmy, jest to, że jeśli, powiedzmy, pracujesz z bezdomnymi lub naprawdę uciskanymi społecznościami, albo oni nic nie zrobią, albo będą chcieli bezpośrednio skonfrontować się z ludźmi, którzy ich robili w konia. W ten sposób dochodzi do tych „zamieszek”, takich jak te zeszłej wiosny w Toronto.

Lesley wyjaśnia, że Mac odnosi się do marszu z 15 czerwca 2000 roku, zorganizowanego przez OCAP, w którym ponad tysiąc bezdomnych, wraz z aktywistami mieszkaniowymi, zostało zaatakowanych przez policję prewencji, gdy uparli się, że mają prawo do przemawiania do parlamentu, co skończyło zażarta bitwa, która trwała kilka godzin. – Po trzeciej szarży kawalerii na pokojowych demonstrantów wszyscy po prostu eksplodowali. Zaczęli rzucać wszystko w zasięgu wzroku, wyrywając chodnik, znaki drogowe, rzucając śmietnikami.

– Poczekaj chwilę – protestuję. – Sam Gandhi pracował z wieloma biednymi ludźmi

– Prawda – wtrącił się Jaggi – ale to mieści się w bardzo specyficznej tradycji religijnej. Jeżeli jesteś Hindusem, umiejętność wytrwania w niskiej pozycji w obrębie hierarchii kastowej jest oznaką cnoty, o to w tym chodzi.

I tak dalej. Cała rozmowa wydała mi się trochę oklepana i jednostronna. Wskazałem, że od Seattle, związki panikowały z powodu możliwości „przemocy”, czy nawet niszczenia własności. Inni odpowiedzieli, że mówiłem o biurokratach związkowych, a nie szeregowych członkach związku. A co z grupami biednych ludzi, które krytykują wojownicze taktyki jako produkt białych przywilejów klasy średniej, w sensie że naprawdę uciskanym nigdy nie pozwolono by na takie działania? Ktoś zmienia temat.

– A czy zauważyłeś, jak typy SalAMI zawsze uważnie śledzą, którzy politycy, celebryci lub bogaci ludzie ich aprobują. Całe nastawienie jest całkowicie elitarystyczne.

W każdym razie SalAMI wypuściło swoje pacyfistyczne wezwanie do działania, a następnie CLAC wypuściło własne, wzywając do „różnorodności taktyk”. Chodziło im o to, że należy zrobić miejsce dla sztuki i marionetek, czy dla tradycyjnego Gandhijskiego nieposłuszeństwa obywatelskiego „chodź i aresztuj mnie”, a także należy zrobić miejsce dla bardziej bojowych taktyk. Najważniejsze jest to, aby w końcu wszyscy solidaryzowali się ze sobą. Jak się okazało, bardzo niewiele osób zarejestrowało się w radzie delegatów SalAMI, więc odwołali ją i teraz skoncentrowali się na robieniu czegoś w Montrealu. Z drugiej strony rada delegatów CLAC poszła na tyle dobrze, że doprowadziła do powstania nowej grupy lokalnej – CASA, Komitetu Powitalnego Szczytu Ameryk. CASA teraz gorączkowo organizowała lokalne sprawy. Grupki chodziły od drzwi do drzwi w dzielnicach robotniczych w pobliżu starej fortecy. Była to wyjątkowa możliwość, ponieważ kanadyjska policja ogłosiła niedawno, że przed szczytem stare miasto i teren wokół Centrum Kongresowego, w którym miały się odbyć spotkania, zostaną otoczone czterokilometrowym ogrodzeniem ochronnym. Tylko ci z dowodami osobistymi potwierdzającymi, że mieszkali wewnątrz, będą mogli wejść do środka. Jednocześnie policja wciąż wypowiadała sprzeczne stwierdzenia, gdzie dokładnie będzie przebiegać ogrodzenie, ale z pewnością przecięłoby wiele dzielnic na pół. Dzieci musiałyby przechodzić przez silnie zmilitaryzowane posterunki policyjne, aby wrócić do domu ze szkoły. Miejscowi już nazywali to „murem”

Trzeba mieć na uwadze, zauważył Jaggi, że jest to ludność, która ze względu na swoją historię już i tak jest wyjątkowo podejrzliwa wobec rządu centralnego. Nawet nacjonalizm quebecki jest bardzo dziwnym, proletariackim rodzajem nacjonalizmu: francuskojęzyczni widzą siebie jako białą klasę robotniczą wschodniej Kanady, co do pewnego stopnia jest prawdą. To właśnie w tym momencie – mniej więcej w czasie, gdy Mac i Lesley musieli wyjść – weszliśmy na politykę muru; o obiecywanej militaryzacji granicy kanadyjskiej (np. podczas rozmów handlowych w Windsor rok wcześniej dwie trzecie próbujących przekroczyć granicę Amerykanów zostało zawróconych, a sporo aresztowano). Pytanie brzmiało, jak zaplanować akcję graniczną, która zwróciłaby uwagę na hipokryzję militaryzacji granicy i budowania murów wewnątrz miasta, aby móc chronić przywódców politycznych przed wszelkim niebezpieczeństwem kontaktu z ich wyborcami – nie wspominając o retoryce „wolnego handlu” burzącego mury i jednoczącego planetę, tylko żeby móc je nawet podpisać, trzeba zrobić dokładnie odwrotnie. Reszta z nas zaczęła rzucać pomysłami. Możliwe działania graniczne. W końcu doprowadziło do pytań o scenariusz, a następnie do klifów Quebec City. Właściwie to było pod koniec rozmowy – w tym momencie wszyscy byliśmy już trochę zmęczeni, a niedługo po tym, jak się rozstaliśmy, poszliśmy do domu i poszliśmy spać.

O tej książce

Zacząłem od rozmowy w cukierni z kilku powodów. Po pierwsze, jest zabawna. Pomyślałem, że może też przekazać coś z poczucia ruchu, który, jak zobaczymy, jest szczególnie podatny na formy działania, które są jednocześnie głęboko wyjątkowo głupie i całkowicie poważne. Taka rozmowa, szczególnie w zestawieniu z poważnymi argumentami na temat Gandhiego i tak dalej, wydawała się najlepszym sposobem, aby dać czytelnikowi natychmiastowe wyobrażenie o tym, co faktycznie jest zaangażowany w takim ruchu. To także sprawi, że książka jest lepsza.

Taka rozmowa od razu podnosi również kwestię, z którą będę się zmagać przez całą książkę: co zrobić z tożsamościami osób, kiedy omawiamy drażliwe politycznie i prawnie rozmowy? Na przykład New York Ya Basta! prawie na pewno nadal jest wymieniany w niektórych policyjnych systemach wywiadowczych jako organizacja terrorystyczna. Na kilka tygodni przed szczytem zarówno amerykańska, jak i kanadyjska policja zidentyfikowała ją jako jedną z zasadniczo potencjalnym „elementem przemocy” oraz każdy podejrzany o udział w Ya Basta! był zatrzymany podczas próby przekroczenia granicy, przetrzymywany przez wiele dni i intensywnie przesłuchiwany. Wszystko to było śmieszne. Ya Basta!, jak wspomniałem, opierała się na zasadzie tzw. „radykalnej” obrony. Członkowie uzbroili się przeciwko pałkom i gumowym kulom, ale usprawiedliwiali to właśnie dlatego, że nie chcieli zrobić niczego, co mogłoby skrzywdzić kogokolwiek innego. Jednak w tym kontekście fakt, że te stwierdzenia są śmieszne, jest w dużej mierze nieistotny. Reclaim the Streets Nowy Jork, grupa specjalizująca się w niedozwolonych imprezach ulicznych, została również sklasyfikowana przez niektóre siły policji jako grupa terrorystyczna[1]. Te rzeczy nigdy nie mają sensu. Jedna rzecz, której można się szybko nauczyć jako aktywistka, to to, że ręka represji jest niezwykle przypadkowa. W rezultacie rozmowa, którą rozpocząłem, choć oczywiście żartobliwa, mogłaby zostać zaklasyfikowana jako spisek terrorystyczny.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że w cukierni był ukryty mikrofon. Wyobraźmy sobie policjanta lub agenta FBI monitorującego powyższą rozmowę. Nie jest to poza sferą możliwości: być może spodziewali się, że spotkają się tam jacyś mafiosi i planują prawdziwą zbrodnię. Następnie wyobraź sobie – całkiem prawdopodobne – że policjant przysłuchujący się tej rozmowie nie ma absolutnie żadnego poczucia humoru. Co by sobie pomyślał? Oto członkowie organizacji prawdopodobnie terrorystycznej, spotykają się z Kanadyjczykiem o nazwisku Jaggi Singh i rozmawiają o wzięciu udziału w jakimś brutalnym konflikcie z udziałem prezydenta Busha. Jeśli funkcjonariusz, o którym mowa, przepuściłby nazwiska przez kanadyjską policję, natychmiast otrzymałby informację, że Jaggi Singh jest znanym anarchistą, który był kilkukrotnie aresztowany w związku z nielegalnymi protestami.

Ten ostatni punkt jest technicznie prawdziwy, ale po raz kolejny absurdalny, jeśli znasz odrobinę kontekstu. W Kanadzie Jaggi jest kimś w rodzaju postaci publicznej. Regularnie pojawia się w telewizji jako rzecznik CLAC lub innej radykalnej organizacji. W rezultacie ciągle jest aresztowany. Stało się to czymś w rodzaju powtarzającego się żartu w radykalnych kręgach w Kanadzie. Przed każdą wielką akcją lub mobilizacją policja prawie zawsze wejdzie i aresztuje Jaggi Singh; częściowo, jak się wydaje, tylko dlatego, że jest jedynym wybitnym anarchistą, o którym słyszeli.

– Znowu przybywają antyamerykańscy protestujący. Wszystko na swoim miejscu?

– Gaz łzawiący ?

– Tak.

– Tarcze i pałki?

– Tak.

– Bariery bezpieczeństwa?

– Są.

– Aresztowano Jaggi Singha?

– Tak[2].

Przykłady można by mnożyć. To zawsze jest areszt prewencyjny; Jaggi nigdy nie został o nic oskarżony, nie mówiąc już o skazaniu, przynajmniej po części dlatego, że nigdy nie zrobił nic nielegalnego. Jaggi jest przede wszystkim radykalnym dziennikarzem. W związku z tym stał się regularnym rzecznikiem publicznym grup rewolucyjnych. Ale cały sens używania tej samej osoby jako swojego rzecznika polega na tym, że w ten sposób twarze tych, którzy faktycznie planują działania, nigdy nie są widoczne. Pomysł, że Jaggi, który w rzeczywistości jest na trasie z przemówieniami publicznymi, występując pod własnym nazwiskiem, przybędzie na spotkanie poświęcone planowaniu działań, jest absurdalny. Jednak znowu, fakt, że jest absurdalny, nie jest istotny. Gdyby policja zdecydowała się oskarżyć nas wszystkich o spisek w celu popełnienia aktu terroryzmu, zgodnie z prawem, byłoby to całkiem możliwe. Policja miałaby poważne problemy z doprowadzeniem do skazania, ale przez kilka lat całkiem łatwo mogłaby sprawiać nam trudności.

Wszystko to może sprawić, że sam pomysł napisania takiej etnografii będzie raczej wątpliwą propozycją. Trzeba jednak pogodzić prawne możliwości z faktem, że nic takiego się nigdy nie wydarzyło. Nie sądzę, by w ciągu ostatnich czterech lat zdarzyło się kiedykolwiek aresztować aktywistę z powodu czegoś, co powiedzieli lub mieli powiedzieć na spotkaniu, nie mówiąc już o nieformalnej rozmowie. Działacze są regularnie aresztowani za bycie rzecznikami publicznymi, tak jak Jaggi. Aktywiści bywali zatrzymywani na granicach za przynależność do rzekomo brutalnych organizacji – jak na przykład wielu członków nowojorskiej Ya Basta! w końcu miało zostać. Setki aktywistów – a często zwykłych obywateli, którzy akurat stoją obok nich – zostało zatrzymanych w masowych aresztowaniach podczas protestów. Kiedy tak się stanie, kilka z nich zostanie prawie zawsze losowo wybranych pod zarzutem przestępstwa: „napaść na oficera” lub tym podobne. Zarzuty te prawie nigdy się nie utrzymują, ponieważ prawie zawsze są całkowicie zmyślone; jednak udaje im się związać aktywistów niekończącymi się terminami sądowymi i opłatami prawnymi. Z pewnością miały miejsce dziwaczne i oburzające akty represji wobec jednostek. Aktywiści trafiali do więzienia za linki, które umieszczali na stronach internetowych lub za posiadanie urządzeń służących do wykrywania genetycznie zmodyfikowanej żywności. Nikt nie został oskarżony o to, co powiedział na spotkaniu. Niemniej jednak strach, że mogą, od lat wywiera dławiący wpływ na życie aktywistów, a strach ten narastał tylko wraz z rosnącymi represjami państwowymi. Same spotkania stawały się coraz bardziej tajemnicze. Uczestniczący w nich stawali się bardziej paranoiczni. Myślę, że rezultaty były katastrofalne.

Moim zdaniem są one szczególnie katastrofalne, ponieważ to, co dzieje się na spotkaniach, struktura podejmowania decyzji, ma kluczowe znaczenie dla ruchu. Być może bardziej niż cokolwiek innego jest to bowiem ruch na rzecz tworzenia nowych form demokracji. Jednym z powodów, dla których media były w stanie w dużej mierze spisać na straty tak zwany ruch „antyglobalistyczny” jako niespójny bełkot bez żadnego głównego tematu lub głównej ideologii, to właśnie to, że jego ideologia jest osadzona w praktyce. W świadomej kontradykcji do dawnych grup rewolucyjnych, to jest nie wymyślając jakiejś abstrakcyjnej linii partyjnej faworyzującej „demokrację”, a następnie nie zamieniając się w dobrze naoliwioną autorytarną machinę oddaną przejmowaniu władzy tam, gdzie to możliwe, aby w końcu móc ją wprowadzić, grupy takie jak DAN czy CLAC są zdeterminowane, aby żyć według swoich zasad. W dużym uogólnieniu (jak argumentowałem wcześniej: Graeber 2002), demokratyczna praktyka, którą te grupy rozwinęły jest ich ideologią.

Moim zdaniem jest to niezwykle zdrowe i niezwykle odświeżające podejście. To w dużej mierze powód, dla którego zaangażowałem się w takie grupy. Z drugiej strony stwarza realne dylematy przy reprezentacji. Mamy ruch, który postrzega siebie jako tworzący nowe formy demokracji, ale z powodu obaw o bezpieczeństwo, jego rzeczywisty proces demokratyczny nie może być przedstawiony nikomu poza ruchem prócz najbardziej abstrakcyjnych terminów. Wszyscy są tak zaniepokojeni niebezpieczeństwami represji prawnych, że nigdy nie można mówić o konkretnych szczegółach tego, co wydarzyło się na jakimkolwiek konkretnym spotkaniu. Jest to szczególnie ironiczne, ponieważ jest to ruch, który poza tym jest niezwykle wyrafinowany w przedstawianiu siebie. Składa się z wielu radykalnych filmowców, dziennikarzy internetowych, aktywistów radiowych; obejmuje ogromną sieć niezależnych mediów, która jako pierwsza wyłoniła się z Seattle i nadal, podczas każdej większej konwergencji, dostarcza szczegółowych relacji minuta po minucie z akcji. Potem szybko i niezmiennie pojawia się film dokumentalny. Jednak żadne z tych przedstawień zwykle nie zawiera pojedynczego opisu konkretnego aktu zbiorowego podejmowania decyzji. Na przykład każda poważna akcja jest zwykle poprzedzona serią rad, zgromadzeń, w których setki, a nawet tysiące ludzi zbierają się, aby wspólnie planować działania, bez żadnej formalnej struktury przywódczej. Jednak żadna nigdy nie została sfilmowana. i to pomimo faktu, że w pewnym momencie przynajmniej w połowie większych rad delegatów, w których brałem udział, jakiś radykalny filmowiec prosił o pozwolenie na sfilmowanie jakiejś części obrad. Byli niezmiennie odrzucani. W zasadzie, rady delegatów są wydarzeniami otwartymi: każdy, kto nie pracuje dla jakiejś agencji informacyjnej lub organów ścigania, może wejść do środka, a uczestnikom często przypomina się, aby nie dyskutowali o niczym, o czym nie chcieliby, aby policja wiedziała. Mimo to, gdy proszą o film, ktoś zawsze blokuje. W rezultacie, o ile mi wiadomo, takie zdarzenie nigdy nie zostało zarejestrowane. Tak więc kończy się to filmami dokumentalnymi, które pokazują aktywistów maszerujących ulicą, skandujących „tak wygląda demokracja”, ale nie zawierają zdjęć nikogo, kto faktycznie praktykuje demokrację.

Wynik jest osobliwym rozłączeniem. Kiedy aktywiści rozmawiają ze sobą, mają tendencję do niekończących się rozmów o „procesie” – o abecadle demokracji bezpośredniej. Przygotowując się do wielkiej akcji, wydaje się, że jedyne co się robi, to spotkania, szkolenia, więcej spotkań. Ale kiedy czyta się później relacje z tej samej akcji, prawie wszystko to znika.

Przede wszystkim więc ta książka ma wypełnić lukę. Zacznę od wykorzystania własnego doświadczenia, aby przekazać poczucie, jak to jest brać udział w planowaniu i ostatecznie uczestniczyć w dużej akcji przeciwko globalnemu szczytowi. Aby zilustrować typy spraw, o które faktycznie spierają się aktywiści, jakie problemy lub wydarzenia stają się zbiorowymi dramatami; aby zorientować się, jak to jest przebrnąć przez maraton, dwudniowe spotkanie i wyjść z tego z uczuciem, jakby właśnie przebrnęło się przez dwudniowy maraton spotkań, ale jednocześnie doświadczyło się czegoś głęboko przemieniającego. Jak czytelnik mógł zauważyć, nie udaję tutaj obiektywności. Nie angażowałem się w ten ruch po to, żeby napisać etnografię. Zaangażowałem się jako uczestnik. Pochodzę ze starej lewicowej rodziny i przez większość mojego życia uważałem się za anarchistę. Jeśli przez większość mojego życia rzadko angażowałem się w politykę anarchistyczną, to głównie dlatego, że w latach 80. i większości lat 90. polityka anarchistyczna, na którą byłem narażony, wydała mi się małostkowa, zatomizowana i bezsensownie kontrowersyjna – pełna niedoszłych sekciarzy, których sekty składały się tylko z nich samych. Nagłe odkrycie istnienia ruchu o radykalnie odmiennej wrażliwości, który kładł ogromny nacisk na wzajemny szacunek, współpracę i egalitarne podejmowanie decyzji, było głęboko radosne. To było tak, jakby ruch, w którym zawsze chciałem być częścią, nagle powstał. Nawet jeśli jestem krytyczny wobec ruchu, to jestem krytyczny jako osoba wtajemniczona, osoba, której ostatecznym celem jest wspieranie jego celów. Moja ostateczna decyzja o napisaniu etnografii zrodziła się z tego samego impulsu. Oczywiście do pewnego stopnia jako wyszkolony etnograf nie możesz nie przemóc. Niemal jak tylko się zaangażowałem, zauważyłem, że notatki, które robiłem na spotkaniach, stawały się coraz bardziej szczegółowe. Zaczęły zawierać małe obserwacje na temat fryzur i stylów butów, postawy, nawyków, refleksje w nawiasach na temat małych aktywistycznych rytuałów. Jednak moja decyzja, aby opisać to wszystko w formie etnograficznej, pojawiła się w dużej mierze dlatego, że jako uczestnik uderzyła mnie ona jako ważny sposób realizacji jednego z celów ruchu: rozpowszechniania pewnej wizji demokratycznych możliwości. Podczas mojego szkolenia antropologicznego zdobyłem umiejętność, która wydawała się doskonale pasować do przekazywania tego, czego brakowało w istniejących relacjach o ruchu. Choć również uświadomiłem sobie, że stworzyłoby to niesamowicie interesujące badanie etnograficzne.

Ale potem pojawił się problem, jak to zrobić, nie narażając nikogo.

W końcu rozwiązanie, które wymyśliłem, było takie. W kwestiach naprawdę drażliwych (w przeciwieństwie do głupich fantazji) nie cytuję niczego, co nie zostało już powiedziane na jakimś publicznym forum. Przytaczam rzeczy, które pojawiły się na serwerach aktywistów listserv[3], o których wszyscy wiedzą, że są monitorowane, lub w radach delegatów lub spotkaniach otwartych dla publiczności, o których należy przypuszczać, że są prawdopodobnie infiltrowane[4]. O innych forach byłbym bardziej niejasny. Kiedy mam do czynienia z rzeczami wypowiadanymi na forach publicznych, które mają jakikolwiek wpływ na działania, unikam używania prawdziwych nazwisk. Nie jest to trudne, ponieważ w większości nie znam prawdziwych imion ludzi. A przynajmniej nie znam pełnych nazwisk. Wielu aktywistów używa „nazwisk w akcji”, których używają nawet z najbliższymi przyjaciółmi. W kręgach aktywistów można bardzo blisko współpracować z kimś przez lata, zostać bliskimi przyjaciółmi, a może nawet kochankami, i nigdy tak naprawdę nie poznać ich pełnego imienia i nazwiska. Kiedy znam czyjeś pełne imię i nazwisko, to prawie zawsze, ponieważ jest to, podobnie jak Jaggi, takie czy inne osoby publiczne, których tożsamość nie musi być chroniona. Wreszcie, czy opisuję spotkania, czy akcje, trzymam się wydarzeń, w których sam w pełni uczestniczyłem; oznacza, to, że nie proszę nikogo, by przyjmował, anonimowo, ryzyka, którego nie jestem gotów ponieść w swoim własnym imieniu.

Nie musiałem oczywiście zaczynać od opowiadania historii mobilizacji wokół Szczytu Ameryk w Quebec City. Mogłem wybrać kilka innych. Po części zacząłem od Quebecu właśnie z powodu tego rodzaju rozważań. Nie tylko dlatego, że wszystkie opisane w relacji przestępstwa zostały popełnione w Kanadzie, ale także dlatego, że było to bardzo bojówkowe wydarzenie – w rzeczywistości najbardziej bojowe, w jakim kiedykolwiek byłem zaangażowany – w którym, jak się okazuje, najpoważniejszym aktem spisku, o który mógłbym zostać oskarżony, jest spisek mający na celu zburzenie ogrodzenia z siatki i porzucenie. Historia Quebec City ma inne oczywiste zalety. Po pierwsze uważam, że to całkiem dobra historia. Jest również przydatna, ponieważ chciałem uniknąć zarówno pokusy idealizowania ruchu, lub (równie irytującego) nawyku wielu aktywistów do mówienia tylko o swoich problemach, co często powoduje, że osoby z zewnątrz zastanawiają się, dlaczego ktokolwiek miałby na początku angażować się w taki ruch. Historia Quebecu wydawała się pod tym względem idealna, ponieważ łączy w sobie to, co najlepsze i najgorsze. Pozwoliła mi porozmawiać zarówno o grupach, których proces demokratyczny działał wyjątkowo dobrze, jak i o innych, w których był on naprawdę okropny; zarówno o grupach, które przetrwały, i grupach, które się rozpadły; zarówno akcjach, które były niezwykle udane, jak i innych, które były kompletnymi katastrofami.

STRUKTURA KSIĄŻKI

Część i będzie zatem w dużej mierze dotyczyła Quebecu. Rozdział 1 będzie zawierał swego rodzaju pamiętnikowe sprawozdanie z miesiąca następującego bezpośrednio po wizycie CLAC; Rozdział 2 bardziej szczegółowego opisu „consulta” w Quebec City na około miesiąc przed akcjami; Rozdział 3 opisuje wydarzenia prowadzące do nieudanej akcji na Seaway International Bridge w Akwesasne; Rozdział 4 opisuje same działania w Quebecu. Część ta przyjmie formę narracji pierwszoosobowej, ze sporą ilością zrekonstruowanych dialogów tego rodzaju, od którego zacząłem. Znajdą się w nim również dość obszerne fragmenty moich notatek terenowych, składające się głównie ze szczegółowych rekonstrukcji tego, co każda osoba faktycznie powiedziała na ważnych spotkaniach aktywistów, ale z okazjonalnymi komentarzami lub refleksjami.

Część II będzie składać się z analizy. Rozpoczyna się (rozdział 7) komentarzami na temat społecznej treści ruchu, co do których, jak sądzę, jest wiele nieporozumień. Po tym nastąpi długi rozdział (rozdział 8) o spotkaniach i eksperymentach w tworzeniu nowych form demokratycznych; kolejny zarys typologii działań (rozdział 9) i wreszcie omówienie polityki reprezentacji: media, lalki itd. (rozdział 10). Zakończę wnioskiem teoretycznym („Wyobraźnia”, rozdział 10), składającym się z jednego rozdziału o przemocy i wyobraźni.

Napisanie tej książki – zwłaszcza pierwszej części – postawiło mnie przed prawdziwymi dylematami reprezentacji. Najpierw próbowałem napisać Część i prawie całkowicie w formie pamiętnika, co, jak sądziłem, oddałoby jakiś sens podzielonej i epizodycznej jakości życia aktywisty. Utrzymanie takiego podejścia okazało się jednak niemożliwe. Po pierwsze, szybko okazało się, że jeśli oddałbym prawdziwą sprawiedliwość bogactwu wydarzeń, wydałbym książkę, której wydanie nawet nie rozważyłaby żadna prasa. To było zdecydowanie za długo. Kondensacja przyniosła jednak niekończący się kompromis. Im więcej trzeba było oszczędzać, tym silniejsza była chęć nadania całości jakiejś ogólnej formy narracyjnej. Z drugiej strony imperatywy narracyjne w pewnym stopniu kłócą się z logiką tego, co próbowałem opisać. Oczywiste jest, że dobre narracje nie mają setek bohaterów. Jednak zastosowanie standardowych technik narracyjnych i przedstawienie niektórych jednostek jako typów dla innych oznaczałoby zastosowanie dokładnie tej logiki reprezentacji, której aktywistyczne struktury decyzyjne, które starałem się opisać, starają się najsilniej uniknąć. Co więcej, umieszczenie zbyt wielu ram narracyjnych wydarzeń przesłoniłoby z konieczności rzeczywiste doświadczenie akcji bezpośrednich, gdzie spędza się miesiące na przygotowywaniu wydarzenia, o którym ma się nadzieję, że można je opowiedzieć w określony sposób, przechodzi przez krótką lawinę akcji, w których ma się bardzo niewielkie pojęcie o tym, co się dzieje, a potem ostatecznie spędza tygodnie, próbując ustalić, co się stało, i kłócąc się o to, jak w rzeczywistości należy opowiedzieć tę historię. Mam nadzieję, że wypracowałem rozsądny kompromis, historię, która jest jednocześnie czytelna, nadająca się do publikacji, oraz przynajmniej jakoś uczciwa wobec postaci.

Mam również nadzieję, że wyniki będą zgodne z najlepszą tradycją etnografii – próbą opisania i uchwycenia czegoś z faktury, bogactwa i ukrytego sensu sposobu bycia i działania, których inaczej nie można by uchwycić na piśmie. Mam nadzieję, że czyniąc to, będę mógł dać czytelnikowi przebłysk jednej małej, północnoamerykańskiej części znacznie większego, rozwijającego się globalnego ruchu społecznego, o którego istnieniu wielu nawet nie zdaje sobie sprawy.

1. Dziennik Nowy Jork: Marzec 2001

Kiedy przyjechała karawana CLAC, większość z nas w Nowym Jorku toczyła długą debatę na temat tego, czy w ogóle powinniśmy próbować dostać się do Quebecu. W tym czasie NYC Direct Action Network koncentrowała swoje wysiłki na pomocy w zorganizowaniu masowej „konwergencji” aktywistów w Burlington, żeby odbyła się kilka dni przed akcją. Tam wszyscy zwołaliby radę delegatów, aby zdecydować, co dalej. Spotkanie Ya Basta! w większości była pozostawiona sobie, aby wymyślić scenariusze działań bezpośrednich. Problem był taki, że z bardzo małym prawdopodobieństwem udałoby się przekroczyć granicę kilkunastu znanym aktywistom wyposażonym w maski gazowe, hełmy, ochraniacze i kombinezony chemiczne. Oznaczało to, że albo musieliśmy zrezygnować ze sprzętu, albo wysłać go do Kanady z dużym wyprzedzeniem – żadna z tych alternatyw z różnych powodów nie była szczególnie rozsądna. W obliczu podobnego dylematu podczas protestów Światowego Forum Ekonomicznego w Genewie włoska Ya Basta! przeprowadziła swoje akcje na samej granicy.

Dla wielu z nas miało to sens. Przez cały czas koncentrowaliśmy się na kwestiach imigracyjnych. Pojawiliśmy się już w naszych kolorowych kostiumach na protestach w dwóch różnych ośrodkach dla imigrantów w Nowym Jorku. Obszar Nowego Jorku był szczególnie pełen takich obiektów. Nawet w tych dniach przed 11 września w Nowym Jorku zamykano setki osób ubiegających się o azyl czy cudzoziemców bez dokumentów, w tym wielu ubiegających się o status uchodźcy, którzy przez dwadzieścia trzy godziny przebywali w zamknięciu w warunkach znacznie gorszych niż wielu morderców i gwałcicieli. Jeśli ostatecznym celem międzynarodowego systemu imigracji i kontroli granic było zamknięcie większości ludzkości w miejscach, o których ludzie w bogatych krajach nie musieli o nich myśleć, to był to jego ostateczny przejaw: miejsca, w których istoty ludzkie dosłownie znikały. Prawie nikt w Ameryce nie wiedział, że coś takiego się dzieje. Jednym z pomysłów, którym wracał co jakiś czas, była taki, aby w jakiś sposób udramatyzować sytuację, agresywnie sprawić, by to, co niewidzialne, pojawiło się ponownie: na przykład zdobyć portrety niektórych z tych zatrzymanych i umieścić je, być może wraz z wypowiedziami lub biografiami, na naszych tarczach. Zdawaliśmy sobie również sprawę, że kanadyjski posterunek graniczny w Champlain, przez który zwykle przechodzą Amerykanie podróżujący do Quebecu, znajduje się tuż obok bardzo dużego ośrodka dla imigrantów. Domagalibyśmy się naszych praw, jako globalnych obywateli, do przemarszu (w formacji) przez granicę. Istniała niewielka możliwość, że moglibyśmy się nawet przedostać.

Nie wszyscy byli szczęśliwi z tego planu, lub z pomysłem jakiejkolwiek akcji na granicy. Wielu myślało, że to stworzy medialny szum, którego media nawet nie opiszą. „Akcja bezpośrednia”, argumentował jeden z aktywistów DAN, we wpisie na kilku serwerach aktywistów, „nie jest symboliczna!”. Chodzi o bezpośrednią konfrontację z decydentami odpowiedzialnymi za kapitalistyczną globalizację, o bezpośrednie próby powstrzymania ich planów. Naprawdę powinniśmy skoncentrować nasze wysiłki na wymyśleniu sposobu na dostanie się do Kanady (i naprawdę jak trudne może to być ?).

Śledziłem większość tej debaty online z New Haven, gdzie uczyłem w Yale trzy lub cztery dni w tygodniu. W tym czasie mój harmonogram dla aktywistów zaczynał się od cotygodniowych spotkań Ya Basta! w czwartek i kończył się spotkaniem DAN o 18:00 w niedzielę; potem znów jazda pociągiem do Connecticut. Wydaje mi się, że jednym ze sposobów, aby dać czytelnikowi poczucie, jak wygląda życie aktywisty, jest po prostu przejrzenie moich notatek i podanie pewnych wskazówek dotyczących spotkań, w których uczestniczyłem w ciągu tygodni po wizycie CLAC. Jak się wkrótce okaże, są powody, od których są to szczególnie dobre tygodnie, aby zacząć. To, co nastąpi poniżej, będzie czymś w rodzaju pamiętnika i czerpie obszernie z notatek przypominających pamiętniki, które prowadziłem w tym czasie – choć w dużym stopniu przepisanych. Będzie też zawierało o wiele bardziej dosłowne fragmenty moich notatek terenowych.

1.1. Czwartek, 1 marca 2001

Spotkanie Ya Basta! – szkolenie formacyjne, Manhattan, 19:00

Co drugi tydzień, zamiast spotkań, Ya Basta! organizowała to, co nazwaliśmy „treningami formacyjnymi”. Odbywały się one w studiu tańca w Chelsea, udostępnionym nam przez członka kolektywu Betty. Betty była tancerką i choreografką, w tym czasie znaną na nowojorskiej scenie artystycznej ze swojego wyjątkowego tańca cieni. Po raz pierwszy została wciągnięta w aktywizm po fiasku wyborczym na Florydzie w 2000 roku, potem wpadła w kontakt z Ya Basta! w autobusie jadącym na protesty inauguracyjne w Waszyngtonie. Później wyjaśniła, że pociągał ją głównie teatralny, performatywny aspekt Ya Basta! – choć wkrótce stała się również wierną postacią NYC DAN.

W szkoleniu brało udział może dwadzieścia osób.

Powinienem zwrócić uwagę, że termin „trening” jest tutaj używany bardzo luźno, ponieważ nikt z nas, z wyjątkiem prawdopodobnie samej Betty, nie miał wystarczająco dużo doświadczenia, aby kogokolwiek „trenować”. Moose był we Włoszech i widział prawdziwe taktyki i sprzęt Ya Basta!, ale nigdy nie brał udziału w żadnych akcjach. Betty, jako instruktorka tańca, wiedziała bardzo dużo o tym, jak ciała poruszają się w przestrzeni, ale była nowa w świecie akcji bezpośredniej. Reszta z nas w zasadzie zmyślała, gdy sobie radziliśmy. Niektórzy członkowie kolektywu studiowali starożytne techniki walki obronnej, obejmujące ściany tarcz i tym podobne, lub wymieniali się pomysłami z innymi kolektywami w całym kraju, pracującymi przy podobnych eksperymentach. Niedawno ktoś znalazł broszurę na temat taktyki tarczy, stworzoną przez anarchistyczny kolektyw gdzieś na Środkowym Zachodzie i umieścił ją na naszym listserv (co miało później wywołać nieoczekiwane skutki, ponieważ listserv był, jak większość serwerów, monitorowany przez policję). Pewien członek był kiedyś członkiem Towarzystwa Twórczego Anachronizmu i wiedział coś o zbroi. Mimo to pytanie, co kto „ćwiczy” zawsze było nieco arbitralne: rola wydawała się sprowadzać głównie do tego, co ważne. Nie, żeby ktokolwiek robił z tego duże problemy w tym momencie, ponieważ wszystko było tak oczywiście dobrą zabawą. „Treningi” były głównie okazją do zakładania kombinezonów chemicznych i improwizowanych ochraniaczy, zakładania tarcz, które zaczęliśmy składać z pomarańczowych znaczników autostrad w kształcie śmietnika na popiół(tych dużych plastikowych – jeśli przeciąć je na pół, dadzą dwie idealne metrowe tarcze) i bicia się piankowymi kijami.

Była to również okazja do debiutu dla nowego sprzętu i zabawek. Dwa tygodnie temu ktoś przyszedł z pudełkiem tanich izraelskich masek przeciwgazowych, które kupił w sklepie wysyłkowym. W tym tygodniu przynoszę pudełko kazoo (rozmawialiśmy z przerwami o możliwości stworzenia sekcji kazoo Ya Basta!). Emma natychmiast zaczyna śpiewać nam swoje wykonanie „Walczyłem z prawem i prawo wygrało”.

– Niekoniecznie najbardziej inspirująca melodia, jaką wybrałam.

– Cóż, ktoś stworzył wersję zatytułowaną „Walczyłem z prawem i wygrałem”, ale muzyka jest taka sama.

Odbyliśmy długą dyskusję na temat możliwych taktyk na większą skalę. Jednym z pomysłów, który krążył, to była działo na pączki jakiegoś typu. Sprawa zaczęła się przed Konwencją Partii Republikańskiej w Filadelfii w 2000, kiedy gazety doniosły, że dowódcy policji ostrzegali policjantów, aby nie przyjmowali żadnego jedzenia od protestujących jako „ sposobu na ich przekabacenie”. Jedna z grup afinicji uznała to za tak zabawne, że zaproponowała ustawienie stołu całkowicie pokrytego pączkami z napisem „Policjo: Dołącz do nas i wszystko to może być Twoje!”. Stół nigdy się nie zmaterializował. Ale wielu z nas w Ya Basta! czuło, że czysto defensywna taktyka wydawała się nieco ograniczająca. Jeśli strzelają do ciebie plastikowymi kulami i gazem łzawiącym, chcesz jakoś odpowiedzieć – po prostu nie w sposób, który mógłby być uznany za szkodliwy. Coś śmiesznego, absurdalnego, ale co jednak sugerowało, że gdyby to była bitwa, dalibyśmy tyle, ile się da. Pączki wydawały się najbardziej oczywistym wyborem pocisku. Zastanawialiśmy się nad możliwościami ich dostarczenia: czy byłaby to katapulta (nawiązująca do starożytnego/średniowiecznego motywu)? A może bardziej coś typu proca? Ktoś zanurkował w śmietniku za gigantyczną rurą i jakąś wielką gumkę i przyniósł ją na trening formacyjny, ale wszyscy doszliśmy do wniosku, że będziemy musieli skonsultować się z kimś, kto rzeczywiście wiedział coś o inżynierii.

W każdym razie szkolenie było częścią zabawną. Potem mieliśmy krótkie, formalne spotkanie, które zawsze było pewnym rozczarowaniem. Nie tylko dlatego, że najpierw spociliśmy się i zmęczyliśmy, a potem musieliśmy przez godzinę siedzieć na ziemi i rozmawiać. Było tak również dlatego, że zwykle dwie lub trzy osoby rozmawiały. Od początku, spotkania Ya Basta! składały się głównie z przedłużającej się rozmowy trzech aktywistów: dwudziestokilkuletniego Moose’a i nieco starszego małżeństwa o imieniu Smokey i Flamma. Niektórzy mieli określone role: na przykład Laura i ja tworzyliśmy grupę propagandowo-medialną. Ale większość z nas została zdegradowana do rzucania od czasu do czasu komentarzy lub pytań. Wszystko to było po części spowodowane nietypowym składem grupy. Moose wyszedł z DAN, grupy, która bardzo poważnie podchodziła do dynamiki spotkań. DAN zastosowała formalny proces konsensusu z rotacyjnymi facylitatorami, rozbudowany system „składania głosów” zaprojektowanym tak, aby zapewnić, że rozmowa nie zostanie zdominowana przez małą grupę głosów. Smokey i Flamma nienawidzili DAN. Podobnie jak wielu innych anarchistów w Nowym Jorku – z braku lepszej nazwy nazwę ich „hardcore”, którzy prawdopodobnie mieliby większe doświadczenie w czarnych blokach, okupacjach drzew, scenie skłoterskiej lub w każdym razie przyzwyczajeni do pracy w małych, intymnych kolektywach – postrzegali formalną strukturę DAN jako duszącą i przytłaczającą. Ponieważ Ya Basta!, w przeciwieństwie do szkoleń, rzadko angażowała kilkanaście osób, i tak nie wydawało się zbytnio potrzebne do prowadzenia formalnego procesu. Zwykle Moose działał jako de facto facylitator. To samo w sobie byłoby grzechem kardynalnym w formalnym procesie konsensusu, ponieważ podstawową zasadą jest to, że ci, którzy zamierzają przedstawić propozycje na spotkaniu, nigdy nie powinni go również prowadzić (na spotkaniach formalnych facylitatorzy w ogóle powinni unikać wyrażania opinii). Ponieważ Ya Basta! pierwotnie była pomysłem Moose’a, zwykle przedstawiał większość propozycji. W tamtym czasie jednak nikt z nas nie widział w tym większego problemu – chociaż spotkania były dość męczące.

Powodem, dla którego nie uważaliśmy tego za problem, był fakt, że NYC Ya Basta! była wciąż nową grupą. Nie było niczym niezwykłym, że nowe grupy aktywistów wyłaniały się z wizji jednej osoby i przez pierwsze kilka miesięcy jedna lub dwie osoby wykonywały prawie całą pracę koordynacyjną. Jednak to nie mogło trwać wiecznie. Jeśli grupa ma stać się prawdziwym, zrównoważonym kolektywem, nieuchronnie przychodzi moment, w którym inni członkowie przejmują odpowiedzialność. Uczestnicy zaczynają pytać „dlaczego spotkanie prowadzi zawsze ta sama osoba? Dlaczego facylitator jest również tym, który przedstawia wszystkie propozycje?”. Następuje rodzaj chłopskiego powstania i jeśli kolektyw nie rozpływa się w gorzkich wzajemnych oskarżeniach, staje się prawdziwie demokratyczną grupą.

W Ya Basta! było to pytanie otwarte, ponieważ, dość nietypowo, były dwa ogniska energii: po jednej stronie Moose, po drugiej Smokey i Flamma. Można by o nich myśleć jako o różnych tendencjach, być może, typ DAN versus hardkor[5]. W tamtym czasie ta sytuacja mnie fascynowała, ponieważ nie mogłem znaleźć żadnej socjologicznej podstawy do rozłamu: pod względem pochodzenia klasowego lub trajektorii, pochodzenia etnicznego lub wykształcenia, te dwie grupy były nie do odróżnienia. To była całkowicie różnica w filozofii.

Powstaje oczywiście pytanie, co by się stało, gdyby rzeczywiście przyszło powstanie chłopskie.

Przynajmniej w ostatnich tygodniach spotkania stały się bardziej interesujące. Dwa tygodnie wcześniej Mac, jeden z Kanadyjczyków w nowojorskim DAN, przybył na szkolenie, aby nakłonić nas do rozważenia alternatywy dla Champlaina: akcji granicznej w Cornwall, na moście w środku rezerwatu Akwesasne Mohawk. Mac był w kontakcie ze starym przyjacielem, członkiem Mohawk Warrior Society po stronie kanadyjskiej, który był bardzo entuzjastycznie nastawiony do wykorzystania mobilizacji FTAA do zakwestionowania faktu, że granica amerykańsko -kanadyjska przebiegała przez środek ziemi Mohawk. Pomimo faktu, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Kanada uznały swoje terytorium za suwerenne na mocy traktatu, miejscowa ludność musiała przechodzić przez granicę międzynarodową i poddawać się odprawie celnej tylko po to, by odwiedzić swoich bliskich po drugiej stronie. Pomysł Cornwall miał oczywisty urok – zwłaszcza że Mac sądził, że mógłby zebrać kilku kanadyjskich związkowców, by wesprzeć nas po drugiej stronie – ale oznaczał porzucenie całego problemu przetrzymywania imigrantów, na którym się skupialiśmy. To też wydawało się trochę zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Na pierwszym spotkaniu zgodziliśmy się trzymać z Champlainem. Następnego dnia kilka osób pomyślało o tym lepiej i za pośrednictwem listserv postanowiliśmy odłożyć decyzję do następnego spotkania. Ostateczną decyzją było dalsze dochodzenie; więc dzisiejsze spotkanie było w dużej mierze poświęcone zebraniu grupy wolontariuszy, którzy wybraliby się na weekend do Cornwall i sami sprawdzili. Shawn, kontakt Maca, już zbierał kilku innych Wojowników na spotkanie. Moose już znalazł samochód.

1.2. Sobota, 3 marca


Spotkanie z Mohawkami

Właściwie skończyliśmy w dwóch samochodach, ponieważ przyjechało też kilka osób z Filadelfii. Ponadto mieliśmy Moose’a, Smokey’a i Flammę, Maca reprezentującego DAN i kilku lokalnych anarchistów mieszkających obecnie w Independent Media Center (IMC). Mieli wyruszyć w sobotę rano.

Też miałem jechać, ale rodzinny kryzys medyczny zmusił mnie do zrezygnowania. Około godziny 9 rano dwa samochody pełne aktywistów wyruszyły. Jeden samochód zepsuł się w tunelu Holland i wszyscy musieli rzucać monetami, aby ustalić, kto pojedzie dalej.

Tego wieczoru w Internecie pojawił się następujący raport:

Przedstawiciele NYC DAN, NYC Ya Basta!, IMC NYC, Philly Direct Action Working Group i People’s Law Collective spotkali się w sobotę w Cornwall z Tyendinaga Mohawks, członkami Ontario Coalition Against Poverty (OCAP) i Guelph Direct Action Group oraz Związek Społeczności Ludowej (ZKP) w Kingston.

Mohawkowie ogłosili, że są gotowi otworzyć granicę w Cornwall dla aktywistów, którzy chcą przedostać się do Kanady 19 kwietnia, aby ci ostatni mogli dołączyć do karawany do Québec City, już organizowanej przez aktywistów z Kingston.

Mohawkowie przeznaczają ten „Dzień Gniewu” jako potwierdzenie suwerenności, ponieważ most przekraczający tę granicę znajduje się na Ziemi Mohawków. Obecnie Mohawkowie zezwalają na korzystanie z przejścia przez 364 dni w roku i otwierają je raz w roku, aby zapewnić sobie suwerenność.

Informacje te zostały następnie odesłane do odpowiednich grup i poddane ich własnemu procesowi demokratycznego podejmowania decyzji. Jak dotąd NYC-DAN, NYC-Ya Basta! i kilka tradycyjnych domów Mohawk publicznie zadeklarowało poparcie dla tej akcji.

Kiedy czytałem to w tamtym czasie, wydawało mi się to trochę niejasne. Sprawy stały się jaśniejsze na spotkaniu DAN następnego dnia. Pozwolę sobie dokładniej zdać relację z tego spotkania, ponieważ było to jedno z ciekawszych, w których uczestniczyłem.

1.3. Niedziela, 4 marca


Spotkanie DAN, Centrum Kultury Charas El Bohio, 18:00

Spotkaliśmy się w naszym zwykłym pokoju w Charas, aktywistycznym centrum społecznym w Lower East Side. Spotkanie zaczęło się skromnie: może dziesięciu lub dwunastu z nas, chociaż w ciągu następnej godziny napłynęło znacznie więcej, aż w szczytowym momencie było nas dwudziestu pięciu lub trzydziestu. Tego dnia mieliśmy również co najmniej trzech zagranicznych gości: Mike i Corey z SalAMI oraz Olivier de Marcellus, który współpracował z Peoples’ Global Action w Szwajcarii. Ludzie z SalAMI byli na jedenastodniowej trasie po Ameryce, prowadząc treningi akcji w miastach na północnym wschodzie. Gościła je głównie Międzynarodowa Organizacja Socjalistyczna (International Socialist Organization, ISO) i towarzyszył im lokalny organizator ISO. Olivier akurat był w mieście.

Nicky i Betty facylitowali. Zgłosiłem się na ochotnika, żeby zająć się protokołem.

W przeciwieństwie do Ya Basta!, spotkania DAN miały wyraźnie formalny proces. Zawsze zaczynały się w ten sam sposób. Najpierw opracowujemy agendę. Na ścianie zawsze był już napisany szkielet programu, ale każdy miał możliwość dodania nowych elementów, a potem przeznaczaliśmy czas na każdą z nich: pięć minut na jedną, piętnaście na drugą, jedną lub dwie bardzo drobne ogłoszenia. Mike i Corey musieli wyjść wcześniej, więc wystawiliśmy ich jako pierwszych.

Myślę, że wszyscy byli przynajmniej trochę ciekawi Mike’a i Coreya, ponieważ do tej pory wszyscy mieliśmy do czynienia tylko z CLAC, a o ludziach z SalAMI słyszeliśmy tylko z drugiej ręki określanych jako irytujących pacyfistów. Większość z nas była ciekawa, jacy naprawdę będą. Jak się okazało, obaj młodzi mężczyźni byli dość zadbani, w zapinanych na guziki koszulach i dokerach – sympatyczni faceci, mówiący z lekkim francuskim akcentem.

Obaj wstali. Mike wyjaśnił, że SalAMI organizowało się w Quebec City już od trzech lat, ale odkąd rozeszła się wiadomość o płocie bezpieczeństwa, postanowili, że nie będą czysto reagowali i nie będą stawić czoła wrogowi na własnych warunkach. Więc zamiast Quebecu planowali akcję w Ottawie, stolicy Kanady. Jak wyjaśnił, kluczową kwestią było to, że wszystkie negocjacje wokół FTAA były prowadzone w tajemnicy. Najwyraźniej po fiasku rozmów WTO w Seattle, negocjatorzy handlowi ze Stanów Zjednoczonych zdecydowali, że ich wielkim błędem było dać społeczeństwu pewne pojęcie o tym, o czym negocjują. Tym razem nie popełnią tego samego błędu. Żadne z projektów czy informacji o tym, co w nich jest, nie były publikowane, choć wszystkie były udostępniane korporacjom takim jak McDonald, Monsanto czy Citibank.

Mike: Pomysł jest taki, że 1 kwietnia zorganizujemy masowe demo w Ottawie. Zarezerwowaliśmy trzy pokoje w Parlamencie, aby poddać FTAA procesowi…

Ktoś: Chwileczkę, udało ci się zarezerwować pokoje w Parlamencie?

Corey: Cóż, właściwie zarezerwował je jeden z naszych sojuszniczych związków zawodowych.

Majeed: Pamiętaj, Kanada to inny kraj. Związki faktycznie mają tam pewne prawa.

Mike: …także mamy zamiar zaprosić każdego, kto pracuje nad projektami FTAA, aby pozwolił nam je tam przejrzeć, więc następnego dnia, drugiego, możemy przeprowadzić CD bez przemocy, blokadę Biura Spraw Zagranicznych i Handlu. Zrobimy to, co nazywamy akcją „przeszukanie i zajęcie”, wejdziemy w poszukiwanie tekstu. Ogłosiliśmy, że zrobimy to, jeśli nie opublikują tekstu do 20 marca. Oczywiście, aby to zrobić, będziemy potrzebować dużej pomocy, aby uświadomić to mediom.

Różne szczegóły zostały przedstawione na temat prób uzyskania poparcia i możliwego udziału piosenkarki folkowej Ani DiFranco, zaciemnienia mediów w sprawie FTAA w USA (chociaż relacja była całkiem przyzwoita w Kanadzie) i innych kwestii. Majeed zapytał o różnorodność taktyk.

Mike: Cóż, oczywiście nigdy nie przekazalibyśmy ludzi policji, jak mówią niektóre e-maile. A jeśli mówisz o naszych wcześniejszych wytycznych, z zasadami dotyczącymi masek i tak dalej: nie, pozbyliśmy się ich. Ale kiedy słyszymy frazę „różnorodność taktyk”, cóż, brzmi to dla nas jak eufemizm „wszystko wolno”.

SalAMI gromadzi to, co nazywamy „stołem konwergencji”, z ponad trzydziestoma różnymi grupami, w tym związkami zawodowymi oraz grupami studenckimi i kościelnymi, do których CLAC nigdy nie byłby w stanie dotrzeć. To właśnie uważamy za prawdziwą różnorodność. Ale z konieczności opiera się na zasadzie działania bez przemocy; te grupy nigdy nawet by z nami nie rozmawiały, gdyby pomyślały, że poprosimy je o zatwierdzenie akcji bez żadnych parametrów.

Corey: Co do CLAC…Jasne, są problemy z przywództwem. i problemy z samcem alfa. Ale wciąż staramy się wszystko połączyć. Nasze szkolenie w zakresie Kreatywnej Akcji jest przeznaczone dla obu stron i mamy nadzieję, że gdy w końcu dojdzie do działania, nie będziemy mieć dwóch różnych rad delegatów. Jeśli przynajmniej zgodzimy się na nie dla koktajli Mołotowa, możemy mieć jedną radę przedstawicieli. W przeciwnym razie, według mojej osobistej opinii, gramy tylko z ułamkiem procenta ruchu.

Mike: Zostawię mój e-mail.

Corey: Jutro mamy szkolenie na Uniwersytecie Nowojorskim, o 19:00. Pomóżcie rozpowszechniać informacje!

Brooke: Właściwie, powinnam prawdopodobnie zaznaczyć, że DAN reprezentuje różnorodność opinii, a nasze zasady Kontynentalnego DAN są właściwie trochę niejasne w kwestii niestosowania przemocy. Myślę, że celowo. Dokładne sformułowanie to DAN wzywa do „obywatelskiego nieposłuszeństwa bez przemocy i działań bezpośrednich”. Więc wspieramy obie. LA DAN jest całkowicie przeciwko przemocy. CLAC próbuje dostać się na rozmowę z CDAN i byłoby dobrze, gdybyście też się do tego przyłączyli.

Mike: To nie są łatwe pytania, ale myślę, że wszystko się ułoży (śmiechy) i Quebec będzie niesamowite. Może to nie tylko uśmiechy i przytulanie się, ale kiedy pojawia się opresja, wszyscy jesteśmy w tym razem.

Zoe: Ile czasu minie, zanim zbudują ogrodzenie z drutu kolczastego?

Mike: Cóż, większość betonu została już ułożona, zanim ziemia zamarzła. Ale to tylko fundament. Najwyraźniej będzie miał cztery kilometry wokół, to jest 2,5 mili obwodu, otaczając część miasta z 25 tysiącami mieszkańców. Wszyscy otrzymają specjalne karty, które pozwolą im wejść i wyjść. Podjęto pewne wysiłki, aby zachęcić ludzi do odmowy, a nawet lepiej, taka była moja sugestia, do ich spalenia.

SP: A co z ludźmi, którzy tam pracują?

Mike: Nie jestem pewien, jak sobie z tym radzą. Przypuszczalnie też dostaną jakiś dowód tożsamości.

Majeed: Mam pytanie. CLAC i CASA (Comité d’accueil du Sommet des Amériques) są wyraźnie antykapitalistyczne. A co z SalAMI?

Mike: Cóż, tak, myślę, że można powiedzieć, że jesteśmy. Osobiście nie lubię używać słowa „kapitalizm”, bo to niektórych ludzi odstrasza. Przyjęliśmy wspólne podejście, ale by promować radykalną alternatywną wizję, w tej chwili mamy komisję, która pracuje nad mapowaniem niektórych z nich. Z pewnością możesz założyć wszystkie podstawy: jesteśmy przeciwko kapitalizmowi, przeciwko patriarchatowi, przeciwko homofobii.

Corey: Musisz zrozumieć, że będzie to jedna z największych akcji bezpieczeństwa w historii. Wcześniej zdecydowaliśmy, że zamknięcie w stylu Seattle jest wysoce nieprawdopodobne. Nie powstrzymamy Szczytu. Tak więc pytanie w przypadku muru brzmiało: jak wymyślić plan, który można uznać za zwycięstwo? Co dałoby nam prawo do ogłoszenia zwycięstwa? Ludzie nad tym pracują. Jedna z grup kobiet rozesłała wezwanie do wplecenia w ogrodzenie obrazów i haseł oporu. Byłoby to mocne w mediach, ale z pewnością nie zadowoliłoby wszystkich. Więc co wtedy? Celować w lotniska? Zrobić blokadę, zamknąć bramy i wkurzyć wszystkich mieszkańców? Dlatego apelujemy o strategiczną radę delegatów, aby nasza taktyka była zgodna z naszymi celami strategicznymi. Naprawdę ważne jest to, w jaki sposób nasze działania wpłyną na opinię publiczną, co wyniknie z nich w tworzeniu długoterminowych sojuszy …

Olivier zauważa miękkim, bardzo dostojnym głosem, że wszystko to brzmi bardzo podobnie do tego, co wydarzyło się w Davos podczas protestów na Światowym Forum Ekonomicznym miesiąc wcześniej. Policja przesadnie zareagowała i zatrzymywała ludzi kilometry od rzeczywistych spotkań. Represje były tak brutalne – wysyłali policję na pola, by zbierała odchody bydlęce, które mieszała z wodą w armatkach wodnych – tak, że uderzyło to w policję, powodując ogromną publiczną reakcję i całkowite zwycięstwo dla nas. Pod koniec, kiedy w Genewie wybuchły małe zamieszki (podpalili kilka banków), sondaże wykazały, że opinia publiczna nadal bardziej popierała protestujących niż rząd. A to jest w Szwajcarii!

Ludzie z SalAMI są sceptyczni.

– Możesz spróbować przejść przez Mur, jeśli chcesz – mówi Mike. – Ale musisz pamiętać, że będzie osiem tysięcy gliniarzy, pięćset Dartha Vaderów, których musiałbyś prześcignąć, gdyby rzeczywiście udało ci się wejść. Dlatego zdecydowaliśmy, że naszą strategią podczas samego Szczytu będzie nie-zbliżanie się do muru w ogóle, ale stworzenie czegoś, co nazywamy „Obszarami Wolności i Prawdy Ameryk”, może kilometr dalej. SalAMI chce utrzymać takie wydarzenie jako prawdziwie wyzwoloną strefę, a wiecie – (znaczące spojrzenie na Yabbasów w pokoju), – to oznacza przestrzeń dla taktyk dla Ya Basty!, aby nie dopuścić do nich gliniarzy.

Mike i Corey muszą uciekać na szkolenie na NYU. Wychodzą ze swoim opiekunem ISO i spotkanie trwa.

Następny jest raport Lesleya z wyprawy do Mohawków, która, jak stwierdziła, poszła bardzo dobrze. Siedem lub osiem osób, które dotarły do Cornwall, spotkało się nie tylko z członkami Mohawk Warrior Society, ale także z członkami Kingston Labour Council po stronie kanadyjskiej („wraz z kilkoma facetami z Guelph, których nazywamy „Sieć Działań Guelph”). Mohawkowie zobowiązali się otworzyć granicę, aby zademonstrować swoją kontrolę nad ziemią w Akwesasne. Shawn, ich główny rzecznik, przedstawiał tę akcję jako „dzień wściekłości” z powodu podziału ich ziemi i deptania praw traktatowych przez oba rządy. Wojownicy sugerowali bardzo bojową taktykę, mówiąc o otwarciu mostu „wszelkimi niezbędnymi środkami” – co, jak zauważa Lesley, jest naprawdę czymś w rodzaju blefu, ale może to postawić rząd kanadyjski w niezwykle delikatnej sytuacji, ponieważ naprawdę nie chciałby użyć zbyt dużej siły na ziemiach Mohawków. To naprawdę zjednoczyłoby społeczność przeciwko nim. W rzeczywistości nie spodziewali się żadnego znaczącego sprzeciwu: Wojownicy mieli zwyczaj przejmowania mostu jeden dzień w roku, przez ostatnie kilka lat, jako potwierdzenia suwerenności, a rząd nigdy nie próbował ich powstrzymać. Kanadyjscy pracownicy fabryk samochodowych i poczty planowali już karawanę z Toronto i Kingston do Quebec City; chętnie byliby po drugiej stronie granicy i mogli nas wesprzeć.

– O tak – dodała – i Okręgowa Rada Pracy mówi, że będą serwować herbatę.

Różne radykalne pomysły były pojawiały się dookoła. Niektórzy Kanadyjczycy mówili o możliwości przejęcia śluz St. Lawrence, aby zamknąć ruch statków. Ale pojawiły się też słowa ostrzeżenia.

– Pamiętajmy, że samo Akwesasne jest bardzo podzielone, jest bardzo niespójną społecznością. Mieli tam swoją własną małą wojnę domową w latach 80. o plany budowy kasyna. Ludzie, z którymi mamy do czynienia, pochodzą z Domów Wojowników (którzy byli przeciwko kasynu); są z nami, nawet jeśli wszyscy w tych społecznościach nie są jednomyślni.

Pytam, ile z tego zostało zapisanych w protokołach, które są publikowane na listserv z otwartą subskrypcją.

– W rzeczywistości Mohawkowie powiedzieli nam wyraźnie, że chcą, aby te informacje zostały upublicznione, zwłaszcza zdanie: „Wojownicy Mohawków wzywają do Dni Gniewu”

Po raporcie Lesley następuje szereg innych ogłoszeń: o zasiłku dla Casa del Sol, squatu na Bronksie; nadchodzące terminy rozprawy sądowej oskarżonych w Esperanza Garden (zostali aresztowani w obronie wspólnego ogrodu przed buldożerami kilka miesięcy wcześniej); przypomnienie o robieniu lalek w każdą sobotę po południu dla Grupy More Gardens!. Były też raporty z różnych grup roboczych DAN: Pracy, Policji i Więziennictwa, Prawnego; kampanii WBAI; zespół WWW; Klubu Kobiet. Brooke ogłosiła, że Continental DAN (DAN Kontynentalny – CDAN) otrzymał prośbę od kilku osób w Santa Cruz o przyłączenie się do sieci CDAN. ( „Prawdopodobnie banda hipisów i głupków, ale i tak ich kochamy”). Jest też raport nowo utworzonej Grupy Roboczej Banerów, która wydaje się składać z dwóch zdecydowanie dziwnych osób w czarnych bluzach z kapturem, którzy odsłaniają wspaniały plakat, który jeden z nich namalował dla DAN do niesienia na marszach.

Dalej jest Nowe Sprawy. Pierwszym punktem porządku obrad jest Konwergencja w Burlington. To, wyjaśnia Brooke, zaczyna przeradzać się w problem. Pierwotnym pomysłem było zapewnienie miejsca, w którym ludzie mogą zacząć się gromadzić w poniedziałek 16 kwietnia, aby w czwartek udać się do granicy i najlepiej dotrzeć do Quebecu na czas parady CLAC „Karnawał przeciwko kapitalizmowi” w piątek 20-go. W ten sposób każdy miałby kilka dni na zorganizowanie szkoleń, wydarzeń edukacyjnych i rad delegatów. Jednak w tej chwili mieliśmy w Vermont zaledwie cztery lub pięć osób, które próbowały wszystko zorganizować. Ponadto wydarzenie było technicznie organizowane za pośrednictwem NEGAN, New England Global Action Network. (Globalnej Sieci Działań Nowej Anglii). W zasadzie NEGAN było lokalnym odpowiednikiem DAN – ale niestety na szczycie były typy „antykorporacyjne”, liberalni reformatorzy, Zieloni, i grupy socjalistyczne – zwłaszcza ISO. ISO miała swoje własne cele, które wydawały się w niewielkim stopniu pokrywać się z naszymi.

Wymagane jest tutaj pewne tło. ISO jest jedną z niezliczonych sekt trockistowskich, które zostały założone i oddzieliły się od siebie w latach 60. i 70., którym udało się przetrwać, a nawet rozwinąć w międzyczasie. Stało się tak, ponieważ, w przeciwieństwie do innych, ISO nie koncentrowała swoich wysiłków rekrutacyjnych w fabrykach, ale na kampusach uniwersyteckich. W 2001 roku ISO była pod wieloma względami anarchistycznym nemezis – szczególnie dla DAN. Po części było to spowodowane tym, że próbowali robić podobne rzeczy za pomocą radykalnie różnych metod. Obie grupy były rewolucyjnie antykapitalistyczne. Obie wierzyły w pracę w szerokich koalicjach i próbowały zachęcić do podjęcia bardziej radykalnych kierunków. Problem polegał na tym, że dla ISO był to bardzo długotrwały proces, a tymczasem interesowały ich głównie liczby. Zawsze starali się tworzyć jak najszersze koalicje, co oznaczało zabieganie o kierownictwo związków i głównego nurtu organizacji pozarządowych, które z kolei prawie niezmiennie pragnęły gwarancji przeciwko przemocy lub, często, przeciwko wszelkim działaniom bezpośrednim. Z anarchistycznego punktu widzenia było to jak próba wystawienia w pole stutysięcznej armii, ale tylko pod warunkiem, że nikt nic nie zrobi.

Nie byłoby aż tak irytujące, gdyby ISO była po prostu przeciwna działaniom bezpośrednim. Wtedy można by ich po prostu zignorować. Ich członkowie uczestniczyli w radach delegatów i często sami brali udział w działaniach. Dlatego to oni zawsze starali się namówić wszystkich do złagodzenia sytuacji, zamieniając plan bojowej akcji bezpośredniej w akt nieposłuszeństwa obywatelskiego bez przemocy, zamieniając plan pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego w niedozwolony marsz, zmieniając zabroniony marsz w legalny. Strategia dążenia do jak największej koalicji zapewniała im skłonność do bycia szczodrymi nawet wobec grup, które wygłaszają zbyt radykalne przesłanie: stało się to rodzajem powtarzającego się żartu wśród anarchistów, że jeśli nazwać organizację „antykapitalistyczną”, to gwarantuje, że socjaliści się nie pojawią. Wreszcie, grupy takie jak ISO były wyraźnie awangardowe. Uważali, że dysponują właściwą analizą sytuacji na świecie. Kiedy angażowali się w szersze koalicje, miało sens tylko to, że to oni powinni zapewniać kierunek i przywództwo.

W przeciwieństwie do tego anarchiści mieli tendencję do określania swojej strategii jako „skażenie”. Założenie było takie, że działanie bezpośrednie i demokracja bezpośrednia są zaraźliwe; prawie każdy, kto się z nimi zetknął, może zostać przemieniony przez to doświadczenie. Zresztą nie chodzi o to, żeby organizować ludzi, ale żeby zachęcić ich do samoorganizowania. Zamiast zawierać układy z biurokratami związkowymi, grupy takie jak CLAC czy DAN próbowały odwoływać się bezpośrednio do szeregowych członków. Zamiast próbować przejąć duże organizacje, dążyli do stworzenia dramatycznych modeli samoorganizacji, które inni mogliby naśladować, nawet jeśli nieuchronnie zakładano, na własny idiosynkratyczny sposób.

Wszystko to bez wątpienia ułatwia zrozumienie, dlaczego trasa SalAMI była sponsorowana przez ISO i dlaczego Mike i Corey przybyli i odeszli, eskortowani przez przyzwoitkę ISO.

Żeby wrócić do NEGAN, to…

Tydzień wcześniej Moose i Marina, długoletni działacz DAN (i były członek ISO), pojechali na spotkanie NEGAN w Worcester w stanie Massachusetts. Żaden z nich nie był dziś na spotkaniu DAN – wrócili z grypą – ale wszyscy wiedzieli, co się stało. Spotkanie było pełne ludzi z ISO, którzy nalegali na utworzenie komitetu sterującego i naciskali na głosowanie większościowe zamiast konsensusu. (W końcu nie można próbować zebrać komitetu sterującego, który nie działa większością głosów.) Zaproponowali również, aby NEGAN skoncentrował się na organizowaniu autobusów do Québec City w sobotę, aby mogli współpracować ze związkami zawodowymi, które były tego dnia będą przewozić swoich ludzi na marsz. Argumentowali, że znacznie ułatwiłoby to przedostanie się przez granicę. Byłoby to jednak również całkowite pominięcie jednego dnia działań bezpośrednich zaplanowanych na ten dzień. To wszystko było ogromnym problemem, ponieważ logiczne powinno być, aby DAN skierowała wszystkie swoje zasoby na Konwergencję w Burlington – organizowanie rad przedstawicielskich i tym podobnych było przecież tym, co robiliśmy najlepiej. Ale wyglądało na to, że anarchiści byli po prostu pomijani:

Brooke: Mam wiele nazwisk ludzi tam [w Burlington], ale…mam nadzieję, że nie obrażam nikogo, mówiąc to, ale: Burlington miało kiedyś grupę Direct Action. Ale została opanowana przez ISO i typy socjalistyczne. Biella i Native Forest Networks są bardziej anarchistyczne, ta pierwsza to kobieta, która w zasadzie samodzielnie zajmuje się większością organizacji na rzecz konwergencji. Bardzo się staram zaangażować Instytut Ekologii Społecznej (co zrobią, jeśli będą wiedzieć, co jest dla nich dobre), ale do tej pory też niewiele zrobili, więc na razie sprawy tam naprawdę nie są w dobrym stanie.

Majeed: Wiesz, nie chcę być wulgarny czy sekciarski, ale mówię „jebać ISO”.

David: Um, czy powinienem to umieścić w notatkach?

Majeed: Właściwie tak. Zapisz to.

Brooke: Pamiętaj, że ludzie czytają protokoły nawet w Kalifornii.

Majeed: Nieważne. Szczerze mówiąc, mam już dość tych facetów. W chwili, gdy pojawia się najmniejsza iluzja lepszej pozycji, przejmują władzę i natychmiast przerywają wszelką debatę. Robią to przynajmniej od wojny w Zatoce Perskiej. Mówię, po prostu skontaktujmy się z „autentycznymi elementami”.

David: (wciąż notując) Autentyczne elementy?

Majeed: Wiesz: ludzie, którzy robią to, ponieważ chcą, aby mobilizacja się powiodła, a nie aby posuwać naprzód jakiś pieprzony imperatyw organizacyjny.

Majeed, były członek Irańskiej Partii Komunistycznej (która, jak nam wyjaśnił, była w dużej mierze kurdyjska), obecnie aktywny w Partii Pracy DAN, odkąd został anarchistą, stał się niezwykle niecierpliwy wobec awangardystów.

Po podkreśleniu naszej determinacji, by pomóc z „autentycznymi elementami” w Burlington, rozmawiamy trochę o następnym zaplanowanym cotygodniowym spotkaniu. Tak się składa, że odbywa się to w tym samym czasie, co protest Krytycznego Ruchu Oporu przeciwko Horizon Center, aresztowi dla nieletnich w Midtown. Ktoś sugeruje: dlaczego wszyscy nie pójdziemy na wiec, a jeśli jest jakaś pilna sprawa, którą trzeba omówić, możemy to zrobić na peronie metra, gdzie i tak wszyscy powinni się zbierać? Wszyscy się zgadzają, chociaż Brooke nalega, abyśmy natychmiast i w widocznym miejscu zamieścili to na liście.

Koniec spotkania jest dość nietypowy. Technicznie rzecz biorąc, na końcu każdego spotkania DAN była opcja zorganizowania „sesji edukacyjnej”. Myślę, że nigdy nie mieliśmy. Ale wszyscy chcą się dowiedzieć o Peoples’ Global Action (PGA). Wszyscy słyszeliśmy o PGA – w rzeczywistości DAN był w pewnym sensie na nim wzorowany – ale niewielu z nas (z wyjątkiem Lesley, która studiowała PGA jako absolwentka studiów magisterskich w Kolumbii) naprawdę wiedziało o tym tyle, poza fakt, że była to globalna sieć stworzona przez Zapatystów, która wystosowała wezwania do równoczesnych globalnych dni akcji i, co najsłynniejsze, pierwotnie wpadła na pomysł globalnego dnia akcji przeciwko spotkaniom WTO w Seattle. Poprosiliśmy więc Oliviera – lub „Olivera”, jak sam siebie nazywał – o przybliżenie nam tła. Olivier to mężczyzna, który wygląda na pięćdziesiątkę lub wczesną sześćdziesiątkę, bardzo arystokratyczny, wyglądający na Europejczyka z naprawdę niezwykłym nosem. Jesteśmy raczej zaskoczeni, gdy dowiadujemy się, że tak naprawdę jest Amerykaninem, uchodźcą z lat 60., który uciekł z kraju przez Wietnam i od tamtej pory mieszka w Genewie.

SESJA EDUKACYJNA

Olivier: Witam. Nazywam się Oliver de Marcellus i pochodzę z Genewy. Mieszkam tam, odkąd opuściłem Stany w 1968 roku. W PGA jestem od jego powstania w 1998 roku; wcześniej pracowałem z ruchem Zapatystów.

Brooke: Naprawdę chcielibyśmy usłyszeć więcej o historii.

Olivier Cóż, więcej na ten temat możesz przeczytać na naszej stronie internetowej czyli www.agp.org. (To z francuskiego lub hiszpańskiego akronimu. Jeśli wpiszesz „pga”, zostaniesz przeniesiony do Professional Golf Association.)

O PGA…hmmm. Myślę, że są dwa sposoby mówienia o PGA. Najprościej jest powiedzieć, że możesz być członkiem PGA, niezależnie od tego, czy o tym wiesz, czy nie. Ponieważ PGA to nic innego jak pięć zasad (które, jak sądzę, są również podstawowymi zasadami DAN). Dobrze, to, a także udział w akcjach zgodnych z tymi zasadami. Jeśli więc spojrzeć na to w ten sposób, jedyną definicją PGA to „ludzie, którzy zgadzają się z manifestem”. Zgodnie z tą definicją w PGA są miliony ludzi i większość z nich nawet o tym nie wie.

To szeroka definicja. Mniejsza definicja, która prawie nie istnieje, to organizacja. Nie powinniśmy być organizacją. Nie mamy funduszy, sekretariatu, nikt nie jest uprawniony do wypowiadania się w imieniu PGA. Mamy Międzynarodowy Komitet Organizacyjny, składający się z przedstawicieli grup z różnych kontynentów, którzy zmieniają się co dwa lata. Wszystko, co ten Komitet może zrobić, to zwoływać międzynarodowe spotkania PGA, decydować, kto przyjedzie i kto z Globalnego Południa otrzyma darmowe bilety.

Maggie: Jak definiujecie „Globalne Południe”?

Olivier: Wszędzie oprócz Europy i Ameryki Północnej.

Na początku Organizatorzy mieli też decydować o globalnych dniach akcji, ale jak się okazało, tak trudno było nakłonić część z nich do odpowiedzi na e-maile itd., że grupy same zaczęły przejmować inicjatywę. Tak więc działa to tak, że działania są w końcu proponowane przez najbardziej zainteresowane grupy lokalne, wezwanie krąży w sieci do wszystkich zaangażowanych, a ci, którzy są zainteresowani, biorą udział, ci, którzy nie są, ignorują je. Myślę, że jest to najbardziej demokratyczny sposób. (Zazwyczaj działania są następnie zatwierdzane pięć miesięcy później przez Komitet Organizatorów, z mocą wsteczną, ale nikt tak naprawdę tego nie zauważa).

Na przykład demonstracje w Genewie w 1998 roku zostały zwołane przez Organizatorów. The Reclaim the Streets w Anglii nazwali dema J18 rok później, zaproponowali to, a ludzie po prostu zaczęli to robić. N30 było tym samym, to była największa rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy, ale zaczęło się od apelu o podjęcie działań przeciwko WTO, gdziekolwiek się zjedzie, nawet zanim wiedzieliśmy, że spotka się w Seattle. W przypadku [działań przeciwko spotkaniom IMF w] Pradze było to samo, zaproponowała to lokalna grupa i akcja została podjęta. Więc myślę, że tak to robimy od 1999 roku.

Brooke: Czy możesz porozmawiać o nadchodzącej konferencji?

Olivier: Tak. Międzynarodowa konferencja PGA odbędzie się w Cochabamba od 17 do 24 września, a w tym tygodniu naprawdę zostanie ogłoszone wezwanie (przepraszam, wiem, że ciągle to powtarzamy, ale w tym tygodniu naprawdę tak się stanie). Dążymy do dwustu delegatów, z których siedemdziesiąt procent musi pochodzić z południa lub wschodu; sześćdziesięciu z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, a reszta z „Globalnego Południa”. Największy kontyngent będzie pochodził z Ameryki Łacińskiej. Obecnie epicentrum oporu wobec globalizacji stanowią Andy; to jest kluczowe miejsce, dlatego na początek organizujemy je w Boliwii. No cóż, oczywiście, ponieważ to w tym mieście odbywała się wielka kampania przeciwko Bechtel, kiedy próbowali sprywatyzować system wodociągowy, która była kierowana przez grupy związane z PGA.

Ale naprawdę mamy nadzieję, że nie dojdzie do przewrotu, zanim to się stanie.

Stuart: Gdyby dokonali zamachu stanu, nie mogłoby to pogorszyć rządu.

Olivier: Ale jeśli gospodarze będą się ukrywać, będzie to bardzo trudno zorganizować.

Próbujemy też uruchomić bardziej zdecentralizowany system finansowania, co jest kluczowe dla zdobycia biletów dla delegatów z Południa, ponieważ bilety lotnicze są po prostu bardzo drogie. Na grudniowym spotkaniu Conveners w Pradze zdecydowaliśmy, że nie możemy dalej otrzymywać pieniędzy od fundacji, ponieważ im bardziej będziemy skuteczni, tym mniej fundacji będzie chciało nam dawać pieniądze.

Lesley: A na co właściwie wykorzystuje się te pieniądze?

Olivier: Tylko po to, żeby przywieźć delegatów na spotkania.

[następuje pewna dyskusja na temat potencjalnego zaangażowania DAN w spotkania w Cochabamba…Postanawiamy, że naprawdę powinniśmy umieścić manifest PGA na naszej stronie internetowej]

Olivier: To by było właściwie przydatne, bo jedną z funkcji konferencji jest zmiana manifestu. Na przykład delegaci europejscy będą chcieli się upewnić, że coś na temat zmian klimatycznych zostanie tam umieszczone, ponieważ nie wydawało się to tak wyraźnie pilne, kiedy po raz pierwszy pisaliśmy w 1998 roku.

David: Czy możesz nam trochę opowiedzieć o tym, jak to wszystko się zaczęło?

Olivier: Cóż, PGA z całą pewnością zostało po raz pierwszy pomyślane jako część ruchu Zapatystów. Można powiedzieć, że została założona podczas Drugiego Międzygalaktycznego Zapatista Encuentro w Hiszpanii w 1997 roku. Wtedy po raz pierwszy spotkały się grupy, które stały się kręgosłupem PAR: europejscy anarchiści, brazylijski Ruch Chłopów Bezrolnych i, właściwie, prawdopodobnie najważniejszą grupą był KRRS. To jest Karnataka State Farmers’ Association (Stowarzyszenie Farmerów Stanu Karnataka), które jest Gandhijskim socjalistycznym ruchem chłopskim w Indiach i ma około dziesięciu milionów członków. Po raz pierwszy zasłynęli z kampanii „Cremate Monsanto” w połowie lat 90., w której systematycznie palili genetycznie zmodyfikowane uprawy. W zeszłym roku KRRS zmobilizował 51 000 ludzi w wozach dla byków, którzy próbowali przejąć port w Bombaju, i dla nich była to tak naprawdę tylko akcja średniej wielkości. W maju 1998 zorganizowali 280 tysięcy ludzi na masową demonstrację anty-WTO. To było prawdopodobnie ich największe. Ale działają na kolosalną skalę.

Natalie: Wiesz, że naprawdę powinnaś mieć całą tę historię na stronie internetowej.

Olivier: Wiem. Powinniśmy. Prawdopodobnie mamy najgorszą istniejącą stronę internetową; była to prawdopodobnie pierwsza strona antyglobalistyczna, ale projekt jest przerażający.

Stuart: Mówisz o propozycjach wyłaniających się z lokalnych grup, przez „grupy lokalne” masz na myśli „wszelkie grupy, które poparły zasady”?

Olivier: Cóż, innym aspektem tego statusu pozaorganizacyjnego jest brak formalnego członkostwa. Każdy może coś zaproponować.

DW: Więc teoretycznie my też moglibyśmy?

Olivier: Och, absolutnie. Dlaczego nie?

Wróćmy jednak do historii. PGA miało swoje pierwsze spotkanie w Hiszpanii, w 1998 roku, i na tym pierwszym spotkaniu było wielu anarchistów z Anglii, takich jak ludzie z Reclaim the Streets-London, aktywni w ruchu anty-drogowym, którzy nie mieli pojęcia, że podobne rzeczy dzieją się na kontynencie i odwrotnie. Spotkali się ze skłoterami we Włoszech i Niemczech, a pomysły zaczęły się rozprzestrzeniać. Na przykład nikt z nas na kontynencie nie słyszał o idei nielegalnej imprezy ulicznej w stylu brytyjskim. Miesiąc później organizowaliśmy taką w Genewie. i było cudownie. Wkrótce ludzie organizowali je wszędzie.

Ktoś wymyślił teorię, że rezultatem jest coś w rodzaju globalnego mózgu: połączenia komunikacyjne są takie, że można sobie wyobrazić ludzi nie tylko komunikujących się, ale działających i działających cholernie skutecznie, bez przywództwa, sekretariatu, nawet bez formalnych kanałów informacyjnych. To trochę tak, jak mrówki spotykające się w mrowisku, wszystkie machają do siebie antenami, a informacje po prostu się rozchodzą, nawet jeśli nie ma łańcucha dowodzenia ani nawet hierarchicznej struktury informacji.

Oczywiście bez internetu byłoby to niemożliwe.

Ktoś: Oczywiście na początku powiedzieli to także o Zapatystach.

Olivier: Właściwie na początku było trochę irytujące, jak media zwykły mówić, że Zapatyści byli po prostu fenomenem w Internecie, irytującym, to znaczy dla ludzi, którzy faktycznie wiedzą, jak trudno jest do nich dotrzeć. Ale w pewnym sensie to jest prawda. Lista internetowa z natury nie może być autorytarna, po prostu wystawiasz propozycję i ludzie o niej dyskutują, ci, którzy ją lubią, idą to zrobić. Jeśli to nie jest tak dobra propozycja, mniej ludzi to zrobi. Jedyną rzeczą, której absolutnie nie możesz zrobić przez Internet, jest głosowanie.

Stuart: Wszystko to brzmi jak DAN!

Olivier: Wiesz, kiedy przybyłem do Seattle na akcje WTO, nie wiedziałem nawet, czym jest DAN. Potem wziąłem ulotkę DAN, w środku były zasady PGA i zdjęcia działań Genewy i powiedziałem: „Och, to tylko PGA” To mi się przytrafia cały czas. Spotkałem kogoś z PGA Korea w zeszłym tygodniu i było to: „Naprawdę? To istnieje?”. W Pradze pojawiły się dwa autobusy z Turkami. Okazało się, że w Turcji jest sieć PGA w pięciu miastach, pobrali nasze zasady ze strony internetowej i chodzili po okolicy, pokazując filmy z Seattle. Nikt z nas nie miał najmniejszego pojęcia, dopóki ich nie poznaliśmy. To się dzieje cały czas.

Oczywiście, teraz gdy istnieją Indymedia, informacje docierają do nas częściej niż kiedyś. Kiedy maniacy sieci po raz pierwszy wyjaśnili nam ideę równoczesnych demonstracji, staraliśmy się to koordynować, wysyłając e-maile do Genewy. To nie zadziałało. Ale teraz zlecamy to niejako Indymediom. Tak więc podczas akcji w Pradze mieliśmy 250 jednoczesnych manif na całym świecie, z czego 70 było relacjonowanych w Indymediach. A to z kolei zmienia nasz stosunek do mediów korporacyjnych, w zasadzie już ich nawet nie potrzebujemy. Kilka miesięcy temu mieliśmy akcję w Genewie, gdzie w solidarności z ludźmi prowadzącymi tam akcję okupowaliśmy ambasadę Ekwadoru. Po wszystkim zdaliśmy sobie sprawę, że zapomnieliśmy nawet powiedzieć o tym mediom, bo kto ich potrzebuje? To trafia do ludzi w Ekwadorze, że zrobiliśmy to przez Indymedia, i to jest dla nas naprawdę ważne.

To, co dzieje się teraz, jest z pewnością największym wydarzeniem od maja 1968 roku. Przynajmniej w Europie. Po raz pierwszy poczułem tak ogromny, globalny wzrost. Praga była po prostu…wow! Co najmniej osiem różnych krajów wysłało kontyngenty liczące ponad tysiąc osób. Kiedy zaczynaliśmy, nikt z nas nie miał pojęcia, jak zorganizować masową konwergencję lub radę przedstawicieli, musieliśmy to wszystko wymyślić od zera. Potem nadszedł wrzesień: oto i to! Zadziałało! Skończyło się na tym, że dzień wcześniej wyrzuciliśmy IMF z miasta.

A każde spotkanie musiało być koordynowane w siedmiu różnych językach: angielskim, francuskim, niemieckim, tureckim, hiszpańskim, włoskim, czeskim…

Brooke: Jezu!

Olivier: Ale zadziałało!

Betty: Czy mógłbyś opowiedzieć o działaniach w Davos i jakich lekcjach możemy się z nich nauczyć dla Quebec City?

Olivier: Cóż, na ten temat:

Niestety, wydaje się, że stanowimy obecnie największe zagrożenie dla Imperium i wydają być naprawdę zaniepokojeni. Przykro mi to mówić, bo tak naprawdę jesteśmy tylko śmieszną bandą klaunów, ale proszę bardzo.

W Nicei pomyśleliśmy, że spróbują zablokować granice, zanim jeszcze tam dotrzemy, i faktycznie zrobili to, całkowicie nielegalnie, przynajmniej przeciwko Włochom, którzy teoretycznie mają te same paszporty UE. Użyli także interesującej taktyki „dziel i zwyciężaj”, jak zapewnienie darmowych pociągów dla ludzi związkowych, a następnie próbując pobić przedstawicieli ludów autonomicznych.

Spodziewaliśmy się, że granice zostaną zablokowane, a dotarcie do samego Davos będzie niemożliwe; więc powiedzieliśmy, że jeśli nie możemy się tam dostać, zrobimy akcje i blokady, gdziekolwiek będziemy musieli. Gdybyśmy nie mogli dotrzeć dalej niż dno doliny, gdzie pociąg łączy się z autostradą, poniżej ośrodka narciarskiego, w którym faktycznie odbywały się spotkania, to w porządku, zablokowalibyśmy tam trasy dla samochodów. Albo jeśli nie możemy dostać się do kraju, jeśli spróbują zamknąć granicę, sami zamkniemy granicę. Skończyło się na demonstracjach we wszystkich trzech, co było świetne, pięciuset Włochów zatrzymało się na granicy, zablokowało tam autostradę, pięćset innych ludzi wkradło się do samego Davos, co było świetne, a na dnie doliny było coś w rodzaju pięciu różnych grup …To było całkowite zwycięstwo, pomimo największej mobilizacji sił bezpieczeństwa w historii Szwajcarii, wszędzie czołgi i drut kolczasty, strzelanie do nas armatkami wodnymi, gazem łzawiącym i gumowymi kulami od chwili, gdy się pojawiliśmy, nawet jeśli była to tylko kupa głupich balonów i ludzie przebrani na szczudłach lub w kostiumy Ronalda McDonalda. W końcu przesadzili tak bardzo, że nawet wysoce burżuazyjna szwajcarska opinia publiczna była po naszej stronie. Kilka kantonów zagłosowało za usunięciem policji federalnej z ich terytorium, prezydent zrobił z siebie głupka na konferencji prasowej tego wieczoru, ponieważ chciał porozmawiać o obradach w Davos i ciągle rzucał dziennikarzom: „Dlaczego ciągle pytacie o demonstracje?”.

Natalie: Czy były jakieś aresztowania?

Olivier: O tak. Ale musieli ich szybko wypuścić.

Jeśli chodzi o FTAA, nie ma powodu, aby ich nie blokować, nawet jeśli jest to ogromne ogrodzenie bezpieczeństwa, nadal muszą być bramy. W każdym miejscu, w którym możesz ich zablokować, chodzi o…

Rozmawiamy przez jakiś czas o problemach koordynowania z grupami z niewielkim lub żadnym dostępem do Internetu, o niesamowitej grupie PGA zwanej „Siecią Wolnych Czarnych Społeczności Ameryki Południowej”, założonej przez zbiegłych niewolników w XIX wieku, o kilkunastu innych sprawach. Zanim udaliśmy się do pobliskiej kawiarni, aby kontynuować rozmowę, była już prawie 23:00.

1.4. Wtorek, 6 marca


Spotkanie koalicji FTAA, godz. 20:00

Właściwie je przegapiłem (wraz z odbywającym się w tym samym czasie spotkaniem DAN Labor), ale słyszałem, co się stało.

Koalicja FTAA to szeroka grupa obejmująca cały Nowy Jork, w skład której wchodzą DAN, Zieloni, ISO i różni niezależni aktywiści organizujący się dla miasta Quebec. Kiedy więc Moose i Marina w końcu wyszli z choroby, aby złożyć raport ze spotkania NEGAN, musieli być względnie ostrożni. Najwyraźniej istniała również pewna niejasność co do stopnia, w jakim Mohawkowie po stronie amerykańskiej są naprawdę na pokładzie, ponieważ do tej pory rozmawialiśmy tylko z kanadyjskimi. W Domach Wojowników po stronie amerykańskiej zachodził jakiś proces i nikt nie był do końca pewien, jak się sprawy potoczą. Narastały też napięcia dotyczące samej struktury koalicji.

1.5. Czwartek, 8 marca

Spotkanie Ya Basta! Manhattan, 19:00[6]

O wiele lepsze spotkanie niż zwykle, które odbyło się w mieszkaniu Aladyna na osiedlu mieszkaniowym w Chelsea. Było około dwudziestu osób. Tym razem spotkanie było nawet facylitowane: nieformalnie, ale dobrze. Co jeszcze bardziej niezwykłe, wszystko zostało utrwalone na taśmie wideo.

Za tym kryje się długa historia, ale krótka wersja jest taka, że młody filmowiec imieniem Sasha skontaktował się z ludźmi ze społeczności aktywistów, ponieważ chciał nakręcić film dokumentalny. Jego pomysł polegał na zestawieniu standardowych wizerunków medialnych przerażających zamaskowanych anarchistów z portretami prawdziwych ludzi za maskami. Wkrótce zaangażował się w Ya Basta! i w ciągu miesiąca lub dwóch stał się faktycznie częścią grupy. Nikt nie miał z tym większych problemów. Ale to był pierwszy raz, kiedy nakręcił spotkanie. Właściwie to pierwszy raz, jaki znam, żeby ktoś kręcił spotkanie takiej grupy – po części uszło mu to na sucho tylko dlatego, że obiecał nikomu nie pokazywać twarzy, zawsze trzymając aparat skierowany nisko. Jeden lub dwóch członków faktycznie nosiło maski na spotkanie, głównie, jak podejrzewałem, dla efektu dramatycznego.

Zresztą, jak potoczyły się spotkania, okazało się, że był to doskonały wybór.

W związku z akcją Mohawk, z powodu przedwczesnego rozgłosu, wybuchł już mały kryzys. Podczas gdy Shawn, nasz główny sojusznik, specjalnie poprosił nas, abyśmy użyli słów „Dni Gniewu” i podczas gdy w lokalnym magazynie Eye News natychmiast ukazał się artykuł, cytując go, mówiącego, że przejmą most „za pomocą wszystkich potrzebnych środków” i pokazujące zdjęcia zamaskowanych Mohawk Warriors z karabinami maszynowymi z okupacji Oka w Quebecu w latach 80., wszystko to miało raczej charakter blefu. Shawn obliczył, że po traumie bliskiego powstania i długiej rozgrywce z rządem kanadyjskim w sprawie Oka w latach 80. oraz po wcześniejszej niemalże wojnie domowej w samym Akwesasne, rząd kanadyjski nie zaryzykuje wysłania dużego kontyngentu wojskowego, jeśli myśleli, że prawdziwy konflikt jest prawdopodobny.

Tym, o co naprawdę martwił się Moose, była przedwczesna reklama. A konkretnie depesza wysłana przez dwóch niezależnych anarchistów IMC, którzy przybyli z wyprawą, Target i Warcry. Obaj byli na swój sposób pomniejszymi legendami ruchu. Target był punkowym dzieciakiem słynącym z wyczynów Czarnego Bloku, który wydawał się zmieniać swoje imię co dwa tygodnie. Warcry, urodzona w Indiach, była dawną opiekunką drzew, aktywistką ekologiczną i niezależną dziennikarką, która miała wtedy reputację anarchistycznej dziewczyny z plakatu, która pojawiała się w niemal każdym filmie o Seattle – częściowo dzięki charyzmie, częściowo, ponieważ była jedną z niewielu osób anarchistycznych Czarnego Bloku, którzy chcieli udzielać wywiadów. Po powrocie z Kanady natychmiast napisali swoje wezwanie, które zostało przesłane do szeregu anarchistycznych listserwerów. W nim – przynajmniej według Moose – rażąco błędnie przedstawiali to, co się działo jako ultra-wojskowe wydarzenie zbrojne i wzywali anarchistów do udziału. Poza tym, że jesteśmy dziecinni, podkreślił Moose, było to całkowicie poza procesem: obiecaliśmy, że nie będziemy mówić niczego, do czego nie byliśmy specjalnie upoważnieni. Powiedział, że porozmawiamy później z Warcry, aby sprawdzić, czy nie mogą opublikować jakiejś korekty, a przynajmniej łagodniejszej wersji.

Właściwie niektórzy ludzie zaczęli się martwić całą sytuacją. Co jest z obrazem Wojownikiem Mohawk z M16? Czy ci faceci naprawdę będą nosić broń? Moose zapewnił nas, że nie. W Oka zajmowali most przez dwa miesiące, zanim w ogóle zaczęli nosić broń, a nawet wtedy nigdy nie użyli jej na nikim, nawet gdy policja do nich strzelała. Powiedział nam, że to trochę sztuczka. Ludzie, którym brakuje przywilejów białych aktywistów, nie mogą twierdzić, że prowadzą pokojowe działania, nawet jeśli w rzeczywistości tak jest.

Moose mówi również, że Shawn zapewniał nas, że przedostanie się przez most i tak nie będzie problemem. Bardziej prawdopodobne jest, że problemem będą przeszkody na drodze.

Tak więc formalnie zgadzamy się na nasze poparcie dla akcji w Cornwall. Następnie, po kolejnym raporcie na temat NEGAN, zaczynamy mówić o większej, ogólnonowojorskiej koalicji anty-FTAA, która w rzeczywistości borykała się z podobnymi problemami. Koalicja jest na szczycie z Zielonymi i ludźmi z ISO, a napięcia organizacyjne stały się tak wielkie, że zgodziliśmy się na specjalne spotkanie w piątek, żeby wszystko wyjaśnić. („Marina jedzie. Jest królową procesu” – zauważa Moose. Jest także niegdysiejszą członkinią ISO, która została anarchistką, która prawdopodobnie wie, jak myślą tacy ludzie.)

Nową wiadomością jest to, że CLAC ma „consultę”, czyli radę delegatów w Quebec City 23. i Ya Basta! musi wysłać przedstawicieli – zwłaszcza, że podczas ostatniej konsulty nasi ludzie się nie dostali. Zgłaszam się na ochotnika. Podobnie Emma, artystka pracująca obecnie w sklepie ze zdrową żywnością na Lower East Side. Emma zaznacza, że może nie być idealnym wyborem, ponieważ będąc częścią kolektywu, nie zamierza robić Ya Basta!, ale będzie z Czarnym Blokiem. Wydaje się, że nikomu to nie przeszkadza.

Wybór delegatów nie jest tak delikatną sprawą, jak mogłoby być, ponieważ delegaci nie są technicznie upoważnieni do podejmowania decyzji za grupę. Tak naprawdę nie są przedstawicielami. Są w zasadzie kanałami informacyjnymi: wyjaśniają, co ich grupa zamierza zrobić, przedstawiają propozycje i przekazują informacje i propozycje z powrotem do grupy, aby mogła je wspólnie rozważyć. (Na właściwej radzie, gdzie inni członkowie grupy afinicji są obecni w pokoju, może się to zdarzyć na miejscu. Na konsulcie, w której ich nie ma, liczba decyzji, które można podjąć, jest znacznie bardziej ograniczona). Mimo to rodzi się pytanie: co Ya Basta! w rzeczywistości planuje zrobić, jeśli uda nam się dotrzeć do Quebec City? Przez resztę spotkania rozważamy możliwości. Ponieważ nikt nie jest zbytnio zainteresowany ideą ochrony autonomicznej strefy SalAMI w szczerym polu, sprowadzają się one do: (1) pomocy w zburzeniu ściany, (2) próby przedostania się przez mur i wejścia na obwód, lub ( 3) zapewnienie jakiejś dywersji – ponieważ wiemy, że jeśli ubierzesz się w jasne, watowane stroje, policja z pewnością będzie za tobą podążać. Mur jest oczywistym symbolem hipokryzji neoliberalizmu, ale niektórzy z nas uważają go za zbyt symboliczny. Z drugiej strony, gdybyśmy mogli dostać się do środka, co byśmy tam zrobili? Smokey słyszał historię o schronisku dla bezdomnych, które skutecznie musiało zamknąć działalność z powodu Szczytu – może moglibyśmy nakłonić ich, by formalnie zaprosili nas do zapewnienia bezpieczeństwa? Ktoś inny dążył do udramatyzowania losów zaginionych azylantów: Koalicja na rzecz Obrony Praw Imigrantów zasugerowała, abyśmy mogli pomyśleć o umieszczeniu nie ich zdjęć, ale serii konkretnych żądań na tarczach i transparentach oraz dostarczaniu ich na szczyt. Ale komu? A jak je upowszechnić Amerykańskie media nigdy nie ujawniłyby tej historii.

To doprowadziło do długiej debaty na temat zalet i wad działania przeciwko samym mediom. Czy byłoby możliwe, na przykład, zamknięcie namiotu medialnego przed budynkiem szczytu, a nawet zażądanie odtworzenia taśmy zawierającej głosy nieobecnych na debacie? Wszyscy zgadzają się, że media korporacyjne są uzasadnionym celem, ale jak skuteczne byłyby działania przeciwko nim? Co stanowiłoby sukces? To podstawowe pytanie, które ciągle sobie zadajemy, planując akcję: jak ułożyć wydarzenie w taki sposób, abyśmy mieli później prawo ogłosić zwycięstwo? A w przypadku mediów było to szczególnie dotkliwe: nawet gdybyś przeprowadził skuteczną akcję przeciwko mediom, kto by o tym wiedział?

Nie podejmujemy w końcu żadnych decyzji. W każdym razie, jak kilka osób wskazuje, jesteśmy tylko jednym kolektywem. Inne grupy Ya Basta! dołączą do Burlington i nie chcemy podejmować za nich decyzji. Możemy to zachować na radę w Burlington. Ale kiedy spotkanie się kończy, zarówno Emma, jak i ja mamy już całkiem jasne pojęcie o tym, co zamierzamy powiedzieć.

Ostateczna zapowiedź.

– Mam powiedzieć ludziom, że Starhawk jutro będzie w mieście. – mówi Moose (wymawia to z nutą łagodnej kpiny: Staaaarhawk.) – To znaczy, ja nie jestem zbyt przygnębiony tego rodzaju bzdurami o gwiazdach, ale najwyraźniej chce poznać niektórych z nowojorskiego kolektywu Ya Basta! więc pomyślałem, że przekażę dalej.

1.6. Piątek, 9 marca


Spotkanie struktur koalicyjnych w Amsterdam Pizza przy 111th Street, 18:30

To spotkanie zebrało około dwudziestu aktywistów ustawionych wokół stołu na tyłach pizzerii, udających, że się nie kłócą.

To, co obecnie nazywa się Koalicją FTAA, zaczęło się jako grupa robocza Sieci Akcji Bezpośrednich DAN. W każdą niedzielę DAN odbywała generalne zebranie i całą serię spotkań grup roboczych w inne dni tygodnia. Niektóre z tych grup roboczych są strukturalne (prawne, medialne, informacyjne), niektóre są zaangażowane w trwające kampanie (DAN Pracy, Policja i Więzienia), ale zawsze są takie, które są tworzone tylko po to, aby pracować nad konkretnymi działaniami: na protesty IMF w Waszyngtonie, konwencję republikanów w Filadelfii, a teraz FTAA w Quebecu. Często te ostatnie grupy robocze mogą same zacząć wyglądać jak miniaturowe wersje DAN, z własnymi grupami roboczymi zajmującymi się zasięgiem, komunikacją, transportem i tym podobnymi. Stają się pączkującymi strukturami komórkowymi, a następnie odtwarzają te same wewnętrzne relacje między częściami. Mogliśmy sobie pozwolić na elastyczność, bo przecież nie było ustalonego, odgórnego łańcucha dowodzenia; inicjatywy i tak miały powstawać od dołu; więc każdy mógł swobodnie improwizować, niezależnie od formy organizacyjnej, która wydawała się dla niego odpowiednia.

Problemy pojawiły się, gdy DAN próbowała pracować z członkami grup o głęboko odmiennych imperatywach organizacyjnych. Wspomniałem już o wielkim bugaboo DAN, ISO. ISO zaangażowała się w politykę w stylu DAN dopiero niedawno. Grali niewielką lub żadną rolę w Seattle. Jednak jakiś czas później najwyraźniej otrzymali rozkazy z centralnego dowództwa w Anglii, aby zaangażować się w globalny ruch sprawiedliwości. Nagle na spotkaniach DAN zaczęli pojawiać się różnego rodzaju wysokiej rangi organizatorzy ISO. Ich entuzjazm zdawał się słabnąć i płynąć. Z entuzjazmem uczestniczyli w pierwszej dużej akcji NYC-DAN – A16, protestach przeciwko IMF w Waszyngtonie 16 kwietnia 2000 roku – ale po protestach na konwencji republikańskiej w Filadelfii, podczas której kontyngent ISO był powszechnie oskarżany o porzucenie pozycji i ucieczkę, w dużej mierze odpadli i włożyli swoją energię w kampanię prezydencką Nadera. Teraz wrócili.

Grupy robocze były w zasadzie otwarte. Każdy mógł dołączyć. W tym przypadku, kiedy DAN utworzyła grupę roboczą dla mobilizacji FTAA w styczniu, ludzie z ISO nagle pojawili się ponownie, wraz z członkami kilku innych grup, z którymi współpracowali – Partii Zielonych, pewnych organizacji pozarządowych – którzy nigdy, faktycznie, nie byli na spotkaniu DAN. Ponieważ ISO i Zieloni nie byli tam przynajmniej jako jednostki, ale jako przedstawiciele organizacji, grupa robocza w efekcie stała się koalicją. Wydawało się więc, że rozsądnym jest ogłosić ją jako taką i porzucić udawanie, że jest częścią DAN. Nie stanowiło to problemu, ponieważ grupy robocze DAN i tak były w dużej mierze autonomiczne.

Więc teraz mieliśmy ogólnomiejską koalicję, która rzekomo działała na zasadach anarchistycznych, a przynajmniej demokracji bezpośredniej. W zasadzie tego właśnie powinna chcieć DAN: wszyscy mieliśmy na celu rozpowszechnianie tego rodzaju modelu podejmowania decyzji. Jednak nastąpiło nieuniknione zderzenie kultur instytucjonalnych. Nowo przybyli natychmiast zaczęli traktować koalicję jak nową organizację: chcieli przyjąć stanowisko co do jedności, stworzyć literaturę i starać się o przyłączenie innych grup w mieście, grup imigrantów, związków zawodowych i tym podobnych. Anarchiści w ogóle nie myśleli o koalicji jako o „grupie”. Postrzegali ją nie jako organ decyzyjny, ale raczej jako forum, sposób dla grup już się organizujących przeciwko FTAA do wymiany informacji i unikania powielania wysiłków. To było coś na wzór rad delegatów. Z pewnością nie widzieli powodu, by przyjąć jakąkolwiek ideologiczną „linię”. Z jakiegoś powodu, wiele dyskusji kończyło się próbami przekonania jednej osoby: młodej kobiety imieniem Julie, która pracowała dla czegoś o nazwie Urban Justice League. Częściowo działo się tak, ponieważ nikt jej naprawdę nie znał, wydawała się nową osobą na scenie, ale bardzo entuzjastyczną, aktywną i chętną do uczenia. Z drugiej strony Julie okazała się stworzeniem ze świata organizacji pozarządowych i ostatecznie przeszła zdecydowanie na stanowisko ISO. W istocie wkrótce zaczęła zachowywać się jak jednoosobowy komitet sterujący, dzwoniąc w naszym imieniu do prezydentów związków, pastorów i przywódców różnych grup społecznych i próbując zebrać jak najszerszą koalicję. Teoretycznie trudno było się z tym spierać. Ale wszyscy wiedzieliśmy, co może nastąpić dalej: te same grupy zaczęłyby domagać się, abyśmy złagodzili akcję bezpośrednią lub przynajmniej przestali o niej otwarcie mówić. Ludzie DAN i inni anarchiści odpowiedzieli, tworząc własną autonomiczną grupę roboczą akcji bezpośredniej koalicji – nazywając ją odpowiednio „autonomiczną grupą roboczą akcji bezpośredniej” lub AUTODAWG – z własnym listserv i oddzielnymi spotkaniami. Zdecydowaliśmy, że AUTODAWG wysyłałaby co tydzień jednego przedstawiciela na spotkania koalicyjne, ale poza tym pracowalibyśmy razem, podobnie jak oczekiwaliśmy, że zrobi to pierwotna grupa robocza DAN.

Problem był taki, że Julie i ludzie z ISO natychmiast zaczęli pojawiać się też na spotkaniach AUTODAWG. Technicznie, oczywiście, nie było przeciwwskazań, to były otwarte spotkania, ale powodowało to duży dyskomfort u wszystkich. Julie zaczęła narzekać w Internecie na wykluczenie i szybko wszyscy zgodzili się, że powinniśmy się specjalnie spotkać, żeby omówić proces i dopracować szczegóły.

W rezultacie około dwudziestu osób siedziało wokół stołu na spotkaniu studenckim w pobliżu Uniwersytetu Columbia, dzieląc się kawałkami dwóch dużych pizzy z serem i starając się zachować rozsądek w stosunku do siebie. Julie zaproponowała facylitację (co prawdopodobnie nie było dobrym pomysłem). Wkrótce stało się jasne, że głównym problemem był brak zaufania do instynktów drugiej strony, ponieważ w zasadzie strona ISO przedstawiała kilka bardzo rozsądnych uwag. Przede wszystkim, powiedzieli, weźcie pod uwagę nowych ludzi. Pojawiło się wiele nowych osób, zwłaszcza studentów, którzy chcieli zrobić akcję bezpośrednią. Jak dokładnie mieli się przyłączyć i zdecydować, do jakiej grupy roboczej chcą dołączyć, jeśli ludzie zajmujący się akcją bezpośrednią spotykają się w zupełnie innym czasie i miejscu? Po drugie, jeśli zamierzacie stworzyć koalicję, w skład której wchodzą związki zawodowe i zorganizowane grupy społeczne, a wy sięgacie, to oni będą chcieli zobaczyć jakąś misję. Nie możesz im po prostu powiedzieć, że jesteś przeciwko FTAA. Oczywiście anarchiści obecni na sali mogliby odpowiedzieć, pytając, jaki był sens w uzyskiwaniu tych aprobat: żadna z tych grup nie była zainteresowana udziałem w akcji, a każda grupa, która mogłaby być zainteresowana wysyłaniem ludzi na Quebec, aby maszerować w paradzie robotniczej, prawie na pewno już się przygotowywała. Po co więc kolekcjonować nazwiska tylko po to, by mieć je na kartce papieru? Nikt jednak nie chciał wykluczyć możliwości, że jakaś nowa grupa zostanie wciągnięta i zdecyduje się przyjąć bardziej radykalną postawę. Więc zamiast tego skończyliśmy niekończącą się rozmowę.

Julie: Są dwie kwestie: Po pierwsze, jak integrujemy się z innymi organizacjami, do których docieramy? Podpisanie oświadczenia o misji jest wypróbowaną i dobrą metodą na to. Tak czy inaczej, ludzi w ogóle, osoby, które nie są częścią organizacji, nie będą w stanie dopasować się modelu rad przedstawicielskich. Po drugie, jak uniknąć powielania wysiłków.

Moose: Ale ideą koalicji nie jest posiadanie ideologii; jest to sposób dla ludzi o różnych ideologiach lub perspektywach do wspólnej pracy nad problemem.

Zielony: Chcę wiedzieć, co aprobata oznaczałaby w praktyce. Czy związki rozdadzą naszą ulotkę swoim członkom? Jeśli tak, to ułatwiłoby to jednostkom dołączanie jako jednostki.

Meredith (ISO): Cóż, Grupa Robocza postanowiła już napisać oświadczenie i przekazać je nam. Wydaje mi się, że pojawia się pytanie, co to znaczy być częścią koalicji?

Julie: Tak, dokładnie. Kiedy powstał AUTODAWG, nigdy nie było dla mnie jasne, czy jest częścią koalicji, czy nie. Potem kiedy pojawiłam się na jednym z ich spotkań, poczułam się, jakbym rozbijała imprezę.

Enos: Słuchaj, rozumiem, że mogłaś się tak czuć. Ale myślę, że jednym z powodów, dla których tak się stało, było to, że za każdym razem, gdy tworzyliśmy autonomiczną grupę roboczą ds. akcji bezpośredniej, wydawało się, że wszyscy w całej koalicji się pojawiali. Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie: w jaki sposób jesteśmy autonomiczni? W jaki sposób jesteśmy inną grupą? Pamiętajcie, wszystko zaczęło się, gdy DAN zdecydowała, że chce pracować nad FTAA i stworzyła własną grupę roboczą. Potem kiedy wszyscy ci ludzie się pojawili, ta grupa robocza faktycznie stała się tą koalicją. Tak więc główny DAN był zdezorientowany i próbowaliśmy stworzyć nową grupę roboczą. i to się po prostu działo.

Marina: Powinnaś coś zrozumieć na temat tego, jak DAN ma tendencję do działania, ponieważ częścią problemu może być po prostu zamieszanie. Ludzie, z którymi normalnie pracujemy, ludzie z Lower East Side Collective, Reclaim the Streets, Ya Basta!, wszystkie te grupy postrzegają siebie jako luźną część DAN. Jesteśmy w połowie drogi między grupą a siecią delegatów. Na przykład ludzie Reclaim the Streets, którzy nigdy nie przychodzą na nasze spotkania, częściowo dlatego, że są bardziej zainteresowani lokalnymi sprawami Nowego Jorku, częściowo dlatego, że nie lubią spotkań, są imprezowiczami kochającymi zabawę, to część ich całego szyku. Ale zawsze pojawiają się na akcjach. Tak naprawdę była to grupa robocza dla tej większej społeczności zorientowanej na bezpośrednie działania. Niektórzy ludzie nie chcieli, aby była to grupa robocza DAN, więc powiedzieliśmy, w porządku, nazwijmy ją po prostu „autonomiczną”.

Meredith: Może, żeby przedstawić tutaj propozycję, dlaczego nie zrobić listy grup roboczych, które możemy publikować na ścianie podczas spotkań, aby nowe osoby mogły się podłączyć? Jak czuliby się ludzie?

Marina: Myślałam, że przyszliśmy tutaj, aby przeprowadzić burzę mózgów, aby wrócić do naszych grup. Nie czuję się komfortowo, czyniąc z tego ciało decyzyjne. Nie zrozum mnie źle, to konstruktywna propozycja…

James: Ona po prostu sugeruje, żebyśmy lepiej wyrażali to, co robimy. Nazywanie tego „podejmowaniem decyzji” wydaje się kwestią semantyki, z miejsca, gdzie słucham.

Enos: Nie sądzę, że to tylko semantyka. Myślę, że problemem jest odmienny charakter zaangażowanych grup.

Maggie: Chcę tylko wiedzieć, co powiedzieć ludziom, którzy chcą do nas dołączyć…

I tak dalej, najwyraźniej ad infinitum. Wyszedłem wcześnie, częściowo dlatego, że chociaż często podnosiłem rękę, Julie ani razu mnie nie zawołała; częściowo dlatego, że kilku z nas powiedziało Starhawk, że przyjedziemy o ósmej. Mieszkała u przyjaciółki o imieniu Nesta w Columbia University Housing, zaledwie kilka przecznic dalej.

Spotkanie ze Starhawk, godz. 20:00

O wiele przyjemniejsze spotkanie. Nawet inspirujące.

Prawie każdy aktywny w ruchu przynajmniej słyszał o Starhawk. Była kiedyś pisarką science fiction (jej najsłynniejsza powieść dotyczyła wojny między San Francisco a Los Angeles), kiedyś autorką prac na temat feministycznego pogaństwa, która od końca lat 70. była zaangażowana w kampanie akcji bezpośrednich. Prawie wszyscy widzieli jej obrazy, jak bije w mały bębenek, prowadzi spiralne tańce. Praktykująca czarownica, miała reputację swego rodzaju kokoszy dla pogańskiego klastra, wiele wicca po czterdziestce lub pięćdziesiątce, ale w tym też wiele znacznie młodszych członkiń. Większość z nas podeszła na spotkanie bardzo sceptycznie. Nie chodziło tylko o automatyczne podejrzenia co do celebrytów ruchu, czy nawet stosunek Wschodniego Wybrzeża do rzekomo niestabilnych Kalifornijczyków. Jedyną rzeczą, którą większość z nas czytała przez Starhawk, był artykuł, który napisała w szeroko rozpowszechnionej kolekcji, która ukazała się zaraz po Seattle, zatytułowanej „Jak naprawdę zamknęliśmy WTO”, w której skarciła Czarny Blok za odmowę podjęcia działań, przeciwko zasiadaniu w radzie delegatów, łamiąc uzgodnione kodeksy postępowania, a nawet wypowiadała się z aprobatą o pacyfistach, którzy wskazywali policji rozbijających okna. Artykuł, wraz z jeszcze bardziej gniewnymi wypowiedziami działaczy organizacji pozarządowych, takich jak Medea Benjamin, wywołał prawdziwą eksplozję wściekłości ze strony bardziej bojowych anarchistów. Wściekłość w końcu doprowadziła do debaty: o solidarność, o taktykę, o to, co aktywiści są sobie nawzajem winni na ulicach. Wiele osób zmieniło zdanie, między innymi Starhawk, ale w tamtym czasie jej wizerunek utrwalił się w pamięci wszystkich – zwłaszcza, że w przeciwieństwie do postaci takich jak Medea Benjamin, której opinia mogła być odrzucona, Starhawk uważała się za anarchistkę – co nadawało tej sprawie odcień osobistej zdrady.

W każdym razie byliśmy podejrzliwi. Mimo to przyjechaliśmy. Co najmniej pięcioro z nas: Moose, Marina, Rufus, Warcry i ja. Mimo to wszyscy byli skłonni przyznać, że grupa afinicji Starhawka, kolektyw RANT, robiła świetną robotę, prowadząc szkolenia w całym kraju. Pod koniec wieczoru byliśmy prawie całkowicie przekonani.

Częściowo dlatego, że się tak przeciwstawiła oczekiwaniom. Nie wiem dokładnie, czego się spodziewaliśmy, ale przynajmniej można sobie wyobrazić, że anarchistyczna wiedźma byłaby przynajmniej trochę outré. Zamiast tego spotkaliśmy jedną z najprzyjemniejszych, najbardziej rozsądnych osób, jakie można sobie wyobrazić. Wszystko w niej było otwarte, przyjazne i całkowicie przyziemne.

Starhawk mieszkała ze swoją przyjaciółką Nestą, znaną teoretyczką ekofeministyczną i okazjonalną pisarką Nation, która była mniej więcej w tym samym wieku, a obecnie poruszała się na niezwykle zaawansowanym technologicznie wózku inwalidzkim. Starhawk była ciekawa sceny akcji bezpośredniej w Nowym Jorku. Moose mówił o Ya Basta!, Marina o Kolektywie Prawa Ludowego, Rufus o Medykach Akcji.

Starhawk opowiedziała o swoim własnym doświadczeniu:

– Byłam jedną z tych osób, które pojechały do Seattle, aby wypełnić swój obywatelski obowiązek, a potem spodziewałam się, że po prostu wrócę ponownie do swojego życia. Oto dwa lata później i jeszcze nie wróciłem.

Nesta szybko zauważyła, że to nie tak, że nie miała żadnego doświadczenia w tego typu sprawach. Naprawdę, mieli swój początek w blokadzie Diablo Canyon w 1981 roku.

– Pamiętasz, jak musieliśmy wymyślać to wszystko od zera? Nie mieliśmy pojęcia, co robimy, jak robić rzeczy, które obecne pokolenie po prostu uważa za oczywiste.

– Och, nastąpił ogromny postęp – zgodziła się Starhawk. – Nie potrafię powiedzieć, ile razy widziałem dzieci w wieku szesnastu, siedemnastu lat, a one już wiedziały, jak robić rzeczy, których zrozumienie zajęło nam piętnaście lat.

– Cóż, jeśli chcecie poznać historię…Byłam wtedy w zasadzie autorką. Napisałam kilka książek o pogaństwie, religii Bogini. Sieć, z którą jestem, Reclaiming, opiera się na zasadzie magicznego aktywizmu, chcieliśmy użyć magii jako sposobu na przekształcenie świadomości, aby dodać duchowy wymiar, który nie był po prostu chrześcijański. Ponieważ na początku tylko kwakrzy naprawdę wiedzieli, jak to zrobić. Rady rzeczników, grupy afinicji – wszystko to tak naprawdę zaczęło się od Clamshell Alliance, działającego przeciwko elektrowni jądrowej Seabrook w New Hampshire. Była taka buntownicza grupa kwakrów zwana Ruchem na rzecz Nowego Społeczeństwa, która prowadziła szkolenia na temat niestosowania przemocy, ale także uczyła tego nowego sposobu organizowania – konsensusu, rad rzeczników, jak podejmować decyzje demokratycznie w małych grupach, a następnie umożliwiać im koordynowanie się oddolnie. i zadziałało tak dobrze, że po prostu wystartowało. Na początku toczyła się swoista bitwa między starymi a nowymi sposobami robienia rzeczy. Większość z tych kampanii nadal miała opłacanych pracowników, zwykle nielicznych słabo opłacanych pracowników, ale mimo to opłacanych pracowników, i to, co w rzeczywistości było komitetami sterującymi, i zawsze istniały napięcia między zasadą od góry do dołu a od dołu do góry.

Mamrocze „to nie do końca tak, że takie rzeczy nigdy się już nie zdarzają”.

– I, jak mówiłam, pojawił się problem, no cóż, nazywaliśmy ich czasami „kwakierskimi faszystami”, których rodzaj duchowości był prawie całkowicie obcy naszemu.

– Byłam częścią grupy, którą nazwaliśmy Matrix Collective, która była częścią Reclaiming. Najpierw zaangażowaliśmy się w blokadę w Diablo Canyon, co było szalonym pomysłem, że musieli zbudować elektrownię jądrową bezpośrednio na linii uskoku w Kalifornii, a później w Lawrence Livermore Group, która była jednym z głównych laboratoriów broni jądrowej w Berkeley. Chcieliśmy użyć tej samej poziomej struktury, której używali w Seabrook, ale chcieliśmy też zrobić rytuał. W pewnym sensie oznaczało to wymyślenie wszystkiego na nowo, ponieważ wkrótce zdaliśmy sobie sprawę, że tradycyjne pokojowe nieposłuszeństwo obywatelskie jest głęboko zakorzenione w etosie chrześcijaństwa, a przynajmniej w skrajnie patriarchalnej wersji religii. Istniał powód, dla którego na czele ruchu zawsze stał jakiś męski bohater religijny. Chodzi o karę, samozaparcie, chęć poddania własnego ciała bólowi i cierpieniu w imię idei, która prawdopodobnie jest Prawdą lub Miłością lub czymś bardzo miłym w tym stylu, ale jednak czymś abstrakcyjnym, transcendentnym. Negujesz cielesność w imię czegoś wyższego. Na tym właśnie polegają wielkie religie świata. Jak więc pogodzić to z immanentną kosmologią, która celebruje ciało i postrzega przyjemność, zwłaszcza seksualną, jako boską?

Zostawiła pytanie otwarte.

– Nie wiem, czy ktokolwiek z nas naprawdę się do tego domyślił. Jednym z pomysłów, jaki mieliśmy, było wydobycie źródeł siły z pozornej słabości, pokazanie, jak mało pospolite rzeczy, takie jak przędza, mogą, utkane razem, coś w rodzaju zaklęcia, zatrzymać nawet maszyny wojskowe. Pamiętasz te wszystkie wstęgi przędzy z A16?

– Och, masz na myśli te na wszystkich skrzyżowaniach, więc musiałeś się pod nimi czołgać, żeby dostać się tam i z powrotem między blokadami? – zapytałem

– To był wkład Klastra Pogańskiego. Właściwie po raz pierwszy pamiętam, że użyłam włóczki na akcji Bohemian Grove we wczesnych latach osiemdziesiątych. To był ekskluzywny, męski klub, w skład którego wchodzą prezesi i wiele osób z gabinetu Reagana, prawdopodobnie niektórych z gabinetu Busha, ale w latach Reagana wydawało się to bardziej pilne. Mają klub w centrum San Francisco i fantazyjny letni kurort nad rzeką Russian, gdzie co roku organizują tygodniowy obóz letni dla bogatych i wpływowych, który rozpoczynają rytuałem zwanym Kremacją Opieki, w którym palą kukłę kobiety. Ich motto brzmi: „Tkające pająki tu nie przychodzą” (nie zmyślam tego!), więc zrobiliśmy akcję bezpośrednią, w której powiązaliśmy sieć z całym klubem Boho w centrum SF i zablokowaliśmy ich.

– To wspaniałe.

– Tak, to zabawne – powiedziałem. – Zawsze zakładałem, że to tylko paranoidalny spisek.

– W takim razie prawdopodobnie najlepszą historią tkacką była akcja w Livermore w…1982? 1983, prawda?

– Och, to było takie zabawne! – powiedziała Nesta, która właśnie przyjechała z drugiego pokoju. – Pamiętam tę historię. Kobiety utkały długą pajęczynę, jak osnowę, prawda?, na dwóch patykach, które mogły rozciągać się w poprzek drogi, wplatały zdjęcia dzieci, kwiatów, ziół itp. i używały jej do blokowania autobusów robotniczych…

– I pomyślałyśmy o tym jako o zasadniczo symbolicznym geście, tak naprawdę artystycznej wypowiedzi. Nic, co faktycznie byłoby fizycznie skuteczne. Prawie skończyliśmy i pamiętam, że trzej policjanci na rowerach szydzili z nas. Nagle odpalili silniki i postanowili po prostu przez to przejechać. Następną rzeczą, o której dowiedzieliśmy się, było to, że byłyśmy na ziemi, a na ziemi leżeli trzej gliniarze i ich motocykle, i wszyscy byliśmy tak beznadziejnie splątani, że zabrało dziesięć minut, żeby nas odciąć.

– Pamiętasz Bork z RNC w Filadelfii? – ktoś zapytał. – Pamiętasz, ta, która pojawiła się następnego dnia na konferencji prasowej z podbitymi oczami i siniakami na twarzy? Powód, dlaczego tak bardzo ją pobili w Filadelfii…cóż, byli tam gliniarze na rowerach z dużymi nożycami. Za każdym razem, gdy widzieli jeden z naszych banerów, wyciągali nożyczki i przejeżdżali przez nie rowerami. Z wyjątkiem Bork, najwyraźniej nie miała pojęcia, że będą to robić, ale wzmocniła swój sztandar drutem fortepianowym.

– Au!

– Gdyby próbowali przejechać na poziomie szyi, mieliby duże kłopoty. A tak, dwóch z nich miało bardzo nieprzyjemne rany. (To znaczy – nigdy by ich nie mieli, gdyby nie próbowali nielegalnie niszczyć znaków protestujących). Ale tak czy inaczej, zsiedli z rowerów i zaczęli walić jej głową o ziemię.

Po chwili wszyscy wymieniali się historiami wojennymi. Starhawk, jak się okazała, była wściekła na Black Bloc w Seattle głównie dlatego, że nie uszanowali procesu kolektywnego, odmówili nawet uczestniczenia w radach delegatów. Od tamtego czasu, w końcu zaakceptowała zasadę zróżnicowania taktyk.

– Prowadziłyśmy treningi niestosowania przemocy – powiedziała. – Teraz nawet ich tak nie nazywamy. Prowadzimy coś, co nazywamy treningami akcji bezpośredniej, z klasycznym niestosowaniem przemocy jako jednym z elementów znacznie szerszego repertuaru. W końcu to odmowa wyrządzania krzywdy lub cierpienia innym jest moralnym stanowiskiem, szczególnie z jakiejkolwiek duchowej perspektywy, która ma dla mnie sens. – Marina starała się delikatnie zasugerować, że może poważnie zastanowić się nad tym, aby ta jej zmiana opinii była szerzej poznana.

Jednym z powodów, dla których Starhawk bała się spotkania z nowojorską Ya Bastą!, przyznała w końcu, było to, że trochę się martwiła, czy taka taktyka może się przełożyć po drugiej stronie Atlantyku. Po raz pierwszy spotkała włoską Ya Basta! przed akcjami przeciwko spotkaniom IMF/Banku Światowego w Pradze jesienią 2000 roku. Praga była pod wieloma względami po prostu nadzwyczajna. Wyszła wcześniej, aby przeprowadzić szkolenie na temat procesu konsensusu, i skończyła jako facylitator jednej z dużych rad delegatów.

– I to była jedna z tych sytuacji, w których…no wiesz, jak to się musi skończyć. Były cztery różne grupy i dwie propozycje. Albo byłyby cztery marsze, wszystkie zaczynałyby się w różnych miejscach i wszystkie się gdzieś zbiegały, albo byłby jeden marsz i wszystkie rozgałęziały się na cztery. i naprawdę tylko jeden wynik był możliwy: zaczęlibyśmy razem, rozdzielili się, i mam nadzieję, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, w końcu się zebrali. Ale, oczywiście, najpierw musieliśmy przeanalizować każdą możliwość, każdą możliwą troskę lub sprzeciw przez cztery, pięć godzin, aż w końcu doszlibyśmy do wyniku, o którym wszyscy musieli wiedzieć, że w końcu go wymyślimy. Pod koniec byłam po prostu wykończona i praktycznie myślałam, po co to wszystko? A potem ten Rumun podszedł do mnie i „Nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie stało. Nigdy bym nie pomyślał, że coś takiego jest możliwe, tysiąc ludzi mówiących dwunastoma różnymi językami w jednym pokoju, podejmujących wspólnie decyzje, bez przywódców”. Był po prostu zachwycony. Może czasami zapominamy, jak wiele z tego naprawdę jest rewolucyjne.

– A więc miałeś wiele wspólnego z Ya Bastą! w Pradze? – ktoś zapytał.

To był ich debiut na większej europejskiej scenie i zagrali spektakularnie, kończąc słynną konfrontacją z policją na moście prowadzącym do Centrum Kongresowego, gdzie spotykał się IMF, co wszyscy wielokrotnie oglądaliśmy na wideo.

– O tak. Szczerze mówiąc, na początku raczej dawali mi spokój. Po części był to rażący seksizm. Przez trzy dni spotkań jeden facet, Luka, prowadził wszystkie rozmowy. Mówił trochę po angielsku, ale głównie po włosku. Dalej była kobieta, która wykonała całą pracę tłumaczeniową, to znaczy trzy dni tłumaczenia symultanicznego, nie sądziłem, że ktokolwiek mógłby tak pracować przez trzy dni bez szaleństwa, i trzecia, również kobieta, która po prostu siedziała i robiła notatki. Nigdy się nie zmieniali, nigdy nie zamieniali ról. Było oczywiste, że obie kobiety mówiły perfekcyjnie po angielsku, ale przez cały czas nie odważyły się na jedno zdanie. Wewnętrznie, w Ya Basta!, również nie mogłem dostrzec żadnego wewnętrznego procesu demokratycznego. Może działy się rzeczy, o których nie zdawałam sobie sprawy.

Potem weszliśmy na temat taktyki. Po trzech dniach spotkań Ya Basta! w końcu zdecydowali, że ich linia frontu będzie uzbrojona w kantówki. Starhawk zaczęła mówić bardzo powoli i precyzyjnie.

– Aby pokonać tarcze gliniarzy. Nie, żeby ich naprawdę uderzać. Pomysł polegał na tym, że mogliby w ten sposób przebić się przez linie policyjne i tak naprawdę nie atakowaliby policji.

Oczy zamrugały.

Usta się otworzyły.

– Naprawdę przynieśli drewniane drągi?

– Dojście do porozumienia zajęło nam kilka dni.

– Jeju – powiedział Moose. – To znaczy, w porządku…widzę logikę, ale…nikt z nas nigdy nie marzył o zrobieniu czegoś takiego.

– Szczerze mówiąc – powiedziała Starhawk – cieszę się, że to słyszę. Ponieważ kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Amerykanie zamierzają zastosować taktykę Tute Bianche, trochę się zmartwiłam, że ludzie mogą zostać poważnie zranieni. Trzeba mieć na uwadze, że zajęło im pięć, może sześć lat, zanim mogli zrobić coś takiego w Europie. Sześć lat nieustannej pracy w mediach, wypracowywanie idei zasadności taktyk defensywnych, niekończące się akcje medialne. A trzeba pamiętać, że media we Włoszech są tysiąc razy bardziej przychylne ruchom społecznym niż media tutaj. Nawet w telewizji, która prawie w całości należy do Berlusconiego, Luka pojawia się za każdym razem, gdy odbywa się duża akcja, w talk-show, dyskutując z policją lub prawicowymi dziennikarzami, rzeczy, które byłyby nie do pomyślenia w tym kraju.

– Och. Wiesz, skoro to ja zajmuję się mediami dla nowojorskiej Ya Basta! – powiedziałem – właściwie trochę się tym martwiłem. Rozważaliśmy różne metody medialne. Ale w zasadzie tutejsza prasa zawsze pozwala glinom opowiedzieć historię, i nie ma sposobu, aby nawet poruszyć temat, powiedzmy, filozofii stojącej za naszymi działaniami. Uwierz mi, próbowałem. Nie ma zainteresowania. Pytają nas tylko, czy będziemy „agresywni”, z ochraniaczami i tarczami jako dowodem, że szukamy walki. Próbowaliśmy stworzyć ten sam efekt, po prostu będąc przesadnie głupkowatymi, z zespołem kazoo, głupimi herbami i kostiumami, tak, że jeśli ludzie po prostu widzą nas w telewizji i nazywają nas agresywnymi, to będzie oczywiste, że coś jest nie tak. Ale nawet wtedy wiemy doskonale, nawet jeśli wszyscy przebieramy się za Dinozaura Barneya z rękami związanymi za plecami, dobry redaktor może znaleźć ujęcie, na którym wyglądamy przerażająco.

– Dodatkowo w prawie wszystkich krajach europejskich stosunki z policją są inne. Wszyscy się znają. Całość przypomina trochę grę.

I tak dalej. Odeszliśmy do innych tematów, ale Starhawk wypowiedziała jej obawy. Powtórzyły się te, które z pewnością przyszły mi do głowy w takim czy innym czasie. Nie miałem pojęcia, czy cokolwiek z tego rzeczywiście zadziała.

1.7. Wtorek, 13 marca


Spotkanie AUTODAWG w National Lawyer’s Guild, 20:00

To było właściwie pierwsze spotkanie z DAWG, na które wszyscy narzekali.

Zaczęło się od raportu. Dwóch aktywistów z Brooklynu właśnie wróciło z Québec City i wszyscy byli zachwyceni pięknem miasta, jego starymi wieżami i anarchistycznym graffiti. Następnie Mac przeszedł do przełomowych wydarzeń. Pozostał na spotkaniu w pizzerii aż do gorzkiego końca i zrobił wszystko, co w jego mocy, aby załatwić sprawę z ISO, która z kolei chciała nas teraz zapewnić, że są całkowicie zaangażowani w sprowadzanie ludzi do Quebecu na akcję bezpośrednią w piątek, a nie tylko marsz związków zawodowych następnego dnia. Ostatnie wydarzenia z Akwesasne również były obiecujące: Kanadyjski Związek Pracowników Pocztowych był zainteresowany pomocą, także niektórzy pracownicy fabryk; Warclub, hip-hopowy zespół Mohawk, chciał być w jakiś sposób zaangażowany; nasi sojusznicy Warrior po stronie kanadyjskiej byli już w kontakcie z rodziną Boots,jedną z najważniejszych rodzin Mohawk po stronie USA i wydawali się zainteresowani, i tak dalej.

Na samym spotkaniu były dwa główne tematy. Pierwszym z nich była CLAC Consulta: w rezultacie powierzono mi odpowiedzialność za koordynację całości. Wywiązała się dyskusja na temat najbezpieczniejszych opcji: pociąg, autobus, samochód.

Drugim była akcja zaplanowana na 1 kwietnia. Enos, lokalny podziemny rysownik, brał w tym udział z przyjacielem imieniem Nicky. Udało im się również z powodzeniem narysować aktywistkę o imieniu Twinkie i był to mały zamach stanu. Twinkie była androgyniczną młodą kobietą, której rodzice pochodzili z Tajlandii, może miała dziewiętnaście lub dwadzieścia lat, z dramatyczną punkową fryzurą, słynącą z wielu rzeczy, ale prawdopodobnie przede wszystkim z ogromnej pojemności płuc. Była bardzo poszukiwana na demówkach ze względu na jej niesamowitą moc głosu, nie wspominając już o umiejętności wymyślania piosenek i sloganów na każdą okazję, na miejscu. Tacy ludzie są, jak można sobie wyobrazić, ogromnym atutem każdej demo. W przeszłości w dużej mierze unikała DAN, woląc pracować z grupami bardziej zorientowanymi na społeczność, ale zdecydowała się zaangażować w organizowanie FTAA. Miała również spore doświadczenie w projektowaniu graficznym.

Enos: Pomyśleliśmy, że skoro NEGAN będzie się spotykać 31-go w Burlington, możemy udać się stamtąd do granicy następnego dnia, co oczywiście jest również dniem Prima Aprilis. Zasadniczo jest to rodzaj akcji reklamowej, rzecz medialna, aby zwrócić uwagę ludzi na problemy, ale także na fakt, że oni systematycznie powstrzymują aktywistów politycznych przed przedostaniem się do Kanady. i to nie tylko zawracają ludzi z mołotowami, ale zwykłych działaczy społecznych.

Mac: W zeszłym tygodniu odmówili wjazdu Lorenzo Komboa Ervin, na podstawie jakiegoś aresztowania trzydzieści lat temu.

Enos: Jeśli myślą, że działasz politycznie, przejrzą twoje dane i jedyne, czego potrzebują, to trafienie na jedno aresztowania i mogą odmówić ci wstępu. To nie musi być nawet przekonanie. W niektórych przypadkach odmawiają ludziom wstępu tylko na podstawie podejrzeń.

Było to oczywiście częścią policyjnych zwyczajów, by dokonywać masowych aresztowań setek osób naraz podczas protestów. Policja DC była szczególnie znana z otaczania i łapania kolumn setek maszerujących, a następnie aresztowania ich za „niewykonanie polecenia rozejścia” Aresztowania nigdy się nie utrzymują, są oczywiście nielegalne, ale w trakcie tego procesu wszyscy są fotografowani i pobierane są odciski palców, a te informacje są następnie umieszczane w międzynarodowych bazach danych.

Nicky: Tak czy inaczej, chodzi o to, by zrobić coś, co uwydatni hipokryzję, ponieważ FTAA ma polegać na wyeliminowaniu kontroli granicznych, z wyjątkiem, oczywiście, oni mają na myśli, że kontrole graniczne dotyczą korporacji, a nie tych, które wpływają na ludzi . Pomyśleliśmy więc, że będziemy mieć grupę aktywistów przebranych za produkty, którzy będą przechodzić. Miałem iść przebrany za dolara. Ktoś inny zamierzał przebrać się za genetycznie zmodyfikowanego pomidora…rozumiecie pomysł. Więc kiedy nas zatrzymują, możemy powiedzieć: „Myśleliśmy, że to jedyny sposób, w jaki możemy przedostać się przez granicę”.

Twinkie: Chciałam iść jako Ubezpieczenie Zdrowotne. Chociaż nadal nie jestem do końca pewna, jak ten kostium miałby działać.

Ktoś: Może sprzedawca ubezpieczeń?

Enos: W każdym razie, moglibyśmy na tej podstawie zrobić jakiś skecz, zorganizować konferencję prasową, podczas gdy w tle kanadyjska policja przesłuchuje i bije garść warzyw. Jesteśmy w kontakcie z kilkoma radykalnymi mediami w Vermont, które z pewnością przedstawią tę historię, i mamy nadzieję, że uda nam się uzyskać WBAI, a może nawet Frontline, dla relacji telewizyjnych.

Mandy: Wiesz, technicznie, jeśli wykluczają jakiegokolwiek Amerykanina z kartoteką aresztowania, to obejmuje to też Busha, czyż nie? Może moglibyśmy namówić kogoś, kto by poszedł jako George W z dużym „DUI” wypisanym na czole?

Steve: Czy to wszystko nie zależy od założenia, że faktycznie zatrzymają nas na granicy? Co się stanie, jeśli po prostu pomachają nam? Tylko ze złości?

Nicky: Nie musisz się tym martwić. Nie tak pracują gliniarze. Jeśli policja ma rozkaz zatrzymania aktywistów, to właśnie to musi zrobić. Niebezpieczeństwo jest większe, że mogą nawet nie zauważyć, że jesteśmy aktywistami. Właśnie o to się martwię.

Enos: Cóż, wszyscy wiemy, że gliniarze są głupi, ale…Myślę, że jeśli zobaczą jakiegoś faceta próbującego przekroczyć granicę przebranego za genetycznie zmodyfikowaną żywność, prawdopodobnie zorientują się, że mają do czynienia z aktywistą.

Stopniowo spotkanie staje się czymś w rodzaju rozmowy. Dwie aktywistki queer, Mandy i Jen, zastanawiają się, czy nie romantyzujemy tych „wojowników mohawk”. Czy tak naprawdę nie mamy do czynienia z ludźmi, którzy nawet w najmniejszym stopniu nie są po tej samej stronie co my w kwestiach takich jak seksizm czy homofobia. Twinkie, Target i Mac przeszkadzają sobie, aby odpowiedzieć, szczegółowo opisując całą historię rad kobiet i konstytucyjne niuanse konfederacji Sześciu Narodów. (Wydaje się, że wszyscy o tym czytali).

– Właściwie – mówi Mac – jednym z głównych osiągnięć Stowarzyszenia Wojowników podczas impasu w Oka było ożywienie systemu Matki Klanu jako alternatywy dla sponsorowanego przez rząd zarządu plemiennego. Do tej pory wszystkie kluczowe decyzje po stronie kanadyjskiej są w rękach rad kobiet. Shawn po Akwesasne ma nadzieję, że podobny proces rozpocznie się po stronie amerykańskiej.

Mandy jest zaskoczona, ale ostrożna.

– Brzmi cudownie. Ale czy nie sądzisz czasem, że to wszystko jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe?

Ta myśl też przyszła mi do głowy, może wszystkim. Trudno było zaprzeczyć, że z punktu widzenia typowego nowojorskiego anarchisty, posiadanie bandy Mohawk Warriors obiecującej otworzyć dla ciebie most – nie mówiąc już o bandzie Mohawk Warriors mających na celu ożywienie matriarchalnej struktury decyzyjnej – było najfajniejszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Możesz się tylko zastanawiać, czy to wszystko nie jest trochę za fajne.

Godzinę później wszyscy spacerowaliśmy do lokalu Świętego Marka na drinki w Grassroots Tavern. Tego wieczoru na Brooklynie odbywała się impreza kultu śmieci. Wszyscy dyskutowali, czy warto jechać. Mac i Moose wdają się w długą dyskusję na temat tego, czy DAN była w tym momencie organizacją wyraźnie anarchistyczną. Czy w DAN są jacyś wyraźnie nie-anarchiści? A przynajmniej, inni niż w DAN Labor? Nikt nie jest do końca pewien. Twinkie znika i pojawia się ponownie piętnaście minut później z kilkoma Radical Cheerleaders i ogromnym stosem sushi wyciągniętego ze śmietnika. Niewielkie napięcia pojawiły się, gdy część z nich nie została wpuszczona do baru z powodu braku dowodu tożsamości. Po krótkiej konsultacji na zewnątrz sprawa została jakoś rozwiązana. Twinkie, odkrywając, że nie jestem wegetarianinem, wciąż podaje mi kawałki sushi z rybą. Nie przepadam za sushi wyciągniętym ze śmietnika, próbowałem je ukryć. Ona ciągle to zauważa. Rufus delikatnie wyjaśnia, że tak naprawdę to jest dokładnie to samo, co kupiłoby się w sklepie dwadzieścia minut wcześniej: istnieją przepisy określające, kiedy sushi należy wyrzucić, a w połowie przypadków, w momencie, gdy je wystawiają, jest już aktywista lub miejscowy dzieciak lub więcej czekających, żeby je zabrać.

1.8. Czwartek, 15 marca

W Toronto Globe and Mail pojawia się oburzający artykuł, w którym pojawiają się pogłoski, że Akwesasne Mohawks będzie nielegalnie „przemycać” przez granicę do Kanady aktywistów z rejestrami kryminalnymi. Najwyraźniej samo Akwesasne ma w Kanadzie reputację jaskini przemytników – głównie alkoholu i tytoniu – więc sugeruje się, że te same łodzie będą przewozić nowy eksport przestępczy – anarchistów – przypuszczalnie dla pieniędzy. E-maile i rozmowy telefoniczne natychmiast są prowadzone na temat sposobu odpowiedzi.

Formacja YABBA w studio Betty, 19:00

Wesoło walimy się nawzajem. Tym razem Smokey wymyślił kombinezon zrobiony z pustych plastikowych butelek po coli, który okazuje się wyjątkowo odporny na najpotężniejsze ciosy naszych miękkich kijów. Przechodzimy przez różne scenariusze obronne: Jak utrzymać linię, jeśli gliniarze po prostu próbują przebić się przez ścianę tarczy. Jak obronić konkretną osobę, którą chcą porwać. Jedną rzeczą, która staje się oczywista, jest to, że przy całym tym sprzęcie będziemy potrzebować co najmniej dwudziestu minut na przygotowanie, zanim będziemy mogli ruszyć do akcji.

Toczy się długa dyskusja na temat herbów: udało nam się zdobyć dość dużą liczbę nadwyżek brytyjskich hełmów dla policji prewencji z katalogu wysyłkowego (każdy ma dwa darmowe gumowe nagolenniki!) i większość z nich pomalowaliśmy na dyniowo-pomarańczowy. Pojawił się plan, aby spersonalizować je poprzez umieszczenie na wierzchu pozorowanych heraldycznych urządzeń: wypchanych pingwinów, lalek kewpie, wiatraków i tego typu rzeczy. Problem polega na tym, jak zauważa Smokey, że to nas zindywidualizowałoby: policja mogłaby z łatwością wybrać każdego z nas do aresztowania, gdyby wszyscy nie wyglądali podobnie. Czy byłoby możliwe umieszczenie jakiegoś gadżetu na szczycie każdego hełmu, aby można było dowolnie podłączać i odłączać grzebienie? W ten sposób moglibyśmy je ciągle zmieniać? Ale projekt wydaje się bardziej kłopotliwy, niż chcielibyśmy poświęcić na niego czasu.

Zapowiedzi: W Burlington od 13:00 do 17:00 w sobotę odbędą się szkolenia prawnicze, prawdopodobnie jedno miniszkolenie tylko dla Yabba.

Emma i Moose wyjeżdżają na trening uliczny.

Smokey i Flamma zwracają uwagę, że nawet bez ochraniaczy formacja Ya Basta! może służyć jako doskonała dywersja. Podczas rajdu anty-sweatshop dwa tygodnie wcześniej, sześciu z nas właśnie założyło kombinezony chemiczne. W chwili, gdy zaczęliśmy zakładać kombinezony, podbiegł gliniarz wysokiej szarży i zapytał, co się dzieje, i przez cały marsz byliśmy przez cały czas otoczeni z czterech stron przez policję. Związaliśmy większość ich sił tylko naszą szóstką.

Zachęcam Saszę, aby dołączył do mnie w consulcie w Quebec City.

1.9. Piątek, 16 marca

Inną rzeczą, która wyłoniła się z czwartkowego spotkania, było to, że jako „minister informacji” Ya Basta!, moim zadaniem było stworzenie komunikatu prasowego będącego odpowiedzią na artykuł Globe and Mail. Po spotkaniu zamknąłem się w swoim pokoju z laptopem i około 2 lub 3 nad ranem wysłałem wersję roboczą na listy Yabba w celu uzyskania opinii:

KOMUNIKAT PRASOWY

Od: Kolektywu Ya Basta! w Nowym Jorku i Nowojorskiej Sieci Akcji Bezpośredniej DAN

W czwartek, 15 marca, w Toronto Globe and Mail pojawił się artykuł, który błędnie przedstawiał wyniki historycznego spotkania między aktywistami amerykańskimi i kanadyjskimi a tradycyjnymi Mohawkami z Akwesasne na początku tego miesiąca.

Wbrew twierdzeniom artykułu nigdy nie było planów „przemycania” aktywistów (nie mówiąc już o „przestępcach” przez granicę. Nasze intencje były od początku jawne i jawne; publiczne oświadczenia zostały opublikowane m.in. za pośrednictwem NYC Independent Media Center (www.nyc.indymedia.org. ) oraz w Internecie. Nie jest to nasza wina, że reporterzy i policja (co do której zakładaliśmy, że monitorują nas dość uważnie!) nie spróbowała sprawdzić tych łatwo dostępnych dokumentów publicznych.

Po przedstawieniu rzeczywistych faktów, kontynuowano, używając dużo języka, który opracowaliśmy w poprzednich dyskusjach w Ya Basta!:

DLACZEGO BYŁO TO KONIECZNE?

Chociaż zawsze byliśmy otwarci, sama FTAA od początku była tajnym projektem, stworzonym przez rządowe i korporacyjne elity przy jak najmniejszym udziale opinii publicznej. Z tego powodu sponsorzy regularnie wykorzystywali granice międzynarodowe, aby uniemożliwić przedstawicielom społeczeństwa zbliżanie się do ich spotkań, mimo że ci protestujący, w przeciwieństwie do traktatu, po prostu wyrażają poglądy przeważającej większości obywateli krajów, których ci sygnatariusze twierdzą, że reprezentują. Podczas spotkań OAS w Windsor w Ontario zeszłego lata, które położyły podwaliny pod FTAA, około dwóch na trzech aktywistów, którzy próbowali przekroczyć granicę z USA, zostało powstrzymanych siłą fizyczną. W ostatnich miesiącach aktywiści próbujący uczestniczyć w spotkaniach w Quebecu zostali zawróceni na granicę, zatrzymani i poddani nielegalnym przeszukaniom i konfiskatom. Mamy wszelkie powody, by sądzić, że władze zamierzają użyć siły, aby uniemożliwić ekologom, członkom związków zawodowych i innym dysydentom politycznym wyrażenie sprzeciwu wobec tajnych negocjacji w Quebec City w kwietniu.

PRZECIW GŁUPOCIE GRANIC

Wykorzystywanie międzynarodowych kontroli granicznych do tłumienia opozycji politycznej jest kolejnym dowodem na to, że proces określany mianem „globalizacji” w rzeczywistości nie jest niczym podobnym; jak również absurdalność nazywania ogromnego ruchu międzynarodowego, który powstał, by przeciwstawić się mu w imię globalnej demokracji, „ruchem antyglobalistycznym”. Czas porzucić propagandę i zacząć szczerze mówić o tych rzeczach. Gdyby „globalizacja” miała cokolwiek znaczyć, oznaczałaby stopniowe znoszenie granic państwowych, aby umożliwić swobodny przepływ ludzi, mienia i idei. Korporacyjna „globalizacja” oznacza coś dokładnie odwrotnego: oznacza uwięzienie biednych za coraz bardziej ufortyfikowanymi granicami, aby bogaci mogli korzystać z ich desperacji. Liczba uzbrojonych strażników wzdłuż granicy amerykańsko-meksykańskiej wzrosła ponad dwukrotnie od czasu podpisania NAFTA; uchodźcy i osoby ubiegające się o azyl marnieją niczym przestępcy w dwudziestotrzygodzinnej blokadzie; społeczności imigrantów żyją w ciągłym terrorze. Tego samego możemy spodziewać się tylko wtedy, gdy NAFTA zostanie rozszerzona na całą półkulę zachodnią.

Zamiast tego, Ya Basta! wzywa do zniesienia granic państwowych i uznania zasady globalnego obywatelstwa. Wierzymy, że każda istota ludzka urodzona na tej planecie ma prawo żyć tam, gdzie chce, a jej życiowe szanse nie zależą od jakiegoś przypadkowego geograficznego przypadku narodzin. Uważamy, że każdy człowiek ma równe prawo do podstawowych środków egzystencji: powietrza, wody, żywności, schronienia, edukacji i opieki zdrowotnej. Chcemy, aby autorytet państw narodowych stopniowo się rozpadał, a władza była przekazywana wolnym społecznościom na podstawie prawdziwej demokracji gospodarczej i politycznej; proces, który doprowadzi do wylania się nowych form bogactwa i kultury, których zubożałe umysły obecnych władców świata nie były w stanie sobie wyobrazić. Sieć Akcji Bezpośrednich DAN oferuje swój sukces jako szybko rozwijająca się federacja kontynentalna, oparta na zasadach demokracji bezpośredniej i zdecentralizowanym podejmowaniu decyzji poprzez konsensus, jako żywy dowód na to, że rządzący – w tym wybrani „przedstawiciele” – są po prostu niepotrzebni. Zwykli ludzie są doskonale zdolni do kierowania własnymi sprawami w oparciu o równość i prostą przyzwoitość.

Granice państwowe zostały stworzone przez przemoc i są utrzymywane przez przemoc. Są pozostałością barbarzyńskiego wieku, który ludzkość musi ostatecznie przezwyciężyć, jeśli ma przetrwać. Odmawiamy uznania ich zasadności.

ZA SAMOOKREŚLENIEM WSPÓLNOT I SUWERENNOŚĆ MOHAWK

Decydujemy się na podróż przez Cornwall, aby wyrazić naszą solidarność z narodem Mohawk i nasze uznanie dla jego suwerenności nad terytoriami, które zajmował na długo przed istnieniem rządów USA i Kanady. Nic nie ilustruje szaleństwa granic państwowych bardziej niż fakt, że te same rządy, które prowadziły ludobójczą wojnę przeciwko Mohawkom, teraz roszczą sobie prawo do decydowania, kto może przejść z jednej części terytorium Mohawków na drugą. Nasza solidarność z naszymi siostrami i braćmi Tradycyjnymi Mohawkami jest zakorzeniona w naszym poparciu dla regionalnej autonomii i wspólnotowego samostanowienia w obliczu aroganckiej władzy państwa; ale także, z naszym głębokim szacunkiem i podziwem dla Narodu, którego wkład polityczny – stworzenie federacyjnej konstytucji bez scentralizowanego państwa, zbiorowe zarządzanie zasobami, poszanowanie indywidualnej autonomii, rola w zaprowadzaniu pokoju, polityczne upodmiotowienie kobiet – dostarcza wielu z nas wizji tego, jak może funkcjonować przyszłe sprawiedliwe społeczeństwo, co jest o wiele bardziej przekonujące niż Konstytucja Stanów Zjednoczonych, która była częściowo przez nią zainspirowana. Pragniemy podziękować naszym przyjaciołom z Mohawk za ich hojne zaproszenie i wyrazić nasze głębokie zaangażowanie w dalszą walkę o suwerenność, prawa społeczne i sprawiedliwość społeczną, tak jak uznali nasze prawo, jako obywateli świata, do ujawnienia naszej obecności politykom, którzy ośmielają się występować w naszych imieniu w Québec City w dniach 19-21 kwietnia.

Komunikat kończył się numerami do Ya Basta! (mój), DAN (Eric), i Wojowników Mohawk (Shawn).

1.10. Sobota, 17 marca

21:00, w sobotni wieczór odbywa się wielka impreza zapatystowska. Miesiąc wcześniej EZLN wkroczyła do Mexico City, by lobbować za ustawą o autonomii tubylców, a film już się ukazał. Pokazowi towarzyszyły relacje od dwóch osób z DAN, które w tym czasie tam były.

Potem imprezy. Pow-wow przed jedną z nich o komunikacie prasowym. Czas jest z pewnością najważniejszy, ale (kilka osób się pyta) czy nie powinniśmy wyjaśnić tego z Mohawkami przed wydaniem? Moose mówi, że zadzwonił do Shawna, a Shawn powiedział tylko: „Cóż, nie prosimy cię o zatwierdzenie naszych komunikatów prasowych”. Eric z DAN Media Collective zgadza się wysłać je przez Blast Fax do każdego większego serwisu informacyjnego w kraju następnego dnia, a kopia pojawi się na stronie internetowej.

Nie jest jasne, czy ktoś to kiedykolwiek przeczytał. Na pewno nikt nigdy do nas nie oddzwonił. Wszystkie takie wielkie stwierdzenia po prostu znikają w eterze, tak jak wszystkie artykuły i listy, które regularnie wysyłamy do gazet przed ważnymi akcjami. Następnie te same media, które odmawiają ich prowadzenia, skarżą się swoim czytelnikom, że nie można dowiedzieć się, do czego właściwie dążą te antyglobalistyczne typy.

1.11. Niedziela, 18 marca


Spotkanie DAN w Charas

Kolejne długie spotkanie. Przedłużona dyskusja na temat aktualnego stanu negocjacji z Shawnem i OCAP.

Mac wzywa DAN do poparcia akcji w Cornwall: najlepiej, jak mówi, zrobić to tak szybko, jak to możliwe przed następnym spotkaniem NEGAN trzydziestego pierwszego, aby upewnić się, że ludzie udają się na akcję bezpośrednią, zamiast wyjeżdżać autobusami związkowymi następnego dnia. Więc popieramy to.

Toczy się długa dyskusja na temat zbiórki pieniędzy planowanej w miejscu zwanym Patelnią, historii Globe and Mail i innych podobnych, a zwłaszcza wydarzenia medialnego zaplanowanego na Prima Aprilis. Grupa robocza 1 kwietnia już się utworzyła i wypracowała szczegóły:

Enos: Ten ostatni artykuł w Globe and Mail jest właściwie symptomatyczny dla rodzaju prasy, jaki otrzymujemy. Wszystko jest prawie takie samo: będziemy agresywni, destrukcyjni, jesteśmy bandą łobuzów, niereprezentujących nikogo ani niczego, przychodzących, by podpalić miasto. Próbowaliśmy więc wymyślić, jak udostępnić bardziej realistyczne obrazy tego, kim jesteśmy i o co nam chodzi. W ten sposób wpadliśmy na pomysł zrobienia akcji z zabawnymi kostiumami, czymś głupim i nieszkodliwym. Pomysł był taki, że możemy to zrobić 1 kwietnia, czyli nie tylko Prima Aprilis, to dzień, w którym SalAMI przeprowadza akcję „pokaż tekst” w Ottawie. Pojawiamy się na granicy, mówimy grzecznie, że dołączymy do protestów w Ottawie; zostajemy zawróceni; organizujemy konferencję prasową. Wyjaśniamy im, że to jest to, co chcemy zrobić, żeby zainteresować media.

To prawie wszystko. Jednak aby to zadziałało, będziemy potrzebować dużo więcej osób na spotkaniach. Ostatnim razem dostaliśmy tylko trzy lub cztery. Jadę jako Bush, Nicky będzie banknotem dolarowym. Julie z Urban Justice League będzie genetycznie zmodyfikowanym pomidorem…

Target: Szkoda, że jest to pierwszego, właściwie, bo to jest dzień, w którym organizują męskie warsztaty antyseksizmu w Charas.

Nicky: O tak. Ups. Cóż, miejmy nadzieję, że nie będzie to ostatnie.

Spędzam większość następnego tygodnia, próbując dowiedzieć się dokładnie, jak wygląda wynajmowanie samochodu (nie jeżdżę), przygotowując się do Quebecu. Kilka osób twierdzi, że może być zainteresowanych przyjazdem, ale tylko jedna dociera: Dweisel z kolektywu Free CUNY. Czyli czworo z nas w jednym samochodzie. Pomijam spotkanie Ya Basta! w przyszłym tygodniu i ruszam w następny weekend.

2. Wycieczka do Quebec City

Oto historia mojej pierwszej podróży do Quebec City. Jedną dziwną rzeczą w miesiącach poprzedzających akcje FTAA było to, że nasze krajobrazy wyobraźni nieustannie przeskakiwały tam i z powrotem. Kiedy Jaggi i jego przyjaciele byli w mieście, wszystko dotyczyło Quebec City i tamtejszego muru. Po miesiącu spotkań w Nowym Jorku wszystko to stało się upiorne, niematerialne; Cornwall, Mohawkowie, działania na granicy, wszystko to wydawało się namacalne i realne. W następny weekend wszystko się odwróciło i wyszedłem z tego całkowicie, całkowicie zdeterminowany, by dotrzeć na Szczyt. Ta determinacja miała w pewnych momentach wywołać znaczne napięcie u niektórych moich przyjaciół, ale nigdy jej nie porzuciłem.

2.1. Piątek, 23 marca 2001

Dzień spędziłem głównie na prowadzeniu samochodu. Ja, Emma, Sasha, trójka z Ya Basta! i Dean z Free CUNY Collective, wyruszyliśmy z miasta dość wcześnie rano z zapasem wegańskiego jedzenia i dużą kolekcją kaset muzycznych.

Technicznie rzecz biorąc, Sasha, filmowiec, tak naprawdę nie jechał na consultę, ale na konferencję Independent Media Center, która odbywała się kilka przecznic dalej w tym samym czasie. Lubił też nieocenioną jakość cieszenia się całodniową jazdą, co było dobre, ponieważ w ogóle nie prowadziłem. Emma, która przemawiała w imieniu Ya Basta! pomimo tego, że zamierzała działać w Black Bloc, była dobrze zapowiadającą się artystką, także po dwudziestce, znaną z instalacji w całym mieście. Oddana weganka, pracowała w sklepie ze zdrową żywnością na Dolnym Manhattanie. Dean był studentem socjologii, wysokim, schludnym, trochę podobnym do młodego Montgomery Clift. Wyruszył głodny, namówił nas do zatrzymania się na porządne śniadanie, a wkrótce potem zaczął narzekać na chorobę lokomocyjną. Wyciągnąłem Dramamine z puszki z lekarstwami. Wziął, prawie natychmiast skłonił głowę i spędził prawie całą wycieczkę z Hudson Valley do Montrealu przysypiając na tylnym siedzeniu.

Przejście graniczne przeszliśmy bez problemu, starając się wyglądać jak najczyściej. (Emma próbowała zakryć zielone części włosów małą czapką z pończochą i naciągnęła bluzę z kapturem na T-shirt Clashu, ale zastanawialiśmy się, czy to w ogóle było konieczne. Jak zauważyła Sasha, amerykańscy punkrockowcy dość regularnie wjeżdżają do Kanady). Sasha, siedzący za kierownicą, wyjaśnił, że jedziemy na Niezależną Konferencję Mediów, twierdzenie to było nieskończenie bardziej przekonujące, ponieważ obok niego leżała duża droga kamera wideo (od czasu do czasu zatrzymywał się, żeby to zrobić panoramiczne ujęcia wsi). Policjanci na granicy przepuścili nas. Przejechaliśmy przez Montreal, wpatrując się w gigantyczną składaną mapę do muzyki profesora Longhaira, gubiąc się tylko raz, podziwiając billboardy reklamujące wakacje na Kubie (pierwszy dramatyczny dowód, że naprawdę jesteśmy w innym kraju) i rozpoczęliśmy ostatni, płaski, raczej ponury bieg do Quebecu, gdy słońce zaczęło zachodzić. Do samego miasta dotarliśmy wczesnym wieczorem.

Przybywamy

Poruszanie się po samym mieście nie jest łatwe. Wydaje się, że urbaniści nie widzieli nic złego w ułożeniu trzech lub czterech ulic jednokierunkowych pod rząd, wszystkie biegnące w tym samym kierunku; wydawali się też nie czuć, aby umieszczanie nazwisk na tych ulicach jest bardzo ważne, przynajmniej w takim miejscu, w którym można je zobaczyć. Do tego instrukcje CLAC, których używamy, są wyjątkowo złe. Wreszcie udaje nam się zlokalizować nasz pierwszy przystanek: Independent Media Center.

Właściwie IMC jest dość standardowym pierwszym przystankiem, gdy przyjeżdżasz do nowego miasta, ponieważ miejsce to prawie nigdy nie jest puste i zawsze pełne informacji. Technicznie rzecz biorąc, budynek, do którego przybyliśmy, nie był dokładnie IMC, ale CMAQ (Centre des medias alternatifs du Québec; wymawiano to „smack”), prowadzonym przez finansowaną przez organizację pozarządową grupę medialną zrzeszoną w SalAMI o nazwie Alternativs. Przynajmniej tego dowiadujemy się od Madhavy, czasami z nowojorskiego IMC, czasami doradcy obozowego w Poughkeepsie, który siedzi zgarbiony nad komputerem i drapie niechlujną blond brodę.

– Dobrą rzeczą w Alternativs – mówi – jest to, że mają pieniądze. Mnóstwo. Sprzętu mamy po dziurki w nosie. Niezbyt miłą rzeczą jest to, że mają niezwykle tradycyjną, odgórną ideę organizacji dziennikarskiej: przydziały tematów, redaktorzy przy biurkach…tego typu rzeczy. Oczywiście, daj nam trochę czasu – wskazując na inne stare ręce IMC skulone na małym spotkaniu po drugiej stronie sali. – Zdemokratyzujemy rzeczy.

Przedstawia nas drobniutkiej, nieco wróżkowej kobiecie o imieniu Isabel, która następnie daje nam wskazówki. Następne dwadzieścia minut wędrujemy po stromym wzgórzu do Centrum Powitalnego CLAC/CASA, w pięknym starym budynku z wyjątkowo ciężkimi drewnianymi drzwiami, tylko po to, by odkryć, że Centrum Powitalne to tak naprawdę tylko miejsce, w którym można znaleźć mieszkanie, a my już mamy mieszkania w kolejce (wszystko zostało uzgodnione telefonicznie z ludźmi z CLAC, zanim wyruszyliśmy). Wreszcie około godziny 22, po zabezpieczeniu tego, co uważamy za odpowiednią mapę, wracamy do samochodu i ruszamy na spotkanie z naszymi gospodarzami.

Nasi Gospodarze

Nasi gospodarze, jak się okazało, mieszkali w niezwykle pięknej okolicy, same gzymsy i kominy oraz malutkie sklepiki ustawione w narożnikach dziewiętnastowiecznych bloków. Wyglądało to trochę jak West Village, ale o wiele mniej pretensjonalnie – pomyślałem, częściowo dlatego, że znajdowało się na niesamowicie stromym wzgórzu i nigdy nie było poważnie zgentryfikowane. Później dowiedziałem się, że to serce Jean Baptiste, jednej z niewielu „popularnych” dzielnic pozostawionych w górnej części miasta w pobliżu starego, otoczonego murami miasta, obecnie w większości pełnego hoteli i centrów konferencyjnych.

– Witajcie, moi rewolucyjni przyjaciele! – rozpromienił się młody człowiek, który przywitał nas w drzwiach.

Otaczało go pięciu czy sześciu młodych ludzi, praktycznie stłoczonych, aby pokazać swoje szczęście po naszym przybyciu, ale tylko on rozmawiał prawie przez całą noc – przypuszczalnie dlatego, że jako jedyny miał jakąkolwiek kontrolę nad konwersacją w języku angielskim.

Podsumowując, grupa wyglądała prawie dokładnie tak, jak można by sobie wyobrazić, że powinna wyglądać grupa rewolucjonistów – przynajmniej jeśli wiedziałeś tylko, że pochodzili z miejsca, które pod pewnymi względami przypominało Europę, ale pod innymi Amerykę Łacińską. Pierwszy, który nas przywitał, był wysoki, prawie wychudzony, z beretem i brodą Mefistofela. Mówił łagodnie w swoim niepewnym angielskim, wyglądał prawie dokładnie jak Lew Trocki. Jego towarzysz z ciemną brodą udawał wiarygodnego Che Guevarę; trzeciego mężczyznę imieniem Pascal, z długim kucykiem i koszulką z Che Guevary, było trudniej sklasyfikować. Nie wydawał się odpowiadać żadnemu rewolucyjnemu bohaterowi, jakiego pamiętałem, ale nie mogłem przestać myśleć, że jeśli takiego nie było, to naprawdę powinien być. (Zapytałem siebie: dlaczego zakładamy, że jeśli ktoś poświęcił dużo czasu i energii na upewnienie się, że wygląda dokładnie tak, jak naszym zdaniem powinien wyglądać rewolucjonista, to samo w sobie czyni go w pewnym sensie nieautentycznym? Większość kapitalistów poświęca dużo czasu i energii na upewnienie się, że wyglądają dokładnie tak, jak zakładamy, że kapitaliści powinni wyglądać. Nikt nie sugeruje, że to czyni ich mniej kapitalistami).

W salonie były też dwie nastolatki, które wydawały się w dużej mierze ozdobne: nigdy nie odzywały się w naszej obecności, nawet po francusku, choć niezmiennie zaczynały mówić, gdy tylko wychodziliśmy z pokoju. Później dowiadujemy się, że oboje mają około siedemnastu lat i są zawstydzone nieznajomością angielskiego.

W mieszkaniu znajdowały się dwie sypialnie, duży hamak i kilka mat już rozłożonych pod śpiwory. Nasi gospodarze byli oczywiście przyzwyczajeni do wielu gości. Właściwie było to całkiem typowe mieszkanie aktywistów studenckich: niekończące się półki na książki, wszystkie książki po francusku, tomy kreskówek i poezji porozrzucane na używanych meblach, ironiczne plakaty religijne, lewicowe czasopisma, lodówka w większości pełna resztek jedzenia na wynos. – Jesteście głodni? – zapytał Trocki. Emma spytała, czy mają wegańskie jedzenie, a Trocki, zapewniając ją, że tak, idzie do kuchni, żeby je znaleźć.

– Nie powinnam była o to pytać – uświadomiła sobie, gdy stoimy i uśmiechamy się do naszych cichych towarzyszy. – Założę się, że to jest jak w Polsce. Jeśli poprosisz ludzi w Polsce o wegetariańskie jedzenie, uznają, że oznacza to mało mięsa. Jeśli poprosisz o wegańskie, myślą, że oznacza to „właściwie jest wegetarianinem”. Prawdziwy weganin, o którym nigdy nie słyszeli.

– Może powinniśmy byli coś znaleźć po drodze – powiedział Dean.

– Prawdopodobnie i tak nie bylibyśmy w stanie niczego znaleźć o tej porze.

Che przynosi wino, Trocki przynosi chleb i wędliny. To wszystko jest niezwykle smaczne. Emma próbuje trochę chleba, patrzy podejrzliwie na resztę; później, gdy nasi gospodarze nie patrzą, zakrada się do innego pokoju, wyciąga plecak i prezentuje gigantyczną kadź organicznego masła orzechowego i trochę chleba pita.

Przy winie wyjaśniamy, że wszyscy jesteśmy anarchistami, pracującymi z CLAC/CASA. Trocki – właściwie nazywa się Sebastien – wyjaśnia, że tak, rozumieją, że jesteśmy powiązani z CLAC. Tutaj wszyscy są trockistami – ale, jak szybko dodaje, „nie należą do żadnej sekty”. Są z GOMM (Group Opposed to the Globalization of Markets – Grupa Przeciwna Globalizacji Rynków), a Sebastien jest także z OQP (Opération Québec Printemps 2001), która organizowała logistykę dla protestów (wymawiano to jako „occupee”, odpowiednio, biorąc pod uwagę, że planowali różne okupacje kampusów). GOMM stoi na stanowisku, że kluczowe jest branie udziału w większych ruchach społecznych, nawet jeśli są reformistyczne, po to, aby je zradykalizować.

– Oczywiście – kontynuuje – w Quebecu, ze względu na sytuację polityczną, każda grupa musi zająć określone stanowisko: albo jesteś za natychmiastową niezależnością, albo jesteś za jakąś autonomią w koalicji z grupami robotniczymi w anglojęzycznej Kanadzie. Musieliśmy więc zająć stanowisko. Jesteśmy za całkowitą niezależnością. Ale pracujemy głównie ze związkami studenckimi – co w Quebecu, wyjaśnił Sebastien, jest nieco niezwykłą sytuacją ze względu na niezwykle dziwną formę systemu edukacyjnego.

W latach 60. długoletni, staromodny prawicowy gubernator, który rządził Quebekiem przez dwadzieścia lat, został ostatecznie przegłosowany. Miał poczucie, że nie więcej niż dwadzieścia procent potrzebuje wyższego wykształcenia. Nowy gubernator podniósł tę poprzeczkę do sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu procent. Wykorzystał jednak model z Kalifornii: nie ten system, który mają teraz w Kalifornii, ale dziwaczny model używany w Kalifornii między 1954 a 1964 rokiem, w którym jeden rok z liceum i jeden z uniwersytetu tworzą dwuletnią Szkołę Kandydatów. Wyjaśnił, że ci studenci kandydaci są nadal najbardziej radykalni, znacznie bardziej niż studenci Uniwersytetu. i wszyscy będą strajkować dla FTAA. (Niektórzy zajmą też uczelnie). Mogliby wystawić na protesty nawet do pięćdziesiąt tysięcy, jeśli się w pełni zmobilizują. Prawdopodobnie nie. Cóż, na pewno wyjdzie co najmniej dwadzieścia tysięcy. (Dwie milczące dziewczyny reprezentują tę warstwę).

W miarę upływu wieczoru pojawia się więcej jedzenia, a skutki głodu zastępowane są przez skutki wina. Wszyscy odkrywamy, że naprawdę jesteśmy zafascynowani dynamiką socjalistycznej polityki Quebecu. Sebastien jest szczęśliwy i rozmowny. Inni pojawiają się i wychodzą. Rozmowa z Sebastienem jest czasem trochę frustrująca, ze względu na jego typowy trockistowski zwyczaj używania terminu „my” („nie lubimy pracować z tą grupą”, „zajmujemy w tej sprawie mocne stanowisko”, bez mówienia tego, co znaczy „my”). Zazwyczaj nie odnosiło się to do GOMM. Wydawało się, że odnosi się do znacznie ściślejszej marksistowskiej organizacji, która postrzega GOMM jako część szerszego frontu ludowego, co oczywiście było dla nich obowiązkiem, aby zbudować jak najszerszy. Dlatego nie chcieli być zbyt radykalni ani zbyt wojowniczy. Ale nigdy nie słyszeliśmy jego nazwy. Nie, żeby nam to naprawdę przeszkadzało. Sebastien wyjaśnił, że GOMM nie współpracował bezpośrednio z CLAC i CASA ani nie uczestniczył w ich radach (wydawało się, że zamiast tego wybierają się na rady SalAMI), ale planuje swoje własne działania, klasyczne pokojowe nieposłuszeństwo obywatelskie w stylu Seattle, z blokadami i ograniczeniami. Chcieli jednak skoordynować te działania z CLAC, aby mieć pewność, że znajdą odpowiednie miejsce, które może być zarezerwowane dla klasycznego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego. Najlepiej byłoby zablokować jedną autostradę, która prowadzi do muru. Wskazuje na mapę w broszurze informacyjnej CLAC/CASA, która już leży na rogu stołu. – Widzisz, tutaj, w Strefie H.

– Masz na myśli podstawę wzgórza tam? – pyta Dean. – Nie są strasznie strome?

– Tak, myślę, że mijaliśmy je pięć, czy sześć razy, kiedy się dzisiaj wieczorem gubiliśmy – potwierdza Sasha.

– Ta. Jest zbyt strome, by nadawała się do czerwonej taktyki. Próba szarży pod górę tam byłaby samobójstwem.

Sebastien chce, abyśmy przekazali dobre słowo na rad przedstawicielskiej, a my oczywiście się zgadzamy. Rozmowa wraca do złożonej dynamiki budowania koalicji anty-FTAA. Pascal wyciąga ksero z rodzajem schematu blokowego, ilustrującą trzy lub cztery różne konfederacje robotnicze, grupy parasolowe, pełne kółek, strzałek i sojuszy. Rzecz w tym, że w Kanadzie panuje tak szerokie uzwiązkowienie, w każdym razie w porównaniu z USA, i wiele związków jest wojowniczych.

– Co właściwie – mówię – powoduje, że zastanawiam się nad pewnymi możliwościami. Czy ktoś pomyślał o rozmowie z pracownikami hotelu w miejscu, w którym faktycznie odbędzie się Szczyt?

Sasha energicznie kiwa głową.

– A może bardziej odpowiedni związek dostawców żywności.

Sebastian się uśmiecha.

– Tak, właściwie, kilka osób rozmawiało z organizatorami dla niektórych pracowników Centrum Konferencyjnego o możliwości dodania środków przeczyszczających do wielkiej uczty. Nie była to nawet poważna dyskusja, podobnie jak wygłaszanie głupich pomysłów. Już następnego dnia organizatorzy Szczytu publicznie ogłosili, że będą korzystać z własnych specjalnych firm cateringowych, a cała żywność zostanie przywieziona z innej prowincji.

2.2. Sobota, 24 marca


DZIEŃ 1 CONSULTY

Po śniadaniu zostawiamy Sashę w IMC i kierujemy się do rady delegatów, która odbywa się pod starym miastem, w jakimś budynku edukacji dorosłych wzdłuż szerokiej alei zwanej Réne-Lévesque. Rady dopiero się zaczynają. Przedpokój to długi korytarz z automatami, mała nisza do picia kawy i ogromny stół pełen literatury aktywistów.

Stół na zewnątrz

Na stole niekończące się stosy papierów. Ułożone w schludne stosy są wszystkie materiały informacyjne, które zawsze można zobaczyć w każdej akcji: informacje prawne, informacje medyczne, zasoby dla niezależnych dziennikarzy. Istnieją również różne wezwania do działań granicznych, jeden do akcji feministycznej, liczne gazetki informacyjne na temat samej FTAA i szkód, jakie wyrządzi ona prawom pracowniczym i środowiskowym, pełne dramatycznych nagłówków i ilustracji kreskówek. Większość jest dwujęzyczna; kilka jest tylko po francusku. Dostępne są piękne plakaty „Carnival Against Capitalism” za sugerowaną składkę w wysokości dziesięciu dolarów, niepilnowane, z miską przed nimi na pieniądze. Biorę dwa, zostawiam dwadzieścia dolców amerykańskich. Na samym końcu tabeli znajduje się bezcenna dziesięciostronicowa broszura zatytułowana „Szczyt Ameryk…Od A do Z”. Wyjaśnia, czy jest CLAC i CASA, z planem działania, przewodnikiem turystycznym dla gości o poglądach politycznych, informacjami dotyczącymi transportu, adresami URL i, co najważniejsze, mapą miasta z zarysem muru bezpieczeństwa, podzielonego na strefy. To ten, który wczoraj leżał na stole. Biorę dwa.

Jest też ogromna miska pełna naklejek domowej roboty, najwyraźniej za darmo:

FTAA: umowy o wolnym handlu zagrażają naszym lasom.
JEBAĆ samochody.
Nie bój się technologii. Bój się tych, którzy ją kontrolują.
Żaden rząd nigdy nie da Ci wolności.
Serce bogacza to pustynia. Serce anarchisty to królestwo.
To nie zaczęło się w Seattle. To się nie skończy w Quebec City.

CHOLERA JASNA! Lepiej coś zróbmy…
Koniec z władzą korporacji! (z kreskówką maski gazowej)

NAJLEPSZA ZABAWA OD SEATTLE: QUEBEC CITY. (z inną kreskówką maski gazowej)

Ręce precz od naszych ciał.(ze zdjęciem nagiego kobiecego torsu)

Uzbrojony i niebezpieczny.(z kreskówkowym wizerunkiem strasznie wyglądającego gliniarza)

Bez względu na to, na kogo głosujesz, wciąż tu jestem.(z kreskówkowym wizerunkiem jeszcze bardziej przerażającego policjanta)

Wraz z nimi są różne malutkie kolorowe przyciski, sugerowana darowizna w wysokości pięćdziesięciu centów, z sympatyczną maskotką szopa pracza CLAC, z pięścią w powietrzu. (Anarchiści mają słabość do małych zwierząt futerkowych, zwłaszcza jeśli mieszkają pod ziemią.) Jednak bez T-shirtów. Dean bierze kilka przypinek. Potem wchodzimy.

Pokój w środku

Wewnątrz znajduje się bardzo duża sala, w której zwykle odbywają się recitale taneczne, a może gimnastyka. Podłogi są z polerowanego drewna, a jedna ściana wykonana jest w całości z luster. Już teraz siedzi tam około stu pięćdziesięciu do dwustu aktywistów w gigantycznym kręgu pośród niekończących się stosów płaszczy i innego sprzętu. Przy drzwiach stoi stolik rejestracyjny, do którego przychodzi młoda kobieta z pudełkiem pełnym kwadracików kolorowego papieru, która zapewnia nas, że spotkanie trwa najwyżej dwadzieścia minut. Szeptane wyjaśnienia: każdy, kto weźmie udział w spotkaniu, może zabierać głos, ale tylko delegaci mogą głosować. Każdy kolektyw lub grupa afinicji ma prawo do dwóch głosów, oznaczonych papierowymi kwadratami. Czy nasze grupy upoważniły nas jako delegatów? Tak? Wręcza nam dwie kartki, jedną czerwoną, jedną niebieską. – O tak – mówi – prawie zapomniałam. Żaden z was jest pracującym dziennikarzem lub w jakikolwiek sposób jest powiązany z policją?

– Jak myślisz?

– No wiesz, musimy zapytać.

Jako delegat NYC DAN, Lesley już dołączyła do kręgu, wraz ze swoją podwózką, aktywistką o imieniu Lynn, również z Nowego Jorku, która pracuje z Rainforest Relief. Wszędzie wymieniamy się uściskami. Obie zbudowały już na swojej części podłogi małe gniazdo dokumentów, płaszczy, swetrów, termosów i tym podobnych. Wyjmuję sprzęt terenowy, na który składa się tani notatnik na spirali i bardzo drogi rapidograf (pióra techniczne: lubię je, bo nie trzeba wywierać żadnego prawdziwego nacisku na pisanie, więc dłoń nie będzie miała skurczy, jeśli trzeba pisać godzinami, co na takich spotkaniach zwykle robiłem). Rozpakowuję kilka kaszmirowych swetrów, które mają służyć jako poduszki, mój wkład w gniazdo i wszyscy zaczynają szeptać.

Pierwsze pytanie jest nieuniknione.

– Więc o co chodzi z głosowaniem? Jakiego rodzaju procesu tu używają?

– Cóż, to interesujące – wyjaśnia Lesley. – CLAC jest pod tym względem trochę dziwny. Co do CASA, to nigdy nawet nie zorganizowali rady. Myślę, że naprawdę dobrze sobie radzą z ludźmi bez doświadczenia. Zasadniczo, – dodała – aktywiści w Quebec City do niedawna nie mieli w ogóle żadnego doświadczenia z procesem konsensusu; uczą się go całkowicie od zera. Ale osiągnęli już ogromny postęp, przechodząc w ciągu ostatnich kilku miesięcy od systemu głosowania większościowego do pewnego rodzaju systemu pół-konsensusu, w którym, jeśli nie uda im się znaleźć konsensusu za pierwszym razem, przechodzą do głosowania superwiększością siedemdziesięciu pięć procent głosów. Kończy się to tak samo, jak w przypadku pełnego konsensusu. Większość osób prowadzących to spotkanie pochodzi jednak z Montrealu, a niektórzy z nich to bardzo doświadczeni facylitatorzy. CLAC stosuje również dość nietypowy system na zmianę, jest to trochę kontrowersyjne, w którym nalegają na ścisłą równość płci. W przypadku każdej kwestionowanej propozycji występują naprzemiennie jedna kobieta opowiadająca się za propozycją, jeden mężczyzna za, jedna kobieta przeciw propozycji, jeden mężczyzna przeciw. W praktyce okazuje się to bardziej praktyczną regułą niż ścisłą praktyką, ale jest to przydatny sposób, aby upewnić się, że nikt nie zapomni o podstawowej zasadzie.

– Proces – wyjaśnia dalej – jest nieco bardziej formalny niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Dzieje się tak po części dlatego, że jest to technicznie konsultacja, a nie właściwa rada delegatów: lokalni organizatorzy wymyślają szerokie ramy działania, ale chcą, aby grupy afinicji pochodzące spoza prowincji udzieliły im porady. Chcą też dowiedzieć się, co zamierzają zrobić ci z zewnątrz. Dlatego plan jest taki, aby szybko przejść z walnego zgromadzenia na sesję breakout, gdzie podzielimy się na małe, łatwe do opanowania grupy i każda z nich odpowie na szereg pytań dostarczonych przez organizatorów. Pod koniec sesji wszyscy wyjaśnią, co ich grupa afinicji planowała, że będzie robiła podczas Szczytu. Stanie się to podstawą, dzięki której facylitatorzy będą mogli skonstruować listę różnego rodzaju działań (blokady, teatr uliczny itp.), co z kolei pozwoli na kolejną przerwę, umożliwiając konsultowanie się w małych grupach z tymi, którzy zamierzają robić mniej więcej to samo. Potem będzie kolacja i impreza, a następnego ranka zbierzemy się ponownie na końcową sesję plenarną.

W większości rad jest dwóch facylitatorów: jeden mężczyzna, jedna kobieta. W tej jest ich czworo. Wynika to głównie z problemu językowego: miejscowi ludzie z CASA wydają się mówić tylko po francusku; aktywiści z Montrealu przełączają się tam i z powrotem zgodnie z żadną logiką, której nie potrafię rozszyfrować; wszyscy inni mówią po angielsku. Na szczycie koła na krzesłach siedzą więc cztery osoby: dwie najwyraźniej ułatwiające, dwie tylko do tłumaczenia – chociaż w praktyce obserwuję (przez większość czasu mam zeszyt, pisząc wściekle obserwacje) wydają się okresowo zmieniać. Z wyjątkiem Jaggiego, który najwyraźniej stara się utrzymać jedynie rolę pomocniczą.

Kiedy weszliśmy, facylitatorzy odpowiadali na prośbę radykalnego zespołu wideo o nagranie części postępowania; po wysłuchaniu zwykłych zastrzeżeń wniosek zostaje przeformułowany: zaprosimy ich do powrotu późnym popołudniem, kiedy nie będziemy omawiać planów działania, a jedynie logistykę, a następnie ponownie poddamy go pod głosowanie. (Oczywiście, w końcu, jest dużo sprzeciwu.) Kobieta z CASA, o której myślę, że nazywała się Celine, zaczęła od podsumowania informacji już wydrukowanych w materiałach informacyjnych.

Celine[7]: Te kolorowe bloki nie są stałe i niekoniecznie będą fizycznie oddzielone, chociaż będziemy mieli jeden obszar zarezerwowany dla Zielonego Bloku. To są:

Zielony Bloc to bardziej artystyczny, świąteczny styl demo, w którym nie ma ryzyka obrony.

Żółty Bloc to przeszkadzanie. Klasyczne nieposłuszeństwo obywatelskie bez przemocy. Jest defensywny, pokojowy: na przykład blokady lub próby okupowania terenu, które wiążą się z określonym ryzykiem aresztowania.

Czerwony Bloc jest destrukcyjny. To blok zakłócania, który będzie próbował przerwać Szczyt, którego uczestnicy powinni być świadomi wysokiego ryzyka represji i aresztowań. Spodziewamy się tutaj kreatywnych, różnorodnych stylów działań zakłócających.

Kładziemy nacisk na „zakłócenie”, ponieważ od samego początku CLAC i CASA doszły do wniosku, że biorąc pod uwagę ograniczenia muru bezpieczeństwa i masową mobilizację policji, próba powtórki z Seattle i faktycznie próba zamknięcia spotkań jest strategią mało prawdopodobną, by odniosła sukces. Zdecydowaliśmy się na alternatywną strategię, która łączyła wysiłki mające na celu zakłócenie Szczytu z wysiłkami stworzenia Tymczasowych Stref Autonomicznych, wyzwolonych terytoriów w całym mieście.

CLAC i CASA opracowały szereg propozycji dotyczących samych działań, które chcielibyśmy, abyście rozważyli. [Zaczyna tłumaczyć ze kartki po francusku]:

W czwartek, 19 kwietnia, proponujemy o godzinie 15:00 rad delegatów dla wszystkich, którzy są tu do tego czasu, aby sfinalizować szczegóły akcji. Tej samej nocy proponujemy zorganizowanie parady z pochodniami. To będzie akcja Zielona, naszym celem nie jest aresztowanie przed 20-tym, ale niejako powitanie Szczytu. Chcemy jeszcze raz sprecyzować: to jest demo, a nie konfrontacja. Zatrzyma się, gdy tylko pojawią się gliniarze. Po prostu sposób, aby powiedzieć „cześć” i zacząć mobilizować naszych ludzi. To jedyne cele na ten dzień.

[Różne osoby mają pytania.]

Facylitator: Czy możemy przejrzeć cały harmonogram i dopiero wtedy przejść do pytań?

Celine: W piątek 20-go w południe na Równinach Abrahama zbierze się Karnawał Przeciw Kapitalizmowi i wtedy ludzie będą mogli wybrać, gdzie pójdziemy. Około godziny 14 wszyscy rozejdą się do swoich bloków i rodzajów działań; może być marsz, ale jeszcze go nie zorganizowaliśmy, bo nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja w zakresie bezpieczeństwa.

I pamiętajcie: wszystko, co tu prezentujemy, można modyfikować. To tylko propozycje. W tej chwili proponujemy również, aby o 18:00 w piątek 20-go zorganizować zgromadzenie, aby omówić wydarzenia dnia i zaplanować następne.

W sobotę 21 lipca weźmiemy udział w wielkiej demonstracji pracowniczej jako kontyngent wyraźnie antykapitalistyczny. Podczas marszu będziemy jednak respektować zasady organizatorów. Nie jest to więc sama w sobie okazja do akcji bezpośredniej.

Tego wieczoru mogłoby się odbyć wiele demonstracji i różnorodnych akcji, no i oczywiście akcji solidarnościowej z więźniami.

Niedziela 22-go będzie taka sama: będzie miejsce na różne działania, ale także na solidarność z aresztowanymi.

Więc…wróćmy do 20-go. CLAC i CASA w pewien sposób zorganizowały dwa różne dema, Żółte i Zielone. Jeśli spojrzycie na ulotkę, zobaczycie, po prawej stronie drugiej, obie propozycje. Obaj zakładają istnienie wolnej strefy, w której będzie bardzo ograniczone ryzyko aresztowania,

[nieco sceptycznego śmiechu]

miejsce dla zielonych, kreatywnych dem. Będzie to stała lokalizacja, wolne miejsce, w którym wszystko będzie pięknie. W tej chwili, zakładając, że zbieramy się na Równinie Abrahama w południe, mamy dwie możliwości. Jest to trochę niejasne, ponieważ nie wiemy, gdzie dokładnie będzie mur bezpieczeństwa, ale zasadniczo po pierwsze, Żółty Blok wyrwie się z Równiny i pomaszeruje bezpośrednio, by przeprowadzić karnawałową akcję pod murem bezpieczeństwa; po drugie, zaczniemy razem z Zielonym Blokiem na Równinie Abrahama i poprowadzimy znacznie dłuższy marsz, który przewinie się przez całe miasto, umożliwiając Zielonemu Blokowi oddzielić i dotrzeć do tego samego miejsca godziny później.

W obu przypadkach ostatecznym celem jest gigantyczny, cudowny karnawał, zarówno z małymi grupowymi akcjami afinicji, jak i większymi zbiorowymi, potrzebujemy was wszystkich!

O tak, i na później, marsz, moglibyśmy też przearanżować jego drogę w zależności od mniejszych akcji, aby być z nimi solidarnym.

Ponownie wzywamy ludzi do poszanowania różnych bloków i decyzji osób biorących udział, aby zapewnić poziom jedności i solidarności.

Pytanie: Czy podczas sesji grupowych, które mamy później, możesz upewnić się, że na każdym warsztacie jest jedna osoba z komitetu działania CLAC lub CASA, która odpowie na pytania?

Celine: Tak, już to ustaliliśmy.

Facylitator: Czy ktoś ma pytania wyjaśniające dotyczące którejś z tych propozycji? Będziemy wybierać na przemian pomiędzy mężczyznami i kobietami.

Pytań oczywiście było wiele: o rzeczywisty zasięg muru, drogi z lotniska, możliwość prewencyjnych aresztowań podczas czwartkowej parady z pochodniami. (Odpowiedź: brzmi to jak ważna sprawa, ale teraz zajmujemy się wyjaśnianiem pytań.) Czy komitet organizacyjny wiedział, że oficjalne otwarcie Szczytu może zostać przesunięte na 13:00?

Mężczyzna: Jestem zdziwiony. Jakiej solidarności Czerwony Blok może oczekiwać od innych bloków? Wygląda na to, że cały ten problem został pominięty. Muszę zgłosić się do ludzi w Toronto i nie mam pojęcia, co im powiedzieć.

[Lesley do mnie: To też moje pytanie.]

…ponieważ to oni będą potrzebować wsparcia. Wydaje mi się, że ten pomysł na cały blok musi zostać nieco bardziej dopracowany.

Celine: Zgadzam się, że musimy to zrobić. Dlatego tu jesteśmy.

Facylitator: Nie chcę kastrować [śmiech] ale mamy na liście dwanaście osób, to jest czas przeznaczony na pytania techniczne dotyczące planu działania, a nie teoretyczne.

Problem polegał na tym, że prawie niemożliwe było udzielenie odpowiedzi na żadne z pytań technicznych bez dokładniejszego wyobrażenia, jak ten schemat kolorów będzie wyglądać na żywo. i najwyraźniej nie zostało to całkowicie wymieszane.

Mężczyzna: Punkt wyjaśnienia. Bloki Zielony i Żółty mają specyficzne marsze. Czy rozumiem, że Czerwony nie ma?

Celine: Tak. CLAC i CASA pracują nad zorganizowaniem Zielonego i Żółtego Bloku, ale działania Czerwonego Bloku powinny być omawiane w małych grupach, a nie na zgromadzeniach generalnych liczących dwieście osób jak to.

Kobieta: We wstępie określiłaś bloki nie jako byty geograficzne, ale jako postawy. Ale wiele pytań, które słyszę, sprawia wrażenie, jakby naprawdę mieli być osobnymi grupami w osobnych miejscach. Czy to tylko wynik zamieszania? A może zostało to całkowicie wypracowane?

[Pauza, gdy moderator prosi o bardziej szczegółowe tłumaczenie.]

To znaczy, jeśli Czerwony Blok był blisko obwodu w sensie geograficznym, a Żółty Blok chciał przeprowadzić jakąś bezpośrednią akcję bez przemocy…cóż, oczywiście, ludzie będą chcieli to zrobić również w pobliżu muru. Powstaje więc pytanie o strefy. Czy podzielimy mapę miasta według kolorów?

Celine: Cóż, Zielony Blok będzie ograniczony geograficznie. Będzie stosunkowo daleko od muru.

Nicole[osoba z CASA, ta, która była w Nowym Jorku, wtrąca się, aby wyjaśnić]: Żółty Blok będzie bardziej mobilny niż Zielony, ograniczony nie tyle w przestrzeni, ile w rodzajach działań, w które może się zaangażować. Najlepszy sposób, jaki odkryliśmy na pomaganie tym, którzy zamierzają być w Czerwonym Bloku, polega na zorganizowaniu Zielonych i Żółtych najlepiej jak potrafimy, aby ludzie, którzy będą chcieli zrobić Czerwony, poznali nasze plany i zorganizowali swoje działania gdzie indziej.

Kobieta: Problem, jak ja to widzę, polega na tym, że jeśli czerwone i żółte bloki są mobilne i definiowane przez nastawienie, to skąd ludzie będą wiedzieć, w jakim bloku się znajdują? Czy będą osobne marsze, opaski, jakiś odpowiednik szeryfów, którzy mogą ci powiedzieć?

Nicole: To zdecydowanie coś, co powinniśmy spróbować wyjaśnić. Pamiętajcie: Żółty nie konfrontuje, ale się broni. Ale to też zależy od nastawienia gliniarzy. Jeśli policja przeprowadzi zmasowany atak, jeśli zacznie atakować wszystkich bezkrytycznie, to prawdopodobnie każdy może znaleźć się w środku de facto czerwonej strefy.

Celine: Nie możemy nikomu dawać żadnych absolutnych zapewnień co do tego, co będą robić inni. Chcielibyśmy jednak, aby ludzie opowiedzieli, jakie akcje i prezentacje zamierzają przeprowadzić, jaki kod koloru najlepiej pasuje, i oczekujemy, że będą starali się zachować ten kolor tak dobrze, jak tylko mogą. Ale wiemy, że Żółty może wpaść w Czerwony.

Nicole: Dodam, że tutaj kluczowe stają się grupy afinicji. Jeśli tak się stanie, twoja grupa może wspólnie zdecydować o opuszczeniu obszaru. Bardzo ważna będzie tutaj komunikacja.

Rozmowa trwała w podobnym tonie jeszcze przez piętnaście minut. Nikt nie był do końca pewien, jak to wszystko naprawdę będzie wyglądać, i wydawało się, że planiści celowo pozostawili duże części obrazu niejasne. Zasadniczo plan CLAC polegał na zwróceniu się o naszą zbiorową poradę w celu uzupełnienia szczegółów. Stąd struktura spotkania. Po pierwszej sesji plenarnej, na której mieliśmy tylko zadawać pytania wyjaśniające, mieliśmy w południe podzielić się na losowo wybrane mniejsze grupy, po około dwadzieścia osób każda. Te mniejsze grupy otrzymałyby tę samą listę kwestii do omówienia; każda otrzymała kogoś z zespołu planowania CLAC lub CASA, który odpowie na pytania informacyjne. Wyniki byłyby zapisywane i służyły jako źródło informacji dla lokalnych grup roboczych. Wreszcie, wszyscy na sesji wyjaśniliby, jaką rolę planują przyjąć ich grupy afinicji podczas samych akcji: czy przyjeżdżają jako grupy artystyczne, grupy wsparcia, drużyny w ruchu i tak dalej. Zostałyby one wykorzystane jako podstawa do drugiej rundy dyskusji, w której każda osoba mogłaby koordynować sprawy z przedstawicielami innych grup afinicji, zamierzających zrobić mniej więcej to samo. Potem wrócilibyśmy do domu na wieczór i odbylibyśmy ostatnią sesję plenarną w niedzielę po południu.

Lunch był w biegu. Złapaliśmy talerze, złapaliśmy jakąś dużą zapiekankę i sałatkę, kubek cydru i zabraliśmy to ze sobą do pokoi, w których na dole odbywały się sesje. Oczywiście przeważnie przydzielano nam różne pokoje, chociaż jakoś Lynn i ja znaleźliśmy się w tym samym: grupie piątej.

12:10, pierwsza sesja dyskusyjna

Na dole znajdowała się cała grupa małych pokoi, które przypominały sale seminaryjne, duże stoły, lampy fluorescencyjne, przeważnie bez okien.

Zamieszczę tutaj dość długi fragment z moich notatek. Miejmy nadzieję, że przekażą coś w rodzaju tekstury spotkania konsensusu – w szczególności nieco zakręconej jakości rozmowy, gdy ustawianie głośników sprawia, że uczestnicy rzadko odpowiadają bezpośrednio na swoje uwagi, a dyskusja wydaje się krążyć wokół swojego przedmiotu, a nie natychmiast go atakować. To, co następuje, jest dość typowe dla takich dyskusji. Będę oznaczać osoby z grubsza tak, jak pojawiały się w moich notatkach, ponieważ w większości nie zapisywałem ich prawdziwych imion. Poza tym, chociaż rozmowa była dwujęzyczna, z tłumaczeniami – ograniczę się tutaj do angielskiego, podając tylko tłumaczenia stwierdzeń oryginalnie wygłoszonych po francusku.

Zgodnie z moimi notatkami, Grupa Piąta składała się początkowo z dwunastu mężczyzn i dziesięciu kobiet, chociaż później pojawiły się dwie kolejne kobiety. Osoba z CLAC przydzielona do naszego pokoju miała na imię Radikha, smukła młoda kobieta pochodzenia południowoazjatyckiego. Kiedy wszedłem, już siedziała, rozmawiając z przyjacielem, który pracował z Toronto IMC.

Radikha: Tak więc facylitatorzy poprosili każdą grupę o rozważenie trzech pytań podczas pierwszej sesji grupowej. Po pierwsze, ochrona Centrum Konwergencji. Po drugie, postawy, jakie każdy blok (czerwony, zielony i żółty) przyjmie wobec policji. Wreszcie, w jakich działaniach Twoja grupa afinicji myśli, że będzie brała udział.

Bob: Cześć, jestem Bob z Toronto IMC. Czy będzie w porządku, jeśli będę facylitował, tak aby Radikha mogła odpowiedzieć na pytania?

Radikha: To by mi odpowiadało. Myślę, że wtedy też będę mogła robić notatki, ponieważ organizatorzy chcą mieć zapis wszystkiego, co wymyśli każda grupa.

Meredith: Czy chcemy również ustalić limity czasowe dla każdego punktu porządku obrad?

[Wiele kiwnięć głową i potwierdzających odgłosów]

Czy powinniśmy zatem wybrać kogoś do pilnowania czasu, czy każdy ma zegarek?

[Różne osoby nie mają zegarków]

Inna kobieta [do Meredith]: Czy byłabyś skłonna to zrobić?

Meredith: W porządku, będę pilnować czasu.

Facylitator: Więc co mamy do zrobienia, do 13:00? To czterdzieści pięć minut. Powiemy dziesięć minut na pytanie o Centrum Konwergencji? [do Radikhi] Czy jest jakieś tło, o którym powinniśmy wiedzieć?

Radikha: Cóż, w ramach CLAC podjęliśmy decyzję o stworzeniu Centrum Konwergencji, miejsca spotkań i dla ludzi przyjeżdżających spoza miasta. Postanowiliśmy też zorganizować jakąś obronę na wypadek ataku policji. Pytanie brzmi, jak to zorganizować i jak wypuścić ludzi, którzy chcą odejść. Na przykład, czy na zewnątrz będzie inwigilacja? I…cóż, myślę, że niektórzy z nas mówili o jakimś rodzaju nadzoru wewnątrz, aby zapobiec prowokacji policyjnej w Centrum. Jak to zorganizujemy? Nie mamy dużego doświadczenia z tymi rzeczami i mieliśmy nadzieję, że niektórzy z was mogą pomóc.

[Facylitator zbiera stosy, gdy różne osoby przy stole rzucają mu się w oczy, lekko kiwając głową lub w inny sposób wskazują, że chcą znaleźć się na liście mówców. Wzywa ludzi, głównie wskazując palcem, ponieważ niewielu z nas zna się nawzajem.]

Kobieta: Więc CLAC podjął decyzję. Teraz potrzebujesz tylko porady?

Starszy Facet: Moje pytanie brzmi: zanim zaczniemy mówić o czujności i ochronie, czy nie powinniśmy również mówić o decentralizacji? Co dokładnie będzie się działo w Centrum Konwergencji? Czy ludzie będą zajmować się wszystkim, od znajdowania mieszkań, konferencji prasowych, jedzenia lub zapewniania przestrzeni artystycznych? A jeśli tak, to czy taktycznie rozsądnie jest skoncentrować wszystkie te funkcje w jednym miejscu?

Francuz: Kiedy faktycznie powstanie Centrum Konwergencji?

[Wszyscy zaczynamy patrzeć na materiały informacyjne, ale nie ma wskazówek.]

Radikha: Odpowiadając na pytanie o centralizację: przez „Centrum Konwergencji” rozumiemy miejsce spotkań, w którym odbywają się rady, także w celu przyjmowania ludzi, umieszczania ich w mieszkaniach, tego typu rzeczy. Nie zdecydowaliśmy, jakie inne funkcje może pełnić to miejsce. Co do daty, jeszcze tego nie wiemy, ale z pewnością będzie gotowe do środy 18-go.

Młodszy Francuz: A co z gigantycznymi lalkami? Czy powstaną w tym samym miejscu?

Radikha: Myślę, że mogą tam powstać mniejsze lalki, ale większe będą gdzie indziej.

Facylitator: To jest mała grupa, więc nie będę używał tutaj ścisłej zasady jeden mężczyzna, jedna kobieta, ale nadal będę starał się zachować równość płci. Więc pozwól mi teraz przejść na początek listy…kobieta w czerwonym szaliku?

Czerwony Szalik: Moja grupa afinicji zamierza przeprowadzić szkolenia z akcji bezpośredniej przed Szczytem: czy będzie to możliwe w Centrum Konwergencji?

Radikha: Wyobrażam sobie, że Centrum Konwergencji będzie dostępne na szkolenia.

Amerykanin: Na J20 [protestach inauguracyjnych] mieliśmy nie jedno, ale serię bardzo zdecentralizowanych Centrów Konwergencji i to działało naprawdę dobrze. Poza tym wszędzie mieliśmy napisy „Zakaz narkotyków i bomb”, co najwyraźniej, wiem, że to brzmi głupio, sprawia, że policji jest trochę trudniej po prostu legalnie wpaść. Ponadto byliśmy bardzo ostrożni, ukrywając magazyn lalek.

Radikha: Tak więc słyszę wiele obaw o marionetki. Czy uważasz, że powinniśmy mieć zupełnie oddzielne miejsce do robienia lalek?

Lynn: Właściwie obawiam się, że wykorzystam protesty inauguracyjne jako nasz model. Na inauguracji było jasne, że policja nie chce aresztowań; kilku gliniarzy powiedziało mi to po tym, jak mnie zatrzymali.

Ktoś: Jeśli nie chcieli aresztowań, dlaczego cię zatrzymali?

Lynn: Na balu inauguracyjnym zdjęłam ubranie, miałam hasło na piersiach. Ale nawet wtedy puścili mnie po mniej więcej pół godzinie.

Ktoś inny: Jezu, jak zdobyłaś bilety na bal inauguracyjny?

Facylitator: Hm, może powinniśmy wrócić do propozycji: co zrobić z obroną i ewakuacją?

Anglojęzyczny Facet: Poświęcenie dużej ilości środków na obronę pustego budynku wydaje się trochę głupie. Może to ważne, jeśli naprawdę chcemy bronić tej przestrzeni, żeby mieć pewność, że będzie się tam ciągle coś działo, mam na myśli, gdy rady się nie spotykają. W przeciwnym razie po prostu wiązalibyście ludzi. Być może moglibyśmy na przykład zaoferować ciągłe szkolenia.

[Krótkie problemy z tłumaczeniem. Zatrzymujemy się, aby upewnić się, że francuscy mówcy po jednej stronie pokoju nadgonili.]

Francuski facet: Wydaje mi się, że głównym powodem, dla którego organy ścigania wkroczyły na przestrzenie konwergencji w USA, było zniszczenie sztuki i marionetek, aby zabić przesłanie, które protestujący chcą przekazać. Nie zadzierali zbytnio z radami delegatów ani spotkaniami. Wydaje mi się więc, że naprawdę ważna jest obrona przestrzeni lalek, gdziekolwiek to będzie, a jeśli lalki nie są budowane w Centrum Konwergencji, to może w ogóle nie powinniśmy jej bronić.

Facylitator: Czy mogę tylko sprawdzić konsensus: wydaje się, że rozmawiamy o tym, jak i czego bronić, a nie czy…? A więc: czy się na to zgadzamy? Jakaś niezgoda, że tak naprawdę chcemy bronić przestrzeni? Że to nawet priorytet?

Suzette: Nazywam się Suzette i działam w ruchu studenckim. Będziemy strajkować podczas Szczytu i potrzebujemy naszych ludzi w naszej własnej przestrzeni…

Prowadzący: Przepraszam, Suzette, wciąż mamy tu listę. Mówisz poza kolejnością.

Suzette: Och, przepraszam. Myślę, że mówię tylko, że obrońmy przestrzeń, ale nie oczekujmy, że ruch studencki w Quebecu będzie w stanie poświęcić na to jakiekolwiek środki.

Drugi Francuz: Podoba mi się pomysł, aby ludzie mogli odejść, jeśli miejsce będzie oblężone. Ale, czy jest to obrona żółta czy czerwona?

Facylitator: Czy możemy sprawdzić czas?

Meredith: Właściwie mamy już piętnaście lub dwadzieścia minut.

Facylitator: i zostało nam pięć osób na liście. Czy wysłuchamy tych ostatnich uwag, a potem przejdziemy dalej?

[kiwanie głowami]

Czerwony szal: Czy nie możemy zrobić niektórych marionetek w Centrum Konwergencji, a niektórych gdzie indziej? Po prostu, żeby być po bezpiecznej stronie?

[Ogólne migotanie dłoniami[8]]

Facylitator: Wygląda więc na to, że mamy w tej sprawie konsensus.

[Więcej migotania. Radikha szybko pisze.]

Lynn: W LA wykonaliśmy wcześniej bardzo udany manewr prawny, aby bronić Centrum Konwergencji. Wiedzieliśmy, że kiedy gliniarze zaatakowali nasze lokale w Filadelfii i Waszyngtonie, ich wymówką było to, że miejsca te były zagrożone pożarem, więc było to częścią naszej obrony: prosiliśmy ludzi, aby nie przynosili pewnych rzeczy, które mogliby powiedzieć, że są zagrożone pożarem, ale przede wszystkim z góry dostaliśmy prawne gwarancje, że nie wejdą.

Francuskojęzyczny facet z bokobrodami: Zaczekaj chwilę: czy rzeczywiście sugerujesz, że moglibyśmy uzyskać nakaz ochrony od sędziego, a to uniemożliwiłoby im z prawnego punktu widzenia przeprowadzenie ataku wyprzedzającego, jak to zrobili, powiedzmy, na kukły w Filadelfii?

Lynn: Był nakaz prawny.

Amerykanin: Naprawdę nie rozumiem, jak to mogłoby działać. W końcu na A16 i Philly gliniarze nie powiedzieli dokładnie: „Uważamy, że to jest zagrożenie pożarowe” i zamknęli nas. Twierdzili, że w środku są mołotowy i bomby. Nie, żeby faktycznie były. Po prostu kłamali. Więc nie rozumiem, dlaczego zakładamy, że to, czy rzeczywiście mamy tam coś niebezpiecznego, ma z tym coś wspólnego.

Facylitator: Myślę, że mamy tutaj poważne problemy z procesem. Ludzie przeskakują listy, a, tak czy inaczej, już przekroczyliśmy czas. Radikha, masz odpowiedź na jego pytanie? Czy ktoś przyjrzał się możliwościom prawnym?

Radikha: Właściwie nie. Jeszcze się tym nie zajmowaliśmy, ponieważ byliśmy zbyt zajęci lokalizowaniem przestrzeni. Zresztą prawa są tu inne.

Meredith: Może powinniśmy mieć pod ręką prawników. W Philly nie było w pobliżu żadnych prawników, kiedy zaatakowali przestrzeń kukiełkową, a poza tym przestrzeń kukiełkowa była ogromnym magazynem pośrodku pustkowia, bez żadnych innych budynków w pobliżu, więc nie było sposobu, aby zrobić blokadę. Tak więc, jeśli nadal szukasz przestrzeni, może to być coś do przemyślenia. Możemy również upewnić się, że pod ręką jest materiał na blokadę. A także: mamy sposób na natychmiastowe przekazanie mediom, jeśli coś się wydarzy.

Nowoangielka: Zdajesz sobie sprawę, że zostało nam tylko dwadzieścia minut na całą sesję, a wciąż nie rozwiązaliśmy pytania pierwszego? Chciałabym również zasugerować, że użyty tutaj język, czerwony, żółty, ta niejasność, jest prawdziwą przeszkodą w działaniu. Być może ze względu na czas powinniśmy dojść do konsensusu co do tego, co właściwie zrobimy, jeśli gliniarze nas zaatakują. To może nam pomóc przejść do następnego tematu, czyż nie miał to być stosunek do policji w różnych blokach? Pomyślmy o tym, naprawdę powinniśmy byli najpierw zająć się tym, a potem przejść do rozmowy o Centrum Konwergencji.

Radikha: Cóż, organizatorzy uznali za pewnik, że tak naprawdę nie bylibyśmy w stanie zrobić tego wszystkiego w godzinę. Dodam, że Żółty ma charakteryzować się „postawą obronną”, blokowanie jest Żółte. Jeśli twoja grupa nie zamierza odpowiadać na rozkazy policji, jesteś Żółta. Oczywiście twoja grupa afinicji może sama zdecydować, jak postępować, gdy gliniarze atakują, nie ma kodu mówiącego „wszystkie żółte grupy afinicji muszą to zrobić”. Czerwony jest bardziej…ukierunkowany.

Starszy Facet: Choć niekoniecznie brutalny.

Radikha: Nie, niekoniecznie.

Czerwony szalik: Aby przejść dalej, proponuję zaklasyfikować Obronę Konwergencji jako żółtą. Wiesz, technicznie rzecz biorąc, i tak nie powinniśmy planować tutaj akcji Czerwonych.

O 12:45 doszliśmy do wniosku, że doszliśmy tak daleko, jak mogliśmy się posunąć, nie wiedząc nawet, gdzie będzie Centrum i do czego będzie używane, więc w końcu przeszliśmy do definiowania bloków. Jedna z kobiet powiedziała, że jej grupa afinicji zamierzała zaopatrzyć się w pleksiglasowe tarcze. Czy to nadal będzie liczone jako żółte? Radikha zapewniła ją, że tak, ponieważ tarcze są z definicji obronne. Lynn twierdziła, że w Ameryce gliniarze byli zdecydowanie znani z interpretowania sprzętu obronnego jako broni.

Problem z blokami, jak się okazało, polegał na tym, czy interpretować je geograficznie. Zielona strefa nie miała sensu, chyba że była fizycznie oddzielona. Trzeba zapewnić ludziom bezpieczną przestrzeń, wystarczająco daleko od akcji, aby nie groziło im pomylenie ich z walczącymi, wystarczająco blisko, aby byli wyraźnie częścią tego samego wydarzenia. Z drugiej strony wyznaczenie określonej przestrzeni na czerwoną strefę byłoby wyraźnie samobójcze. Równie dobrze możesz wywiesić tabliczkę z napisem „Policjo, tutaj ci, których należy aresztować”. Utknęliśmy więc z jedną zieloną strefą, w jakimś konkretnym obszarze poza akcją, a pozostałą częścią miasta ogromną żółtą strefą, której każda część może zmienić kolor na czerwony w dowolnym momencie. Ale jeśli tak, to jak byłoby możliwe, aby ktokolwiek dokonał klasycznego obywatelskiego nieposłuszeństwa? Nie możesz twierdzić, że bierzesz udział w pokojowym siedzeniu, jeśli w dowolnym momencie ktoś inny może przejść obok i rzucić cegłą ponad głową. Z poczucia obowiązku wobec naszego trockistowskiego przyjaciela zasugerowałem, że być może pewne strefy, może jedna lub dwie przecznice, mogą być zarezerwowane dla czysto żółtych akcji. Byłem trochę zaskoczony, słysząc głośne i gwałtowne sprzeciwy. Przez kilka minut byłem postrzegany jako reakcjonista, a wielu lokalnych aktywistów – w tym kobieta z Ruchu Studenckiego – ze złością odrzucało wszelkie poglądy, że taktyka Czerwonych zostanie wszędzie zakazana. Wycofałem sugestię:

– Cóż, prawdopodobnie grupy będą się po prostu spontanicznie skupiać. Może nie musimy tego formalizować.

Facylitator: Przejdźmy do trzeciego pytania: szczegółowe pomysły na akcje. Czy ktoś ma coś przeciwko rundzie na ten temat?

[Nikt się nie sprzeciwił]

Suzette: Nie powinniśmy tutaj rozmawiać o czerwonych rzeczach, prawda?

Facylitator: Tak, takie jest moje rozumienie sytuacji. Tylko działania, o których moglibyśmy dyskutować w całkowicie publicznej przestrzeni.

Starszy Facet: Jestem z Pagan Cluster, który jest skoncentrowany w Vermont i przedstawiliśmy propozycję działania oparte o oświadczenie Cochabamby, mówiące o dostępie do wody jako podstawowym prawie człowieka. Chcemy stworzyć Żywą Rzekę ludzi, która będzie mogła przepływać przez różne strefy w mieście, starając się wywołać jak najwięcej zakłóceń. Może obejmować działania wokół centralnej strefy w pobliżu muru, gdzie zakładamy, że sprawy przybiorą najbardziej czerwony kolor, ale w zasadzie mamy tutaj na myśli działanie typu żółtego.

Radikha: Pominę swoją kolejkę, ponieważ w zasadzie spędzę weekend, wspierając protestujących. (Wiecie, jestem z CLAC.)

Olive (francuska uczennica z tęczowymi włosami): Nie wiem, czy moja grupa afinicji będzie robić akcję lub wspierać.

Bokobrody: Chcemy jak najbardziej przeszkadzać uczestnikom szczytu. Nie mamy jeszcze nic konkretnego poza tym, ale rozważaliśmy pomysł zablokowania autostrady do miasta.

Jane: Nazywam się Jane. Właściwie przemawiam w imieniu dwóch różnych grup. Jedna grupa jest z Carleton University i będzie robić zakłócające teatry uliczne, błazenady i tak dalej. Pojawimy się i będziemy wędrować po okolicy i mamy te małe skecze, które możemy złożyć, gdy tylko coś zobaczymy. Druga grupa to SSSA z Ontario. To grupa uczniów szkół średnich. Będą grać na perkusji ze znalezionymi instrumentami i blokować w pewnym sensie.

Anglik: Reprezentuję dwie grupy afinicji z Uniwersytetu w Toronto, które również robią skecze teatralne, ale chcą być w Żółtym Bloku, a nie w Zielonym. Ponadto w Toronto mamy Oddział Guerilla Rhythm. Niektórzy z nich chcą angażować się w ewentualne akcje na lotnisku, ale nie wiedzą, czy te nadal trwają.

David: Jestem z Ya Basta w Nowym Jorku! Mamy cztery lub pięć pomysłów na scenariusze działań, z których żaden nie może być tutaj omawiany. Dobra, myślę, że jest jeden, o którym możemy porozmawiać. Niektórzy z nas wpadli na pomysł, żeby wyjść, ubrać się w nasze ochraniacze i chemiczne kombinezony, zdobyć naprawdę dużą drabinę i po prostu wędrować z nią tuż przy ścianie. Jeśli nic więcej, to działałoby jako dywersja. Przekonujemy się, że za każdym razem, gdy pojawiamy się w strojach, gliniarze podążają za nami, gdziekolwiek się udamy.

Młoda kobieta z Quebec: Reprezentuję popularny komitet sąsiedzki w dzielnicy St. Jean Baptiste, to dzielnica, która zostanie przecięta na pół przez mur. Planujemy serię działań na 17 i 18, które mają z tym związek. Czy możemy omówić je tutaj?

Facylitator: Jasne, czemu nie?

Młoda kobieta z Quebec: Cóż, to wciąż jest na etapie planowania, ale jednym z pomysłów jest to, że ludzie z sąsiedztwa będą oszczędzać swoje śmieci przez tydzień, a następnie wyrzucą je na ścianę, aby pokazać, co produkuje społeczeństwo konsumpcyjne. i są jeszcze dwa. Jednym z nich jest układanie wzdłuż muru rzędów starych ubrań (znowu temat odpadów), drugim jest hałas. Aby zakłócić Szczyt, dwa razy dziennie wszyscy będą włączać muzykę tak głośno, jak to możliwe, i jednocześnie coś naprawdę denerwującego, aby spróbować doprowadzić delegatów do szaleństwa.

Młody mówiący po francusku: Planujemy wziąć udział w akcjach granicznych w Akwesasne, ale poza tym nic konkretnego.

Człowiek plexiglas: Mój kolektyw w Toronto organizuje również społeczności, aby przeprowadzać masowe akcje graniczne. Potem jedziemy do Quebecu z naszą ścianą tarczy. Możemy rzeczywiście pomóc w obronie Centrum Konwergencji, jeśli ludzie naprawdę tego potrzebują.

Lynn: Jestem z Rainforest Relief w Nowym Jorku. Mamy kilka osób pochodzących z Ekwadoru, Nikaragui, które mogą porozmawiać o potencjalnym wpływie FTAA na ich społeczności. Mamy nadzieję, że przeprowadzimy panel, a następnie zabierzemy je na akcję Mohawk, chociaż martwię się, czy narazimy ich na niebezpieczeństwo, jeśli rzeczywiście spróbujemy przejść. W samym Quebecu…cóż, mam nadzieję, że w jakiś sposób ruszymy na mur. Może zupełnie bez użycia przemocy. Mam w głowie ten bardzo mocny obraz z filmu Gandhi, przedstawiający tych wszystkich ludzi maszerujących na żołnierzy, którzy zostają przez nich pobici pałkami, ale potem, coraz więcej ludzi przychodzi i chociaż każdy z nich zostaje uderzony, i tak po prostu przychodzą…A może tak, z wyjątkiem tego, że się wspinamy.

Bob: Będę też robił Indymedia, relacjonując cięższe akcje.

Mężczyzna w niebieskiej bandanie: Reprezentuję Quebec Medical i będziemy udzielać wsparcia przed, w trakcie i po akcjach. Staramy się współpracować z ludźmi, aby upewnić się, że mamy medyków na każdej akcji przy murze, ale to trochę bardziej skomplikowane.

Starsza kobieta: Jestem też z Mobilizacji Vermont. Naszym celem jest przeprawianie ludzi przez granicę, ale staramy się też wymyślać scenariusze, co zrobić z ludźmi, jeśli im się nie uda.

Facylitator: Dobra, czas minął.

Ktoś pyta, czy my też mamy dyskutować o marszu: czy jedziemy prosto z Równiny Abrahama, czy najpierw przez godzinę przedzieramy się przez miasto?

– Cóż, nie – mówi Radikha – ale wygląda na to, że wciąż trwa wiele sesji (tak, rażąco kłamaliśmy na temat czasu). Ludzie jeszcze nie idą na górę, więc z pewnością moglibyśmy trochę o tym porozmawiać, jeśli ludzie chcą.

Sentyment wyraźnie skłania się ku dłuższemu marszowi (czy to naprawdę dobry pomysł, żeby wszyscy, którzy mają zrobić akcję bezpośrednią, zebrali się i po prostu posiedzieli w jednym miejscu przez kilka godzin, zanim cokolwiek zrobią?), kiedy ktoś schodzi na dół, żeby nam powiedzieć, że sesje się skończyły.

Na korytarzu wpadam na Lesley. Porównujemy notatki. Większość jej sesji była również zmarnowana na meandrujące dyskusje o Czerwonym i Żółtym. Dopiero na końcu wyszło coś pożytecznego. Dean miał podobne doświadczenie. Wydaje się, że Emma zniknęła. Kiedy idę na górę, kilka osób wskazuje mnie jako delegata Ya Basta! – odnoszę wrażenie, że wydaje mi się, że będzie to wielka nowa innowacja w tej akcji: tarcze, ochraniacze i taktyka defensywna. (Okazuje się, że się mylą; tak się nie stanie. Ale fajnie było być de facto celebrytą.)

13:45, powrót na posiedzenie plenarne

Krótka, nieudana próba znalezienia sobie kubka kawy zakończyła się, gdy przypomniałem sobie, że nadal nie mam żadnych kanadyjskich pieniędzy i nie widziałem bankomatów. Jednak umożliwiło mi to wyjście na zewnątrz. Po spędzeniu trochę czasu w przedpokoju, gdzie krążyły pogłoski o reporterze Montreal Gazette, wróciłem, by odkryć nowo zrotowanych facylitatorów zajętych syntezą. Po zapoznaniu się z pisemnymi raportami z każdej sesji sporządzali teraz listę dziesięciu różnych rodzajów działań, którymi należy się zająć w następnych sesjach, pisząc je na wielkiej płachcie papieru przyklejonego do jednej ze ścian, wywołując sporadyczne chichoty u niektórych poprzez sugestywne nie do końca angielskie omówienia:

  1. Grupy świąteczne i artystyczne

  2. Obrońcy Centrum Konwergencji

  3. Blokownicy ulic i bulwarów

  4. Blokownicy zewnętrznych określonych budynków

  5. Okupacje budynków

  6. Chodzenie/Naciskanie/Zwiedzanie/Ruch w kierunku Muru

  7. Redekoracja przestrzeni miejskiej

  8. Jedzenie i rezawłaszczanie różnych rzeczy

  9. Grupy wsparcia/mobilne

W połowie, kobieta z Bloku Pogańskiego pyta:

– Czy mogę zaproponować jeszcze jedno? Myślę, że słyszałeś o naszej propozycji Żywej Rzeki…

– Czy nie byłoby to rodzajem mobilnego oddziału?

– Nie, to nie jest oddział mobilny. To cały blok sam w sobie.

– W porządku.

Dopisuje:

  1. Rzeka Humanistyczna

Facylitatorzy próbowali uzyskać pewne wyczucie konsensusu w sprawie Centrum Konwergencji i pytań dotyczących postawy kolorystycznej; powiedzcie nam, że jeśli ktoś absolutnie przegapił lunch, na stole jest jeszcze trochę jedzenia; a następnie przedstawimy przedstawicieli różnych grup roboczych: Prawno-Medycznej, Mieszkaniowej i Finansowej.

Kolektyw prawniczy (wydaje się, że składają się głównie z anglojęzycznych studentów z McGill) rozdawał arkusze informacyjne i wyjaśniał, że każda grupa afinicji powinna wskazać jednego członka, aby służył jako kontakt prawny. Ta osoba powinna dążyć do uniknięcia aresztowania i przez cały czas śledzić, gdzie są wszyscy. Powiedzieli, że kontakt prawny powinien prawdopodobnie odbyć co najmniej jedno szkolenie prawnicze, zwłaszcza jeśli są z USA, ponieważ przepisy są tutaj różne. Jest to również osoba, która wie, czym należy się zająć, jeśli któryś z członków ich grupy znajomych zostanie aresztowany: kto będzie potrzebował kogoś, by nakarmić kota, okłamać szefa itp. Będą wprowadzać system używane w akcjach masowych w USA: członkowie każdej grupy afinicji zostaną poproszeni o wypełnienie formularza rejestrującego ich prawdziwe nazwiska – a przynajmniej, niektóre litery ich prawdziwych imion – wraz z nazwami akcji, a te dokumenty będą pilnie strzeżone przez zespół prawników. W ten sposób będą mogli śledzić, kto siedzi w więzieniu, gdy pojawią się nazwiska, i udostępniać informacje pod specjalnym numerem telefonu. – i niech wszyscy od razu nie dzwonią w sprawie osób zaginionych, jeśli dojdzie do masowego aresztowania! Tylko twoja osoba kontaktowa powinna zadzwonić pod ten numer.

– Czy to oznacza, – ktoś pyta – że nie robimy solidarności z uwięzionymi? Czy powinniśmy przynieść dokumenty tożsamości, czy wszyscy będą odmawiać podania swoich nazwisk po aresztowaniu? Wiele z tego nie zostało jeszcze do końca wypracowanych.

Medycy tłumaczą, że nikt nie powinien zakładać, że w razie kontuzji będą mogli liczyć na służbowych ratowników medycznych i karetki pogotowia. Zazwyczaj karetki pogotowia odmówią podjechania w pobliże akcji. Dlatego podczas akcji zespół medyczny będzie zapewniał trzy poziomy infrastruktury medycznej: klinikę z przeszkolonymi specjalistami, prawdopodobnie gdzieś w pobliżu IMC; kilka zespołów ulicznych doświadczonych medyków, biegłych w udzielaniu pierwszej pomocy, leczeniu hipotermii i radzeniu sobie z gazem łzawiącym i gazem pieprzowym, a na koniec każda grupa afinicji powinna wskazać jedną osobę jako grupowego sanitariusza i upewnić się, że osoba ta była obecna na co najmniej jednym treningu medycznym.

Gdy zaczynają się pytania, wychodzę do przedpokoju, robię krótki wywiad z reporterem w zamian za filiżankę kawy, idę na spacer na zewnątrz. Spotykamy się od pięciu czy sześciu godzin. Kiedy wracam, Jaggi, reprezentujący zespół finansowy, wyjaśnia, że organizatorzy mają obecnie około 20 000 dolarów na minusie. Następnie proszą o ochotników, którzy będą facylitować następną rundę sesji. Kończę w grupie „zbliżanie się do ściany” (upewniam się, że to jest to, co zamierza robić moja grupa afinicji i nie ma to nic wspólnego z faktem, że facylitatorka, młoda blondynka, wygląda uderzająco jak punkrockowa wersja Buffy pogromca wampirów). Dołącza do mnie Dean – razem z Emmą, która przez większość sesji zaprzyjaźniła się z niektórymi typami z Czarnego Bloku po drugiej stronie kręgu. Lesley mówi, że zamierza przejść się z Lynn, żeby znaleźć miejsce, gdzie powinna mieszkać.


16:30, Sesja

Ostatnie spotkanie tego dnia było trochę frustrujące. Teoretycznie była to najbardziej wojownicza sesja, choć nadal nie mogliśmy otwarcie dyskutować o taktyce bojowników. Była to też dziwna mieszanka: było nas dwudziestu sześciu (piętnastu mężczyzn, jedenaście kobiet, jak słusznie zapisałem w notesie), głównie anarchiści, ale także przedstawiciele ISO, IAC i innych marksistowskich typów, z którymi anarchiści zwykle nie czują się komfortowo, rozmawiając o działaniach bojowych. Wszyscy wydawali się trochę niepewni co do tego, ile mogą powiedzieć. Rady delegatów z definicji nie są naprawdę bezpiecznymi środowiskami, większość z nas się nie znała. Każdy może być gliną.

Zaczynamy od zbadania naszych map. Miejscowa kobieta po czterdziestce z zielonymi pasemkami we włosach i wydatnym kolczykiem w nosie wyjaśniła niektóre tła dla mieszkańców spoza miasta:

Kobieta Punk: Nie jestem pewna, jak duży będzie mur. Kiedy po raz pierwszy ogłosili, miało to być 2,8 kilometra, ale teraz wydaje się, że się zmniejszył. Poproszono nas, abyśmy trzymali się z dala od stref oznaczonych 2 i 6, czyli robotniczej dzielnicy St. John Baptiste, w której lokalna grupa społeczności mocno nas wspiera, ale ma również nadzieję uniknąć prowokacji, które mogą spowodować, że policja zagazuje ich okolicę.

Strefy 4, C i B będą najtrudniejszymi obszarami, ponieważ w rzeczywistości znajduje się tam naturalna kamienna ściana z klifami dookoła. O tym, że stamtąd ruszamy w kierunku Muru, możemy prawie zapomnieć.

Jeśli jest tu ktoś, kto zna tę część miasta lepiej ode mnie, prawdopodobnie powinien wystąpić z pomocą. Ale myślę, że wszyscy zgadzamy się, że wchodzenie przez dzielnicę robotniczą, która ucierpi przez FTAA, powinno zostać skreślone. Tak więc, to prawie zostawia nam Strefę 3, podejście od zachodu. Problem w tym, że w strefie będzie też najwięcej policji, ponieważ jest to główne wejście.

Siwa Broda: Tak, tak myślę. Jeśli mamy zaatakować ogrodzenie, zakładam, że będzie to dość duża grupa. Nie tylko wszystkie inne obszary są trudniej dostępne, ale nie ma miejsca na odwrót (nawet gdybyśmy mogli wspiąć się na klify, nie moglibyśmy po nich ponownie zbiec, gdyby policja zaczęła nas odpychać). Obszary C i B znajdują się pod rzeką, nie ma też miejsca na odwrót, więc może tylko Strefa 3 jest fizycznie możliwa?

Facylitator: [również wpatruje się w swoją mapę] …która jest tą, gdzie są te wielkie ulice?

Siwa Broda: Tak, tak myślę.

Ktoś: To północno-zachodnia część muru?

Ktoś inny: Czy będzie wiele wejść przez mur, czy tylko jedno czy dwa?

Facylitator: Powiedzieli, że będzie dziewięć, ale jeszcze nie zapowiedzieli, gdzie będą.

Craig [typ anarchistyczny z gigantycznymi zatyczkami do uszu]: Czy wiemy, jaki to będzie płot?

Ktoś: Nie na pewno. Wiemy, że będzie to ogrodzenie z siatki z betonową podstawą, a potem drutem kolczastym na górze. Niewielki odcinek został już rozłożony na Równinie Abrahama, w pobliżu klifów, ale nie jestem pewien, czy ktoś go już widział.

Suzette: Strefa 3 była miejscem wielkiej demonstracji i bitwy w zeszłym roku o tej samej porze roku, wokół reformy szkolnej. Zakończyło się to dla nas całkiem sporym zwycięstwem na otwartym polu. Słyszałem, że Strefa E to Touristville, jeśli coś pójdzie nie tak, to powinno odbyć się tam, być może między dzielnicami mieszkalnymi?

Kobieta Punk: Trafienie w dwa miejsca jednocześnie może być dobrym strategicznym posunięciem, a także, jeśli mówimy o Strefie 3…czy łatwiej byłoby nadchodzić (jakiego języka możemy tu używać? z wizytą? Atakiem?) do miejsce, w którym Mur się otwiera i zamyka. Inną możliwością może być wcale nie atakowanie ogrodzenia, ale zamknięcie głównego wejścia; może je blokując. To skutecznie odcięłoby gliny od reszty z nas. Trzecią opcją (może czymś do zrobienia w innym miejscu) może być zdobycie haków z liną i faktyczne ściągniecie ogrodzenia przy pomocy ludzi. Czy będzie to możliwe? Właściwie nie wiem, czy betonowa część zostanie przyklejona do podłoża, ale prawdopodobnie nie będzie.

Lesley: Już będzie!!

[Dużo śmiechu i spoglądanie na niewidzialne mikrofony w suficie]

Młoda Francuzka: Czy wiemy, czy siły bezpieczeństwa całkowicie otoczą Płot? A może w ich liniach będą luki?

Szara broda: Cóż, wiemy, że będzie pięć tysięcy policjantów do ochrony może dwóch, może trzech kilometrów ogrodzenia. Nie jestem pewien, jak to się tłumaczy.

Przypuszczalnie nie będą równomiernie rozproszeni, przy bramach będą duże jednostki, tu i ówdzie małe oddziały.

Facylitator: Czy ktoś ma jakąś propozycję do umieszczenia w formalnym porządku obrad? Ponieważ, wiecie, właściwie nie mamy jeszcze planu.

Wydaje się, że nie ma to większego sensu i postanawiamy rozmawiać nieformalnie. A więc: jaki byłby najlepszy dzień na próbę przełamania muru? CLAC mówi tylko o piątku, 20-tego, ale wielki marsz robotniczy odbył się w sobotę i to byłoby co najmniej czterdzieści pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Jak zawsze, przywódcy związkowi robili wszystko, co możliwe, aby trzymać swoich ludzi z dala od akcji. Marsz zaczynał się w miejscu dość daleko od Szczytu, a następnie kontynuował w przeciwnym kierunku. Gdyby jednak udało się skierować nawet część maszerujących w stronę samego muru, zmieniłoby to całkowicie układ sił. Wiele osób zwraca uwagę na to, że coś takiego jest nieprawdopodobne. Od Seattle biurokraci związkowi stali się niezwykle dobrzy w zapewnianiu, że to się nigdy nie wydarzy. Inni zauważają, że Kanada jest inna. Wreszcie, wszyscy poddajemy się autorytetowi starca w rybackiej czapce i postrzępionej brodzie, który do tej pory w dużej mierze milczał. Wyjaśnia po francusku, że dorastał na starym mieście i może mieć pewne spostrzeżenia, których nie mają inni. Po chwili, widząc, że przyjezdni zwracają szczególną uwagę, przechodzi na angielski:

Rybak: To prawda, nie wiemy, gdzie będzie policja, ale możemy założyć, że nie będzie ona przebywać tylko na obwodzie, zbliżenie się do niej może być bitwą samą w sobie. Jeśli tak, to jeśli mamy być pod ostrzałem gazu łzawiącego itp., kiedy się zbliżamy, myślę, że nie powinniśmy zbliżać się z naszych własnych dzielnic. Istnieją dwie szerokie arterie: jedna to René Lévesque, druga Grand Allée, która biegnie równolegle do jej południa. To są ulice burżuazji. Obie są ulicami, na których mieszkają wysokie szarże biurokracji i bogaci ludzie; więc byłby to dobry obszar, z którego można przejść na Mur.

David: Nad tym zastanawiała się moja grupa afinicji: jeśli jakimś cudem dostaniemy się do środka 20-go, no cóż, to co dalej? Słyszeliśmy, jak mówiono o zakłócaniu ceremonii otwarcia, choćby przez naszą obecność, albo w jakiś sposób odcięcie centrum kontroli mediów.

Dean: Czy w środku będziemy mogli wmieszać się w tłum? Czy będą strażnicy sprawdzający osoby z przepustkami?

Rybak: Nie jest to jasne. Wiele zależy od tego, jak bardzo zagrażamy według nich

[ponownie zerkamy na wyimaginowany mikrofon].

Jeśli po tej radzie delegatów poczują, że Mur jest niepewny, zmniejszą obszar i łatwiej będzie go bronić. Dzięki temu w środku będzie mniej zwykłych obywateli. Dzięki temu będą mogli lepiej widzieć, kto jest kim (czyli będzie więcej garniturów, mniej ludzi ubranych jak my); ale wtedy też będziemy mogli zobaczyć, kto jest kim. Jeśli w końcu będą musieli zrobić z tego kapitalistyczne getto, nawet jeśli oznacza to, że mogą robić w nim, co chcą, to samo w sobie jest dla nas wielkim zwycięstwem, a atak na tę przestrzeń, nawet czysto symboliczny, byłby również wielkim zwycięstwem.

Stopniowo zdałem sobie sprawę, co się dzieje. Jak wspomniałem, na każdym takim spotkaniu zakładaliśmy, że ktoś w pokoju jest gliną (odniesienia do mikrofonów były głównie sposobem na uprzejmość). Dlatego jedyną osobą, która mogła swobodnie rozmawiać, był ten człowiek, który rzeczywiście uważał, że znajomość naszych planów jest taktycznie korzystna dla policji. Wszyscy inni zaczynali wyglądać coraz bardziej niespokojnie i nieswojo. W końcu ktoś zasugerował, że posunęliśmy się tak daleko, jak się da, i zrobiliśmy sobie przerwę na obiad; z Emmą i kilkoma innymi osobami przekazującymi wiadomość, że ci, którzy naprawdę poważnie podchodzili do projektu i mieli kogoś, kto mógłby za nich ręczyć, spotkają się później na imprezie CASA tej nocy, aby ponownie się zebrać. Tymczasem w naszym oficjalnym raporcie napiszemy, że jest za wcześnie na jakiekolwiek konkluzje, ale chcemy zwołać radę przedstawicieli, żeby zaplanować określone działania kilka dni przed Szczytem, kiedy będziemy mieć pojęcie, jak sprawy rzeczywiście będą wyglądać.


20:00, Impreza w Scanner

Impreza odbyła się w miejscu zwanym Scanner Bistro, „klubie multimedialnym” z kawiarenką internetową i barem na dole oraz małą estradą. Na górze był kolejny bar, stół bilardowy, piłkarzyki, flipper Judge Dredd oraz porozrzucane monitory i głośniki na ścianach, które umożliwiały oglądanie i słuchanie występów na żywo ze sceny na dole. Kiedy weszła nasza ekipa – około dwunastu z grupy sesyjnej, w tym większość nowojorczyków – na scenie pojawiły się dwie kobiety, które wykonywały jakiś kawałek mówionego słowa w bardzo kolokwialnym francuskim. Później był człowiek, o którym myślę, że był komikiem; Powiedziano nam, że zespół wyjdzie później, ale do tego czasu nikt z nas nie zwracał na to większej uwagi. Skończyliśmy na górze, szukając stolika, bo w końcu ktoś znalazł odpowiednią mapę.

Albo prawie wszyscy. Dean podszedł prosto do stołu bilardowego, gdzie wkrótce wdał się w długą rozmowę z chudym, jasnowłosym facetem, z którym ostatecznie miał mieć burzliwy sześciomiesięczny romans.

Znaleźliśmy miejsce w kącie, w miejscu, gdzie wcześniej był darmowy obiad. Zsunęliśmy kilka stołów i szybko zajęliśmy się pozostałym jedzeniem, które składało się z ogromnej miski ryżu, dania z fasolą i warzywami w sosie pomidorowym oraz kilku bochenków francuskiego chleba i margaryny. Weganie nie tknęliby margaryny, ale wszyscy żuli chleb przez pierwszą połowę dyskusji. Duże mapy miasta zostały rozłożone na powierzchni stołu i przyklejone taśmą. Wszyscy się stłoczyli, a rozmowa trwała godzinami, dzbanki piwa okresowo pojawiały się znikąd, zawsze do kolejnego zbiorowego toastu „rozwal państwo!”.

To było idealne spotkanie, może poza tym, że byliśmy tuż pod głośnikami, a w połączeniu z otaczającym hałasem dziesiątek świątecznych rozmów sprawiało, że było to trochę trudno słuchać. Rzeczywiste spotkanie zawsze dotyczyło siedmiu lub ośmiu osób w centrum w dowolnym momencie, które rzeczywiście mogły się nawzajem słyszeć, zwykle z kilkoma innymi wiszącymi na krawędziach, czekającymi na wejście. Nigdy nie trwało to zbyt długo. Ktoś zawsze leciał po piwo, palił jointa lub korzystał z łazienki, a potem musiał czekać na marginesie, kiedy wracał. Mimo to utrzymywaliśmy to przez jakieś trzy godziny, małą bańkę aktywistycznej intensywności, prawie całkowicie nieświadomi coraz bardziej hałaśliwej imprezy tanecznej, która w końcu nas ogarnęła, a później wieczorem zaczęła zanikać.

To tutaj w końcu zaplanowaliśmy atak na mur. Przeglądanie możliwości nie trwało długo. Nawet jeśli udało się wejść do strefy bezpieczeństwa, nie było żadnej oczywistej rzeczy do zrobienia, gdy już bylibyśmy w środku. Zawieszenie banerów byłoby możliwe, ale prawdopodobnie wymagałoby to współpracy właścicieli domów wokół mura, bez wątpienia byliby tacy, ale sami mogliby zawiesić banery. Moglibyśmy zająć budynek, ale doprowadziłoby to do absolutnie pewnego aresztowania i nie było jasne, po co. Było tylko jedno rozwiązanie. Musieliśmy zniszczyć Mur. Było to całkowicie uzasadnione. Wyświadczylibyśmy usługę publiczną. Przywódcy wszystkich stanów obu Ameryk przybywali do tego miasta, aby ustawić płoty w sąsiedztwie dzielnic; my, anarchiści, przybywaliśmy, aby je obalić. Pytanie brzmiało jak, i większość następnych trzech lub czterech godzin spędziliśmy na rozważaniu możliwości: haków, szczypiec, taktyki, narzędzi, dywersji, kątów podejścia. Normalne szczypce do cięcia drutu nie są w rzeczywistości wystarczająco mocne, aby przeciąć ogniwa ogrodzenia ochronnego; są jednak wystarczająco mocne, aby odciąć druty łączące ogniwa łańcucha z pionowymi słupkami. Po odcięciu była to kwestia wagi: przynajmniej jedna osoba musiała wspiąć się na szczyt ogrodzenia i odchylić do tyłu, gdy inni ciągnęli. Ewentualnie płoty mogły być obalone przez niewielki zespół uzbrojony w haki i liny. Prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem byłoby nierozpoczynanie wszystkiego w tym samym miejscu. Powinniśmy mieć kilka kolumn. Najlepiej trzy, każda z własną osobliwą taktyką. Spotkanie Ya Basta! mogłaby zejść się jedną wielką aleją, Czarny Blok następną, osoby z CLAC/CASA (z których żaden nie był obecny) ruszyli by trzecią. W ten sposób każdy zbliżyłby się do innej części ogrodzenia, ale wszyscy byliby w zasięgu wzroku. Każdy miałby też swój własny styl: ludzie z CLAC bardziej bojowi, Ya Basta! głupsi, Czarny Blok mobilniejszy. Członkowie Toronto i Montrealu Ya Basta! – dwóch grup, o których do tej pory słyszałem tylko niejasne plotki – obiecali poprowadzić do działania każdego innego Yabbasa, ponieważ znali teren.

W rzeczywistości odkryliśmy, że będą cztery różne kontyngenty Ya Basta! : dwa z Kanady, jeden z Nowego Jorku i jeden z Connecticut. Ten ostatni był reprezentowany przez młodą kobietę, którą wszyscy znali jako „Kitty z Connecticut”, studentkę muzyki w Connecticut College, którą znałem jako aktywistkę CGAN (Connecticut Global Action Network). Kitty właśnie dotarła do miasta i przegapiła większość rad, ale skierowała się bezpośrednio na spotkanie w klubie Scanner. Byłem naprawdę zadowolony, że ją widzę; była utalentowaną facylitatorką i wszechstronnie imponującą aktywistką (CGAN odniosła już dwa duże zwycięstwa w ciągu ostatniego roku: pierwsze, kiedy zablokowali centrum Hartford sojuszem anarchistów i dozorców, drugi, kiedy prawie w pojedynkę udało im się zmusić lotnisko Hartford do rozstrzygnięcia strajku z pracownikami restauracji, proponując akcję, aby wesprzeć pikiety, co najwyraźniej sprawiło, że kierownictwo przekonało się, że czeka ich horda szalejących Czarnych Bloków). W tej chwili jednak była zainteresowana głównie znalezieniem kogoś, kto mógłby jej załatwić skręta. Zniknęła, ktoś z Wysp Księcia Edwarda wsunął się na jej krzesło, a Sasha, świeżo z IMC, zajął pozycję, którą osoba opuściła przy pobliskim stole.

Konferencja była kontynuowana. Jeśli amerykańskiemu Ya Basta! nie udałoby się przedostać przez granicę, musielibyśmy zredukować plan do dwóch kolumn. Ciągle musieliśmy sobie przypominać, że prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie po prostu podejść do ogrodzenia; bardziej prawdopodobne jest, że musielibyśmy walczyć o ostatnie trzy bloki, aby nawet znaleźć się w pozycji, aby zacząć używać przecinaków do drutu. A kiedy już tam byśmy dotarli, potrzebowalibyśmy co najmniej czterech do sześciu minut, żeby obalić ogrodzenie. Tak więc plan zadziałałby tylko wtedy, gdyby przyłączyła się do nas większa liczba innych protestujących. Prawdopodobnie w końcu połowa Żółtego Bloku zostanie zainspirowana do przyłączenia się, a druga połowa ucieknie. To, czy będzie ich wystarczająco dużo, abyśmy mogli wywalczyć sobie drogę do muru, zależało od łącznych liczb i nikt nie miał jasnego pojęcia, jakie będą te liczby. Kolumny mogą liczyć od kilkuset do kilku tysięcy. Tak naprawdę wszystko zależało od miejscowych studentów. Z pewnością wydawali się wystarczająco wojowniczy. Ale czy się przedostaną?

Około pierwszej w nocy, po szesnastej rundzie „rozwalić państwo!”, stworzyliśmy wezwanie do działania – nazwane, ponieważ dobrze brzmiało, „Porozumienia z Scanner”. Zaczęło się tak: „Wzywamy wszystkich, którzy czują się osaczeni przez mury, aby przybyli do Quebec City”. Tak naprawdę to był tylko akapit, ale jakoś dopiero po jego opublikowaniu spotkanie wydawało się kompletne. Napisaliśmy pięć lub sześć zdań na kartce papieru, zredagowaliśmy je wspólnie, umieściliśmy tekst anonimowo na stronie internetowej IMC gdzieś w Stanach Zjednoczonych, z adnotacją, że ma być przekazywany dalej. Potem wyszliśmy na zewnątrz i podpaliliśmy papier. Sasha zaproponował, że sfilmuje rytuał, ale ktoś się sprzeciwił, na wypadek, gdyby można było użyć zaawansowanych technologicznie środków do zebrania odcisków palców ze zbliżeń naszych dłoni. (Prawie wszystkim wydawało się to śmieszne, ale jak się każda osoba uczy, w kwestiach „kultury bezpieczeństwa”, najlepiej jest nie dyskutować). Ruszyliśmy do domu, umawiając się na spotkanie o 13 jutro, gdy rady będą się kończyć, aby rozpoznać teren, gdzie najprawdopodobniej odbyłoby się pierwsze podejście do muru.

2.3. Niedziela, 25 marca


DZIEŃ 2 CONSULTY

Nasza grupa przespała oficjalną wycieczkę CLAC/CASA po mieście, która miała odbyć się rano, ale udało nam się dotrzeć na rady około godziny 11:00, dla odmiany, kiedy się właśnie zaczynały. (Właściwie to miały się zacząć się o 10 rano, ale wydawało się, że mamy do czynienia z poważnym przypadkiem „czasu aktywistów”. Osób było mniej niż dzień wcześniej, ale niewiele. Lesley, Dean, Lynn i ja zrekonstruowaliśmy nasze małe gniazdko, teraz gdy dołączyły do nas Sasha i Kitty, Emma wyjechała ze swoimi nowymi przyjaciółmi z Czarnego Bloku. Zespół CLAC też się zmienił: Jaggi nie był już tłumaczem, ale tym razem pomagał, razem ze starszą kobietą, której wcześniej nie widziałem.

11:00, Spotkanie Plenarne

Spotkanie rozpoczęło się raportami z sesji podgrupy poprzedniego wieczoru; następnie rozważylibyśmy szereg konkretnych propozycji. Myślę, że raporty zwrotne są warte udokumentowania, ponieważ dają pewne wyobrażenie o tym, jak poprzez takie otwarte i czasami pozornie bezproduktywne dyskusje, plany działania mogą naprawdę przybrać formę. W każdym przypadku chodziło o stworzenie podsumowania pomysłów, które rzecznicy mogliby zabrać z powrotem do swoich grup afinicji w Ameryce Północnej, aby ustalić, które chcieliby rozwinąć i podłączyć, oraz zapewnić środki do pozostawania ze sobą w kontakcie (zwykle e-mail).

1. „Świąteczny artystyczny rodzaj grupy”

Postanowiliśmy zadbać o to, by w całym mieście odbywały się imprezy. Jeden pomysł: zapewnić świąteczne występy, które wspierałyby blokady, nie będąc w nich faktycznie częścią. Innym było przekształcenie Muru w rodzaj sztuki (to znaczy, zanim zostanie zaatakowany). Możemy go animować, dekorować. Mówiliśmy o potrzebie tworzenia bardzo dużych obiektów, takich jak lalki, z dużym wyprzedzeniem i zapewnienia przestrzeni, w której można to zrobić. Jeśli chodzi o materiały eksploatacyjne: tkaniny, odpadki, ze znalezionych przedmiotów można zrobić wiele rzeczy. Prosimy wszystkich, aby odłożyli na bok wszystko, co znajdą, co można wykorzystać do kostiumów, rekwizytów lub projektów budowlanych.

Chcielibyśmy również poruszyć kilka drobnych kwestii: usłyszeliśmy wiele pomysłów na bębny, teatr uliczny, lalki; dużo tego oczekujemy. Niektórzy zasugerowali, aby być może również wydzielić jakiś obszar na trwające ciche lub nieruchome czuwanie, aby reprezentować głosy uciszone przez tego rodzaju szczyt.

2. Obrońcy Centrum Konwergencji

Zdecydowaliśmy, że obrona Centrum Konwergencji jest rzeczywiście priorytetem i że zastosujemy trzy metody:

a. ciągły nadzór wewnątrz i na zewnątrz

b. organizacja ewakuacji osób i materiałów w przypadku ataku

c. organizacja czynnego oporu wobec wszelkich policyjnych prowokacji lub ataków.

3-4. Grupy blokujące

W końcu nie miało większego sensu mieć dwóch różnych grup roboczych ds. blokady, więc się połączyliśmy.

Większość z nas opowiada się za blokowaniem autostrad, ale nie jesteśmy w stanie wysunąć konkretnych propozycji. Pojawia się też pytanie, jak przynieść sprzęt (np. narzędzia), który byłby niezbędny do utrzymania naprawdę skutecznej blokady. Granica jest dużym problemem dla ludzi z USA, którzy w innym przypadku mieliby dostęp do takich rzeczy; również CLAC/CASA jest zbyt zajęty, aby to zorganizować. Sugerujemy, aby grupy afinicji z wyprzedzeniem umawiały się z przyjaciółmi w innych miejscach w Kanadzie, na przykład w Maritimes, w celu dostarczenia rzeczy, gdyby zostały wysłane tutaj, prawdopodobnie zostałyby przechwycone. Zdecydowaliśmy, że miasto powinno zostać podzielone na strefy, aby mieć pewność, że wszystko jest pokryte.

Jest też konkretna propozycja od GOMM dotycząca planu zorganizowania blokady w stylu świątecznym dla trzystu lub więcej osób w pobliżu centrum miasta.

Dyskutowano o możliwości zablokowania lotniska, być może autostrad niektórych głów państw, ale nie dyskutowano o konkretnych propozycjach.

Innym pomysłem było zablokowanie poszczególnych symboli kapitalizmu; jak pociągi czy centra handlowe. Ktoś zaproponował spotkanie organizacyjne w tej sprawie o 15:30 po południu, po tym spotkaniu. To była 15:30, prawda?

[Kobieta w koszulce Spider-Mana: 15:30, zgadza się.]

Wreszcie pojawił się pomysł zablokowania niektórych głównych mass-mediów i żądania odtworzenia przygotowanej taśmy, przedstawiających niektóre z naszych głównych zastrzeżeń do traktatu.

5. Okupacje budynków

W Québec City są trzy uczelnie, a jedna z nich jest już zajęta przez OQP. W przypadku pozostałych dwóch dyskutujemy, czy i jak je okupować.

6. Chodzenie/posuwanie się/zwiedzanie/ruch w kierunku ściany

Wiele grup afinicji wyraziło chęć złożenia wizyty na granicy muru. Wyraźnie widać było silną chęć podjęcia tego i poczucie, że ma to służyć wielu celom: zakłócić granicę, zakłócić szczyt, a może nawet przeniknąć. Ale to chyba tak daleko, jak możemy się posunąć w tym kontekście. Wiele informacji wciąż wymaga wyjaśnienia, a większość logistyki wymaga dopracowania. Musielibyśmy zadecydować o oficjalnych punktach wizyt i środkach, jakie należy zastosować, aby wprowadzić ewentualne poprawki w ścianie. Czy to przez masową mobilizację, czy przez oddzielne działania grupowe? Ponieważ jest tak wiele do rozważenia i tak wiele zależy od liczb, informacje są jeszcze niedostępne, sugerujemy, aby rady delegatów zebrały się kilka dni po tym, gdy Płot zostanie ostatecznie postawiony, w celu podjęcia decyzji.

7. Redekoracja miejskich obiektów

Lub, jak sądzę, powinno to być właściwie „miejski krajobraz”. (Były pewne problemy z tłumaczeniem. Głównie wydają się dotyczyć rozsądnego używania farby w sprayu i innych materiałów artystycznych). Nie mieliśmy formalnego spotkania, naprawdę, ale po prostu się przywitaliśmy, a potem wszyscy poszli dołączyć do innych grup. Zalecamy, aby te kwestie pozostawić poszczególnym grupom afinicji. Nie ma niczego, co naprawdę wymagałoby koordynowania w skali całego miasta.

8. Ponowne zawłaszczenie żywności i innych przedmiotów

Czerwone, Żółte i Zielone Bloki mogą użyć różnych środków, aby odzyskać rzeczy. Naszym pomysłem jest przeprowadzenie zwiadu potencjalnych miejsc dla komandosów żywnościowych (commando du boeuf ). Manifest Żywności zostanie napisany, aby wyjaśnić, dlaczego ma miejsce ten rodzaj akcji.

Na marginesie: Montreal Food Not Bombs przygotowuje obecnie dużą ilość żywności, która zostanie zamrożona i przywieziona na wspólną ucztę, być może odbędzie się pod autostradą w piątek lub sobotę wieczorem.

9. Oddziały lotne (groupes mobiles)

Zadaniem oddziałów lotnych jest zapewnienie wsparcia gorących punktów podczas akcji; także, aby wykorzystać możliwości, które mogą się nagle otworzyć. Wszystko to oczywiście zależy od posiadania dokładnych informacji o tym, co się dzieje. System komunikacyjny jest niezbędny i nie jesteśmy pewni, jaka infrastruktura komunikacyjna (radio? walkie-talkie?) została już skonfigurowana. Wyobrażamy sobie liczne stosunkowo małe grupy po trzy, cztery lub pięć osób, dobrze ze sobą skoordynowane. Sami zdecydują, który z trzech bloków będą wspierać, na co odpowiadają. Koordynacja jest już organizowana.

10. Żywa rzeka

Zdecydowaliśmy…cóż, ta akcja jest organizowana z poganami z Vermont.

[Obecnych jest pięciu członków Klastra Pogańskiego: cztery kobiety, jeden mężczyzna. Starhawk z nimi nie ma. Wszyscy siedzą, nieco niestosownie, na krzesłach. Zauważam, że są w większości starsi, więc to mogą być po prostu problemy z plecami.]

Będziemy brać za sojusznika rzekę świętego Wawrzyńca, używając jej, razem z ogólnie użyciem tematu wody, jako reprezentacji przeciwko czemu walczymy i o co walczymy, jako formę, która pozwoli nam łatwo poruszać się tam i z powrotem od jednej akcji lub jednego rodzaju akcji do drugiej.

Osoby, które chciałyby wziąć udział, prosimy o przyniesienie niebieskiego materiału, wstążek, odzieży. Chodzi o to, aby stworzyć coś w rodzaju Niebieskiego Bloku…

[To jest przetłumaczone. „O nie! Jeszcze jeden blok”, wzdycha jeden z facylitatorów. Wszyscy się śmieją.]

…w ten sposób nie będziemy ograniczać się do jednej strefy czy stylu działania. Ludzie mogą się przyłączyć, strumyki mogą się rozdzielić, strumienie znów spłyną razem. Jeśli ludzie chcą pozostać przy blokadzie, mogą to zrobić; inni mogą odprawiać ceremonie lub oferować wsparcie dla innych grup.

Poganin: Jeśli ludzie chcą dołączyć, zachęcamy ich do wcześniejszego dołączenia do grup afinicji. Niekoniecznie do przyłączenia się jako jednostki.

O tak: naszym innym tematem jest swobodny dostęp do wody dla wszystkich ludzi, zainspirowany deklaracją Cochabamba. W konsekwencji zapewnimy wszystkim butelkowaną wodę i zachęcamy ludzi do przynoszenia próbek wody z waszych domów, aby wziąć udział w jednym wielkim rytuale, który odbędzie się w tym samym czasie, co ceremonia otwarcia Szczytu.

Facylitator: Mamy bardzo krótki czas na pytania, tylko pięć minut, bo inaczej może to trwać w nieskończoność.

Rzecznik Drużyny Lotnej: Och, grupa mobilna zapomniała dodać: będziemy mieć listserv, żeby porozmawiać o sprzęcie komunikacyjnym, bo to jest bardzo ważne. Możesz zarejestrować się na stronie CLAC.

Brodaty mężczyzna: Jeden z pomysłów, który wyszedł z naszej pierwszej sesji w sprawie Centrum Konwergencji, polegał na tym, by zrobić coś podobnego do LA i uzyskać nakaz prawny, który powstrzyma gliny i strażaków przed wejściem. Chcemy się upewnić, że dział prawny jest tego świadomy.

[Następuje kilka pytań, ale wiele ogłoszeń o konfigurowaniu listservs, informacje kontaktowe i tak dalej.]

Facylitator: Przejdźmy więc do nowych propozycji. Przypominam ludziom, że musimy wyjść przed piątą.

Pierwszą propozycją była po raz kolejny obrona Centrum Konwergencji. Dla żadnego z nas nie było jasne, dlaczego ta propozycja musiała zostać powtórzona, w rzeczywistości była to dokładnie ta sama propozycja, którą przedstawił wcześniej CLAC. Przypuszczalnie była to jakaś formalność. Teoretycznie, każda propozycja powinna być oparta o pięć osób za, pięć przeciw, ale ponieważ nikt nie był zainteresowany wypowiedzeniem się przeciwko propozycji, uznano, że została ona przyjęta i przeszliśmy do następnej.

Kolejna była o wiele ciekawsza, bo wprowadzała element ostrego konfliktu. Daje też przykład tego, jak faktycznie funkcjonuje konsensusowe podejmowanie decyzji (ponieważ pomimo formalnych zasad skutecznie korzystaliśmy z systemu „zmodyfikowanego konsensusu”, przede wszystkim dlatego, że konflikt nigdy wprost nie wyszedł na jaw. Propozycje budzące zastrzeżenia są rzadko odrzucane. Nawet jeśli teoretycznie jedna osoba ma prawo zawetować („zablokować” propozycję, prawie nigdy się to nie zdarza: zamiast tego istnieje proces, który można by prawie opisać jako zabijanie z miłością.

Propozycję przedstawiła młoda kobieta w dużym białym swetrze z warkoczami i różowej wełnianej czapce:

Różowa czapka: Wśród grupy blokującej uznaliśmy, że bardzo przydatne byłoby utworzenie komitetu taktycznego.

Taki komitet składałby się z ludzi chętnych do wcześniejszego przyjścia, a także oczywiście z CLAC/CASA. W ten sposób będzie mógł rozejrzeć się po mieście w miarę wznoszenia się muru, dowiedzieć się, jakie hotele lub inne ważne miejsca należy uderzyć, aby jak najbardziej zakłócić Szczyt. Tak więc, kiedy różne osoby przybędą do Centrum Konwergencji w środę i czwartek, będziemy mieli plan, dzięki któremu będziemy mogli skierować ludzi do najlepszych miejsc, w których mogą wywrzeć wpływ, zakłócić, a nawet zatrzymać Szczyt. Mam nadzieję, że o tym będzie spotkanie o 15:30, więc proszę, przyjdź, jeśli masz jakieś spostrzeżenia lub po prostu chcesz pomóc w jakikolwiek sposób.

Starszy Facylitator: Jaka jest zatem propozycja? Stworzyć taką grupę? Czy po prostu zapraszasz ludzi na spotkanie, czy składasz oficjalną propozycję?

Różowa czapka: Czujemy, że potrzebujemy pomocy miejscowych, aby to pociągnąć. Chcemy więc wiedzieć: czy jest to pomysł przyjęty przez grupę? Bo jeśli nie, to nie możemy tego zrobić. Chodzi o to, aby wziąć pod uwagę przeszłe doświadczenia, zastanowić się, co się udało, a co nie w Seattle, DC i tak dalej.

Starszy Facylitator: Czy zatem, co do wniosku, są jakieś kwestie wyjaśniające lub pytania?

Kobieta w tęczowych dredach: Czy to wezwanie od jednej grupy, czy zdecentralizowane, otwarte dla wszystkich? Ponieważ w CLAC staraliśmy się opracować proces, który zapewni, że żadna pojedyncza grupa nie zdominuje koordynacji. Uważamy, że to bardzo ważne.

Różowa czapka: Wyobrażamy sobie różnych ludzi, ludzi z wielu grup afinicji, ludzi z różnych części USA i Kanady, którzy zbierają się z pomysłami. To byłoby jak spin-off rady delegatów. Aby zapewnić, że gdy przyjdą tysiące ludzi, naprawdę możemy zamknąć miasto, naprawdę wywrzeć wpływ na Szczyt.

Starszy Facylitator: Widzę jeszcze jedno wyjaśniające pytanie.

Amerykanka: To nie jest pytanie, ale: jeśli to wszystko jest scentralizowane tylko wokół blokad ulic…

Jaggi: Um, w tym momencie prosimy tylko o pytania wyjaśniające.

Inna Amerykanka: Właściwie uważam, że facylitator wezwał do „wyjaśnienia punktów lub pytań”. Więc mam też jedną z nich. Propozycję tę składają ludzie, którzy wywodzą się z grupy blokującej i chociaż wszyscy uważamy to za ważne, mamy również nadzieję, że każda taka komisja uwzględni taktykę innych grup afinicji, aby pomóc nam koordynować całą akcję jako całość, bez centralizacji. Byłoby przydatne, gdyby to było kanałem informacyjnym, aby ludzie wiedzieli, skąd wziąć informacje taktyczne, aby działania były jak najbardziej efektywne.

Starszy Facylitator: Proszę nie interweniować, prosimy o uzupełnienie lub wyjaśnienia. Pytanie od mężczyzny?

Mężczyzna: W porządku, chciałbym wyjaśnić, czy komitet będzie tylko zbierać informacje, czy przedstawiać sugestie. A może będzie miał jakieś inne funkcje? To znaczy, czy miałby inne funkcje niż bank informacji?

Różowa czapka: To byłoby jedno i drugie. Więc kiedy ludzie przyjadą spoza miasta, będą mieli pojęcie, gdzie są ważne miejsca, ponieważ mogą nie znać miasta…

Starszy Facylitator: Pytanie od kobiety?

Kitty [która wcześniej podniosła rękę]: Nie, rezygnuję.

Starszy Facylitator: Zatem kobieta w szarym kapeluszu.

Lesley: Myślałam, że istnieje już lokalny komitet działania. Chciałabym wiedzieć, jaka będzie ich rola w stosunku do tego nowego taktycznego.

Różowa czapka: Jest komitet akcji? A więc gdzie jest?

Nicole: W CLAC/CASA istnieje komitet ds. działań, stworzony do zajmowania się logistyką i proponowania działań. Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, ale gdybyśmy to zrobili, prawdopodobnie bylibyśmy szczęśliwi, dzieląc się doświadczeniami, ponieważ pomogłoby nam to w pracy.

Kobieta w koszulce Spider-Mana: Tak, też uważam, że to świetny pomysł.

Różowa czapka: Naprawdę czuję, że jest to coś, w czym możemy razem pracować, aby naprawdę wywrzeć wpływ na Szczyt.

Ciekawą rzeczą w tej rozmowie jest delikatność, z jaką została przeprowadzona. Wtedy miałem tylko intuicję, co się dzieje. Z pewnością wydawało mi się to trochę dziwne, że kobieta składająca propozycję używała w kółko tych samych zwrotów („naprawdę wywierając wpływ na Szczyt”), a później, że jej główna zwolenniczka, kobieta w T-shircie Spider-Mana, używała zdumiewająco podobnych określeń. Normalnie, słowo „komitet” również byłoby wskazówką. Anarchistka powiedziałaby „grupa robocza”, ale byliśmy w obcym środowisku, więc nierozsądne wydawało się wczytywanie w dobór słów. W miarę upływu czasu stawało się coraz bardziej jasne, że nadepnięto na palce u stóp, ale etos niekonfrontacji był taki, że nikt nie chciał wyrazić tego wprost. Raczej prawie wszystkie odpowiedzi były bardzo konstruktywne, przynajmniej w tonie.

Kobieta: W grupie oddziałów mobilnych wielu z nas zauważyło, że w przeszłości pojawiał się problem z nierzetelnymi informacjami: Grupy mobilne trafiają w jakieś miejsce na podstawie plotek, które okazują się nieprawdziwe. Czy ta komisja udzieliłaby nam pomocy w komunikacji?

Spider-Man: Tak, absolutnie

Różowa czapka: Tak.

Medyk w niebieskiej bandanie: A czy ta komisja będzie odpowiedzialna przed radą delegatów? Jeśli tak, to jak by to działało w rzeczywistości?

Spider-Man: Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi tak, dostarczyłaby informacji każdemu, kto jest w radzie. Po drugie: to zależy od tego, kto bierze udział, ale sądząc po poprzednich akcjach, może skończy się to podziałem miasta na sekcje. Więc jeśli pojawi się grupa afinicji i ludzie powiedzą: „Chcemy przejść do Żółtego Bloku, chcemy znaleźć blokadę, ale nie będziemy opierać się aresztowaniu”, możemy powiedzieć: „Cóż, wiemy, że potrzebują tu następnych pięćdziesięciu osób w tym sektorze”. Grupa może również pomóc w ułatwieniu zbierania sprzętu.

Starszy Facylitator: Pozwolimy, aby rozmowa trwała przez piętnaście minut, czyli maksimum, na które zdecydowaliśmy się pozwolić na konkretne propozycje, ponieważ przy obecnym tempie nie będziemy mogli zdecydować. Przejdźmy od wyjaśniania pytań do wątpliwości.

Eric: Właściwie nadal chciałbym coś wyjaśnić. Brzmi to podobnie do tego, o czym rozmawialiśmy w grupie zespołów lotnych, ponieważ ludzie zdawali się nie wiedzieć, co było już na miejscu w zakresie komunikacji lub taktyki. Musimy jakoś wymyślić, w jaki sposób oddziały taktyczne, komunikacyjne i mobilne CASA/CLAC mają ze sobą współpracować.

Kobieta w tęczowych dredach: Uważam, że pomysł utworzenia grupy strategicznej jest interesujący, ale chcę się upewnić, że nie będzie tu powielania pracy. CLAC/CASA utworzyły niedawno grupę ds. komunikacji, więc chcę zapewnić, że ten komitet będzie tylko koordynował blokady.

Spider-Man: Zapraszamy do przyłączenia się do grupy.

Różowa Czapka: Chcemy z wami pracować.

Kitty: Trochę się martwię, że ta nowa grupa podejmuje zbyt wiele działań i może zostać przytłoczona. Może lepiej byłoby zdecentralizować, trochę podzielić obowiązki.

Jaggi: Być może nadszedł czas, aby przejść do sondy, aby sprawdzi poczucie w sali. Jeśli mamy konsensus, możemy przejść do czegoś innego; w przeciwnym razie możemy przeprowadzić pełną debatę. Pamiętajmy: to jest tylko dla delegatów, ludzi upoważnionych przez swoje kolektywy lub grupy afinicji, którzy mają małe czerwone lub niebieskie karteczki.

Mężczyzna: Ostatnie pytanie przed głosowaniem: to jest komisja tylko do koordynowania blokad?

Niebieska bandana: Czekaj, a to nie jest generalny komitet taktyczny koordynujący działania?

Wiele: Nie! Nie!

Zwolennicy komitetu nie tylko kierowali skoordynowanym wysiłkiem, ale wydawali się mieć zamiar pchać go tak daleko, jak to tylko możliwe. Oznacza to, że propozycja rozpoczęła się jako komitet do przekazywania informacji o blokadach i wydawała się przekształcać w coś o znacznie szerszych uprawnieniach.

Lesley, która uważnie obserwowała, dźgnęła mnie, kiedy sięgnęłam po swój papier.

– Nie głosuj na „tak”! Każdy z ludzi nalegających na tę propozycję, wszyscy są ISO. To zamach ISO!

Co by wiele wyjaśniało. Jeśli chodzi o głosowanie, jako jedyni zagłosowaliśmy na „nie”, ale jest około piętnastu osób wstrzymujących się od głosu. To samo w sobie było niezwykłe.

Nie było dla mnie do końca jasne, co będzie dalej, ponieważ CLAC, technicznie rzecz biorąc, nie korzystał z procesu konsensusu. Gdyby to był DAN, bylibyśmy zablokowani i to byłby koniec. Lub, alternatywnie, jeśli facylitator był wystarczająco umiejętny, byłoby wcześniej jasne, że niektóre osoby miały wystarczająco silne odczucie w kwestii, że mogłyby ją zablokować, a zatem, jeśli propozycja nie zostałaby po prostu wycofana, zostałaby zmieniona: różne osoby proponowałyby „przyjazne poprawki”, dopóki wszystkie obawy nie zostaną omówione. CLAC używał jednak systemu zmodyfikowanego głosowania: teoretycznie mieliśmy rozpocząć debatę z jednym mówcą za, jednym mówcą przeciw itd., a na koniec głosowanie wymagające 75% większości. Ale w rzeczywistości to, co się wydarzyło, jest dokładnie tym, co by się stało, gdyby był to czysty konsensus.

Jaggi: Więc teraz, ponieważ nie mamy pełnego konsensusu, przechodzimy do debaty. Najpierw zobaczmy, czy ci, którzy głosowali przeciw, chcą wyjaśnić powody swojego sprzeciwu; wtedy wysłuchamy trzech osób za propozycję i trzech przeciw.

Lesley: Byłem już w komitetach taktycznych…

Ktoś: Czy mógłbyś wstać, proszę? Łatwiej byłoby słyszeć.

Lesley: Tak, przepraszam. Jestem Lesley z NYC DAN. Byłam już wcześniej w komitetach taktycznych i z mojego doświadczenia wynika, że nie działają one zbyt dobrze. Pamiętajcie, że w Seattle nie było centralnego komitetu koordynującego. Wszystko odbywało się na zasadzie konsensusu między grupami afinicji, nawet na ulicach. Na A16 mieliśmy jednak pewne problemy, pewne luki w blokadzie i dlatego podczas protestów na konwencie w Filadelfii i LA organizatorzy postanowili stworzyć zespoły taktyczne, aby zapewnić ogólną koordynację, naprawdę bardziej w formie eksperymentu niż czegokolwiek innego. Odkryliśmy, że w Philly gliniarze byli w stanie dość łatwo dobierać się do członków zespołu, co powodowało więcej zakłóceń, niż gdybyśmy w ogóle nie mieli żadnej scentralizowanej koordynacji. Nie byłem w LA, ale z tego, co słyszałam, zespoły taktyczne szybko stały się strukturami władzy samej sobie, ludzie z LA DAN byli traktowani jak bogowie i to kompletnie zblokowało jakąkolwiek niezależną inicjatywę.

Na koniec mam pewne obawy, że stworzenie takiego zespołu może skończyć się scentralizowaniem władzy z dala od lokalnych organizatorów. Więc sprzeciwiam się temu, ponieważ uważam, że ważne jest, abyśmy podtrzymali bardzo wyraźne zobowiązanie do zachowania władzy w lokalnych rękach.

Jaggi: A inne głosy nie?

Dawid [przerwał w trakcie pisania notatek]: Kto ja? Um, podobne obawy.

Jaggi: No to otwórzmy debatę.

Stary Punk: Chciałbym zaproponować jako przyjazną poprawkę, aby komisja została utworzona w taki sposób, aby zapewnić reprezentację jak największej liczby grup afinicji.

Jaggi: [do Różowej Czapki]: Jeśli to przyjazna poprawka…Czy tak?

Różowa czapka: Tak, dobrze.

Mężczyzna: Proponowałbym również, aby wyjaśnić, że komisja nie jest ciałem decyzyjnym, ale takim, które będzie zbierać informacje i sugerować możliwości działania. Myślę, że to również należy dodać jako przyjazną poprawkę.

Inny mężczyzna: Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy o tej propozycji, sformułowaliśmy ją jako komitet strategiczny specjalnie do koordynacji blokad. Od czasu sondażu, wydaje się, że mówimy o czymś, co będzie koordynowało całość akcji. Wydawałoby się więc, że jest tu trochę zamieszania, nie jest dla mnie jasne, co to jest. Stworzenie pierwszego byłoby świetne. Jeśli jest to drugie, istnieją już grupy, które to robią. Byłbym za tym, gdyby to było raczej to pierwsze.

[Krótka konsultacja między facylitatorami]

Jaggi: Słownik, który mamy, mówi „komitet strategiczny do koordynacji z innymi grupami”, pamiętając o przyjaznych poprawkach…

Których pojawiło się więcej. Zanim to się skończyło, mieliśmy komitet strategiczny zobowiązujący się do przestrzegania zasady decentralizacji, do koordynacji z CLAC/CASA, i który miałby nie więcej niż jednego przedstawiciela z określonych grup afinicji i tak zróżnicowany zakres takich grup reprezentowanych, jak to tylko możliwe. Co ciekawe, kiedy w końcu doszło do głosowania, było kilka głosów odmownych, ale także sporo braw – rodzaj wzajemnego uznania za rozwiązanie problemu – i groźba pojawienia się jakiegokolwiek rodzaju komitetu centralnego była zdecydowanie obalona.

Po głosowaniu Lesley i ja poszliśmy do przodu, aby naradzić się z ludźmi z CLAC. Helene – tak nazywała się kobieta z tęczowymi dredami – serdecznie podziękowała nam za nasz sprzeciw.

– Oczywiście istnieje komitet strategiczny – powiedziała nieco niepewnym angielskim. – Ale nie chcieliśmy sprawiać wrażenia, że ich wykluczamy. Mimo to widziałem tam ludzi z ISO…

Mogę zauważyć, że to, co się wydarzyło, było również doskonałym przykładem innej kluczowej zasady podejmowania decyzji w drodze konsensusu: nigdy nie wolno kwestionować uczciwości ani dobrych intencji innej aktywistki. W rzeczywistości nawet wspomnienie o ISO w dyskusji byłoby postrzegane jako niemal szokująco konfrontacyjne.

Zaczerpujemy trochę powietrza; chociaż w końcu wracam dość szybko, ponieważ na zewnątrz wciąż jest zimno, a na spotkaniu zostawiłem wszystkie swetry. Znajduję kawę i wracam w samą porę, by uchwycić jedyny poważny incydent, w którym ostrożna powierzchnia wzajemnego szacunku i hojności faktycznie zaczyna się załamywać, dość przewidywalnie, wokół kwestii niestosowania przemocy. Najwyraźniej sprawa była niemal wyłącznym tematem pierwszej rady prasowej miesiąc wcześniej. Teraz ktoś próbuje do tego wrócić. Nie jestem pewien, kim był ten mężczyzna, ale był to wielki, brodaty, anglojęzyczny gość w koszuli drwala, z kartką papieru w rękach i małym oddziałem kibiców za nim, jego agresywne gesty wydawały się określać go niemal natychmiast jako jednego z tych klasycznych stereotypów aktywistów: wojowniczy pacyfista.

Drwal: Chciałbym porozmawiać o różnorodności taktyk.

[słyszalne jęki z całego pokoju]

Starszy Facylitator: Nie sądzę, żeby to był odpowiedni czas i miejsce na dyskusję na ten temat.

Drwal: Cóż, jeśli nie mogę tego zrobić teraz, gdzie indziej mogę to zrobić? Mam oświadczenie, które chciałbym przeczytać. Niektórzy z nas przygotowali oświadczenie…

Starszy Facylitator: Przepraszam, staram się to wyjaśnić…

Drwal: …oświadczenie, które ma przyjąć Czerwony Blok. Uznaliśmy, że byłoby to właściwe, ponieważ w końcu wezwałaś do dyskusji na temat stosunku każdego bloku do policji. Więc jeśli pozwolisz mi zacząć:

[zaczyna czytać]

„Celem Czerwonego Bloku jest wyrażenie demokratycznego sprzeciwu ludu wobec FTAA i Szczytu Ameryk. W tym celu nasze działania będą polegać na zakłóceniu lub uniemożliwieniu spotkania na Szczycie. Nasze bezpośrednie działanie usuną wszelkie bariery, które będą blokować możliwość wyrażenia naszego sprzeciwu bezpośrednio uczestnikom. Nie będziemy również honorować żadnych działań ani próśb policji, które w podobny sposób będą próbowały zablokować nasz dostęp do tych spotkań. Naszą sprawą jest sprzeciw wobec FTAA i Szczyt; dlatego nie podejmiemy działań przeciwko robotnikom tego miasta. i chociaż nie pozwolimy policji ani jej barykadom blokować nam dostępu do Szczytu, nie będziemy używać broni ofensywnej ani atakować policji; jeśli jednak zostaniemy zaatakowani, zareagujemy w sposób defensywny”.

[mowa jest nieustannie przerywana przez gwizdy i okrzyki]

Jaggi: Jeśli pozwolisz mi tutaj przetłumaczyć te wrzaski. Odbyły się już niekończące się dyskusje na ten temat, a to tutaj, to jest nie w porządku. To, co mówisz, jest sprzeczne z zasadami różnorodności taktyk, o których już (bardzo obszernie) dyskutowaliśmy i co do których ostatecznie się zgodziliśmy.

Drwal: Cóż, dla tych z nas, którzy nie są w Quebec City, ale w…odległych miejscach, ciężko jest przetłumaczyć, co właściwie ma oznaczać niejasna fraza, taka jak „różnorodność taktyk”. Uważamy, że jeśli zostaniemy poproszeni o rozszerzenie naszej odpowiedzialności za solidarność na wszystkich w grupie, mamy prawo poprosić grupę o wzięcie odpowiedzialności za wyjaśnienie, jakie ograniczenia, jeśli w ogóle, narzucają. Popieramy ideę różnorodności taktyk, ale to wcale nie oznacza poparcia dla dowolnych taktyk.

Starszy Facylitator: Jako jeden ze współfacylitatorów[9] nie sądzę, abyśmy mogli rozpocząć debatę na temat różnorodności taktyk. Wezwanie do wzięcia udziału w tej radzie wystosowano na zasadzie różnorodności taktyk. Pamiętaj też, że nasza organizacja jest zdecentralizowana, więc nie ma nadrzędnej władzy, która mogłaby stawiać bariery lub ograniczać to, co mogą zrobić poszczególne grupy afinicji. Jesteśmy organem doradczym, nie możemy narzucać. Tak więc chciałabym przejść do prawdziwej propozycji, jeśli ktoś ją ma.

To znaczy, chyba że w sali mamy głębokie uczucie, że powinniśmy o tym porozmawiać. Jest?

Nie? Czy powinniśmy zrobić badanie sali?

[W sali pozostało około 120 osób]

Jaggi: Pozwólcie, że wyjaśnię każdemu, kto nie jest zaznajomiony z naszym procesem, że jeśli ktoś prosi o „sondę”, nie jest to wiążące głosowanie, ale sposób na zrozumienie pokoju, odczuć ludzi w sprawie pytania, naprowadzenie facylitatorów. W tym przypadku byłoby to sprawdzenie, czy ludzie chcą dyskutować nad propozycją. Kto jest za debatą?

[Na korzyść: jeden poganin, mała grupka zwolenników drwala]

[Przeciw: przytłaczająco wielka liczba]

[Wstrzymało się: około dwunastu]

Jaggi: W porządku, mamy 75% za przejściem do kolejnego punktu, więc to zrobimy.

Kolejna propozycja dotyczyła punktu wyjścia marszu: czy zebrać się na Równinie Abrahama. Pojawiły się obawy, że byłoby nierozsądne, aby tysiące aktywistów chłodziło się w dużym parku, w zasięgu wzroku policji, przez kilka godzin przed poważną akcją. Inni uważali, że nierozsądnie jest zmieniać plany tak późno, ponieważ dla Zielonego Bloku ważne było przynajmniej wcześniejsze poznanie ostatecznej lokalizacji. Opinia wydawała się skłaniać ku temu pierwszemu.

Kitty wyszła, wyjaśniając, że obiecała przyjaciółce z USA, że sprawdzi drogę na lotnisko. Jej przyjaciółka słyszała, że jest tylko jednopasmowa autostrada, bez alternatywnych tras. Dean, Sasha i ja wybieramy się na naszą nieformalną trasę z ludem Scanner (Emma gdzieś zniknęła). Zbieramy się, zgodnie z obietnicą, o 13:00 i jemy kanapki, spacerując brukowanymi uliczkami wkrótce zakazanej strefy.

13:15, Końcowe Ustalenia

Równina Abrahama, ogromny obszar parku na szczycie klifów Jaggiego, wciąż jest całkowicie pokryta śniegiem. Jest prawie pusta w mroźne niedzielne popołudnie. Kilkunastu z nas wyruszyło na poszukiwanie podobno już zainstalowanego odcinka muru. Wyglądamy niesamowicie w naszych czarnych bluzach z kapturem, wojskowych spodniach i niekończących się naszywkach (dzieciak obok mnie, w blond dredach, ma na sobie kurtkę z napisem „Vegan Death Squad”). Tylko Buffy, facylitatorka z poprzedniej nocy, jest incognito w brązowej zamszowej kurtce i z aparatem fotograficznym. Udaje turystkę nie do końca nieprzekonującą (aparat ma w rzeczywistości dokumentować informacje o możliwym wykorzystaniu taktycznym). Sasha ma ogromną kamerę wideo, która dokumentuje naszą wyprawę. Inni też mają aparaty.

Kiedy podchodzimy do oszołomionego narciarza w średnim wieku po wskazówki, zdaję sobie sprawę, że staliśmy się ucieleśnieniem innego klasycznego stereotypu aktywisty. Właściwie jest to idealne uzupełnienie wojowniczego pacyfisty: tłum anarchistów wyglądający jak zgraja żołnierzy z jakiejś bezbożnej armii – jakiego typu armii, nawet nie chcesz sobie wyobrażać – którzy, kiedy tak naprawdę z nimi rozmawiasz, stają się być najsłodszymi, najbardziej skromnymi ludźmi, jakich można sobie wyobrazić. Ktoś nieśmiało pyta narciarza o Mur. Najpierw myśli, że pytamy o mury starego miasta, ale tłumaczymy.

– Och, nowy rodzaj muru – uśmiecha się i wskazuje nam starożytną wieżę w dół wzgórza.

Wieża jest ogromną wieżą armatnią z widokiem na klify; potem sprawy stają się bardzo strome bardzo szybko. Kilku z nas próbuje zejść; jedno z dzieci z Wysp Księcia Edwarda ma spontaniczne krwawienie z nosa; tylko kilku z nas (ja, Dean, dwóch członków Montréal Ya Basta!) faktycznie schodzi na dół. Ogrodzenie nie było tak naprawdę widoczne, ale Sasha robi piękne zdjęcia panoramiczne do przyszłego filmu dokumentalnego.

Później zrobiliśmy obszerne zdjęcia okolicy w pobliżu Grand Théâtre, gdzie nasz wyobrażony trójstronny atak najprawdopodobniej napotka silny opór.

– Widzisz ten mały park, tuż obok teatru? – zapytał Greg, jeden z mieszkańców Montrealu. – Właśnie tam w zeszłym roku stoczyliśmy wielką bitwę o reformę szkolnictwa.

Ktoś inny wyjaśnia, że rząd zorganizował wysłuchanie publiczne na temat tego, jak przeprowadzić cięcia środków na edukację.

– Obiecali, że dopuszczą do udziału grupy studenckie, ale wtedy zaprosili tylko te prawicowe. – Wykluczeni ogłosili zamiar przerwania konferencji; rząd ogłosił zamiar otoczenia budynku oddziałami policji. Ostatecznie wszystko sprowadzało się do walki pozycyjnej: z jednej strony gliniarze uzbrojeni w gaz łzawiący i plastikowe kule, a z drugiej studenci uzbrojeni w cegły, kule bilardowe i koktajle Mołotowa.

– Koktajle Mołotowa?

– Mają tu zupełnie inne standardy. Trzeba pamiętać, że w latach 70. toczyła się tu jakaś wojna partyzancka. Ludzie ginęli. Sam Quebec przez lata znajdował się w stanie wojennym. To zupełnie inne miejsce niż reszta Kanady.

Piętnaście minut później, skulony w wiacie przystankowej, by negocjować taktykę, Greg, trochę zakłopotany, ponownie porusza tę sprawę.

– Właściwie to chciałem o tym pogadać. Dużo o tym dyskutowaliśmy w Montrealu i myślę, że konsensus jest taki, że wszyscy myślimy, że koktajle Mołotowa zdecydowanie nie są dobrym pomysłem. – Milton, z tej samej grupy, energicznie kiwa głową.

– Nie mówię tego ze względów moralnych – zauważa wobec Amerykanów – ponieważ nigdy nie widziałem, by mołotowy były używane przeciwko ludziom, którzy są naprawdę bezbronni. Używasz ich tylko przeciwko policji w pełnym ognioodpornym sprzęcie do zamieszek, o której wiesz, że nie zostanie poważnie ranna bez względu na to, co zrobisz. Więc…to nie jest tak, że naprawdę próbujesz kogoś podpalić. To jest więcej…Ok, sposób, w jaki to widzę, jest sposobem na pokazanie naprawdę poważnego celu, pokazanie, że jesteś zdeterminowany, aby przejść. Gliniarz, który widzi nadlatującą w jego stronę bombę zapalającą, nie może nie powstrzymać zaskoczenia, nawet jeśli wie, że to go nie zabije; to nie może pomóc, ale sprawi, że zacznie się zastanawiać, czy naprawdę chce utrzymać swoją pozycję. To sposób na odciągnięcie ludzi. I to działa.

– Zdecydowanie zadziałało w zeszłym roku podczas bitwy w parku – mówi jeden z dzieciaków PEI. Po chwili: – nie żebym ja też to popierał.

– Problem z mołotowami…– mówi Milton. – No dobra, po pierwsze, jeśli coś rzucasz, musisz to zrobić z pierwszej linii. Odnosi się to do wszystkiego, co rzucasz i wydaje się to oczywiste, ale nie mogę uwierzyć, jak często jakiś idiota o tym zapomina. W zeszłorocznej bitwie mieliśmy ścianę tarczy i niektórzy ludzie rzucali cegłami i butelkami przez linię z dala od tyłu, więc oczywiście od czasu do czasu ktoś trafiał tarczownika w tył głowy. Gdybym nie miał kasku, całkowicie by mnie załatwili.

Jeden z dzieciaków PEI wtrąca się:

– Nawet gorzej, jeśli zamierzasz używać mołotowa, musisz najpierw poćwiczyć. To niesamowite, jak wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Przynajmniej musisz poćwiczyć pakowanie. Jeśli tego nie zrobisz, to w połowie przypadków, gdy odchylisz rękę do tyłu, by rzucić, szmata wyskoczy i benzyna wyleje się na faceta za tobą, więc teraz jego ubrania są przesiąknięte benzyną i ludzie się bawią z otwartymi płomieniami wokół niego.

– Więc nie dla mołotowów.

– Ta.

– Jedynym naprawdę uzasadnionym zastosowaniem mołotowa – zauważa Buffy – może być niszczenie mienia. Na przykład: powiedzmy, że jest armatka wodna. Teraz jest to całkowicie uzasadniony cel.

– Pamiętaj, że armatka wodna nie spowolniła zbytnio ludzi w tym ostatnim pokazie.

– Armatki wodne mogą być całkiem skuteczne, jeśli są właściwie używane.

– Jednak – mówi Greg. – Powodem, dla którego chciałem mieć tę małą dyskusję, było uzyskanie konsensusu, że nie chcemy mołotowa, to taktycznie nie jest dobrym pomysłem. A więc: czy ktoś rzeczywiście ma do tego zastrzeżenia? A może mamy konsensus?

Wszędzie kiwnięcia głową. Zapewniam go, że nikt ze strony amerykańskiej nawet nie rozważał ich użycia.

Wróciliśmy do rady w samą porę, by zobaczyć, jak Emma i jej nowy przyjaciel Craig wychodzą w ogromnej irytacji. Najwyraźniej przedstawiciel GOMM rzeczywiście wszedł i poprosił, aby niektóre strefy nazwano tylko żółtymi; jeden był prawdopodobnie obszarem autostrady, którego i tak nie chcemy, więc w porządku, ale drugi obszar był tuż pod płotem na jednej z trzech ulic, którymi mieliśmy maszerować. Wzruszamy ramionami i zastanawiamy się, oni to rozwiążą. W każdym razie, jeśli chcemy wrócić do domu przed 2 w nocy, lepiej zacznijmy jechać.

Droga do domu

Przez około godzinę Emma nadal grzmi na pacyfistów.

– Dlaczego ludzie upierają się przy próbach narzucania innym swoich własnych kodeksów postępowania? Jak mogą nazywać siebie anarchistami? Te rzeczy powinny być pozostawione wyłącznie do decyzji każdej grupy afinicji.

– Czyli mówisz – pytam – że sprzeciwiasz się pisanym kodeksom? Albo jakikolwiek zasadom?

– Mówię dowolnym zasadom. Jakiemu możliwemu celowi służą?

Od jakiegoś czasu się tym zajmujemy. Zwracam uwagę na możliwość pojawienia się nazistów. Emma podkreśla, że naziści dość regularnie próbują rozbić anarchistyczne wydarzenia. Dlatego wiele grup afinicji dopuszcza tylko jeden wyjątek od ogólnej zasady niestosowania przemocy: kiedy ma się do czynienia z nazistami.

– W porządku, w takim razie powiedz, że bierzesz udział w akcji i zauważasz, że pojawiła się inna grupa afinicji z taktycznym urządzeniem termojądrowym.

Emma przewróciła oczami.

– Czemu oczywiście moglibyście z łatwością zapobiec, gdybyście wcześniej opublikowali kodeks postępowania określający „żadnych taktycznych urządzeń termojądrowych”? Słuchaj, ktoś robi coś szalonego, to w porządku, ludzie wokół niego muszą zrobić to, co muszą.

Na szczęście Sasha zmienia temat. Spędzamy kolejne piętnaście minut, próbując ustalić różne rodzaje kanadyjskiej ochrony, które mają być skierowane przeciwko nam: od RCMP (Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej) po Sûreté du Québec – nazwy, które dają amerykańskiemu aktywiście wrażenie, że wkrótce będziemy zaatakowany przez kombinację Dudleya Do-Righta i inspektora Clouseau. (Nieunikniona repartee: „Czy twój pies gryzie?” „Czy masz licencję na to?”). Zaznaczam, że przynajmniej w Vermont, z jego socjalistyczną administracją, możemy oczekiwać, że policja będzie nas traktować w rękawiczkach. Emma podchodzi do tego niezwykle sceptycznie. Bardziej prawdopodobne, że będą szczególnie męczący, aby się wykazać. Zresztą jaki wpływ mają lokalni politycy na policję?

W Montrealu mówimy o rodzinach. Sasha dorastała w Hollywood. Pochodzę z lewicowej rodziny robotniczej z Nowego Jorku. Okazuje się jednak, że zarówno Emma, jak i Dean pochodzą z katolickich rodzin robotniczych ze Środkowego Zachodu, a to przebija wszystko. Na przykład rodzice Emmy należą do jakiejś skrajnie charyzmatycznej sekty. Dean uważa, że jego mama ma lekką schizofrenię (to jest w rodzinie); przestraszyła się, kiedy miał szesnaście lat i przeczytała jego pamiętnik i odkryła, że jest gejem („i to nie tak, że nie było w tym nic wyraźnie seksualnego; właśnie przyznałem, że się w kimś podkochiwałem”). Pokryła pamiętnik obrazami świętych i Matki Boskiej i do dnia dzisiejszego mu go nie oddała. Posyłała mu bieliznę potajemnie błogosławioną świętym olejem, aby kontrolować jego genitalia. Wizje i znaki: mama Emmy myśli, że jest opętana przez diabła i dlatego została anarchistką. Ma mnichów modlących się o uratowanie jej córki. Sasha dorastał w Hollywood, jego mama była Żydówką, a tata Polakiem. Mama zakazała mu muzyki pop przez wiele lat. Emma i Dean nie są pod wrażeniem. Wymieniają katolickie historie przez około dwie i pół godziny. Gdzieś na północy stanu Nowy Jork udaje mi się zasnąć.

3. Od Burlington do Akwesasne

Następne kilka tygodni było coraz bardziej gorączkowych. Podam tylko schematyczne zestawienie.

3.1. Czwartek, 29 marca 2001


Spotkanie Ya Basta!, Brooklyn

NOWY JORK DZIENNIK CIĄG DALSZY

To spotkanie jest pierwszym pojawieniem się przyjaciela Smokeya i Flammy, Jessego, zarozumiałego młodzieńca, który niedawno przybył z Luizjany. Mówi nam, że jest „organizatorem”, potrzebuje czegoś do zorganizowania i Ya Basta! wyraźnie potrzebuje pomocy. Właściwie jest całkiem niezłym facylitatorem i nalega, abyśmy mieli właściwe spotkanie, ale prawie wszyscy spoza frakcji Smokey i Flamma natychmiast odczuwają do niego niechęć.

3.2. Piątek, 30 marca


Niezależne Centrum Medialne IMC, Manhattan

Godziny w IMC, głównie spędzone na pocieszaniu Moose w związku z niedawną romantyczną katastrofą. Wszyscy spieszą się z przygotowaniami do akcji granicznej. Warcry idzie jak banknot dolarowy. Julie z Urban Justice League pojawia się i wychodzi, wyglądając na przemian słodko i odświętnie. Twinkie i Brad[10] jadą na rowerach, kiedy przyjeżdżam, szukając sushi. W lodówce IMC jest ogromny zapas rzeczy, głównie ze starannie usuniętymi częściami ryb.

3.3. Niedziela, 1 kwietnia

Pojawiają się wczesne wiadomości o akcji granicznej. Wygląda na to, że poszło całkiem nieźle – wszyscy zostali zatrzymani, a większości zakazano wjazdu do Kanady przez pięć lat, ale tego można było oczekiwać, a przynajmniej dostaliśmy relacje w WBAI, a nawet w jakiejś kanadyjskiej telewizji. Mimo to wydaje się, że między aktywistami doszło do jakiejś kłótni. Akcja SalAMI w Ottawie również poszła bardzo dobrze i trafiła na nagłówki w całej Kanadzie. Oczywiście amerykańskie media nawet o tym nie wspomniały, ale można było się tego spodziewać.

Spotkanie DAN, Charas El Bohio

Byłem na spotkaniu DAN w Charas o 18:00. Lesley i ja przekazaliśmy nasz raport z rad Quebecu, próbując wyjaśnić dynamikę trzech kolorowych bloków. Były zwykłe obawy o to, co faktycznie działo się w Akwesasne i o retorykę Shawna, jak również długa dyskusja na temat zbliżającego się walnego zgromadzenia PGA w Cochabamba i potrzeby, aby Continental DAN w końcu wszedł na pokład i formalnie zatwierdził zasady PGA (co robimy).

Różne osoby w kontakcie telefonicznym z załogą na granicy kanadyjskiej wyjaśniają, na czym polegał problem: to znowu była Julie. Nikt nie wydaje się zaskoczony. Tym razem to niewrażliwość rasowa. Twinkie uczestniczyła w akcji granicznej głównie po to, by zwrócić uwagę na kwestie imigracyjne: gdzie biali mogą normalnie przechodzić do woli, wszystko wygląda zupełnie inaczej dla każdego, kto wygląda, jakby pochodził z Azji, Ameryki Łacińskiej lub Afryki; i oczywiście, jeśli biali próbują zrobić z tego problem polityczny, to nagle oni też nie mogą przejść. Julie, w swoim niepowtarzalnym stylu, nie tylko kompletnie nie zwróciła na to uwagi reporterowi WBAI, ale też zignorowała samą Twinkie, gdy próbowała znaleźć miejsce przy mikrofonie, żeby to wyjaśnić. Twinkie była bardzo, bardzo wściekła.

3.4. Wtorek, 3 kwietnia

Pojawia się „Pogańskie wezwanie do działania”, jedno z kilkunastu mniejszych wezwań do różnych grup lub klastrów biorących udział w nadchodzących akcjach. Rzeczywiście cytuje Deklarację z Cochabamba, sformułowaną przez grupy boliwijskie, które skutecznie odparły próbę rządu sprywatyzowania lokalnej wody na rzecz Bechtel:

Deklaracja z Cochabamby:

  1. Woda należy do ziemi i wszystkich gatunków i jest święta dla życia, dlatego woda na świecie musi być chroniona, odzyskiwana i chroniona dla wszystkich przyszłych pokoleń, a jej naturalne wzory należy szanować.

  2. Woda jest podstawowym prawem człowieka i dobrem publicznym, którego winny strzec wszystkie szczeble władzy, dlatego nie należy jej utowarowiać, prywatyzować ani sprzedawać w celach komercyjnych. Prawa te muszą być zagwarantowane na wszystkich szczeblach władzy. W szczególności traktat międzynarodowy musi zapewnić, że zasady te są niepodważalne.

  3. Woda jest najlepiej chroniona przez lokalne społeczności i obywateli, których należy szanować jako równorzędnych partnerów z rządami w zakresie ochrony i regulacji wody. Ludy ziemi są jedynym środkiem promowania ziemskiej demokracji i oszczędzania wody.

Tutaj, nad brzegiem św. Wawrzyńca/Magtogoek, z rzeką jako naszym sprzymierzeńcem i maszerującymi z nami przodkami, staniemy się żywą rzeką, aby nieść tę deklarację jako wyzwanie dla rządów świata i inspirację dla jego narodów.

3.5. Środa, 4 kwietnia

Wyzwiska na listservs stają się niezwykle obelżywe, ponieważ wszyscy wydają się rzucać na wszystkich innych w ramach Akcji Granicznej 1 kwietnia. Sami organizatorzy niewiele mówią, ale w chwili, gdy ktoś podnosi kwestię rasizmu, ktoś inny wydaje się uważać ich za marksistowskiego sekciarzy. Sama Twinkie niczego nie opublikowała, ale w końcu jeden z jej znajomych przesyła własną wersję wydarzeń Twinkie:


Czy ktoś może mi przypomnieć, dlaczego protestujemy przeciwko FTAA? Hmm?? Aby rekrutować więcej osób dla naszych organizacji??? Albo o tym, że korporacje ignorują granice, a ludzie są przez nie uciskani! A co z Cornwall i co się dzieje z Mohawkami? Czy jedziemy tam, ponieważ jest to łatwa droga do Quebecu, czy też dlatego, że naprawdę popieramy fakt, że granica jest codziennym afrontem dla ich życia i suwerenności?


ZATEM! To właśnie wydarzyło się 1 kwietnia podczas tej akcji medialnej. Nikt nie odniósł się do tych kwestii i skupił się tylko na ich kulawych, uprzywilejowanych, białych dupach, które nie były w stanie dostać się do Kanady JEDEN RAZ z powodu protestu masowej mobilizacji…

W międzyczasie zauważyła, że gdy byliśmy grzecznie i szybko sprawdzani, na linii ciągle czekali biedni, kolorowi ludzie, niektórzy prawdopodobnie po to, by skończyć w areszcie imigracyjnym.


Czy ktokolwiek pomyślał o zabraniu ulotek z informacją o swoich prawach lub jakichkolwiek innych materiałów informacyjnych? Czy ktoś w ogóle o nich wspominał na konferencji prasowej?

Twinkie kończy dźwięczną deklaracją:


„KONIEC Z TEATREM ULICZNYM DLA UPRZYWILEJOWANYCH AKTYWISTÓW W MIEJSCACH OPRESJI !!!! Nazwij mnie separatystą, jeśli chcesz, ale nie będę pracowała z ludźmi ze złymi zasadami i publicznie będę wyzywała ludzi od rasistów”.

3.6. Czwartek, 5 kwietnia

Montréal Gazette donosi, że prokuratorzy w Quebecu twierdzą, że zostali poproszeni o opóźnienie wszystkich przesłuchań w sprawie kaucji dla protestujących aresztowanych na zbliżającym się szczycie o trzy do pięciu dni, aby utrzymać ich z dala od ulic (Marsden 2001). Kilku oburzonych ogłasza, że zamierza odmówić współpracy.

Spotkanie Ya Basta! w Aladdin’s Place w Chelsea, godz. 18.00

Tymczasem Ya Basta! jest bliski rozpadu. 5 kwietnia miało być spotkaniem, na którym omówilibyśmy wspólne zasady: za czym ma ostatecznie stanąć kolektyw. Jesse grozi, że zablokuje taką dyskusję na tej podstawie, że Ya Basta! ma być „antyideologiczna”. Laura i ja ledwo zdołaliśmy powstrzymać Moose’a przed wymarszem.

– Antyideologiczne oznacza, że nie ogłaszamy się anarchistami, komunistami ani zwolennikami żadnej konkretnej…wiesz, ideologii. To nie znaczy, że w ogóle nic nie popieramy. Albo dlaczego jedziemy do Quebecu? Może powinniśmy utworzyć dwie drużyny, jedną protestującą przeciwko FTAA, drugą wspierającą i walczyć ze sobą!

Jako kompromis, wyciągam kopię zasad jedności PGA, którą nosiłem właśnie na taką okazję. Ale to również zostało zestrzelone z powodu sprzeciwu wobec wyrażenia „obywatelskiego nieposłuszeństwa bez przemocy”, które, jak wskazują Target i Jesse oraz kilku innych, może być interpretowane jako potępienie grup na Globalnym Południu, takich jak Zapatyści, którzy nie mają odwrotu i muszą uciekać się do walki zbrojnej. Kiedy próbuję wskazać, że Zapatyści faktycznie stworzyli PGA, Smokey, który facylituje, inicjuje dyskusję:

– Mamy szereg praktycznych kwestii, które wciąż musimy przepracować dzisiaj wieczorem i wyraźnie będzie to długa rozmowa. Zobaczmy, czy zdążymy wrócić do tego w przyszłym tygodniu. – W tym momencie wychodzę i znajduję Moose, który siedział na zewnątrz w korytarzu obok windy, żeby mu powiedzieć, że jeżeli ciągle chce odejść, ma moje pełne poparcie.

3.7. Niedziela, 8 kwietnia


Spotkanie DAN, Charas El Bohio, 18:00

Małe spotkanie, nieco ponad dwadzieścia osób, głównie zainteresowanych tym, co zrobić z tym, co zaczyna się nazywać „krwotokiem Akwesasne”. Otrzymujemy tylko same złe wieści. Wydawałoby się, że Rada Plemienia definitywnie przejrzała blef Shawna. Krążą pogłoski, że federalni rozsyłają nagrania z walk ulicznych w Pradze, twierdząc, że zamierzamy zrobić to samo w ich społeczności. Krążą plotki. Wygląda na to, że niektóre z Domów Wojowników mobilizują się przeciwko nam. Z drugiej strony Shawn zapewnia nas, że to tylko kwestia przepracowania procesu, trzeba się spodziewać sprzeciwu, zawsze są reakcjoniści. Trudno jednak nie zauważyć, że jego publiczne wypowiedzi całkowicie zmieniły ton: teraz wzywa nas do wzięcia udziału w święcie smażenia ryb, uroczystym, „przyjaznym dzieciom” wydarzeniu, aby omówić kwestie handlowe ze społecznością, po którym nastąpi całkowicie pokojowa przeprawa, w której aktywiści i członkowie społeczności połączą się i przytłoczą straż graniczną naszą samą liczbą. Stwarza to dylemat: z jednej strony koniecznie będą krążyć plotki, że akcja zakończy się katastrofą. Z drugiej strony, ponieważ wszystko zależy od liczb, jeśli wystarczająca liczba osób uważa, że będzie to katastrofa, to wystarczy, aby to się stało.

3.8. Wtorek, 10 kwietnia

Doniesienia z Quebec City stają się coraz bardziej surrealistyczne. Anonimowy kanadyjski celebryta ogłosił, że jest gotów zapewnić fundusze na budowę gigantycznej średniowiecznej katapulty, za pomocą której może oblegać Szczyt. Tymczasem 1700 strażników więziennych, którzy otrzymali rozkaz usunięcia setek więźniów z aresztów Orsainville i Hull, aby zrobić miejsce dla protestujących, decyduje się na strajk. Policja zostaje wezwana do przejęcia więzień, a strażnicy przyjmują taktykę pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, blokując wejścia do więzienia. Atak policji i kilkunastu strażników jest aresztowanych.

– Przybyli w formacji. Zmiażdżyli nas. Bili nas pałkami – powiedział Michel Gauthier, strażnik w Orsainville od dwudziestu trzech lat.

– Protestujący na szczycie, którzy boją się tu przybyć, słusznie się boją. Jesteśmy dzisiaj dowodem na to, że policja tutaj jest bardzo niebezpieczna. (Król i Van Praet 2001)

3.9. Czwartek, 12 kwietnia


Spotkanie Ya Basta!, Manhattan

Poprzedni tydzień był pełen wewnętrznych wysiłków na rzecz pojednania w Ya Basta!: partie, wiadomości, propozycje, aby być może podzielić się na sojusznicze, ale autonomiczne grupy afinicji. W końcu, gdy przychodzi czas na kolejne spotkanie, mamy zbyt wiele praktycznych spraw do załatwienia, żeby zepsuć: treningi w Burlington, scenariusze na granicy kanadyjskiej, kwestie prawne, komunikacyjne, taktyczne. Moose czuje się coraz bardziej winny z powodu pomysłu, że może zachęcać ludzi do sytuacji, w której niektórzy mogą zostać poważnie zranieni. Kończymy spotkanie otwartą dyskusją, w której wszyscy rozmawiamy o naszych parametrach i granicach dotyczących przemocy i niestosowania przemocy. Co ciekawe, prawie każdy mówi dokładnie to samo. Nikt z nas nie byłby skłonny zaatakować kogoś innego ani wykonać czynności, która może spowodować obrażenia fizyczne innej osoby; nikt z nas nie miał najmniejszego problemu moralnego z uszkodzeniem własności firmy; dla prawie nas wszystkich naprawdę trudnym pytaniem było, co byśmy zrobili, gdyby towarzysz lub ktoś, na kim nam zależało, został fizycznie zaatakowany – to znaczy, czy bylibyśmy skłonni zaatakować kogoś, aby go uratować? Większość z nas uważa, że tak naprawdę nie bylibyśmy w stanie przewidzieć, jak zareagujemy na taką sytuację, dopóki naprawdę się nie wydarzy.

Być może, pomyślałem, nie byliśmy tak daleko od siebie, jak sobie wyobrażałem.

Kolejny drobny kryzys wymagający ode mnie działania jako ministra informacji: Rada Plemienia, czyli Rada Naczelników, wydała oświadczenie, w którym wyraziło zaniepokojenie perspektywą przemocy i zniszczenia oraz błagało aktywistów, aby nie siali niezgody ani nie dopuszczali się nielegalnych czynów w swojej społeczności. Poproszono mnie o napisanie odpowiedzi.


Do Rady Mohawk, Akwesasne,

Piszemy w odpowiedzi na Wasz niedawny list dotyczący naszych planów przeprawy przez Akwesasne przez Cornwall i do Kanady 19 kwietnia.

Chcielibyśmy przede wszystkim powiedzieć, że jesteśmy Wam głęboko wdzięczni za zrozumienie i ducha tolerancji, które wykazujecie w swoim liście, i pragniemy zrobić wszystko, co możliwe, aby uspokoić wasze umysły w zgłaszanych obawach. Zapewniamy, że przyjeżdżamy do Akwesasne tylko jako goście mieszkańców, którzy nas do tego zaprosili; nigdy nie planowaliśmy zrobić czegokolwiek, nie mówiąc już o niczym gwałtownym lub destrukcyjnym, z własnej woli. Ostatnią rzeczą, jakiej chcielibyśmy, byłoby spowodowanie zakłóceń w waszym życiu lub stworzenie wam trudności.

Rozumiemy, że zostaliśmy zaproszeni na spokojne, świąteczne wydarzenie, które będzie obejmowało smażone ryby, dzieci i sesję edukacyjną, podczas której nasi gospodarze wyjaśnią nam niektóre z kwestii politycznych ważnych dla narodu Mohawk i Rdzennych Narodów bardziej ogólnie. Następnie przejdziemy spokojnie przez most, pozostawiając otwarty jeden pas, aby uniknąć niedogodności dla mieszkańców i możliwość przejazdu pojazdów uprzywilejowanych. Nigdy nawet nie rozważaliśmy angażowania się w konfrontację z kimkolwiek; raczej uważamy się za gości na cudzej ziemi i pragniemy działać jako tacy, z całym możliwym szacunkiem dla narodu Mohawk i wszystkich jego mieszkańców. Jako działacze polityczni mamy nadzieję, że ta akcja pozwoli nam wszystkim lepiej zrozumieć problemy stojące przed Waszym Narodem, Waszymi osiągnięciami, i wasze nadzieje na przyszłość, aby lepiej umożliwić nam działanie w solidarności z wami w przyszłości, tak jak nasi gospodarze okazali nam już ogromną życzliwość, zrozumienie i solidarność. Przyjeżdżamy jako przyjaciele i mamy nadzieję nawiązać przyjaźń, która przetrwa długo po naszym odejściu.

Z wyrazami szacunku,
Kolektyw i Sieć Działań Bezpośrednich DAN Miasta Nowy Jork
Członkowie Kolektywu Ya Basta! w Nowym Jorku
Kolektyw Członkowie Filadelfii Direct Action Group

3.10. Sobota, 14 kwietnia

Policja Québec ogłasza (La Presse, 14 kwietnia 2001), że „przed użyciem gazu łzawiącego zostaną zbadane wszystkie możliwości” i że nawet wtedy będzie to poprzedzone komunikatami w czterech językach. Jeśli chodzi o plastikowe kule, policja powiedziała, że będą one używane tylko w ostateczności przed użyciem śmiertelnej siły, zawsze przeciwko jednostce, nigdy przeciwko tłumowi i tylko wtedy, gdy ta konkretna osoba „stanowi poważne zagrożenie dla policji”.

Marina, która wykonuje prawniczą pracę na rzecz mobilizacji Burlington, donosi, że jej konto w telefonie komórkowym zostało nagle zlikwidowane, podobnie jak dwa różne konta e-mail. Jedna firma wysłała jej notatkę wyjaśniającą, że jej konto zostało zamknięte, ponieważ było wykorzystywane do „nielegalnych działań”.

Krążą różne plotki o zbliżającej się katastrofie w Akwesasne. Kilku z nas spędza godziny na e-mailach, próbując je stłumić – Target często sugeruje, że plotki są rozpowszechniane przez policję, a ja podkreślam, że bez frekwencji akcja nie może działać.

3.11. Środa, 17 kwietnia


BURLINGTON

Po zakończeniu ostatniego tygodnia zajęć wreszcie mogę rzucić się w wir akcji w pełnym wymiarze godzin.

Dotarłem do Burlington Convergence po kilku dniach, prawie na samym końcu. Większość mojego czasu była dziwna, chaotyczna, wzburzona. Patrząc wstecz, myślę, że część z tego miała związek z faktem, że w połowie miejsc, do których chodziłem – w samochodach, kawiarniach, miejscach publicznych – ktoś wydawał się grać w Ramones („I Want to be Sedated”, „Now i Wanna Sniff Some Glue”, „We Want the Airwaves”). Dopiero później ktoś mi wyjaśnił, że Joey Ramone właśnie zmarł na raka wątroby. Ale głównie dlatego, że wszystko wydawało się rozpadać. Zameldowałem się przy biurku mieszkaniowym i wpadłem na Raoula, jednego z Yabbów – wielkiego pluszowego faceta w malutkim kapeluszu typu porkpie.

– David, nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię tu widzę – powiedział, mocno mnie przytulając.

– Czemu? Co się dzieje? Jak szkolenia Ya Basta! się odbywają?

– Mieliśmy tylko jedno. To była katastrofa. Teraz nie jest nawet jasne, czy Ya Basta! istnieje.

Najwyraźniej napięcie między trenerami było iskrą. Trening, który odbył się na boisku piłkarskim kampusu UVM, przyciągnął całkiem spory tłum, około pięćdziesięciu, i to było pierwszego dnia zjazdu, kiedy przybyło niewielu ludzi. Odbyło się coś w rodzaju ogromnej imprezy piankowej, podczas której wszyscy bawili się różnymi rodzajami możliwych zbroi, a potem wszyscy ćwiczyli formacje grupowe w nowo stworzonym sprzęcie. To tam wszystko zaczęło się rozpadać. Betty, tancerka – i oczywiście jedyna z trenerek z prawdziwymi umiejętnościami lub doświadczeniem w nauczaniu – była systematycznie odsuwana na bok przez triumwirat Moose, Target i Jesse, którzy walczyli ze sobą o uwagę. Doszło do tego, że nawet Betty, zwykle najradośniejsza filozoficzna osoba, jaką można sobie wyobrazić, zaczęła narzekać. Podobnie jak wiele innych uczestniczek. Moose wybuchnął na dwóch pozostałych mężczyzn z powodu ich niewrażliwości na płeć.

– Skończyło się na krzykach.

– Naprawdę krzyczeli?

– Cóż, może nie całkiem dosłownie krzyczeli. Ale nie starając się ukryć faktu, że byli naprawdę wkurzeni.

Jednak sam pokaz wściekłości sprawił, że wiele kobiet odeszło, zabierając ze sobą sporą porcję uczestników nie-Ya Basty!.

Ktoś wezwał aktywistkę z Zachodniego Wybrzeża o imieniu Laura, wielokrotnie opisywaną jako „zajebista trenerka wrażliwości gender”, która po krótkiej obserwacji grupy stwierdziła, że jej dynamika jest tak głęboko problematyczna, że prawdopodobnie nie będzie warte czasu i wysiłku, aby spróbować ją uratować.

– I…?

– I to było to. To był nasz ostatni trening. Żadne z innych zaplanowanych szkoleń nawet się nie odbyło.

– Gdzie jest Moose?

– W końcu po prostu podniósł ręce i powiedział, że z nami rezygnuje. Dołączył do innej grupy afinicji, jacyś ludzie z Filadelfii.

– Och…jestem pewien, że Betty naprawdę to doceniła. A co z Smokeyem i Flammą? Emmie? Gdzie oni są?

– Od tamtej pory ich nie widziałem. Nie wiem. Ktoś powiedział, że mogli wyjechać z miasta.

Odkryłem również, że jeśli chodzi o sympatie lokalnej socjalistycznej administracji, Emma dobrze trafiła. Dalecy od powitania nas, robili wszystko, czego można by oczekiwać od lokalnego rządu przygotowującego się do poważnej akcji – pomimo faktu, że wielokrotnie nalegaliśmy im, że nie będzie żadnych akcji w Burlington, po prostu spotkania. Lokalne firmy zostały ostrzeżone przed potencjalnymi włamaniami, patrole policyjne były wszędzie; aktywiści regularnie byli śledzeni przez nieoznakowane czarne SUV-y, które wydawały się służyć jedynie do stworzenia atmosfery strachu i zastraszenia. To była kolejna rzecz, którą słyszałem wszędzie, poza muzyką Ramones: przerażające historie. Jeden samochód pełen ewidentnych federalnych podjechał do Kitty i zapytał ją, czy chce wskoczyć na przejażdżkę. Inny SUV gonił Targeta w uliczce. Ktoś szedł ulicą w stroju Ya Basta!, gdy wrócił do samochodu dziesięć minut później, odkrył jakiegoś ogromnego mięśniaka w garniturze, badającego bagażnik. Kilku lokalnych działaczy zgłosiło już tajemnicze włamania.

Po podrzuceniu moich toreb w Burlington IMC i skoordynowaniu z ludźmi, którzy mieli dzielić moje zakwaterowanie, wyruszyłem na radę delegatów.

Rada Delegatów w Burlington

W biurze mieszkaniowym odebrałam ulotkę, która wyjaśniała, że rada będzie odbywać się w miejscu zwanym „Billings Student Center”, na tarasie uniwersyteckim UVM, niedaleko centrum miasta. Budynek okazuje się ogromną budowlą z wieżyczkami z czerwonego kamienia, wyglądającą gdzieś pomiędzy kościołem a zamkiem. Podobno kiedyś była to biblioteka kampusowa. Na trawniku na zewnątrz jest już kilka czarnych flag i transparentów. Przy drzwiach jesteśmy proszeni o potwierdzenie, że nie jesteśmy policjantami ani pracującymi dziennikarzami, a następnie przeglądamy zwykłe stoliki pełne dokumentów, wraz z dużymi czarnymi markerami, którymi można napisać na nodze numery telefonów do spraw prawnych i medycznych (wywieszone wszędzie). Samo spotkanie znajduje się w dużej, okrągłej sali z otaczającym ją okrągłym balkonem; za małym, by użyć go do prawdziwego teatru, to musi być coś w rodzaju kampusowej przestrzeni spotkań. Najwyraźniej na balkonie znajdują się różne biura klubów studenckich, w tym studencka rozgłośnia radiowa, w której mały tłum technicznych typów – głównie ludzi z IMC – korzysta ze sprzętu. Pośrodku dużego pokoju stoi duży okrągły drewniany stół; upoważnieni delegaci siedzą bezpośrednio wokół niego; wszyscy inni kręcą się za nimi, siedząc w kępach na podłodze lub wchodząc i wychodząc z innych pokoi. Nie ma oczekiwania, że publiczność będzie milczeć podczas spotkań – w rzeczywistości oczekuje się, że delegaci będą stale naradzać się ze swoimi grupami afinicji, a członkowie grup afinicji ze sobą. Chociaż w tak małym pomieszczeniu facylitatorzy muszą interweniować od czasu do czasu, aby przypomnieć wszystkim, aby ograniczyli głośność do rozsądnego poziomu.

Spotkanie oczywiście już się rozpoczęło (czy kiedykolwiek byłem świadkiem początku rady?), choć zaledwie dwie trzecie delegatów jest obecnych. Facylitatorzy, kobieta i mężczyzna, zorganizowali zwyczajowe pasy papieru plakatowego na ścianie obok i wypisują agendę kolorowymi mazakami. To jest prawdziwa rada przedstawicieli, więc wszyscy uczestniczą w konstruowaniu agendy.

Szukając kogoś z Nowego Jorku, kto mógłby mnie wprowadzić w sytuację, dostrzegam Twinkie, pochłaniającą muffina w rogu.

– Więc jak się sprawy mają?

Przerywa, bierze głęboki oddech, szuka odpowiednich słów.

– Mogłoby być lepiej. Wczoraj przyjechała delegacja Mohawków z Akwesasne, prosząc nas, abyśmy nie przyjeżdżali.

– To byli ludzie z Rady?

– Jakieś siedem lub osiem osób, wódz, parę osób, które wykonało pewien rytuał…

– Naprawdę? W sensie jak Rytuał Dziękczynienia? Gdzie dziękują Stwórcy za stworzenie nieba, wody, truskawek i wszystkiego? – (Ja też doczytywałem w tamtym czasie.) – Wiesz, że to standardowy sposób Mohawk na rozpoczęcie każdego ważnego wydarzenia. Zawsze chciałem zobaczyć taki jeden.

– Tak, tak, dokładnie tak było. Zaczęli od rytuału Dziękczynienia. To było bardzo piękne. Potem powiedzieli nam, żebyśmy nie przyjeżdżali.

– A więc byli ludzie z Rady i Tradycjonaliści? Więc teraz – zaskoczony – …tradycjonaliści są przeciwko Wojownikom?

– Nie, byli też ludzie, którzy mówili, że są ze Stowarzyszenia Wojowników. Postępowcy, tradycjonaliści, wojownicy…To była katastrofa.

Usiadłem w pobliżu i zacząłem pisać wstępne notatki: wydawało się, że jest około 150-200 osób, z dość rozsądną równowagą płci, coś w rodzaju mieszanki etnicznej, chociaż, jak zauważyłem, absolutnie nie było ani jednego Afroamerykanina w pokoju. Nie, właściwie jeden. Na balkonie mężczyzna wyglądający na Karaiba. Ale tylko tyle.

Laura, trenerka wrażliwości płciowej, działała również jako ko-facylitatorka z jakimś facetem z Bostonu o imieniu Mark. Kiedy zacząłem spisywać notatki ze spotkania, w rzeczywistości mówiła wszystkim, że mieli w tym zakresie duże problemy. Jakkolwiek niechętnie, musiałam przyznać, że była w tym całkiem dobra.

Laura: Chciałam tylko powiedzieć, zanim zaczniemy, że jestem naprawdę pod wrażeniem szacunku, jaki ludzie okazywali w odniesieniu do dynamiki rasowej tutaj. i to pomimo tego, że jesteśmy w naprawdę trudnej sytuacji. Jeśli chodzi o dynamikę płci, mamy pewne problemy. Więc zanim zrobimy cokolwiek innego, pozwólcie, że powiem: ludzie, proszę, pilnujcie się, zanim zaczniecie mówić. Jeśli mówiliście już dwa lub trzy razy na ten sam temat, a inni nic nie powiedzieli: wycofajcie się. Dajcie innym głosom szansę bycia wysłuchanym. Jeżeli wasze zdanie jest tak ważne, jak sądzicie, to zapewne ktoś inny też o tym wspomni. A jeżeli nie, zawsze możecie dopisać się do listy. Pamiętajcie: to gówno jest głęboko zinternalizowane w każdym z nas, więc proszę, bądźcie świadomi.

Zaczynamy jak zwykle od rundy dookoła, każdy delegat identyfikuje siebie i grupę afinicji, którą reprezentuje.

Laura: Jeszcze jakieś kwestie gospodarcze? Nie? W porządku, kilka osób, które falicytowały wczorajszą noc, było również zaangażowanych we wcześniejsze negocjacje z Mohawkami. Daliśmy im piętnastominutową przerwę, aby w jakiś sposób przybliżyć nam część historii. Prochowiec?

[Ludzie zaczynają szukać Maca. Ktoś na balkonie mówi, że rozmawia przez telefon. Na szczycie stołu jest krótka grupka]

W porządku, więc Lesley z NYC-DAN zajmie jego miejsce. Nie, czekaj, oto Mac.

[Inne osoby przedstawiają się jako część zespołu: Twinkie z AUTODAWG, Jessica z Philadelphia Direct Action Group, Nisha, aktywistka z Nowego Jorku, która wyjaśnia, że nie mówi w imieniu nikogo poza sobą]

Mac: A ja jestem Mac. Jestem z DAN i Kolektywem Prawa Ludowego. Cześć, jak się wszyscy mają?

Byłem główną osobą rozmawiającą z Klanem Boots i Wojownikami z Rezerwatu Akwesasne i Tyendinaga. Głównym organizatorem, z którym miałem do czynienia był Shawn Brant z Tyendinaga. Spędziłem trzy lata na ulicach z Shawnem w Ontario; jest jednym z najbardziej solidnych, niezawodnych działaczy, jakich znam.

W styczniu pracowaliśmy z grupami w Kanadzie, aby pomóc ludziom przenieść się na drugą stronę, chodziło o zamknięcie każdego posterunku granicznego, który nie chce nas wpuścić. Shawn powiedział, że porozmawia ze społecznością Mohawk w Akwesasne, i w końcu niektórzy z nas poszli się z nim spotkać. W tamtym czasie określał to jako bardzo zdecydowane działanie, rozpoczynając od stwierdzenia, że most jest codzienną obelgą dla ich suwerenności i twierdząc, że zrobią wszystko, aby go przejąć.

W rezultacie niektórzy ludzie po naszej stronie wygłosili przedwczesne stwierdzenia.

Tymczasem Shawn udał się do Boots, którzy są ważni w Klanie Niedźwiedzia w Akwesasne. Z szacunku zwrócił się również do Rady Plemienia, która jest formalnym, wybieralnym organem, ale zaniepokoiła ich perspektywa ewentualnego podziału na ich ziemiach.

Tak więc, kiedy poszliśmy na drugie spotkanie w Akwesasne, po pierwsze wyjaśnili, że akcja nie będzie obejmować faktycznego zamykania granicy, ponieważ Rada była tym zaniepokojona. Powiedzieliśmy im, jasne. Później było więcej obaw: na trzecim spotkaniu Harriet Boots zdecydowanie poparła akcję, wraz ze swoim mężem Johnem i ich synem Stacey. Chciała się upewnić, że podkreśliliśmy straszne warunki zdrowotne w rezerwacie, fakt, że lokalna klinika mówi kobietom, aby nie karmiły piersią swoich dzieci, ponieważ woda jest tam tak toksyczna, a most jest obelgą dla suwerenności Mohawków. Powiedziała też, że ponieważ ich celem jest zjednoczenie narodu, chcą, abyśmy byli pokojowi i zorganizowani. Że o samym rezerwacie nie powinno się za dużo mówić, ale zamierzali zorganizować smażalnię, potem poszliśmy spotkać się z naszymi kanadyjskimi sojusznikami w połowie mostu. Pomysł polegał na tym, żeby najpierw pojazdy przejeżdżały zgodnie z prawem, a potem, po prostu samą liczbą, moglibyśmy pokojowo obezwładnić straż graniczną i wszyscy mogliby się przedostać. Po tym Rada Plemienia powiedziała w porządku, ale zgłosiła pewne poważne zastrzeżenia.

Shawn powiedział mi, że wczoraj wyszło wspólne oświadczenie poparcia. Klan Wilka jest bliżej Rady Plemienia (była swego rodzaju wojna domowa między Wilkami a Niedźwiedziami, które mają tendencję do współpracy z Wojownikami, w związku z planami budowy kasyna kilka lat temu), więc zdecydowanie byli podejrzliwi.

Jednak zeszłej nocy wystosowali list poparcia, więc szkoda, że niektórzy z członków Rady i Brian Skidder przyszli do naszej rady i odradzali nam przychodzenie. Powiedzieli nam, że policja pokazała im filmy, które rzekomo pochodziły z Seattle, ale myślę, że musiały pochodzić z Pragi, przedstawiające ludzi rzucających koktajlami Mołotowa i walczących z policją, i powiedziała, że to był ten rodzaj problemów, które sprowadzimy na ich ludzi. Po spotkaniu delegaci powiedzieli, że po tym, jak nas spotkali i zobaczyli, jak traktujemy się nawzajem, uznali, że jesteśmy dobrymi ludźmi i już się nas nie boją. Ale Brian Skidder wciąż mówił, żebyśmy nie przyjeżdżali.

Rozmawiałem dziś rano ze Stacey i Shawnem i próbuję zdobyć informację prasową, którą wydali. Wciąż bardzo proszą nas, abyśmy przybyli, chcą naszego wsparcia, chcą spokojnego, bezpiecznego działania. Nadal mają święto smażonej ryby, zaprosili nas na nie, a także chcą nam pomóc w przeprawie do Kanady. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to prosta akcja, ale wierzę w naszą akcję i uważam, że najwyższy czas, aby ruch antyglobalistyczny zrobił coś takiego i nawiązał więzi z aktywistami Pierwszego Narodu po obu stronach granicy.

Mark: Czy są jakieś pytania wyjaśniające?

Laura: …czyli dla zespołu, który współpracował z organizatorami Mohawk?

Jessica: Powinnam również zaznaczyć, że byłam na drugim i trzecim spotkaniu w Akwesasne i że to „oświadczenie o poparciu” było bardziej deklaracją braku sprzeciwu.

Kobieta: Co się teraz dzieje po kanadyjskiej stronie?

Mac: Nasi sojusznicy w Kingston mówią, że będą po drugiej stronie mostu, będą elastyczni i chętni do pomocy w każdy możliwy sposób. Och, powinienem dodać, że krąży plotka (a będzie wiele plotek; będzie nam trudno to wszystko rozwiązać), że policja już ustawiła autobusy i dwie ciężarówki wzdłuż autostrady po drugiej stronie mostu. To może być prawda, ale nie musi, ale musimy założyć, że policja też tam będzie.

Mężczyzna: Nasza grupa afinicji chce wiedzieć, czy kiedykolwiek zwrócono się bezpośrednio do Klanu Wilka?

Mac: Nie, czuliśmy, że powinniśmy pozwolić naszym sojusznikom tym się zająć. Co mogło być błędem.

Kobieta: Jestem z zespołu prawnego i jesteśmy gotowi przenieść się do innego przejścia granicznego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Również wyjaśniające pytanie: dlaczego Shawn, który tak naprawdę nie pochodzi z Akwesasne, przemawia w imieniu tej społeczności?

Mac: Shawn nie mówi w imieniu społeczności. Jest organizatorem od dziesięciu czy piętnastu lat; pochodzi z czołowej rodziny w Tyendenaga; przeszedł przez właściwe protokoły, aby uzyskać wsparcie rodziny Boots, ale nic więcej.

Kobieta: Moja grupa afinicji jest zaniepokojona: czy nadal będą musieli przejść przez odprawę celną?

Mac: Jest szansa, że tak. Mamy nadzieję, że ich pokonamy, ale może nie. Najlepsze, co możemy powiedzieć, to to, że szanse na zrobienie tego tutaj są równie dobre lub lepsze niż gdziekolwiek indziej.

Mężczyzna: Jeśli Shawn nie jest z Akwesasne, to kto właściwie chce, żebyśmy tam byli?

Mac: Nie gwarantuję liczb, ale jeden z najpotężniejszych klanów nas tam chce. Rada Plemienia kręci się w tę i z powrotem, a Klan Wilka jest zdecydowanie przeciwko nam. Nasi sojusznicy twierdzą, że mamy dziewięćdziesiąt procent poparcia w całej społeczności, ale nie wiemy, co się tam naprawdę dzieje. Nie chcę ci powiedzieć czegoś, co okaże się inaczej.

Laura: Dobra, pozwól, że teraz dam głos każdemu, kto chce zadawać pytania.

Sławny: Cześć, jestem Sławny. Jestem z medykami. Chciałbym wiedzieć, czy będziemy mieli eskortę, gdy będziemy zbliżać się do Rezerwatu?

Mac: Nie, nasi sojusznicy będą koncentrować się na bezpieczeństwie samego rezerwatu. Kiedy już tam dotrzemy, nie będzie żadnego faktycznego sprzeciwu, ale może być wcześniej, mówiono o policyjnych blokadach dróg. Ale to od nas zależy.

Sławny: Nie, mam na myśli na skraju rezerwatu.

Mac: Tak, będzie.

Mark: Pamiętaj, że to wyjaśnienie historii, a nie scenariusze logistyczne.

Tony: Cześć, jestem Tony, też z medykami. To, co zrobiło na mnie wrażenie w delegacji, która przybyła tu wczoraj wieczorem, to ich obawy o otwarcie ran po wojnie domowej. Czy ktoś byłby w stanie się tym zająć?

Mac: Cóż, nasi sojusznicy mówią, że to będzie jednoczące działanie, że są teraz bardziej zjednoczeni niż kiedykolwiek. Nie mogę ci powiedzieć, kto ma rację.

Laura: Inne pytania konkretnie od delegatów, niedotyczące logistyki, to będzie później. W tej chwili pytania dotyczące historii, które wymagają wyjaśnienia.

Źle to wygląda. Mac jest oddanym anarchistą i zwykle jednym z najbardziej otwartych, przyjaznych ludzi, jakich można sobie wyobrazić. Jego zwyczajowe zachowanie jest tak niewinne i zabawne, że niektórym trudno jest brać go całkowicie poważnie. Teraz, uwięziony między swoim przyjacielem Shawnem a amerykańskimi aktywistami, gdy odpowiada na jedno pytanie za drugim starannie sformułowanymi stwierdzeniami, zaczyna brzmieć jak polityk. Przypuszczalnie w jego sytuacji jest prawie niemożliwe, aby tego nie robić. W końcu zastanawiam się, czy to nie jest właśnie to, co sprawia, że politycy mówią jak łasice: bycie złapanym między okręgami wyborczymi, które chcą radykalnie różnych rzeczy, próbując uszczęśliwić wszystkich? Jednak publiczność to zauważa i wielu nie jest zadowolonych.

Kobieta: Proponuję porozmawiać o tym bezpośrednio z Shawnem.

Mac: Nadal z nim rozmawiam. Szczerze mówiąc, jest bardzo sfrustrowany naszym ruchem. Czuje, jakby musiał trzymać nas za rękę.

Laura: Pytania konkretnie o historię negocjacji? Nie? Dobra. Jako facylitatorzy nie wiemy, co będzie dalej. Powiedziano nam, że może dostaniemy telefon z Akwesasne, może dostaniemy przefaksowany list. Więc

[do zespołu] czy macie coś do powiedzenia? Pomóżcie mi tutaj.]

Nisha: Jodie, mogłabyś podejść? To jest teraz twoja sekcja w porządku obrad.

[Podchodzi kobieta o imieniu Jodie.]

Jodie: Cześć. Pochodzę z Philly, dużo pracuję z Western Shoshone i innymi grupami rdzennych Amerykanów na Zachodzie. Miałam zorganizować szkolenie z szacunku dla kultury przed akcją, ale wygląda na to, że nie będziemy mieć na to czasu. Mam ulotkę, którą zamierzam wykorzystać (ludzie mogą podzielić się nią z sąsiadami, jeśli nie ma wystarczającej liczby kopii), ale najważniejsze jest to, że mamy tu także Russella Blacka z Oglala Lakota. i czułam, że może najpierw powinniśmy wysłuchać go.

Więc Russell, czy mógłbyś wstać i podzielić się trochę swoim zrozumieniem tej sytuacji?

Pojawia się wysoki, chudy dzieciak, który wygląda, jakby miał około siedemnastu lat. Stoi po drugiej stronie stołu.

– Jestem tutaj w imieniu moich starszych – zaczyna. Następnie wypowiada krótką modlitwę i nieco dłuższą przemowę, podkreślając, że jego naród, Oglala (nadal błędnie zwani Siuksami) dzieli podobny frakcyjność między tradycjonalistami a tak zwaną „pragmatyczną” grupą związaną z oficjalnym zarządem rezerwatu, który jest skorumpowany i naprawdę tylko agentami rządu federalnego. Tylko tradycjonaliści zajęli pryncypialne stanowisko przeciwko ludobójstwu i gwałceniu ziemi…Wszyscy słuchają w pełnym skupienia, pełnym szacunku milczeniu. Ja sam nie mogę się powstrzymać, ale refleksja nad tym byłaby nieco bardziej przekonująca, gdyby nie tradycjonaliści z wczorajszą partią, którzy mówili nam, żebyśmy nie przyjeżdżali. Na końcu, ludzie w sali reagują częściowo aplauzem, częściowo migocząc dłońmi.

– Bez względu na to, co zdecydujemy dziś wieczorem – mówi inna kobieta – chcemy to zrobić z szacunkiem. Zostaliśmy zaproszeni na posiłek. Z pewnością niepojawienie się będzie okazaniem braku szacunku.

Madhava, jeden z ludzi IMC, ogłasza, że otrzymaliśmy telefon z Akwesasne.

Potem wydaje się, że znowu go straciliśmy.

– Bardzo ciekawa informacja – zauważa Laura, gdy Mac i pracownicy techniczni wspinają się na piętro. – Nasze linie faksowe zostały w tajemniczy sposób zajęte przez cały dzień. Nie mogliśmy nic wysłać ani odebrać. Plus linie telefoniczne są niepewne. Próbujemy połączyć się przez DSL…

Technik na piętrze: Myślę, że mamy to w systemie głośników…

Mac: Gotowy Shawn? [trzask] Nadal tam jesteś? [trzask]

Technik: Cholera, to nie zadziała. Będziemy musieli użyć innego telefonu.

[Dużo zawracania sobie głowy sprzętem]

Laura: Więc dajcie mi dobre wieści, chłopaki. Możemy kontynuować?

Mac: [przez telefon z Shawnem] Jak czuliby się ludzie, gdybym zszedł i powtórzył słowa Shawna?

[Mruganie]

[Mac wyjaśnia sytuację Shawnowi]

Laura: Nie, nie schodź. Po prostu powiedz to z balkonu.

Mac: Dobrze. [z balkonu zaczyna powtarzać to, co mówi Shawn]:

Po pierwsze, chcę przeprosić za robienie rzeczy w ten sposób. Byłoby o wiele bardziej odpowiednie, gdybyśmy byli tam z wami, ale po prostu nie jest to możliwe w tej chwili. Chcę tylko powiedzieć, że dzieje się tu dużo bzdur…

Ktoś: Um, możesz to powtórzyć, przepraszam?

[Dużo śmiechu]

Shawn [przez Maca]: Jako aktywiści ponosimy wspólną odpowiedzialność. „Wolny handel” dotyczy ludzi zmanipulowanych przez rząd. To, co wydarzyło się na waszym spotkaniu zeszłej nocy, było manipulowaniem nami przez miejscowy rząd. Ci ludzie nie reprezentują najlepszego interesu mieszkańców Akwesasne, a ludzie potwierdzili wczoraj swoje nastroje wobec Amerykanów przybywających, by zaprotestować przeciwko FTAA. Nie mamy indiańskich tytułów za naszymi nazwiskami, ale mamy honor i uczciwość i jesteśmy prawdziwymi przywódcami Narodu Mohawk. Ten honor i uczciwość znajduje odzwierciedlenie w naszym zaangażowaniu i fakcie, że zrobiliśmy to, co obiecaliśmy. Te próby zmniejszenia naszej liczby poprzez proszenie aktywistów, aby nie przyjeżdżali, są oparte na strachu: rząd wie, że nie ma kontroli, że są częścią systemu, który pozwolił na zatrucie naszej społeczności, narodziny naszych dzieci z wadami wrodzonymi, utratę integralności i kultury. A teraz twierdzą, że działają w naszym najlepszym interesie, aby uniemożliwić ludziom przyjście.

Wczoraj potwierdziliśmy, że potwierdzimy honor, jakiego wymaga się od osób udających się do Quebec City, aby legalnie odwieść rządy od dalszych negocjacji w sprawie wolnego handlu. Uznajemy, że ci, którzy idą walczyć z rządami, z którymi walczymy, winni zostać docenieni za ich zaangażowanie, ponieważ mamy tego samego wroga. Jeśli ludzie są zniechęceni do przyjścia, to z ich wyboru, złożyliśmy przyrzeczenie i zobowiązanie i je podtrzymujemy. Wszyscy jesteście mile widziani w Akwesasne i to w takim samym stopniu, jak mówiliśmy w poprzednich dyskusjach.

Mogę tylko powiedzieć, że mam nadzieję, że ludzie przyjdą, ale z pewnością rozumiem zamieszanie, które ludzie zeszłej nocy wprowadzili do umysłów ludzi. Ale lud jest z wami.

[Dzikie oklaski]

Po kilku bezskutecznych próbach utrzymania linii otwartej, aby ludzie mogli zadawać Shawnowi pytania, połączenie załamuje się i odtąd nie można uruchomić żadnego telefonu w budynku. W końcu zwracamy uwagę na logistykę spotkań (z opóźnieniami, trening wrażliwości kulturowej Jodie, zaplanowany na 19:00, będzie musiał zostać przeniesiony do innego budynku o 20:00 lub 21:00. Potem jest problem z kolacją…).

Laura: Więc. Czy grupy afinicji rzeczywiście przedstawiły propozycje dotyczące tego, jak powinniśmy od tego momentu postępować?

[Wskazania z kilku, które mają]

Nie każdy musi, ale jeśli w ogóle, możemy spróbować ustalić, w jaki sposób różne propozycje nakładają się na siebie, powiązać je i dopracować do praktycznej listy alternatyw.

Kobieta w Żółci: Oto nasza propozycja. Proponujemy, abyśmy udali się do Akwesasne, ale miejmy umysły otwarte na możliwości, czy przejdziemy tam, czy w innym miejscu. Powinniśmy pozostać w kontakcie z Mohawkami po stronie kanadyjskiej, aby mogli nam powiedzieć, co się tam dzieje. Idziemy na smażenie ryb, dokonujemy ponownej oceny, odbywamy tam radę.

Laura: Dobrze, to jedna propozycja. Wspaniale. Inni? Aha, i pamiętajmy, że dziś wieczorem możemy również opracować alternatywne scenariusze, możecie zaproponować coś nowego. A więc: jakieś inne? Nie?

Kobieta w błękicie: Nasz kolektyw złożył alternatywną propozycję po wczorajszej nocy, kiedy wszystko wydawało się chwiejne. Po pierwsze, ze względu na solidarność z Mohawkami, powinniśmy pójść na spotkanie, jeśli nadal jesteśmy zaproszeni (oczywiście jesteśmy), aby nawiązać współpracę z tamtejszymi działaczami i odebrać innych, którzy będą przychodzić Akwesasne w celu przejścia. Potem powinniśmy spróbować przedostać się do Kanady w innym miejscu.

Inną możliwością zaproponowaną wczoraj wieczorem było dołączenie do Kanadyjczyków i wszystkich Mohawków, którzy chcą przejść, i próba zrobienia tego razem w innym miejscu.

Eric z NYC DAN: Kiedy miała zostać podjęta decyzja o innej lokalizacji?

Inna kobieta z tego kolektywu: Nie sądzę, żeby mówienie o tym tutaj było strategicznie rozsądne. Ale na pewno są ludzie, którzy nad tym pracują.

Laura: Również mamy to. [Ktoś zaczyna rozdawać drukowaną wersję pierwszej propozycji po pokoju; wszyscy delegaci wydają się już mieć jedną]

Kobieta: Czy była propozycja rozmowy z Radą Plemienia?

Laura: Właściwie myślę, że to wszystko, co mamy teraz. Możesz zaproponować przyjazne poprawki, ale w tej chwili przejdźmy najpierw do obaw…

Enos: Cześć, jestem Enos i mówię za kolektyw Ya Basta!, wraz z NYC DAN. Słyszałem od mieszkańców Nowego Jorku dwie obawy: po pierwsze, pierwotna propozycja, by po prostu iść i przejść, sprzed wczorajszego przybycia delegacji, wciąż jest na stole i nikt o tym nie dyskutuje; po drugie, że podjęcie decyzji może być zbyt trudne, gdy już tam dotrzemy.

Enos jest radykalnym rysownikiem z Nowego Jorku, po czterdziestce, z długim blond kucykiem i tylko śladem brooklińskiego akcentu. Nie jest dla mnie jasne, w jaki sposób stał się delegatem; nie jest jasne, w jakim stopniu kolektyw Ya Basta! w tym momencie nawet istnieje, chociaż teraz zauważam, że w pokoju jest może z tuzin Yabbów. Wygląda na to, że rekonstruujemy się, przynajmniej jako grupa afinicji. Jednak na początku jestem zbyt zajęty robieniem notatek, żeby brać w tym udział.

Laura: Cóż, w takim razie, czy ktoś może powtórzyć pierwotny plan?

Kobieta: [czyta ulotkę] Że karawana jedzie na imprezę smażenia ryb; spotykamy się tam około 12 w południe; wysłuchać dwóch lub trzech prelegentów oraz wszelkich innych wydarzeń, które zaaranżowali nasi gospodarze; potem o 16:00, po jedzeniu, wracamy do naszych pojazdów, jedziemy na most (utrzymując jeden pas autostrady otwarty, zgodnie z życzeniem Rady Plemienia, aby pojazdy uprzywilejowane i tak dalej mogły przejeżdżać), spotykamy się z Kanadyjczykami w centrum, mieszamy się razem z nimi, przechodzimy na drugą stronę i razem podchodzimy do pograniczników.

Laura: Czy są jakieś inne propozycje, które powinny znaleźć się tutaj?

[Najwyraźniej nie]

Mark: Dobra, więc pierwszą propozycją, jaką dziś usłyszeliśmy, jest pójście na imprezę, utrzymywanie kontaktu z naszymi sojusznikami w Akwesasne, ponowne oszacowanie naszego poparcia, ponowne zebranie delegatów i podjęcie decyzji, jak dalej postępować. W każdym razie tak jest teraz, dziś wieczorem z pewnością możemy dodać do tego dalsze opracowania.

[Członkowie Rady podnoszą ręce]

Kobieta: Mam problem: czy próbujemy teraz dojść do konsensusu w sprawie tej propozycji?

Mark: Nie, nie staramy się dojść do konsensusu, ale tylko wyczucia atmosfery, jak sądzę, od którego zacząć…

[Trzy ręce wystrzeliwują wokół stołu]

Kobieta: Może lepiej byłoby zacząć od sondażu, aby zobaczyć, gdzie jesteśmy, na którą propozycję skłania się większość z nas, a następnie zrobić sesję grupową, aby przedstawiciele mogły skonsultować się ze swoimi grupami afinicji, jak dalej postępować?

Mark: Nie, myślę, że naprawdę musimy to ustalić. Będzie coś w rodzaju sesji później, kiedy będziemy jeść. Wtedy wszyscy możemy naradzić się bardziej szczegółowo z naszymi grupami afinicji.

Tony: Gdybyśmy przeprowadzili ankietę z sali, czy dotyczyłoby to wszystkich w pokoju, czy tylko przedstawicielek?

Mark: Zakładałem tylko delegatów. Chyba że ktoś chce zaproponować, że rozszerzamy?

[Żadna taka sugestia się nie pojawia. Aż do…]

Enos: Obawiam się, że ta sala naprawdę reprezentuje większość grupy, która faktycznie pójdzie. W takim przypadku prawdopodobnie powinniśmy po prostu wysondować wszystkich teraz, gdy mamy ich w jednym miejscu; ponieważ im więcej czasu mija, tym więcej ludzi prawdopodobnie zacznie odpływać. Więc im szybciej będziemy mogli naradzać się z naszymi grupami, tym lepiej.

[dużo migotania dłońmi]

Laura: Dobra, widzę duże poparcie dla tej sugestii. Zrobimy to w ten sposób.

Kobieta: Czy mogłabyś najpierw przeczytać każdą propozycję?

Mark: Dobrze, sprawdzimy atmosferę, a potem zrobimy szybkie sesje w grupach.

Laura: Jak długo ludzie sugerują przerwę? Widzę dwie minuty…pięć minut…dziesięć…Nie, proszę, nie sala, tylko przedstawiciele…W porządku, więc wydaje się, że dziesięć minut.

Mark: Propozycja punkt 1 to iść do smażalni i wtedy zdecydować; punkt 2 to iść na smażenie, nie przechodzić, ale zaprosić innych Mohawków, aby poszli z nami na inne przejście; numer 3 to pierwotny plan, w którym wszyscy spotykamy się na środku mostu i próbujemy pokonać celników.

Laura: Widzę trzy ręce delegackie, które chcą coś powiedzieć. [Tworzy listę]

Mężczyzna w blond dredach: Chcę złożyć propozycję, żebyśmy w ogóle nie szli na smażenie ryb i znaleźli zupełnie inne miejsce do przebycia.

Laura: Czy jest jakiś powód, dla którego to nie wyszło wcześniej?

Dredy: Właśnie zwrócono mi uwagę na ten temat.

Kobieta w Żółci: Rozumiem, że ma to być spotkanie tuż przed rezerwatem, abyśmy mogli spotkać się z naszymi sojusznikami, ale także zgromadzić społeczność, Shawn mówił, że będzie to „przyjazne dzieciom”, coś w rodzaju impreza z balonami i grami, okazja dla nich, aby posłuchali, jak rozmawiamy o wolnym handlu, a potem dla nas głównie do słuchania. Poza tym robią nam wegańskie jedzenie, tradycyjną zupę kukurydzianą, oprócz ryb. To samo w sobie było niezwykłe. Nigdy o czymś takim nie słyszałam.

Laura: Widzę, że jest tu dużo energii, ale…ktoś ma tam pytanie. Tak?

Mężczyzna: Tak, chodzi o tę ostatnią propozycję. Jeśli się nie mylę, zadzwoniliśmy do tej konkretnej rady, żeby omówić plany dla Cornwall. Teraz oczywiście nikt z nas nie ma obowiązku jechać do Cornwall, jeśli nie chce jechać, ale jeśli ktoś chce rozmawiać o tym, żeby w ogóle nie jechać do Cornwall, czy nie powinien wycofać z tego przedstawicieli i po prostu wezwać innych delegatów dla ludzi, którzy nie chcą jechać?

Laura: Więc. [do Dredów] Czy rzeczywiście chcesz wycofać propozycję? Albo nie?

Dredy: Tak, w takim razie chciałbym tak zrobić.

Mark: OK, potrzebne są jakieś dodatkowe wyjaśnienia dotyczące pierwszej propozycji?

Kobieta: Gdybyśmy zorganizowali radę w Akwesasne, czy przedstawiciele obejmowaliby Mohawków?

[Dużo dyskusji. Nie jest jasne, czy ktokolwiek wie.]

Enos: Ya Basta! właśnie przekazał mi informację, że przy smażalni będą jacyś członkowie Rady Plemienia.

Neala: Pierwsza propozycja mówi, że jeśli pójdziemy, powinniśmy być „otwarci w naszych umysłach” na to, co robić dalej. Ale tak jak Enos, naprawdę wolałabym, żeby decyzja została podjęta wcześniej. Nie mamy pojęcia, jak tam będzie, czy w ogóle będziemy w stanie utrzymać radę.

Mark: OK, ale technicznie wciąż wracamy do wyjaśniania pytań dotyczących pierwszej propozycji, a nie obaw.

Laura: Również tłum nie powinien przemawiać bezpośrednio do delegatów. To facylitator powinien. Wiem, że to brzmi ograniczająco, ale jeśli nie zrobimy tego w ten sposób, przedstawiciele mogą poczuć się zagrożeni.

Kobieta w Żółci: Chcę doprecyzować moją propozycję (teraz jest to propozycja nr 1. To, o czym mówimy, to fakt, że Mohawkowie chcą nam zrobić wegańskie jedzenie, to niesamowity, bezprecedensowy pokaz gościnności. Musimy przyjść.

Ocena: Na razie nie słyszę żadnych pytań wyjaśniających, a jedynie obawy i popierające argumenty. Czy to oznacza, że przechodzimy do obaw?

Laura: Zostałam poinformowana, że odpowiedź na „czy Mohawkowie będą zaangażowani w radę delegatów” brzmi „jeśli chcą”.

[Zaczyna pisać na jednej z kartek papieru plakatowego na ścianie, rozpoczynając kolumnę zatytułowaną „troski” ]

Kobieta: Ups. Mam jeszcze jedno pytanie wyjaśniające. Czy byłoby niegrzecznie iść na imprezę i nie przekroczyć granicy? A może już o to zapytano, a Mac powiedział, że tak nie będzie?

Mężczyzna: Również pomysł ponownego zebrania tam przedstawicieli sprawia, że…

Mark: Teraz zinterpretuję to pytanie jako troskę.

Mężczyzna: …czy byłoby to brakiem szacunku?

Kobieta: Justin właśnie mi powiedział, że będą ludzie z całego północnego wschodu, którzy przyjadą prosto do Akwesasne, nie przejeżdżając przez Burlington. Może kilkaset.

Mark: To właściwe wykorzystanie informacji, ale nadal szukam tutaj pytań wyjaśniających lub wątpliwości.

Enos: Jeśli chodzi o pierwszą propozycję: jakie będą kryteria odwołania działania?

Kobieta w Żółci: Jeśli ludzie ze społeczności nie przyjdą, nie odezwą się do nas…Jeśli poczujemy, że nie jesteśmy potrzebni, odejdziemy tak szybko, jak to możliwe.

Mężczyzna: Jeśli przejdziemy granicę, czy to będzie oznaczało przejście przez odprawę celną?

Inny mężczyzna: Czy to tak, że nie chcemy nic robić sami, to wszystko zależy od nich? Nie chcemy robić niezależnego zakłócenia?

Fred: A jeśli zostaniemy zawróceni, czy przejdziemy do alternatywnego miejsca?

Kobieta w Żółci: Pytanie brzmiało, jakiego rodzaju przekroczenie granicy nastąpi z każdą propozycją? W przypadku mojego nr 1, myślę, że odpowiedź może brzmieć tylko: jakikolwiek rodzaj zaproponowany przez Mohawków. Lucy, negocjowałaś z mieszkańcami Akwesasne. Co myślisz?

Lucy: Nie słyszałam jeszcze żadnych wytycznych. Innych niż niestosowanie przemocy.

Mężczyzna: Mac powiedział mi, że uznano by to za brak szacunku, jeśli po prostu pójdziemy do smażalni i natychmiast wyjdziemy.

Kobieta: Jeśli pójdziemy na granicę, to wtedy wszystko lub nic? A jeśli niektórzy z nas przejdą, a inni nie? Rozdzielamy się, czy wszyscy solidarnie zawracamy?

Kobieta w Żółci: To logistyczna decyzja. Myślę, że po zakończeniu tej części robimy propozycje logistyczne.

Mark: Czy są jakieś inne pytania wyjaśniające lub wątpliwości dotyczące propozycji nr 1? Nie? Dobra. A co powiecie na numer 2?

[Ponownie przedstawiają propozycję ]

Enos: Jak byłoby to spójne z podążaniem za bezpieczeństwem Mohawk?

Mark: Dobra, to problem.

[Laura to zapisuje]

Nancy: Cześć, jestem Nancy z Pittsburgha. Co to znaczy „zaprosić” Mohawków do przekroczenia granicy z nami gdzie indziej? Czy zamierzamy z nimi usiąść i opracować strategię, czy po prostu przedstawimy im już propozycję? Bo jeśli to pierwsze, nie ma dużej różnicy między tymi dwiema propozycjami.

Kobieta w niebieskim [która złożyła propozycję]: Dla mnie to kwestia semantyki. Nie wiem, ale powiemy im, że mogą z nami pojechać.

Nancy: Ale pomysł jest taki, że mamy gotowy plan?

Kobieta w niebieskim: Nie widzę innego sposobu na zrobienie tego.

Laura: Dobra, więc przychodzimy z wcześniej ustalonym planem.

Kobieta w niebieskim: Ze względu na tę sytuację wiele osób tutaj nie ma innej szansy, więc zdecydowanie powiem „wszystko albo nic”. Przy pierwszej osobie, która zostanie zawrócona, reszta z nas też zawraca, solidarnie.

[Wiele migotania]

To było kluczowe: powstającym planem było przytłoczenie posterunku granicznego czystymi liczbami, a to zadziała tylko wtedy, gdy nalegamy, aby wszyscy przeszli razem. Pojawił się więc pewien rodzaj konsensusu. Po ustaleniu tego wszyscy przerwaliśmy radę, aby przy kolacji skonsultować się z naszymi przedstawicielami.

Pozostałości Ya Basta! w Nowym Jorku spotkały się w jednym rogu pokoju, z plastikowymi talerzami pełnymi jakiegoś wegańskiego kuskusu i papierowymi kubkami pełnymi cydru jabłkowego. Była godzina 19. Odkryłam, że to był pierwszy raz, kiedy nasz kolektyw spotkał się, w jakimkolwiek charakterze, od ostatniego nieudanego treningu. Moose zniknął, ale poza tym byli to głównie ludzie z DAN – hardkorowa frakcja, nigdy duża, do tej pory całkowicie zniknęła. Szybko przeanalizowaliśmy te trzy propozycje i zdecydowaliśmy, że jeśli pójdziemy, co prawdopodobnie zrobimy, najlepiej będzie trzymać się pierwotnego planu i spróbować przejść w Akwesasne. Propozycja nr 1 wydawała się zbyt słaba. Propozycja nr 2, którą moglibyśmy zachować jako kopię zapasową, gdyby coś poszło nie tak. Mieliśmy też silne poczucie, że powinniśmy wspierać zasadę „wszystko albo nic”. Upoważniliśmy Enos do blokowania wszelkich propozycji, które ich nie zawierały. Enos wrócił do stołu, ja znalazłem coś do jedzenia i próbowałem odszukać ludzi, u których miałem nocleg, żeby upewnić się co do warunków.

Kilka minut później wpadłem na Kitty z Connecticut, która zapytała o załamanie się w Ya Basta!. To wszystko bardzo ją irytowało, zauważyła, jako przedstawicielka prawdopodobnie drugiej co do wielkości kolektywu Ya Basta! na Wschodnim Wybrzeżu.

– To znaczy, zdaję sobie sprawę, że dynamika płci była popieprzona. Ale po prostu rozłożyć ręce i uciec w ten sposób. Gdzie to nas stawia? W każdym razie mam pomysł. Wciąż mamy cały sprzęt. Dlaczego nie spróbujemy zorganizować spotkania wszystkich, którzy zamierzali być częścią kontyngentu Ya Basta! i nie zobaczymy, jakie zasoby wciąż mamy, jakie liczby? Spróbujmy sprawdzić, czy nadal nie możemy czegoś zrobić?

Powiedziałem, że brzmi to dla mnie jak doskonały pomysł.

W każdym razie w końcu miałem projekt. Tuż obok przedsionka znajdowała się pusta sala konferencyjna, ze stołami już ustawionymi w kwadracie. Zlokalizowaliśmy papier i magiczny marker, umieściliśmy informację, że będzie spotkanie Ya Basta! o 22:15, a następnie poszliśmy, aby zacząć informować ewentualne zainteresowane strony.

Zanim wróciłem do głównego pokoju i robiłem notatki, o 19:35, sprawy stawały się coraz brzydsze. Najwyraźniej sondaż sali podzielił się dość równo między trzy propozycje, dając niewiele wskazówek, jak postępować. Laura pisała obawy, jedna po drugiej, na ścianie za nią, próbując zobaczyć, jakie są punkty sporne, czy można połączyć propozycję, która zawierałaby wszystkie z nich. Coraz bardziej zaczynało wyglądać, jakbyśmy w końcu poparli numer 3 – nowy argument polegał na tym, że gdybyśmy się pojawili, a nie próbowali przejść, obrażalibyśmy Wojowników, którzy zorganizowali przejście.

Enos: Słuchaj, nigdy nie będziemy w stanie zrobić niczego, co by kogoś nie uraziło. i tak, czasami osoba, którą zamierzamy obrazić, będzie członkiem uciskanej grupy. Może powinniśmy po prostu to przeboleć.

Laura: Czy mógłbyś mówić jaśniej, żebym mogła zapisać?

Mark: Poza tym słyszeliśmy wiele tych samych punktów, które powtarzały się w kółko, więc pozwólcie, że zapytam: jeśli jesteście na liście, ale ktoś inny wyrazi Waszą obawę przed tobą, proszę, nie powtarzajcie. Po prostu zrezygnujcie i pozwólcie mówić następnej osobie.

Kobieta w Żółci: Cóż, w odpowiedzi na pytanie, propozycja nr 2 została zaproponowana w odpowiedzi na obawy ludzi zeszłej nocy. Może Russell może wyjaśnić, dlaczego uważam, że uczęszczanie na smażenie jest dla mnie kluczowe. Russella?

Russell: Obawiam się, że jest dużo zamieszania w związku z Pierwszymi Narodami. W moim Narodzie, gdyby społeczeństwo wojowników zaprosiło was formalnie i zaoferowało jedzenie i cenne danie, gdybyście je odrzucili, byłby to najwyższy brak szacunku. Gorąco zachęcam was do wsparcia Stowarzyszenia Wojowników, ponieważ będą na czele walki, a ja będę również reprezentował moje społeczeństwo. W moim społeczeństwie są też „postępowcy”, którzy twierdzą, że mówią w imieniu wszystkich, ale tradycjonaliści powinni zawsze mieć najsilniejszy głos.

Mężczyzna: Czuję, że to bardzo ważne, kiedy tam dotrzemy, aby zobaczyć, jakiego rodzaju wsparcie naprawdę mamy w społeczności, zanim się zobowiążemy.

Inny mężczyzna: Moja grupa afinicji absolutnie nie przejdzie przez odprawę celną. Nadal czekam, aby dowiedzieć się, czy jesteśmy o to proszeni, czy nie.

Mark: Punkt informacyjny: czy są inne rady, inne akcje dla tych, którzy nie chcą jechać do Cornwall? Czy ktoś organizuje alternatywy? Nie?

W porządku, czy są jakieś inne obawy?

Kobieta: Co się stanie z innymi ludźmi, którzy przyjdą na imprezę, gdy odejdziemy?

Neala: W odpowiedzi na wcześniejszą tezę Enosa: jeśli mamy kogoś urazić, nie powinni to być nasi sojusznicy.

[Rozproszone oklaski]

Mężczyzna: Jeśli o mnie chodzi, cały ten proces jest rasistowski. Powinniśmy rozmawiać ze wszystkimi stronami od samego początku. To niefortunne, że daliśmy się zwieść ludziom, którzy bagatelizują konflikt w społeczności, i wiem, że niesprawiedliwe jest mówić, że jakakolwiek osoba jest rasistką, ale wiele kwestii, o których tu słyszałem, to bzdury. Nie mówię, że powinniśmy iść do domu albo nie iść, ale naprawdę czuję się zobowiązany, by to podkreślić.

Laura: Dobra, czy mogę prosić, abyśmy nie identyfikowali czyjegoś punktu jako „bzdury” ani nie robili podobnej emocjonalnej gry? Spójrz, wszyscy jesteśmy wykończeni. Ale musimy pamiętać, dlaczego tu jesteśmy: jesteśmy tutaj, ponieważ wszyscy staramy się znaleźć najlepszą rzecz do zrobienia w trudnej sytuacji. Poza tym trochę się martwię, że ludzie zachowują się bardziej drażliwie, ponieważ są głodni. Więc ludzie, jeśli wasza przedstawicielka nie została jeszcze nakarmiona, zapytajcie, wciąż jest mnóstwo jedzenia.

Enos: Słuchaj, przepraszam, jeśli powiedziałem coś, co kogoś uraziło. Rozumiem, że wszyscy jesteśmy tutaj z właściwych powodów. Nigdy nie chciałem sugerować inaczej.

Mark: Musimy dać sobie nawzajem domniemanie uczciwości i dobrych intencji. Konsensus to nie to samo, co zasada większości; to nie jest konkurencja. Wszyscy pracujemy razem, aby ustalić, co należy zrobić.

A więc, to powiedziawszy: czy istnieją inne obawy dotyczące propozycji nr 2?

Ariel: Czy powinnam przeczytać oświadczenie, w którym wyjaśniamy naszym sojusznikom Mohawk, dlaczego przejeżdżamy gdzie indziej i zapraszamy ich, aby przyszli?

Mark: Cóż, brzmi to trafnie, ale myślę, że lepiej będzie przeczytać to później.

Kobieta w Żółci: Obawiam się, że wystosowanie takiego zaproszenia do Mohawków zostałoby zinterpretowane jako sprzeczne z pierwotną ideą naszego wsparcia. Teraz zapraszamy ich do odrzucenia ich własnego działania?

Laura: [wciąż patrzę na listę „obaw” na ścianie ] Czy to pasuje do kategorii pójścia do ich ziemi i zignorowania ich inicjatywy? Ponieważ ta obawa została już podniesiona.

Kobieta w Żółci: Dla mnie byłaby to ostateczna negacja tego, dlaczego tu przyjechałam, czyli żeby ich wesprzeć.

Enos: Jeśli ludzie opracowali alternatywne lokalizacje, mam nadzieję, że o nich usłyszymy. Ciągle podkreślam, że zarówno numer 1, jak i numer 2 zakładają alternatywną trasę, ale czy taka w ogóle istnieje? Nie możemy po prostu improwizować później. Potrzebujemy planu!

Kobieta: Pamiętaj, powodem, dla którego na początku wydawało się, że numer 2 jest najbardziej pożądany, było to, że nie mamy jasnego wyobrażenia o tym, czego chce tamtejsza społeczność. Przybyłam tutaj, aby wspierać Mohawków, ale wyraźnie istnieje różnorodność pragnień. A niektóre obawy, które słyszałem, brzmią głęboko. Nie jestem przekonana…

To może trwać wiecznie. Niektórzy upierają się, że są tutaj, aby wspierać naród Mohawk jako całość i zastanawiają się, jak to zrobić. Inni są tutaj, aby wspierać naszych sojuszników, chociaż nie jest jasne, kim i ilu ich w rzeczywistości jest. Organizatorzy używają telefonów komórkowych, aby skontaktować się z rodziną Shawn and the Boots, od czasu do czasu komunikują się na tyle długo, aby uzyskać dodatkowe wyjaśnienia.

Znowu wyczuwając salę, zaczynam rozumieć, na czym polega problem. To nie jest zwykły tłum aktywistów. Albo nawet anarchistów. Pokój ma charakterystyczne poczucie czarnego bloku. Wezwanie Warcry’a i Targeta do IMC było o wiele bardziej skuteczne, niż ktokolwiek z nas się spodziewał: prawie każdy anarchista, który wiedział na pewno, że nie będzie w stanie legalnie przedostać się przez granicę, niektórzy nawet z Los Angeles, utknął tutaj w Burlington. Z jednej strony istniał silny kontyngent – na przykład Twinkie była jedną z nich – który uważał, że kiedy już zobowiązaliśmy się współpracować z aktywistami Mohawk w kwestiach Mohawk, naszym obowiązkiem było postępować zgodnie z nimi, a jeśli to oznaczało, że nie pojechaliśmy do Quebec City, więc niech tak będzie. Dla nich myślenie o Mohawkach jako o środku do celu, jako o drodze do Kanady, było kolejnym przykładem arogancji, rasistowski wyzysk. Inni czuli równie mocno, że nie przyjechali aż z Iowy czy Południowej Karoliny tylko po to, żeby zjeść lunch w rezerwacie, gdzie większość ludzi i tak ich nie chciała.

Wchodzę i wychodzę, informując ludzi o nadchodzącym spotkaniu. W głównym pomieszczeniu przedstawiciele powoli zmierzają w kierunku zaakceptowania oryginalnej propozycji, ale nikt nie jest z tego szczególnie zadowolony. O 21:48 Enos prawie krzyczy.

– Jak dokładnie ten plan całkowicie się zmienił w ciągu ostatnich dwóch godzin? Teraz proszą nas, abyśmy poddali się celnikom!

Mac upiera się, że plan się nie zmienił, pomysł jest i zawsze był przeciążyć przejście graniczne. Dzięki temu, że ludzie przychodzą z obu stron mostu, mając wystarczającą liczbę, możemy stworzyć dla nich logistyczny koszmar, który w końcu po prostu nas przepuszczą.

Mac: Może jestem tępy, ale nie widzę, jak to się różni od tego, co mówi Russell. i nie sądzę, żeby Mohawkowie byli zmartwieni pomysłem, że wszyscy razem przejdziemy. Tak, mogą przetrzymywać ludzi na posterunkach granicznych, ale to nie jest takie powszechne, a jeśli spróbujemy przedostać się w innym punkcie wzdłuż granicy, możemy tam też trafić do więzienia.

Mark: W porządku, plan jest taki, że wypróbujemy oryginalny plan, ale mamy plan awaryjny. Widzę wiele kiwnięć głową, ilekroć słyszę słowa „wszystko albo nic”, więc uważam, że to też nasza decyzja. Jeśli ktoś zostanie zawrócony na początku, wszyscy odejdziemy i wycofamy się z naszej akcji awaryjnej?

[Ogromne migotanie dłońmi]

Mark: Więc taka jest propozycja. Czy są jeszcze jakieś obawy.

[Nie]

W porządku, w końcu możemy przejść do konsensusu. Ktoś staje z boku?

[Nie]

Bloki?

[Nie]

Zatem mamy to.

[Rozbrzmiewa ogromny wiwat ]

Ktoś: Oklaski dla naszych facylitatorów. Wykonaliście niesamowitą robotę.

Po zatwierdzeniu planu przechodzimy do kolejnego etapu, jakim jest logistyka. Są dwaj nowi facylitatorzy. Występują prelegenci z działu prawnego, medycznego i transportowego. Zespół prawny rozpoczyna rozdawanie formularzy. Wychodzę na spotkanie z Kitty i przygotowuję się na to, co wszyscy teraz nazywają „spotkaniem 22:15”

„Plan B”

Wtedy zaczyna się dziać coś ciekawego. Jakoś nie jest jasne, kiedy plan na spotkanie Ya Basta! przekształca się w coś innego. Staje się spotkaniem, sponsorowanym przez Ya Basta!, dla każdego, kto czuje się przytłoczony strukturą Rady Delegatów i chce porozmawiać o strategiach rzeczywistego przejścia. Kiedy po raz pierwszy wchodzę do pokoju, jestem zaskoczony: przy stole jest już co najmniej sześćdziesiąt osób, całkiem spora część aktywistów wciąż znajduje się w budynku, a coraz więcej napływa. Myślę, że do pewnego stopnia wielu przyszło tylko po to, żeby zabrzmieć. Pierwsze dziesięć minut było niekończącą się sesją narzekań, z naciskiem na to, jak mało oni lub niektórzy członkowie ich grupy afinicji byli przygotowani do poddania się straży granicznej (niekończące się sprawy, zaległe nakazy itp.). Była jedna dziewczyna, która miała siedemnaście lat, która rok wcześniej uciekła z domu. Od tego czasu ona i jej rodzina pogodzili się, ale nadal była oficjalnie wymieniona jako osoba zaginiona; przypuszczalnie, gdyby próbowała przekroczyć granicę, nie tylko zostałaby zatrzymana, ale każdy w tym samym samochodzie mógłby zostać aresztowany jako jej porywacz. Wiele z nich jest szczególnie rozgoryczonych po porzuceniu innych, całkowicie realnych opcji, takich jak niepatrolowane odcinki lasu lub niejasne wiejskie drogi czy szanse na przekroczenie granicy kilka tygodni wcześniej. Wszyscy to akceptują, tak, nie mamy innego wyboru, jak tylko iść na smażenie. Solidarność jest ważna. W każdym razie złożyliśmy zobowiązanie i musimy szanować naszych sojuszników, nawet jeśli, jak niektórzy podejrzewają, nie byli z nami do końca szczerzy. Ale jakie są nasze szanse na przytłoczenie przejścia granicznego, w każdym razie? Kto ma prawdziwe informacje? A jeśli nie jest to możliwe, czy nie nadszedł czas, abyśmy zaczęli pracować nad jakimś Planem B?

Uciekłem, by zlokalizować Erica, który w tym czasie był de facto grupą roboczą mediów w Nowym Jorku (podobnie jak ja dla Ya Basta!, z wyjątkiem tego, że miał pewne pojęcie o tym, co robi). Eric był na bieżąco z rozwojem techników i dał mi krótką informację na temat tego, co rozumie teraz przez oficjalny plan. Po imprezie smażenia ryb wszyscy pomaszerujemy na most. Będzie to pokojowy marsz, w którym 50-100 Wojowników i ich rodziny, w tym dzieci, połączą się z aktywistami. Wtedy miejmy nadzieję, że ich pokonamy. Wiele osób jest sceptycznych, czy to zadziała. Ale wydaje się, że to najlepsze, co możemy wymyślić.

Podczas gdy sesja narzekania trwa, wpadam i wypadam, próbując znaleźć ludzi (Twinkie przechodzi obok: „Co to jest?” „ To spotkanie ludzi, którzy chcą priorytetyzować wjazd do Quebec” Chcesz wpaść?” „Nie!” Przewraca oczami z irytacją.)

Wreszcie odnajduję Maca, który wygląda na wstrząśniętego odkryciem ponad osiemdziesięciu osób na spotkaniu, o którym nawet nie wiedział, że się dzieje.

– Um, jaka jest relacja tego spotkania do rady przedstawicieli, która wciąż trwa w sąsiednim pokoju?

Ludzie ignorują pytanie i zadają własne pytania. Jeden dzieciak z Czarnego Bloku z Zachodniego Wybrzeża z uszkodzonymi zębami pyta, co może się stać, jeśli ktoś zostanie zatrzymany:

Zepsute zęby: Jeśli ktoś zostanie zatrzymany, próbując przekroczyć granicę, co na pewno byłbym, jeśli poddam się odprawie celnej, co najprawdopodobniej się stanie? Co zrobią Wojownicy?

Mac: Radziłbym trzymać się z tyłu. Jeśli przeciążymy odprawę celną, nie będziesz potrzebować dowodu tożsamości. W przeciwnym razie ludzie z przodu zostaną zawróceni i wszyscy zawrócimy solidarnie.

Zepsute zęby: Ale co zrobiliby Wojownicy Mohawk? Wiem, że będę z tyłu. Nie musisz mi tego mówić. To oczywiste. Chcę wiedzieć, czy Mohawkowie powiedzieli nam, co zrobiliby?

Mac: Przejdą razem z nami. Oczywiście nie zaatakują posterunku granicznego ani nic w tym stylu, ale jako kolektyw musimy się wzajemnie chronić, a jeśli zawrócą ludzi, to jebać ich. Po prostu pójdziemy gdzie indziej.

Ktoś: Nie rozumiem. Rada Plemienia poprosiła nas, abyśmy nie blokowali mostu, aby pas był otwarty. Jeśli zamierzamy ominąć odprawę celną, oczywiście skutecznie będziemy blokować most. Więc już przeciwstawiamy się ich woli. Dlaczego pójście trochę dalej miałoby być takie inne?

Mac: Słuchaj, nie mam magicznej odpowiedzi, wiem tylko, że jako kolektyw jesteśmy silniejsi niż jako jednostki.

Ktoś: Tak. A także cholernie dużo wolniejsi.

Kitty: Moim osobistym odczuciem jest to, że jesteśmy tutaj, aby wymyślić alternatywny plan, co zrobić, jeśli zostaniemy zawróceni, ponieważ jeśli powiemy „wszystko albo nic”, wtedy bądźmy szczerzy: prawdopodobnie będziemy dość szybko zawróceni. Czy ktoś chce z tym rozmawiać?

Ktoś inny: Cóż, czy ktoś ma mapę?

Mac: Pójdę po jedną.

Wychodzę na chwilę z Macem, kiedy to robi, tylko po to, żeby sprawdzić. Trudno mi sobie wyobrazić, jakim koszmarem musi być to wszystko dla niego. – Problem – mówi – wszyscy chcą magicznych odpowiedzi. Nie ma żadnych magicznych odpowiedzi. Zresztą, jaki dokładnie jest związek tego spotkania z radą delegatów?

– Myślę, że ludzie zdali sobie sprawę, że w tempie, w jakim rada działa, nie ma mowy, abyśmy mieli plan do 23:00, kiedy budynek zostanie zamknięty. – mówię. – Postanowili więc ustanowić siebie jako autonomiczną grupę roboczą ludzi, którzy naprawdę chcą się przedostać.

– Och. Cóż, myślę, że nie ma powodu, dla którego nie mogliby tego zrobić.

– Anarchia w akcji.

– Aha.

Niedługo wszyscy w środku patrzą na mapy i dyskutują o logistyce, ale ledwo zaczynamy, gdy ktoś wsuwa głowę i mówi nam, że jest 23 i mamy opuścić budynek. Ludzie gromadzą się na schodach. Gdy samochody jeżdżą, odtwarzając piosenki Ramones, Eric próbuje mnie porwać, aby dołączyć do kilku innych członków nowo utworzonej Media Working Group, aby przesłać faksem jakieś oświadczenie Russella. Mówię mu, że nie mogę, obiecałem spotkać się ze współlokatorami o 23:30. Zespół medialny wyrusza na poszukiwanie otwartej kawiarni. O 22:30 ludzie wciąż wychodzą z budynku (właściwie nikt jeszcze nie przyszedł, żeby go zamknąć) i wreszcie odnajduję moich ludzi – Rufusa, Warcry, Chango, a teraz także Betty Tancerka – którzy, jak się okazuje, siedzieli od jakiegoś czasu w niedalekim parku, pod wiązem, dzieląc się papierosami z goździkami, czekając na naszą przejażdżkę. Kitty i spora grupa, przeważnie ubranych na czarno aktywistów, wyruszyli w innym kierunku, by pracować nad naszym Planem B. Wyglądają dość oczywisto ze swoimi dwiema gigantycznymi czerwono-czarnymi flagami.

Wreszcie przyjeżdża nasz samochód, w którym są już dwie kobiety. Wszystkim jakoś udaje się wcisnąć.

Większość z nas jest po prostu wyczerpana. Kierowca, Sara, dwudziestokilkuletnia kobieta, gada o kwestiach higienicznych. Wdaje się w długą diatrybę o aktywistach, którzy nie chcą się myć.

– O tak, „Cruddies” – zgadza się Rufus.

– Może jestem po prostu stary, ale myślę, że to nietowarzyskie. To brak szacunku dla innych.

– Co to cruddies? – Nie zauważyłem nikogo, kto wydzielałby zauważalny zapach na radzie.

– Wiesz, wszystkie te dzieciaki z brudnymi dredami i brudnymi ubraniami, które są zadowolone z zapachu własnego ciała? Oni wszyscy jakby jedli fasolę, puszczali wiatrów, śmierdzieli i odmawiali umycia?

– Och.

Ponieważ nie było sensu się spierać, zauważam, że kilka grup reprezentujących osoby kolorowe, z którymi DAN pracowała w Filadelfii, zawsze robiło problem z tego rodzaju sprawami. „Śmierdzący biali anarchiści” stali się rodzajem zaszyfrowanego słowa – formą rasowego przywileju wymachującego im przed twarzami.

Ale Sara nie interesuje się zbytnio aspektami rasowymi.

– Nie zrozum mnie źle – kontynuowała. – Rozumiem apel. Kiedy miałam szesnaście lat, byłam dokładnie taka sama. Byłam zakochana we własnym zapachu. To było jak…cóż, naturalne. Tak właśnie pachną istoty ludzkie. To pewien rodzaj uczciwości, rozumiem to. Ale weź! Nadchodzi moment, w którym musisz zacząć myśleć o innych ludziach.

Okazuje się, że po kilku latach życia jako dzika lokatorka Sara w końcu dostała prawdziwą pracę w mieście, w jakiejś organizacji non-profit. Z pensją, świadczeniami, wszystkim. Wciąż próbowała przyzwyczaić się do nowego życia.

– To chyba taka faza. Chodzi mi o to, czy są jacyś nieumyci aktywiści, którzy nie są nastolatkami?

Jej przyjaciółka Janna, pracownica katolicka z Denver, jest jednak bardzo zaangażowana w kwestię rasową. – Wciąż zastanawiam się, czy powinnam być naprawdę zła z powodu tej całej sprawy. Myślę, że naprawdę powinnam. Cały proces był całkowicie rasistowski.

– Rasistowski w jaki sposób?

– Rasistowski, ponieważ pracowaliśmy tylko z jedną małą grupą i nawet nie próbowaliśmy skontaktować się z nikim innym w społeczności. Zawsze było, mówili tak „Mohawkowie”, „Mohawkowie” tego chcą. Jakby wszyscy byli jak jedna osoba. Tak naprawdę przez cały czas rozmawiali tylko z dwiema lub trzema osobami. Zwróć uwagę, jak robiliśmy to nawet w radzie.

– W porządku- powiedziałem – z pewnością masz rację co do języka, przyjmuję, ale…– Zastanowiłem się. – Cóż, czego chciałabyś, aby zrobili organizatorzy?

– Powinni byli porozmawiać ze wszystkimi w społeczności.

– I gadać za plecami naszych sojuszników? Nie wiem. Naprawdę łatwo jest zacząć rzucać słowami takimi jak „rasizm”, kiedy ktoś coś spieprzy. Ale co, gdybyśmy mieli do czynienia ze społecznością, och, nie wiem, Francuzów? Albo Szwedów czy coś? Czy zachowalibyśmy się inaczej? Gdziekolwiek pójdziemy, zawsze będziemy rozmawiać z najbardziej radykalnymi elementami społeczności (a właściwie w tym przypadku to oni się z nami skontaktowali). Gdybyśmy zaczęli dokonywać niezależnych podchodów do polityków Mohawk za ich plecami, ludzie powiedzieliby, że jesteśmy z tego powodu rasistami.

– No cóż – podsumowała – może oskarżenie rasistowskie jest niesprawiedliwe. Ale nadal jestem zła.

– Sam nie jestem szczęśliwy.

Później tej nocy

W końcu wysadzili nas w domu naszego gospodarza, starszej kwakierki, która zgłosiła się na ochotnika swój dom dla aktywistów. Był to przytulny, piętrowy dom z dywanem, z tarasem tak pełnym roślin doniczkowych, że przypominał trochę szklarnię, i papugą latającą bez klatki. Około ośmiu lub dziewięciu osób ułożyło śpiwory na podłodze. Współczuliśmy z powodu śmierci Joeya Ramone. Warcry uzyskał pozwolenie na korzystanie z komputera w gabinecie na piętrze; chwilę później poprosiła mnie, żebym podszedł i przyjrzał się szkicowi opowiadania, nad którym pracowała, o Timothym McVeigh. W końcu znowu zszedłem na dół i zakończyłem dość długą rozmowę z naszym gospodarzem o Towarzystwie Przyjaciół. Niedawno zmarł jej mąż, ale miała dzieci i wnuki w Burlington i okolicach. Pochodziła ze starej rodziny kwakrów i przez całe życie była aktywna w Kościele i lokalnie w aktywizmie. Czy to prawda, zapytałem, że spotkania kwakrów działają na zasadzie konsensusu? Ponieważ anarchiści też to robią, a słyszałem, że ostatecznie wiele z tego, co robimy, było inspirowane przez Towarzystwo Przyjaciół. Zaczęła dość szczegółowy opis działania spotkań kwakrów, przerywana tylko od czasu do czasu moimi komentarzami („Wow, to jest takie podobne”). Powiedziała, że ludzie siedzą w kręgu. Jeśli duch skłania ich do mówienia, pojawiają się propozycje i każda osoba może teoretycznie zablokować propozycję, jeśli czuje się wystarczająco silnie w tej sprawie. Bloki rzadko się zdarzają, ale w zasadzie każdy ma prawo odrzucić każdą propozycję, a sam fakt, że każdy wie, że może, jest wystarczający, aby zapewnić odpowiedzialne działanie. Tak, powiedziałem. Dokładnie tak, jak my to robimy. Dawanie każdemu prawa do blokowania jest jak mówienie ludziom: „Ośmielamy się działać odpowiedzialnie” i ogólnie rzecz biorąc, chyba że masz do czynienia z totalnym oszołomem, to wystarczy.

Kontynuowała:

– Na samym spotkaniu kwakrów zawsze jest facylitator, który nie powinien wyrażać własnej opinii, ale po prostu prowadzić spotkanie, słuchać i powtarzać, jeśli coś wymaga wyjaśnienia. – ( Aha. To tak jak my.) – Uczestnicy mogą rozmawiać tylko z facylitatorem. Nie ma rozmów pomiędzy.

– Chwila, to znaczy, że nikomu w ogóle nie wolno ze sobą rozmawiać?

– Nie. Rozmowa dotyczy wydarzeń świeckich. Spotkanie to święte wydarzenie, więc możesz rozmawiać tylko z moderatorem.

– Och, to…naprawdę inne. Na naszych spotkaniach facylitatorzy trzymają listę, to znaczy obserwują, kto chce mówić i liczą, czyja jest kolej, ale to nie tak, że możesz mówić tylko do nich. Zwykle mówisz do każdego, ale możesz bezpośrednio odpowiedzieć na czyjeś stanowisko. Więc nie możesz tego zrobić na spotkaniu kwakrów?

– Nie, możesz rozmawiać tylko z facylitatorem.

– Dlaczego?

– Ponieważ inaczej byłoby to wydarzenie świeckie.

Zastanowiłem się przez chwilę – pomiędzy rytuałem Dziękczynienia, modlitwą Russella, kwakierskim pojęciem spotkań jako wydarzeń duchowych – czy było jakieś znaczenie dla faktu, że „proces”, na którym anarchiści mają taką obsesję, jest zawsze, gdzie indziej, postrzegany jako uczestnictwo w sacrum. Tworzenie zgody to tworzenie społeczeństwa. Społeczeństwo jest bogiem. A może bóg jest naszą zdolnością do tworzenia społeczeństwa. Konsensus jest więc rytuałem ofiary, ofiary egoizmu, gdzie akt powołuje do życia tego samego boga. Ale byłem zbyt zmęczony, a mój mózg zbyt rozmyty, żeby zrobić cokolwiek prócz zanotowania to w pamięci. W każdym razie wiedziałam tylko, że jeśli ta akcja miała być podobna do innych, w których byłem, spałbym co najwyżej dwie lub trzy godziny przez następne kilka nocy, a może nic. Wymamrotałem kilka uprzejmości i położyłem się do łóżka.

3.12. Czwartek, 19 kwietnia


AKWESASNE

Następnego ranka wstaliśmy, zrobiliśmy cokolwiek w IMC w Burlington, kupiliśmy coś w Quaker Meetinghouse, pełnym magazynów dla aktywistów i ulotek, i wyruszyliśmy karawaną. Jedziemy dopiero o 10:46.

Jest pięć furgonetek Ya Basta! z około dwudziestu, które składają się na karawanę, za którą podąża wynajęty autobus. Warcry przywiózł z jakiegoś wydarzenia IMC ogromne, srebrne serpentyny, aby ozdobić pojazd. Mówi, że dopóki ma to być uroczyste wydarzenie, równie dobrze możemy wyglądać.

Przyczepa kempingowa ma system łączności, krótkofalówki rozprowadzane co kilka pojazdów, a my mamy jedną, ale ludzie z łączności spędzają większość czasu na monitorowaniu funkcjonariuszy stanowych, którzy eskortują nas poza miasto, i pojawiają się okresowo z kamerami, filmując nas w różnych punktach po drodze. Poza tym nie ma zbyt wiele do przekazania, ale okresowe wiadomości, takie jak „wspaniały wodospad po lewej stronie” lub „dobra muzyka na 105,7”.

W furgonetce przeglądam niekończący się stos dokumentów pobranych z listserv i stron internetowych, zanim wyszedłem. Jedna dotyczy różnicy między amerykańskim i kanadyjskim systemem prawnym i tego, jak może to wpłynąć na protestujących. Drugi to dokument o tym, jak radzić sobie ze skutkami gazu łzawiącego i pieprzowego, a także dwa różne dokumenty dotyczące hipotermii. Jest dokument ze wskazówkami, jak nie robić z siebie dupka w rezerwacie Mohawk, i inny, który ma dać działaczom pewne informacje na temat nacjonalistycznej wrażliwości w Quebecu. W przeciwieństwie do Montrealu nie można zakładać, że przeciętny mężczyzna lub kobieta na ulicy w Quebec City mówi po angielsku. Nie obrażą się, jeśli twój francuski jest słaby, znacznie lepiej jest podjąć próbę, niż po prostu zaczepiać ich po angielsku. Moja ulubiona ulotka to okólnik z „Québec Medical Fashion Brigade” ze szczegółowymi radami co do ubrania:


Dzisiejszy dobrze ubrany bojownik w Quebec City na szczycie ma na sobie długą bieliznę wykonaną z nowych materiałów syntetycznych, takich jak miękki, ciepły poliester, który ODDYMIA pot ze skóry. Znaczna część obwodu Szczytu znajduje się na wzgórzu, a wspinaczka ulicami, aby do niego dotrzeć, lub bieganie tu i tam, sprawi, że będziesz się pocić. A pot przy skórze może sprawić, że będzie ci zimno…


Powinnaś mieć wiele luźnych warstw, które można zdjąć, gdy zrobi się gorąco, i założyć z powrotem, gdy jest zimno…Twoja zewnętrzna warstwa powinna być wodoodporna. BARDZO polecamy tani kombinezon przeciwdeszczowy – nie tylko zapewni ci to ochronę przed deszczem lub śniegiem, ale także zapobiegnie wchłonięciu przez ubrania tych nieprzyjemnych zanieczyszczeń, takich jak gaz łzawiący i gaz pieprzowy. Jako bonus zablokuje również wiatr. Jeśli nosisz polar, upewnij się, że znajduje się pod ubraniem przeciwdeszczowym, jeśli znajdujesz się w strefie zagrożenia bronią chemiczną (w pobliżu policji). Gaz pieprzowy i gaz łzawiący są wchłaniane przez włókninę, a następnie uwalniane z czasem na twarz. Fuj! Aby uzyskać ten wyjątkowo seksowny wygląd, wypróbuj te tanie, przezroczyste poncza złożone w małej plastikowej torbie – będą one wyglądać jak prezerwatywa, a otrzymasz dodatkowy punkty szacunku za informację o bezpiecznym seksie!


Rozumiemy zastrzeżenia, jakie możesz mieć, jeśli nie możesz uzyskać sprzętu przeciwdeszczowego w podstawowej czerni. Jednak twój plastikowy kombinezon przeciwdeszczowy jest idealnym środkiem do malowania natryskowego (czarny, tak?), magicznych markerów i wszystkich twoich naklejek. Czarne worki na śmieci mogą również działać przeciwko wodzie i chemikaliom…

Pojawiają się sugestie dotyczące masek przeciwgazowych, gogli, używania bandan nasączonych octem jako ochrony przed gazem łzawiącym. Sprawdzam, czy nie mam dodatkowych skarpet, warstw itp. Przyczepa jedzie prawie niewyobrażalnie wolno, jakieś 70 kilometrów na godzinę na dwupasmowej autostradzie i nikt nie jest do końca pewien przyczyn.

– Nie sądzę, żebyśmy mogli przynajmniej założyć nasze stroje Ya Basta! do smażenia ryb? – ktoś pyta. – To prawdopodobnie będzie nasza ostatnia szansa, ponieważ nie ma mowy, abyśmy przeszli w nich przez odprawę celną.

– Nie sądzę. Mac mówił, że jeśli nawet pojawimy się, wyglądając, jakbyśmy byli przygotowani do działania, może to zostać odebrane jako agresja.

– Cóż…może rzeczywiście pokonamy ich na moście.

Wydaje się, że nikt nie uważa, że jest to szczególnie prawdopodobne.

Mijają godziny. Przenosimy się na małe wiejskie drogi, mijając opuszczone farmy i sklepy z bronią, jadąc jeszcze wolniej. Ktoś wyjaśnia, że jego aktywizm sięga czasów, gdy z dzieciństwa zdał sobie sprawę, że Power Rangers byli naprawdę źli. Od czasu do czasu policjanci filmują nas z pobocza autostrady, niektórzy w mundurach, inni po cywilnemu. Kiedy zatrzymujemy się na postój nad rzeką, większość z nas wychodzi w maskach, a niektórzy mężczyźni dzielnie tworzą ludzką ścianę, aby dać kobietom trochę prywatności przed glinami po drugiej stronie drogi, którzy próbują je sfilmować, kiedy sikają. Przynajmniej nie ma blokad drogowych. Wreszcie, po pozornej wieczności, może około 16, radio trzeszczy: „mamy obraz na Akwesasne”

Samo Akwesasne

Jak się okazuje, nie było nikogo, kto by nas przywitał przy głównym wejściu do rezerwatu, choć może to, jak sądzę, mieć coś wspólnego z faktem, że jesteśmy już jakieś trzy godziny spóźnione na imprezę, która miała się zacząć o ma 13:00. W każdym razie scena jest chaotyczna. Wszystko w Akwesasne wydaje się przypadkowe. Karawana przejeżdża rzez rezerwat, od czasu do czasu obserwowana przez ciekawskich, ale prawie nikogo nie ma nawet na gankach.

W końcu wjeżdżamy na bardzo dużą trawiastą przestrzeń ze stolikami rozstawionymi dookoła smażalni ryb. Nie ma dzieci. Właściwie prawie nikogo nie ma. Zaledwie kilkudziesięciu aktywistów, którzy czekali od południa, kilku dziennikarzy i coś, co wygląda na czterech prawdziwych Mohawków. Później ta liczba wzrasta do sześciu. Jedzenie, podawane na papierowych talerzach, rozdają ci, co wydają się szkieletową załogą; wszystko jest minimalne; jest tam rodzina Bootsa (Stacey rzeczywiście ma włosy obcięte na irokeza, co jest jakoś dziwnie satysfakcjonujące). Jest kilku innych Wojowników, którzy pojawiają się od czasu do czasu, aby z nimi porozmawiać, najwyraźniej sprawdzając pozycje policji za wzgórzem, ale to wszystko. To oczywiste, że zostaliśmy całkowicie wymanewrowani. Społeczność jest nieobecna. Nawet lokalizacja okazuje się pustą działką, czyli, jak dowiadujemy się później od dziennikarzy, technicznie tuż za i właściwie nie w samym Rezerwacie.

Kilku aktywistów wędruje po okolicy, próbując znaleźć miejsce, w którym można by wysikać; nie ma tam nocników ani oczywistych wychodków i nikt nie jest pewien, czy uznano by to za zbezczeszczenie indiańskiej ziemi. W końcu ktoś mówi im, że szefowie powiedzieli, że można iść w zarośla, o ile odciążamy się w kierunku przeciwnym do rezerwatu. Łapię trochę ryb z Warcry, aż ktoś zadzwoni do nas, aby porozmawiać z zespołem informacyjnym z PBS Frontline. Warcry zmienia się natychmiast, bez wysiłku, od zrzędliwego do namiętnego, przyspieszając krótkie przemówienie na temat związku między rdzennym uciskiem a FTAA. Stoję z boku, lekko zdezorientowany, i robię małe oświadczenie o solidarności, a potem znowu odchodzę.

Trochę dalej znajduję Twinkie siedzącą samotnie na drewnianej ławce i płaczącą.

Siadam obok niej.

– Co się dzieje, Twinkie? To znaczy, przyznaję, że sytuacja jest trochę przygnębiająca…

– Nie, nie o to chodzi – powiedziała, próbując się uśmiechnąć, mimo że łzy nie ustawały. – To ryba. – Na jej talerzu są jeszcze resztki szczupaka.

– Ryba?

– Jestem wegetarianką. Moja rodzina jest z Tajlandii. Wychowywali nas bardzo surowi buddyści.

– Więc dlaczego to zjadłaś? Jestem całkiem pewny, że mieli opcję wegańską. Kaszka kukurydziana, nie? – Twinkie była, chociaż wahałem się, czy to podkreślić, kimś w rodzaju eksperta w wydobywaniu ryb i mięsa kraba z rolek sushi wyciągniętych ze śmietników restauracji.

– Cóż, pomyślałam, że to będzie gest solidarności. W końcu jesteśmy na ich ziemi. i zrobili je specjalnie dla nas. A kiedy faktycznie je jadłam, było w porządku. Ale potem po prostu zaczęłam płakać.

Rozważałem dokonanie jakiejś filozoficznej obserwacji na temat tego, jak wszyscy ostatnio czuli się złapani w podwójne więzy, ale postanowiłem tego nie robić. Zamiast tego powiedziałem:

– Naprawdę? Nie wiedziałem, że twoi rodzice pochodzą z Tajlandii. Myślałem, że słyszałem, jak ktoś powiedział, że jesteś z Filipin!

– Co? Nie! Jesteśmy z Tajlandii.

– Urodziłaś się tam?

– Byłam dość młoda, kiedy przyjechała moja rodzina.

Odbywa się krótka ceremonia, która zaczyna się od przemówienia Stacey Boots z dachu furgonetki. Opowiada o historii rdzennych Amerykanów witających i chroniących cudzoziemców, którzy przybyli z pokojowymi intencjami.

– A teraz, jak sądzę, będziemy was chronić.

Działacz latynoski z Nowego Jorku wstaje i wygłasza przemówienie o tym, że FTAA jest tylko ostatnim przejawem pięćsetletniej kampanii podboju i ludobójstwa, która rozpoczęła się od Krzysztofa Kolumba. Piosenkarz folklorystyczny wspina się na dach furgonetki z gitarą i gra coś, co nazywa się „Indian Wars” Po jednym lub dwóch spontanicznych występach aktywistów, karawana zbiera się z powrotem i kierujemy się w górę rampy w kierunku „placu poboru opłat”, gdzie najwyraźniej zamierzamy rzeczywiście spróbować przekroczyć granicę.

Niepełna akcja na granicy

Nasza furgonetka stoi przed przyczepą, może pięć samochodów z przodu: ja, Warcry, Betty, Rufus, Sasha dokumentalista i jego dziewczyna Karen, która pomaga mu w jego projekcie wideo, ponieważ Sasha jest w tym momencie w zasadzie aktywistą. Z drugiej strony Karen jest profesjonalistą medialnym, uzbrojonym w drogi sprzęt i będzie dokumentowała wszystko, co robi.

Długa linia wolno posuwających się vanów ciągnęła się do stacji granicznej, która była białą, jednopiętrową konstrukcją, gdzie na zewnątrz, za licznymi barykadami, zebrała się co najmniej setka funkcjonariuszy policji. Tyle o pomyśle udania się bezpośrednio na środek mostu i przytłoczenia ich po drugiej stronie. Wszyscy mieli być sprawdzeni po tej stronie. Obiecaliśmy, że pozostawimy otwarty pas, aby pojazdy ratunkowe mogły się przez nie przejechać, ale natychmiast wypełnił się pieszymi. Początkowo, gdy aktywiści zaczęli maszerować po podjeździe, impreza miała charakter marszu świątecznego: ktoś był na szczudłach, były bębny, porozrzucane instrumenty muzyczne, kilka prób porywających śpiewów. Ale było zupełnie niejasne, czy to rzeczywiście była akcja. Wtedy wszystko się zatrzymało. Warcry wychodzi na zwiad i nigdy nie wraca. Wystawiam głowę, żeby zobaczyć, czy uda mi się złapać jakieś ślady naszej rzekomej eskorty Wojowników, i poza jednym lub dwoma, którzy byli na podium, nikogo nie widziałem. Na pewno żadnych rodzin.

Prawie nic, co nam obiecano, tak naprawdę się nie zmaterializowało.

Betty udaje się na przerwę na papierosa, po czym wraca. W końcu długo rozmawiamy na temat płci, katastrofalnego szkolenia Ya Basta! i wynikające z tego rozpadu.

– To nie tak, że naprawdę chcę odciąć kilku małym chłopcom penisy – mówi. – To znaczy, rozumiem, że mali chłopcy potrzebują swoich penisów. Naprawdę nie mam nic przeciwko, jeśli czują potrzebę pomachania nimi. Wszystko, czego chciałam, to powiedzieć ostro. Ale jak tylko podniosę ten problem, wszyscy zaczynają na siebie krzyczeć, a teraz nawet ze sobą nie rozmawiają i czuję, że to wszystko moja wina.

– Naprawdę krzyczeli na siebie?

– Dobra, może nie dosłownie krzyczeli…

Po chwili.

– Więc co o tym myślisz? Czy powinnam spróbować dowiedzieć się, co się stało z Warcry?

– Jasne – mówi Betty. – Prawdopodobnie będziemy tu siedzieć jeszcze przez godzinę w taki czy inny sposób. Idź, rozprostuj nogi. Złap trochę powietrza. To będzie dla ciebie dobre.

Karen zgłasza się na ochotnika, aby pojechać ze mną, aby zobaczyć, czy może uzyskać przydatne nagranie. Sasha całuje ją i przejmuje prowadzenie.

Wysiadam i idę w kierunku punktu poboru opłat. Kiedy przechodzę, Moose robi sobie przerwę na papierosa kilka furgonetek bliżej, wygląda na zakłopotanego, starając się unikać kontaktu wzrokowego. Teraz nigdzie nie widać Mohawków. Po kanadyjskiej stronie granicy nie ma też śladu robotników pocztowych, hutników, a właściwie nikogo – choć wydaje się, że za płotem z siatki, na czymś, co wygląda jak ogromne boisko do koszykówki, za plecami wydaje być tłum nastolatków – a przed nimi policjanci z Mohawk. Przed stacją graniczną gromadzi się gęsty tłum aktywistów; niektórzy są wściekli, niektórzy mają nadzieję, że uda im się wynegocjować przejście. Są flagi i sztandary. Jedna kobieta w czerni wspięła się do połowy słupa drogowego, bębniąc. Od czasu do czasu ktoś próbuje rozpocząć kolektywną pieśń. Chłopak z zepsutymi zębami próbuje skakać w górę i w dół, zaczynając skandować „Dni gniewu! Dni gniewu!”, a kilka osób podejmuje to, ale tak naprawdę to się nie przyjmuje i wraca do narzekania i mamrotania.

Wreszcie widzę przyczynę opóźnienia. Pierwsza furgonetka zatrzymuje się na przejściu granicznym; Kanadyjska policja wyjęła każdą pojedynczą torbę, która się w niej znajdowała i ułożyła je wszystkie na asfalcie, i wydaje się, że jest zdeterminowana, aby przejrzeć każdy przedmiot w każdej z nich. Enos, kierowca, był jednym z pierwszych, którzy poddali się odprawie celnej, prawdopodobnie nie był to dobry pomysł, ponieważ odmówiono mu już wjazdu do Kanady podczas akcji z 1 kwietnia dwa tygodnie wcześniej. Po kilku pytaniach jego nazwisko jest wprowadzane do komputera i zostaje poproszony o wejście do budynku przypominającego szopę. Minutę lub dwie później widzimy go zaprowadzonego do policyjnej furgonetki, w plastikowych kajdankach, ze znużonym, zirytowanym wyrazem twarzy, rodzajem wizualnego westchnienia.

Warcry stoi z Target i małą grupą dziennikarzy IMC.

– Widziałeś, jak zabrali Enosa?

– Ta.

– Więc dlaczego po prostu tu stoimy? Myślałem, że to wszystko albo nic? Wynośmy się stąd do diabła i chodźmy gdzieś, gdzie naprawdę możemy przejść.

Po krótkiej rozmowie stwierdzamy, że musimy zrobić coś bardziej dramatycznego. Zbierzemy cztery lub pięć osób, które na pewno nie przejdą, ale prawdopodobnie też nie zostaną aresztowane. Warcry i Target są prawdopodobnie znane każdemu agentowi FBI w USA, ale nie mają zaległych nakazów; Nie mam przy sobie paszportu ani oficjalnego dowodu osobistego; Przy poprzednich okazjach Madhava i Jenka nie mieli wstępu. Postanawiamy, że podejdziemy i formalnie poddamy się razem. Następnie, gdy zostaniemy zawróceni, możemy spróbować zawrócić linię i udać się na kolejne przejście.

Karen proponuje udokumentowanie wydarzenia na wideo.

Nasza piątka łączy ramiona i idzie naprzód. Karen, wyglądająca w każdym calu na profesjonalną kamerzystę w schludnej beżowej kurtce, z blond włosami związanymi do tyłu, filmuje nas z góry, gdy posuwamy się naprzód.

Kiedy podchodzę, wypróbowuję kwestię, która po raz pierwszy przyszło mi do głowy w furgonetce – bardziej niż cokolwiek innego, ponieważ jestem ciekaw, jaka będzie reakcja.

– Mam nadzieję, że pamiętasz – mówię do pierwszego policjanta, patrząc mu w oczy – że robimy to tylko po to, by uratować twoje plany opieki zdrowotnej.

– Nie jesteśmy tego nieświadomi – mówi. – To jeden z powodów, dla których postanowiliśmy potraktować was tak łagodnie.

Och. Nieco zdziwiony, czekam, aż wyślą nas każdego, abyśmy porozmawiali z innym oficerem. Warcry idzie pierwsza. Potem ja. Nagle udzielam wywiadu muskularnemu kanadyjskiemu funkcjonariuszowi granicznemu w płaskiej białej czapce.

– Cel twojej podróży do Kanady?

– Zamierzam zaprotestować przeciwko konferencji FTAA w Quebec City.

– Więc kiedy ostatnio byłeś przed sędzią?

– Sędzia? Cóż, w zeszłym roku byłem przez kilka tygodni na ławie przysięgłych.

Lekka niecierpliwość.

– Wiesz, co mam na myśli.

– Jako oskarżony? Nigdy. Nigdy nie stanąłem przed sędzią oskarżony o przestępstwo.

Pokiwał głową.

– W porządku. – Potem wskazał mi młodszego oficera, pryszczatego dzieciaka, który wyglądał, jakby właśnie skończył liceum. Dzieciak poprosił mnie o paszport.

– Przepraszam, nie przyniosłem.

– Prawo jazdy?

– Nie. Jestem z Nowego Jorku. Nie jeżdżę.

Pauza.

– Wielu ludzi z Nowego Jorku nie umie prowadzić.

Karen w jakiś sposób przeszła na drugą stronę posterunku i teraz filmuje wszystko z Kanady.

Dzieciak jest wyraźnie zdenerwowany. Wychodzi na naradę z umięśnionym facetem, który wydaje się jego dowódcą, po czym wraca.

– Dobra, no to co masz?

– Mam identyfikator uniwersytecki – powiedziałem, wyciągając go z portfela. W rzeczywistości był to identyfikator wydziału Yale, ale nigdzie na karcie nie było napisane „wydział” Pewnie założył, jak większość ludzi, że jestem studentem. On też nie wydawał się przejmować. Miał zdjęcie, a zdjęcie wyglądało jak ja.

– Dobrze – powiedział.

– Co masz na myśli?

– Mam na myśli w porządku.

Byłem zaskoczony.

– Masz na myśli…?

Gest.

– Po prostu podejdź do tamtego znaku stopu.

– Czekaj…To znaczy, że przeszedłem?

To był wynik, którego nigdy się nie spodziewałem. Nawet nie zastanawiałem się, co by się stało, gdybym rzeczywiście się przedostał. Pryszczaty oficer zaczyna wyglądać na zniecierpliwionego. Karen była już za granicą w Kanadzie; za mną czekała niekończąca się kolejka ludzi, a z przodu równie niekończący się most.

– Cóż, spójrz – powiedziałem. – Mam umowę z przyjaciółmi. Obiecałem, że bez nich nie pójdę. Czy nie mogę po prostu na nich poczekać?

– Nie możesz na nich czekać tutaj – powiedział. – To jest obszar przetwarzania. Będziesz musiał na nich poczekać tam, w Kanadzie.

Ponieważ „Kanada” w tym momencie wydaje się składać z krótkiego kawałka asfaltu oddalonego o dwa lub trzy metry, nie wydaje się to z natury nierozsądne. Karen idzie ze mną, robiąc kilka ujęć szerokokątnych karawany, która wciąż stoi nieruchomo po amerykańskiej stronie. Próbuję dowiedzieć się, co stało się z Target i Warcry, ale nigdzie ich nie widać. Myślę, że mogli zostać zabrani do środka na przesłuchanie. Jednak po minucie lub dwóch pojawia się inny funkcjonariusz straży granicznej i mówi:

– Nie możesz czekać na posterunku granicznym. Jeśli zamierzasz na kogoś czekać, będziesz musiał przejść tam do tego znaku stopu – wskazując ponownie na znak na skraju drogi.

Robimy tak. Znak stopu wydaje się jednak być bardzo dużym znakiem stopu, ponieważ kończy się na tym, że znajduje się dwa lub trzy razy dalej, niż się wydawało od stacji granicznej. Teraz jesteśmy na kawałku asfaltu z dala od wszystkiego i mimo tego, że zmrużyłem oczy, nie mogę dostrzec, co dzieje się po amerykańskiej stronie. Za ogrodzeniem na boisku do koszykówki wciąż jest tłum dzieciaków i machamy im, ale jesteśmy zbyt daleko, żeby naprawdę zobaczyć, czy odmachują.

W tym momencie pojawia się ogromny gliniarz z Mohawk z paralizatorem, prowadząc samochód. Można powiedzieć, że był gliną z Mohawk, ponieważ na jego ramieniu jest naszywka z napisem „Policja Akwesasne Mohawk”. W przeciwieństwie do policji na posterunku granicznym, która wahała się od rzeczowej do prawie przyjaznej, ten wygląda wyjątkowo nieprzyjemnie. Informuje nas, że jesteśmy na terenie rezerwatu i będziemy musieli z niego zejść i przejść przez most. Karen kieruje na niego kamerę – zwykle jest to dość skuteczny sposób na wywołanie lepszego zachowania policji. Nie jest pod wrażeniem.

– Przepraszam, oficerze, widzi pan, że jesteśmy tu tylko dlatego, że ludzie z granicy powiedzieli nam, że musimy…

– Jesteście na ziemi indiańskiej! Nie jesteście mile widziany przez społeczność. Idźcie stąd. Natychmiast zaczniecie przechodzić przez most.

Obecność paralizatora wydała mi się bardzo przekonującym argumentem. W każdym razie w połowie rampy dojazdowej był kolejny mały słupek i mogłem rozpoznać kilku aktywistów – mogli być tylko aktywistami, sądząc po ich ubiorze – kręcących się w takim samym zamieszaniu jak my.

– Cóż, chcesz przyjść? – zapytałem Karen.

– Wygląda na to, że nie mam dużego wyboru.

– Cóż, przypuszczalnie by cię wypuścili. A Sasha wciąż jest z karawaną.

– Racja. Ale Sasha chciałaby, żebym przynajmniej spróbował nagrać jakiś materiał z Quebec City. Właściwie mam w torbie kilka godzin pustych taśm i baterii. i to może być nasza jedyna szansa, żeby jedno z nas tam dotarło.

Zaczynamy wspinać się po moście i odkrywamy, że aktywistami, których tam widzieliśmy, byli w rzeczywistości Kitty z Connecticut wraz z kilkoma jej koleżankami Yabbasami – szczupłą, nieco zniewieściałą Azjatką o imieniu Lee, kobietą o imieniu Andrea – wszyscy wyglądali na zdziwionych, gdy przeszliśmy.

Zaczęliśmy iść w kierunku mostu. Po pewnym zamieszaniu, kiedy jedna grupa policji powiedziała nam, że nie możemy wejść na most, a inna powiedziała nam, że nie możemy wrócić (i negocjując dostęp do łazienki na małej stacji u podstawy mostu), podsumowaliśmy.

Nie trzeba dodawać, że cały sprzęt Yabby był w furgonetce. Nie wziąłem nawet torby na ramię z notesami i innymi niezbędnymi rzeczami – tak przekonany, że nie uda mi się przedostać. Miałem jeden kieszonkowy notes, który wtedy miałem w kieszeni; telefon komórkowy z energią może kilka godzin (bez ładowarki). Poza tym miałem na sobie w zasadzie to, co ubrałem: czarną bluzę z kapturem, która rzekomo miała podszewkę z „arktycznym wypełnieniem”, czarną bandanę w kieszeni, spodnie wojskowe na bieliźnie termicznej, trzy różne kaszmirowe swetry nałożone na dość ładną czerwoną koszulę wizytową (uważam, że warto mieć coś reprezentacyjnego do przechodzenia przez linie policyjne). To było to.

Moi przyjaciele byli w tej samej sytuacji. Nikt nie miał żadnego sprzętu ani bagażu. Z wyjątkiem Andrei, która miała śpiwór.

– Tyle dla Ya Basty! – mówi Lee.

– Tak, wygląda na to, że wszyscy będziemy robić Czarny Blok – zgadza się Kitty.

– Więc idziemy?

Kitty spogląda z powrotem na plac poboru opłat.

– Cóż, jeśli wrócimy, co to będzie oznaczać? Karawana porusza się tak wolno, że nie będziemy w stanie nawet spróbować ponownie przejechać, aż do jutra.

– Istnieje jednak „Plan B”, prawda? Mam na myśli, że wymyśliliście coś na radzie?

– Cóż, tak, właśnie o to chodzi. Wymyśliliśmy. Pomyśleliśmy, że ważne jest, aby było bezpiecznie, więc tylko dwie osoby mają mapy i znają wszystkie szczegóły. Problem w tym, że jedną z nich jestem ja.

– Najlepiej ułożone plany wspaniałych ludzi – uśmiecha się Lee.

– Cóż, jaka jest szansa, że oboje przeszliście? – sugeruję.

Karen poszła nakręcić panoramiczny materiał z boku rampy.

– W każdym razie to nie był tak niesamowity plan. Prawdopodobnie każdy, kto miałby dobrą mapę, mógł to wymyślić.

Postanawiamy przynajmniej spróbować zameldować się w naszych grupach afinicji, ale tylko ja mam działający telefon. Co jest dość cudowne. Komórka wszystkich pozostałych zepsuła się na kilka godzin przed naszym przybyciem do Akwesasne – nikt nie był do końca pewien, czy to z powodu ingerencji policji, czy też dlatego, że byliśmy po prostu zbyt daleko w tej krainie. Poświęcam kilka minut na telefonowanie do Betty, Rufusa i różnych osób z zespołu prawnego. W każdym przypadku jestem wysyłany natychmiast na pocztę głosową. To samo dzieje się, gdy Kitty używa mojego telefonu, aby spróbować skontaktować się z innymi członkami jej własnej grupy afinicji.

Na koniec mówi:

– Wydaje mi się, że to dość oczywiste, co zamierzamy zrobić. Możemy stać tutaj i męczyć się nad tym przez kolejną godzinę, a potem odejść, albo możemy już iść. Co powiecie?

– Jestem za.

Wszyscy przytaknęli.

I tak zaczęliśmy iść przez most.

Seaway International Bridge okazał się mieć prawie trzy kilometry długości i składał się z dwóch różnych konstrukcji, połączonych małą wyspą pośrodku. Droga była prawie pusta. Bardzo rzadko przejeżdżał jakiś pojazd, zwykle pickup. Od czasu do czasu przejeżdżały też policyjne quady z Mohawk, najwyraźniej tylko po to, żeby nas niepokoić. Spędziliśmy dużo czasu, wpatrując się w Wodospad Św. Wawrzyńca. Widok był niezwykle piękny. Były tam zatoczki, wysepki, maleńkie łódeczki, tu i ówdzie wzdłuż brzegu chaty przypominające chatki. Większość dawała poczucie nieskazitelnego naturalnego piękna, kontury wybrzeża prawie nie zmieniły się od pierwszego przybycia ludzkich osadników dziesięć tysięcy lat temu. Intelektualnie wiedziałem, że to nie jest prawda: w rzeczywistości jednym z tematów, które organizatorzy Mohawk chcieli, abyśmy podkreślili, był rasizm środowiskowy. Na granicy rezerwatu po stronie amerykańskiej zbudowano fabrykę GM (właściwie myślałam, że uda mi się ją rozróżnić we mgle), a miejsce to było tak konsekwentnie wykorzystywane do wyrzucania toksyn, że matki w Akwesasne były powiedziano, aby nie karmić piersią, a dzieci czasami rodziły się z jelitami na zewnątrz. Ale z mostu wszystko to było prawie niemożliwe do wyobrażenia. Po prostu wyglądał imponująco, pięknie.

Słońce już zachodziło, kiedy dotarliśmy do Cornwall.

Cornwall, Ontario

Nadal nie jestem pewien, jak wygląda Cornwall; nigdy jej nie zobaczyłem. To, co zobaczyłem, było rodzajem luźnego centrum handlowego na końcu mostu, małej, niskiej otwartej przestrzeni ze sklepami handlowymi umieszczonymi na wzniesieniach po obu stronach. U samego podnóża mostu minęliśmy dwie linie oddziałów prewencji, w sumie może czterdziestu, uzbrojonych w szykach i po prostu tam stojących, naprzeciw małego tłumu około stu lub dwustu kanadyjskich aktywistów, którzy najwyraźniej byli pozostałością po znacznie większym tłumie. Niektórzy byli zamaskowani. Większość wyglądała na zmęczoną. Obie strony wydawały się nieco śmieszne, przyćmione ogromem mostu. Nigdy nie widzieliśmy obiecanej herbaty, ale minęliśmy jeden transparent Koalicji przeciwko Ubóstwu Ontario, witający nas. Karen sumiennie to sfilmowała. Wszędzie byli ludzie z aparatami, ale bardzo niewiele wydawało się naszymi kamerami. Minęliśmy Shawna Branta, stojąc na tylnym siedzeniu pikapa i składając jakąś wyzywającą deklarację dla kanadyjskiej telewizji. Wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach.

Wśród Kanadyjczyków rozsiani byli inni Amerykanie, którzy tak jak my próbowali pogodzić się z faktem, że się przebili. Stopniowo ludzie zaczęli się gromadzić, znajdować miejsca na pasie wilgotnej trawy w pobliżu autostrady, aby uformować miniradę, aby ocenić naszą sytuację.

Nasza grupa rozdzieliła się tymczasowo, żeby zdobyć jedzenie. Kupiłem tanią kanapkę z kurczakiem w barze na wynos na wzgórzu, zbadałem Walmart. Nigdy wcześniej nie byłem w Walmarcie. Był ogromny. Wziąłem małą butelkę Tylenolu z kodeiną, którą, jak pamiętałem, można dostać bez recepty w Kanadzie, myśląc, że może się później przydać. Wracając, odkryłem, że spotkanie odbywa się w pełnej sesji, na której około czterdziestu amerykańskich aktywistów siedziało w kręgu, próbując sporządzić listę nazwisk do przekazania działowi prawnemu, aby grupy afinicji ludzi w Akwesasne wiedziały, że nic im nie jest i móc iść dalej bez nich. Musieliśmy być zamaskowani na spotkaniu, ponieważ wkrótce otoczyły nas kamery telewizyjne. Kiedy jeden niezwykle zadufany w sobie dziennikarz wideo CBC odmówił zaprzestania filmowania ludzkich twarzy, niektórzy z nas są w końcu zmuszeni mocno sugerować, że możemy być skłonni pomalować jego soczewkę sprayem. Karen filmuje konfrontację, a następnie używa swojej kamery, aby udokumentować każdy jego ruch, gdy w końcu zaczyna pakować swój sprzęt. Wyjaśnia, że nic bardziej nie irytuje dziennikarzy telewizyjnych niż ich filmowanie.

W końcu zostałem przydzielony do dzwonienia według listy na moim umierającym telefonie komórkowym. Zostawiam nagranie na maszynie kancelarii prawnej w Nowym Jorku i w kilku innych miejscach i mam nadzieję, że jakoś dotrze do ludzi.

Do tego czasu jest już ciemno. Centrum handlowe jest prawie puste. Nawet gliniarze zniknęli. Kiedy przyjechaliśmy, było kilka furgonetek, większość już odjeżdżała podczas rady, w tym jeden lub dwóch pełnych aktywistów Mohawk, prawie wszyscy, którzy faktycznie byli przy smażalni ryb. Mac i Lesley pojawiają się i znikają. Obawiam się, że przez jakiś czas nie znajdziemy podwózki, ale znajdujemy wraz z niektórymi protestującymi ze Szkoły Ameryk, jedną z niewielu grup w Akwesasne, której pojazd rzeczywiście przejechał. O 22.00 jesteśmy w drodze do Quebec City.

4. Szczyt Ameryki w Quebec City

Od tego momentu wrócę do trybu dziennika. To, co następuje, opiera się w dużej mierze na notatkach szybko zapisanych w tym czasie, uzupełnionych z pamięci, a następnie porównanych z notatkami innych uczestników oraz opublikowanych (zwykle publikowanych w Internecie) relacji z pierwszej ręki.

4.1. Piątek, 20 kwietnia


2:30 rano

Zawsze z uporem nie mogłem spać w poruszających się pojazdach. Kitty i załoga z Connecticut szybko odpadają na tylnym siedzeniu furgonetki. Karen i ja, cierpiąc na bezsenność, kończymy długą rozmowę z Janną, katolicką robotnicą z Denver, która jest tam z kontyngentem SOA. Janna jest właściwie poganką, ale dla radykałów w tej części kraju, jak wyjaśnia, nie ma zbyt wielu wyborów.

– Dołączyłabym do Pogańskiego Robotnika, gdyby istniało coś takiego.

Została zagazowana w Seattle, a potem przez sześć miesięcy przebywała w szpitalach. Wyjaśniła, że trzeciego dnia protestów sprowadzono Gwardię Narodową, która zaczęła używać CS, gazu łzawiącego tak potężnego, że tylko wojsko może go używać (kiedy serbska armia użyła go przeciwko rebeliantom w Kosowie, rząd USA nazwał to zbrodnią wojenną). Jedna ciężarna kobieta straciła dziecko; inny działacz zmarł z powodu komplikacji kilka miesięcy później. Lekarze Janny powiedzieli jej, że jej płuca zostały poważnie uszkodzone i że powinna za wszelką cenę unikać w przyszłości kontaktu z takimi toksynami.

– Co, przyznaję, trochę mnie podkręciło, jadąc do Quebec City. Ale niektóre rzeczy są po prostu zbyt ważne.

5:30, Przyjeżdżamy

Ludzie z SOA wysadzają nas na Uniwersytecie Laval, na obrzeżach miasta. Zarówno Ya Basta! Nowy Jork, jak i Connecticut już zarezerwowało dla nas miejsca do spania na piętrze głównej sali gimnastycznej. Nastolatek pracujący do późna w nocy wskazuje nam właściwy kierunek.

– Tak – zauważa – uniwersytet był dość hojny, jeśli chodzi o zaplecze. Bali się, że zajmiemy kampus.

Siłownia wygląda jak boisko do piłki nożnej. Jego lśniącą drewnianą podłogę pokrywa może dwa tysiące śpiących aktywistów, ułożonych w geometryczne kępy oddzielone ścianami z toreb i plecaków. Przedzieramy się przez trybuny (również pokryte śpiącymi ciałami), w końcu znajdujemy nasze wyznaczone miejsce, D17, oddzielone białą taśmą, i rzucamy nasze skromne rzeczy na stos.

Jednak dzieci z Connecticut nigdy nie chodzą spać. Po prawie godzinnym przygotowaniu, myciu i naradzaniu się Kitty oznajmia:

– Wiem, że to naprawdę popieprzone, ale zdecydowaliśmy, że lepiej zacząć szukać jakiegoś sprzętu, bo inaczej będziemy zupełnie bezużyteczni na ulicy.

Cała trójka, Kitty, Lee i Andrea, zebrała się i przeliczała swoje pieniądze, które wynoszą około czterdziestu dolarów. Pożyczam im kartę kredytową i znikają w poszukiwaniu zapasów. Oznacza to przynajmniej, że Andrea, która była na tyle mądra, by nosić śpiwór, zostawia go (była dyskusja na temat używania go jako wyściółki, ale doszliśmy do wniosku, że noszenie go ze sobą byłoby zbyt denerwujące). Karen i ja układamy go jako rodzaj długiej poduszki, zrzucamy nasze kurtki i swetry jako materace i łapiemy kilka godzin snu.

08:30

Prawie wszyscy zaczynają wstawać. Rozespani aktywiści ziewają, przeciągają się, szukają szczoteczek do zębów, szukają łazienki. Karen i ja postanawiamy udać się do IMC, aby zdobyć dla Karen przepustkę Indymedia. W ten sposób może filmować w jakimś oficjalnym charakterze. Można sobie wyobrazić, że może to stanowić niewielką ochronę przed aresztowaniem. To wymaga chodzenia po korytarzach Laval – jednego z tych szarych modernistycznych kompleksów z ogromnymi fluorescencyjnymi halami, w których czujesz się jak pod ziemią, nawet jeśli prawdopodobnie nie jesteś – z filiżankami złej kawy z automatu, szukając stolika z mapami i informacjami. W końcu znajdujemy jeden, obsadzony przez kilku uczniów o zaczerwienionych oczach, którzy próbują wyjaśnić lokalny system autobusowy.

Na szczęście autobusy nadal jeżdżą; chociaż nigdy do końca nie rozgryźliśmy systemu biletowego, a wygląda na to, że konduktorzy autobusowi i tak nie zadają sobie trudu, aby je sprawdzić. Podążamy za mapą w kierunku IMC, które niejasno pamiętam z ostatniej wizyty. Zaledwie jedną przecznicę dalej spotykamy cud. Na rogu, na widoku, znajduje się sklep Army/Navy. Jest nadal otwarty! i tam, w szklanym oknie, wielkim jak życie, jest maska przeciwgazowa. Wpadam do środka i pytam, czy mają jeszcze jakieś na stanie i - równie cudownie – okazuje się, że mają. Dokładnie jedną. Czterdzieści dolców kanadyjskich. i to też jedna z tych dobrych, kanadyjskich wojskowych masek przeciwgazowych, z filtrem z boku, a nie jak te gówniane izraelskie maski przeciwgazowe z pierwszej wojny w Zatoce, na które wszyscy narzekają, gdzie oczy zachodzą mgłą, a plastik potrafi pęknąć. Tutaj to gruby czarny plastik, z kilkoma paska z tyłu w czerni z drobnymi, żółtymi paskami, które w moich oczach, wtedy, są dziwnie piękne.

Każdy z nas też kupuje torbę na aparat.

IMC (nikt już nie nazywa go CMAQ, przynajmniej po angielsku) znajduje się na brukowanej alei na bardzo stromym wzgórzu – tak stromym, że budynek, w którym się znajduje, ma dwa piętra z jednej strony i pięć po drugiej. Wydaje się, że jest w dużej mierze pusty; wchodzisz przez niedawno odnowioną witrynę sklepową, która wygląda, jakby była tymczasowo przyłączona do jakiejś radykalnej grupy (jest nieumeblowana, z wyjątkiem kilku krzeseł i plakatów na ścianie). Odwiedzający muszą przejść przez puste biura, a następnie skierować się na dół do samego IMC – wciąż na wpół pustego, chociaż w kącie śpi wielu aktywistów medialnych, a jeszcze kilkunastu bawi się sprzętem lub wkleja listy zadań, zbiorowe zasady. Zerkam na jeden arkusz, na którym uczestnicy mogą przypisywać sobie różne wydarzenia (operacja, jak przewidział Madhava, została skutecznie zdemokratyzowana). W recepcji siedzi niski, brodaty, podobny do gnoma facet, który wydaje się zaangażowany w przedłużający się flirt z dwiema młodymi kobietami przy komputerach za nim (nie robią nic poza kpieniem z niego, a on wydaje się zachwycony ich kpiną). Pstryka każdemu z nas cyfrowe zdjęcie, a potem radośnie zauważa, że z powodu jakiejś usterki w komputerze nie można było przez cały dzień drukować nowych legitymacji prasowych. Pracuje nad tym. Po około pół godzinie w końcu udaje nam się załatwić odznaki. Ja też dostaję: w końcu na pewno będę relacjonować tę historię dla magazynu z Chicago In These Times, dla którego piszę. Karen i ja podpisujemy uroczyste oświadczenie, w którym mówimy, że zgadzamy się na zasady jedności IMC i że w pewnym momencie w przyszłości poświęcimy przynajmniej godzinę naszego czasu na jakąś pracę dla IMC.

– Nie martw się tym teraz – zauważa jeden zaspany aktywista – ale prawdopodobnie będziemy potrzebować wszelkiego rodzaju pomocy w ciągu następnego dnia lub dwóch. Po prostu zamelduj się ponownie.

Następnie uzbrojeni w maskę gazową i odznakę prasową wracamy na uniwersytet.

11:00, Konwergencja, Uniwersytet Laval

Całe zamieszanie związane z obroną Centrum Konwergencji okazało się czymś w rodzaju czerwonego śledzia. Kiedy pomysł zejścia się na Równinie Abrahama musiał zostać porzucony z obawy przed atakiem wyprzedzającym, decyzja zapadła na wycofaniu się z uniwersytetu. Uniwersytet jest jednak oddalony o dziesięć kilometrów od Muru. To będzie bardzo długi marsz.

Zanim dotarliśmy, są już tam tysiące ludzi, w większości rozrzuconych po rozległym, otwartym czworoboku w pobliżu sali gimnastycznej, w której spaliśmy, przygotowując się do marszu CLAC/CASA Carnival Against Capitalism. Niemal natychmiast wpadam na ludzi, których znam. Sam, aktywny w nowojorskiej IWW i DAN Labor, nie był w karawanie, ale przybył do Akwesasne niezależnie i jakoś się przedostał. Związał się z grupą radioaktywistów i niezależnych dziennikarzy: dwie pary, Shawn (nie mylić z Shawnem Brantem, organizatorem Mohawk) oraz Lyn, Ben i Heidi. Są w większości po trzydziestce, co sprawia, że – podobnie jak ja – są raczej starzy jak na standardy aktywistów. Ponieważ wszyscy jesteśmy oddzieleni od naszych zwykłych grup afinicji, postanawiamy ustanowić siebie jako nową, którą nazywam „Uchodźcami z Akwesasne”. Po krótkiej naradzie szybko dochodzimy do konsensusu co do naszych parametrów i roli. Będziemy śledzić główną akcję, działając częściowo jako reporterzy, częściowo jako uczestnicy. Nasz udział będzie miał orientację czerwono-żółtą, ale skoncentrujemy się na udzielaniu wsparcia, a nie na bezpośredniej konfrontacji. Pozostaniemy mobilni, staramy się uniknąć aresztowania, rozstajemy się, kiedy nam na tym zależy, ale jeśli to zrobimy, zawsze ustalamy godziny i miejsca, w których będziemy mogli się później spotkać.

Na szczęście Shawn zapewnił sobie miejsce na pobyt: Heidi ma przyjaciela Pierre’a, który buduje sobie dom w Dolnym Mieście. Jest niedokończony, ale doskonale nadaje się do użytku, jeśli nie mamy nic przeciwko spaniu na podłodze. Shawn ma też samochód.

To wszystko stawia mnie w dość dziwnej sytuacji, ponieważ faktycznie należę teraz do dwóch różnych grup afiliacyjnych: ponieważ jestem również de facto członkiem grupy Yabba, mimo że teraz składa się ona z trojga dzieci, około dwudziestu lat, które wyjechały, by dołączyć do Czarnego Bloku. No cóż, myślę, że da mi pewną elastyczność, by móc poruszać się tam i z powrotem.

Wybieramy duży zielony sztandar obok kobiety na szczudłach przebranej za Statuę Wolności i postanawiamy, że jeśli ktoś odejdzie, będzie to nasz punkt zbieżności.

Więc odchodzę z notatnikiem w ręku. Karen wyciąga aparat.

Ta część kampusu była w całości ogromnymi czworokątnymi przestrzeniami i betonem, z wyraźnym brakiem zieleni. W tej chwili jednak była wypełniona ogromną różnorodnością kolorowych sztandarów, zwiniętych i rozwiniętych, niektóre w po prostu nietypowych kolorach – łososiowym i lawendy – ale także nieskończone wariacje na temat czerwieni i czerni. Wszędzie młodzi ludzie popijali wodę butelkowaną lub filiżanki kiepskiej kawy z mikrofalówki, kręcili się, siedzieli w kółko, grali w urywki na bębnach zrobionych z odwróconych dwulitrowych butelek po wodzie, majstrowali przy sprzęcie. Pogoda wciąż była rześka, ale dawała wszelkie oznaki chęci przekształcenia się w prawdziwy wiosenny dzień. Brak chmur na niebie. Śnieg, który miesiąc wcześniej pokrywał większą część miasta, stopniał. Wyruszyłem na poszukiwanie ludzi Ya Basty!, bez większego szczęścia. W pewnym momencie zobaczyłem grupę mężczyzn, którzy patrzyli z daleka, jak grupa afinicji Tute Bianche, ale okazało się, że wszyscy byli przebrani za maskotkę Québec o nazwie „Bonhomme” w śmiejących się maskach Mikołaja i brudnych, białych kombinezonach.

Jaggi z megafonem chodził do każdej grupy ludzi, aby ogłosić, że parada GOMM ma rozpocząć się o 12:30 do dolnego miasta, parada CLAC/CASA Carnival Against Capitalism, która ma wyjechać o 13:00, miała iść w dół Avenue René Lévesque, ponieważ równiny Abrahama zostały uznane za pułapkę.

Łapię go na sekundę.

– Hej, David – uśmiecha się. – No to gdzie jest Ya Basta!? Jak było w Akwesasne?

– Coś w rodzaju porażki. Nie udało nam się przejść. Jeśli chodzi o New York Ya Basta!, w tej chwili myślę, że jestem z tego zadowolony.

– Więc wszyscy inni zostali zawróceni?

– Podjęliśmy decyzję, że albo wszyscy albo nikt.

– Co? Dlaczego to zrobiłeś? Potrzebujemy wszystkich ciał tutaj!”

– Cóż, ponieważ…– Zastanawiając się, dlaczego to zrobiliśmy? Wzruszyłem ramionami. – solidarność. Wtedy wydawało się to mieć sens.

Jaggi miał czas, by podać mi tylko najkrótszy opis tego, co wyłoniło się z wczorajszej rady. GOMM miał swoją własną paradę, w skład której wchodzili ludzie SalAMI i różni Trocki. Zamierzali przeprowadzić czystą Żółtą, klasyczne nieposłuszeństwo obywatelskie, z blokadą i tym podobnym, poniżej jednej z bramek bezpieczeństwa. Parada CLAC, znacznie większa, byłaby żółta (ale nie „bezpiecznie żółta”) i zawierałaby również kontyngent zielony. Plan zakładał, że Zielony Bloc zboczy, zanim dotrzemy do ogrodzenia, i zajmie obszar jeszcze niżej w dół wzgórza od GOMM, skupiony w strefie zwanej Ilot Fleuriot pod wiaduktem autostrady, w sąsiedztwie osiedla Jean Baptiste. Wszyscy inni pójdą bezpośrednio do Muru.

Potem uciekł.

11:40

Czarny Blok w tym momencie liczy 250 osób, może mniej. Przeważnie noszą czarne bluzy z kapturem, choć są też ubrania w stylu wojskowym, a nawet winylowe przeciwdeszczowe. Wszyscy są oczywiście na czarno. Większość z nich ma maski przeciwgazowe naciągnięte na czubki głowy i czarne bandany zawiązane na szyjach. W tym momencie głównie wylegują się, paląc lub drzemiąc, ale przed kolumną, która ma być ich kolumną, znajduje się ogromny czerwony sztandar, a dookoła rozrzucone są wszelkiego rodzaju czerwono-czarne flagi. Niedaleko znajduje się kobieta przebrana za Statuę Wolności na szczudłach, a nieco dalej średniowieczny blok z blaszanymi kapeluszami i tarczami. Z przyjemnością odkrywam, że rzeczywiście mają katapultę: dość dużą, długą na osiem metrów. Wokół nich roi się od lotnych oddziałów, które wydają mi się w połowie Czarnym Blokiem, z maskami przeciwgazowymi i bandanami, czasem w ochraniaczach hokejowych, tylko w radosnych kolorach, nie w czerni.

W rzeczywistości sporo osób jest już zamaskowanych; nie tyle ze względów bezpieczeństwa (wydaje się, że nigdzie nie ma policji), ile dlatego, że mają zdecydowanie najfajniejsze bandany w historii: które po złożeniu na pół zakrywają dolną połowę twarzy obrazem naturalnej wielkości dolnej połowy twarzy innej osoby. Wszędzie je zauważam: są w kolorze czerwonym, pomarańczowym i żółtym.

Ben już ma taką, w kolorze pomarańczowym. Z dumą pokazuje: jedna strona to szczęśliwa strona, z wielką uśmiechniętą twarzą; drugi ma twarz z ustami zaklejonymi taśmą za drutem kolczastym.

– Tak, najwyraźniej Reclaim the Streets w Londynie wysłało co najmniej tysiąc. Rozdawali je wcześniej, ale chyba je przegapiłeś. Historia była taka, że zostały zaprojektowane przez jakiegoś starego faceta, który pracował z oryginalnymi francuskimi sytuacjonistami. Czy coś. Nie jestem do końca pewien.

Na marginesie widnieją w języku francuskim i angielskim następujące wiersze:


Pozostaniemy bez twarzy, ponieważ odrzucamy spektakl celebrytów, ponieważ jesteśmy wszystkimi, ponieważ karnawał kusi, ponieważ świat stoi do góry nogami, ponieważ jesteśmy wszędzie. Nosząc maski, pokazujemy, że to, kim jesteśmy, nie jest tak ważne, jak to, czego chcemy, a to, czego chcemy, jest wszystkim dla każdego.

Wielką niespodzianką są nasze liczby, o których wszyscy mówią, że są znacznie wyższe niż oczekiwano. Ciągle słyszę liczby takie jak pięć tysięcy, może nawet dziesięć. Nigdzie nie widać policji, choć tu i ówdzie są grupki legalnych obserwatorów, których łatwo rozpoznać w jaskrawożółtych kamizelkach.

Jaggi nieustannie pędzi w górę i w dół z aktualizacjami i ogłoszeniami; „W Ekwadorze w solidarności z nami okupują kanadyjską ambasadę!”. Najwyraźniej w Meksyku trwają też akcje graniczne i ludzie blokują most w Chicago.

Wreszcie, powoli, niezgrabnie, rozpoczyna się Karnawał Przeciw Kapitalizmowi.

13:30
Rozpoczyna się Marsz Karnawału Przeciwko Kapitalizmowi

Po dwudziestu minutach parady dochodzi do jakiejś kłótni, kiedy uniwersytecki ochroniarz wije się z kimś na trawniku przed budynkiem przy trasie parady. Przybywam, gdy ludzie próbują złagodzić eskalację i nigdy się nie dowiadują, co dokładnie się stało. Właściciel domu i ośmioletni chłopiec stoją tuż obok swojego ganku. Ktoś na niego krzyczy:

– Zabierzcie tego dzieciaka z powrotem do domu! Z tymi wszystkimi gliniarzami nie jest bezpiecznie!

Ktoś inny powiedział mi, że strażnik przestraszył się i wyciągnął broń (tylko po to, by natychmiast otoczyli go aktywiści z kamerami wideo), ale nie było jasne, co spowodowało incydent.

Niedługo potem (około 13:50) następuje kolejna drobna plątanina, gdy dziennikarze telewizyjni próbują przejechać samochodem przez tłum. Wokół niego roją się maszerujący, niektórzy walą w niego, inni kładą się przed nim.

– To był dupek – mówili mi ludzie, ale nie do końca jak, domyślam się, że po prostu arogancko próbował się przebić. W końcu samochód cofa się w boczną uliczkę i marsz trwa.

14:00

Na początku przejeżdżamy przez dzielnicę czysto mieszkalną, wszystkie domy jednorodzinne i okazjonalnie mały ceglany blok mieszkalny. Nigdzie w zasięgu wzroku nie ma placówki handlowej. Pieśni są po francusku, angielsku, a nawet hiszpańsku. Większość z nich jest bardzo znajoma: „Nie ma takiej władzy jak moc ludu, bo moc ludu się nie kończy!” „Czyje ulice? Nasze ulice!” „El pueblo, unido, jamas sera vencido” Inni znowu: „Sol! Sol! Sol! Sol-i-dar-i-te!”.

Karen melduje się, krążyła po paradzie, zdobywając wszelkiego rodzaju przydatne materiały. Wszędzie są kamery, ale tym razem to prawie wszystko nasze kamery. Nawet osoby fotografujące nas z pobocza drogi nie wydają się gliniarzami, ale zwykłymi obywatelami.

Zauważam, że marsze są zawsze trochę jak akordeon. Mają tendencję do rozciągania się w miarę upływu czasu, co oznacza, że musimy od czasu do czasu zatrzymywać się, aby każdy mógł ponownie zebrać swoje grupy afinicji. Czarny Blok, który nigdy nie był duży, już teraz staje się coraz bardziej rozproszony. Korzystam z tego, aby dostać się do środka i wreszcie zlokalizować moich przyjaciół z Connecticut: którzy są teraz częścią grupy około sześciu lub siedmiu osób, po zlokalizowaniu kilku innych byłych Yabbasów z Nowej Anglii. Nazywają siebie La Resistance (później staje się La Resistance II, gdy odkryją, że nazwa jest już zajęta). Kitty nadała sobie pseudonim akcji Kid A, choć wszyscy ciągle zapominają o jego używaniu. Lee – surowy weganin – nazywa siebie Cheesebacon, a Andrea nadal jest po prostu Andreą. Jest jedyną osobą, która ma maskę przeciwgazową (została zawinięta w jej śpiwór). Pozostali noszą świeżo nabyte zielone wojskowe hełmy i inny ekwipunek, który kupili wcześniej w mieście.

– Dziękuję bardzo za kartę – mówi Lee, oddając mi ją. – Ratujesz życie. Obiecuję, że odeślę ci pieniądze.

– Och, nie martw się o pieniądze.

– Nie, naprawdę. Obiecuję, że dostanę twój adres po akcji i zwrócę ci je.

14:10

Okrzyki dookoła, gdy marsz się zatrzymuje.

Nikt w pobliżu nie wie dlaczego.

Czarny Blok maszeruje bezpośrednio za czymś, co wydaje się jakąś grupą marksistowską, niosącą tuzin identycznych czerwonych flag ozdobionych wizerunkami amerykańskiego więźnia politycznego Mumii Abu Jamala. Możesz wskazać grupy marksistowskie, ponieważ, podobnie jak ludzie związkowi, mają tendencję do noszenia pewnego rodzaju munduru. W Stanach istnieje grupa o nazwie Rewolucyjna Komunistyczna Młodzieżowa Brygada, która przychodzi na wielkie akcje w strojach Czarnego Bloku, tylko że w identycznych koszulkach pod bluzami i wszystkich noszących dokładnie tę samą czerwoną bandanę – wyglądającą tak doskonale jak anarchiści, których znałeś, tak naprawdę nie mogliby być anarchistami, ponieważ chociaż cała idea czarnych bloków polega na tym, że każdy jest nie do odróżnienia, żadna grupa anarchistów nigdy nie byłaby tak naprawdę ubrana identycznie. Nie widzę żadnego odpowiednika tutaj w Quebec City (chociaż później dowiaduję się, że faktycznie tam byli, zmieszani z Czarnym Blokiem). Istnieje jednak wiele odcinków parady, które w oczywisty sposób reprezentują tę lub inną grupę socjalistyczną, zwykle rozpoznawalną po dopasowanych koszulkach i tym, że noszą profesjonalnie wyglądające, wydrukowane znaki. Większe bloki socjalistyczne są prowadzone przez marszałków z pasującymi opaskami, patrolujących obwód, łączących ramiona, gdy marsz się zatrzymuje. Nawet mniejsze grupy mają zwykle lidera z megafonem, często idącego tyłem, zaczynającego ich pieśni. To oczywiście sprawia, że wyróżniają się z tłumu, podczas gdy anarchiści, z ręcznie malowanymi znakami i transparentami, w większości się wtapiają – dając niejasne wrażenie, że każdy, kto nie jest związany z określoną, możliwą do zidentyfikowania grupą, jest najprawdopodobniej anarchistą. takiego czy innego rodzaju. W tym konkretnym marszu to też prawdopodobnie jest prawdą.

Siadam na ulicy na chwilę, żeby obejrzeć przedstawienie. Po przejściu brygady Mumii i Czarnego Bloku nadchodzi Blok Średniowieczny ze swoją katapultą. Za katapultą podąża drewniany wózek pełen wypchanych pand i innych miękkich zabawek, które mogą służyć jako pociski. Następnie pojawiają się autonomiczne elementy we wszystkich ich grupach afinicji, ich znaki, flagi i sztandary, nieskończona anarchistyczna heraldyka wszelkich możliwych odmian czerwieni i czerni. (Moje ulubione, szkarłatne serce na sobolowym polu, które powtarzałem z drobnymi zmianami sześć lub siedem razy, czasem samotnie, czasem z napisem „ANARCHIA = MIŁOŚĆ”). Pojawiły się znaki: Autonomez Vous (Autonomize Yourself), Betail en Revolte (Cattle in Revolt) i dziesiątki sztuk o akronimie FTAA/ZLEA (FTAA, Forced To Accept Aristocracy). Są Radykalne Cheerleaderki i szalejące babcie, żonglerzy, szczudlarze i przynajmniej jeden mężczyzna na monocyklu. W pewnym momencie rozpoznaję grupę śpiewającą „Ya Basta!”, dostrzegam znak Ya Basta! wśród nich, szybko się zbliżają – ale okazują się być jakąś grupą wsparcia Zapatystów, w T-shirtach bez żadnego sprzętu. Za nimi natychmiast podążają ludzie SOA noszący maski szkieletowe z ogromnym zielonym sztandarem.

Brakuje tylko gigantycznych marionetek: podobno kilka zabrano poprzedniej nocy na paradę z pochodniami, ale teraz są ukryte, czekając na jutrzejszy marsz robotniczy.

14:20

Ktoś ogłasza, że jesteśmy dziesięć minut od Muru. Teraz zaczynamy widzieć sklepy, w większości zamknięte.

Działacz w kostiumie zajączka wielkanocnego próbuje rzucać cukierki grupie dzieci oglądających paradę z tarasu mieszkania. Natychmiast staje się celebrytą: „króliczkiem”, wszyscy go nazywają, na przykład „Hej, widziałeś królika?” Nie należy go jednak mylić z innym „króliczkiem”, uczniem, który podczas marszu niósł ze sobą swojego królika. Bunny Guyowi udaje się dorzucić kilka na jednym tarasie, a dzieci chętnie je zgarniają.

Widzowie nadal wydają się ostrożni, choć ich liczba rośnie. Mijani aktywiści uderzają w znaki drogowe, głośniej niż jakoś szczególnie rytmicznie. Tu i ówdzie gromady z prawdziwymi instrumentami muzycznymi.

Nadal nie ma chmurki na niebie. Właściwie robi się dość gorąco. Stopniowo zdejmuję warstwy, a ci, którzy są przygotowani – tacy jak na przykład moi przyjaciele z Czarnego Bloku – naprawdę zaczynają to odczuwać. Ludzie wołają o wodę. Czasami jestem z resztą Refugees, którzy ustawili się za i na skraju Czarnego Bloku, czasami eksploruję paradę, od czasu do czasu sprawdzając co z Karen. La Resistance, uzbrojona aż po rękojeść, też chce wody, więc Refugees przeczesują ulice w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, żeby coś kupić (zdecydowaliśmy, że będziemy wspierać pracę), ale bez większego sukcesu. W końcu znajduję sklep spożywczy, który jest otwarty, ale wpuszcza ludzi tylko w grupach po dwoje, z jakimś facetem ustawionym przy drzwiach, aby za każdym razem je zamykać i otwierać. Shawn i ja czekamy przez chwilę w kolejce, ale zdajmy sobie sprawę, że zanim wejdziemy, zgubimy paradę.

Shawn, który od jakiegoś czasu monitoruje lokalne media, jest zdumiony całkowitym brakiem policji.

– Od miesięcy prowadzą kampanię terroru, mówiąc wszystkim, że zamierzamy zniszczyć miasto. Popatrz? Widziałeś jednego gliniarza? W jakimkolwiek miejscu? Gdyby ktoś naprawdę chciał, moglibyśmy spalić całą okolicę.

– Może mają nadzieję, że ktoś to zrobi, aby dać im pretekst do ataku.

– Może. Ale chodzi mi o to: albo wiedzieli, że kłamią, kiedy próbowali przekonać wszystkich, że stanowimy zagrożenie dla miasta, albo naprawdę mają w dupie ludzi, których powinni chronić.

14:25

Mijamy plac budowy. Niewielki tłum idzie w górę alejką utworzoną przez dwa płoty z siatki, ale nie zamierzają, jak się domyślałem, szarpać fragmentu płotu, żeby go zabrać ze sobą. Zamiast tego mężczyźni i kilka kobiet zakładają maski i zaczynają łamać i zbierać cegły oraz skały. Nad nimi stoi (głównie żeński) chór i skanduje„Dzisiaj coś rozjebiemy!” w lekko akcentowanym angielskim.

W rzeczywistości nie są w strojach Czarnego Bloku, ale wydają się studentami, a może po prostu lokalnymi nastolatkami. Właściwie nie mam pojęcia, kim oni są, ale domyślam się, że to musiałby być Czerwony Blok.

14:30

Niektórzy z Black Block niosą ze sobą materac jako rodzaj gigantycznej tarczy. W jakiś sposób przed nimi jest teraz ciężarówka, tuż za batalionem Mumia, grająca jakiś rodzaj francuskiej muzyki rap. Mac i Lesley podskakują, zamaskowani, w wojskowych strojach. Wymieniamy uprzejmości. Potem znowu znikają.

Parada zatrzymuje się co chwila. Zaczyna iść.

14:50

Avenue de Erables to punkt, w którym parada ma podzielić się na dwie kolumny, zieloną i żółtą. Grupa Zielonych pomaszeruje na północ w górę Avenue Cartier, która jest dwie przecznice na północ, a następnie wejdzie do robotniczej dzielnicy St Jean-Baptiste, która leży na stromych ulicach opadających na północ od Muru. Heidi, która udzielała wywiadów radiowych w górę i w dół parady, wyjaśnia, że sama okolica, wraz z obszarem dalej na północ, wokół autostrady, została ogłoszona Zieloną Strefą. Lalkarze i grupy teatrów ulicznych zajmą teren i będą wystawiać spektakle dla grup społeczności lokalnych, które ściśle z nami współpracują. (CASA od miesięcy chodziła od drzwi do drzwi w Jean Baptiste z ulotkami i petycjami wyjaśniającymi, co się stanie). Taki był plan. W tym momencie jednak wygląda na to, że niewielu Zielonych tak naprawdę odchodzi: nawet bębniarze ważek – grupa teatralna z przezroczystymi lalkami ważek podskakujących nad ich głowami – i inne oczywiście zielone grupy na razie kontynuują naszą współpracę. W międzyczasie, gdy zatrzymujemy się, ktoś w food trucku wykorzystuje okazję, by zapewnić szybką przekąskę. Wszyscy podają sobie talerze z makaronem. Trochę łapiemy, ale większość przekazujemy La Resistance.

15:05

Czekając, wracam z Lyn do sklepu spożywczego i z powodzeniem kupuję kilka butelek wody. Kiedy wracam, słyszymy pogłoski, że widziano trzy oddziały gliniarzy zmierzających w naszą stronę (żaden się nie zmaterializował).

15:15

Wreszcie ruszamy. Okazuje się, że przez cały ten czas byliśmy tylko kilka przecznic od muru. Mijając Avenue Turnbull, marsz wkracza na teren, który tak dokładnie zbadaliśmy podczas naszej ostatniej wizyty. Mijamy Grand-Théâtre de Québec, wchodząc do małego parku, który wkrótce wielu z nas będzie znany jako „Ground Zero”. Park to w większości tylko ogromny trawnik z kilkoma pagórkami i kilkoma małymi zagajnikami drzew tu i tam. Na drugim końcu znajduje się Mur, metrowa betonowa podstawa i dwumetrowa siatka na szczycie. Biegnie wzdłuż następnej ulicy z północy na południe, Rue d’Amerique Francaise, a następnie ostro zakręca na północ. Mrużąc oczy, zauważam, że w większości miejsc jest już pokryty wstążkami, wizerunkami i rzeźbami wplecionymi w niego podczas kobiecej akcji poprzedniego wieczoru. Podstawa została obficie pomalowana sprayem.

Pośrodku parku stoi rząd gliniarzy, może czterdziestu lub pięćdziesięciu, w pełnym rynsztunku. Nigdy nie widzieliśmy tego dnia policji, która nie byłaby w pełni opancerzona. Ci wydają się stać tam, aby chronić dostęp do punktu kontrolnego/wejścia naprzeciwko północno-wschodniego rogu parku. Poza nimi nie ma nikogo dookoła. Nawet dwie ciężarówki z mediami z wystającymi z nich antenami satelitarnymi wydają się bezobsługowe. Nad głowami terkoczą żółte helikoptery obserwacyjne.



d-g-david-graeber-akcja-bezposrednia-4.png

Rysunek 4.1:
1. Droga wspólnego marszu
2. Marsz Czerwonego/Żółtego Bloku
3. Marsz Zielonego Bloku
4. „Ground Zero”
5. Brama wejściowa
6. Obalona pierwsza sekcja Muru
7. Mur

Parada zaczyna wlewać się w otwartą przestrzeń. Wszyscy maszerują wprost na policję. Policja się waha (można sobie tylko wyobrazić, jak to jest być w oddziale czterdziestu kilku gliniarzy z prewencji, obserwujących kilka tysięcy anarchistów maszerujących bezpośrednio na ciebie). Potem odwracają się, maszerują z powrotem za punkt kontrolny, a my wpadamy do parku.

Obok mnie ktoś krzyczy ze złością po francusku i rzuca do połowy pełną butelkę wody w wycofujących się gliniarzy. Towarzysz bierze go delikatnie pod ramię, jakby chciał powiedzieć: „Wszyscy wiemy, co się wydarzy. To nie my powinniśmy zacząć”.

Czarny Blok nie stoi na czele marszu. Awangarda jest całkowicie niejednorodna, choć zawiera niektórych z najlepiej przygotowanych: wielu w takiej czy innej formie ochraniaczy, niektórzy w hełmach i tarczach. Kiedy podchodzę do przodu, jest już jeden facet w żółtej kurtce, który wdrapał się na szczyt jednego odcinka Muru w pobliżu punktu kontrolnego (w rzeczywistości nie ma na nim drutu kolczastego). Kołysze się w przód i w tył, próbując użyć własnego ciężaru, aby rozchwiać. Tłum gromadzi się wokół niego z hakami z liną – a właściwie są to haki wielkości pięści, w kształcie orzecha, przymocowane do długich, mocnych linek. Inni zabrali się do pracy z przecinakami do drutu. Policjanci bez twarzy, wszyscy w maskach przeciwgazowych i zbroi bojowej, stoją beznamiętnie, jakieś dziesięć metrów dalej, wewnątrz obwodu, gdy pierwszy panel schodzi z betonowych podstaw i upada na ziemię. Policja nic nie robi.

Niedługo wszyscy znaleźli sobie pustą część ogrodzenia. Przeważnie procedura wygląda tak: małe zespoły z linami używają haków, aby przymocować je do ogniwa łańcucha, a następnie wszyscy pomagają w pociągnięciu. Kiedy Mur zacznie ustępować, ludzie wspinają się na górę, aby ją zepchnąć. Kiedy docieram, osiem lub dziewięć sekcji jest już obalonych i muszę ruszyć na północny wschód od punktu kontrolnego, aby znaleźć miejsce, w którym jestem potrzebny. W końcu ciągnę tę samą linę, co Mac i Lesley i jednego szalenie dużego wojownika Mohawk (później powiedziano mi, że takie osoby są określane w rezerwacie jako FBI, „Fucking Big Indians”), który prawdopodobnie ma siłę trójki nas razem. W tym momencie nikt nawet nie nosi masek. Jak wiele osób mam maskę przeciwgazową na czubku głowy. Kiedy nasz odcinek ogrodzenia opada, przechodzimy do kolejnego. W pewnym momencie część spada bezpośrednio na moją głowę i kilka osób obok mnie. Wszyscy się śmiejemy, dwoje z nas ściska sobie ręce, potem przechodzimy do następnego miejsca.

Wkrótce skręcone kawałki zburzonego ogrodzenia z siatki są rozrzucone na krawędzi obwodu. Z jakiegoś dziwnego powodu gliniarze nadal nic nie robią, po prostu tam stoją. Najwyraźniej otrzymali rozkazy, aby oprzeć się wszelkim próbom wejścia do strefy bezpieczeństwa i traktują je niezwykle dosłownie.

W końcu mały oddział aktywistów, chyba około dwudziestu, zbiera się na natarcie. Wydaje mi się to kompletnie szalone, ale może mają jakiś plan. Jeśli tak, nigdy się nie dowiem. Ponieważ niemal w momencie, gdy zaczynają biec w stronę policji, wokół nich zaczynają eksplodować bomby pieprzowe. Niektórzy zaczynają się potykać, upadać; w ciągu kilku sekund cały kontyngent wycofuje się w nieładzie.

Od tego momentu przez następne dwa dni trwa nieustanna wojna chemiczna. Policja zaczęła strzelać wzdłuż Muru na zespoły wciąż ciągnące sekcje w dół (w tym momencie około pięćdziesiąt metrów zostało całkowicie oczyszczonych). Kanistry z gazem łzawiącym zaczęły podskakiwać, wirować, eksplodować wokół nas. Założyłem maskę gazową; podobnie około połowy ludzi. (Widziałem co najmniej tuzin marek masek gazowych, izraelskich, czeskich, belgijskich, kanadyjskich, jakiś dziwny rosyjski produkt z długą rurką spływającą do sakiewki przypiętej do paska). Inni używali szalików, bandan, cokolwiek było pod ręką. Widziałem ludzi, którzy majstrowali przy przyłbicach i plastikowych okularach pływackich, a łzy i śluz spływały im po twarzach. W pewnym momencie, gdy szukałem nowej pozycji na ścianie, bomba pieprzowa musiała wybuchnąć tuż obok mnie. W przeciwieństwie do gazu łzawiącego przeszła przez moją maskę gazową i nagle straciłem wzrok i nie mogłem oddychać. Cofnąłem się poza zasięg, na otwarte powietrze parku, oczy wciąż płonące i niezdolne do skupienia się, z trudem łapiąc oddech, i przez chwilę wędrowałem w kółko, aż znalazłem wolne miejsce, zdjąłem maskę i usiadłem na trawie. Po może minucie byłem w zasadzie znowu sprawny.

Park był wtedy pełen grup ludzi, poruszających się z różnymi prędkościami w różnych kierunkach; zauważono również coraz liczniejsze obłoki gazu. Początkowo rozproszyły się dość szybko: wiał silny wiatr, który, ku uciesze wszystkich, wiał bezpośrednio na policję. Tu i ówdzie małe grupki aktywistów siedziały w kółko na trawie na skrawkach wyższego terenu, zaangażowane w poważne konsultacje – jak sądzę, żółte grupy afinicji, próbujące wymyślić, co robić. Dla większości decyzja wydawała się sprowadzać się do pozostania w parku i stworzenia jak najlepszej atmosfery karnawału, pomimo ataku chemicznego.

Kilka minut później, gdy znów znalazłem się przy Murze, przekształciło się to w walkę pozycyjną. Po postawieniu ściany gazu policja najwyraźniej próbowała iść naprzód, ale została odepchnięta przez deszcz kamieni. Zamaskowane postacie blisko ogrodzenia, teraz oznaczonego tylko przez poobijaną betonową podstawę dawnego płotu, z której połowa się przewróciła, nadal przerzucały w ich stronę kamienie i butelki, kiedy przybyłem. Z jakiegoś powodu było tam paru pacyfistów – przynajmniej kilka kobiet gniewnie krzyczało: „Przestań rzucać gównem!”. Policjanci byli już schronieni za szeregiem plastikowych osłon, strzelając bezpośrednio w aktywistów gazem łzawiącym i plastikowymi kulami. Pacyfiści dokonali pospiesznego odwrotu.

Ja też. Wróciłem do parku i zanotowałem kilka uwag.

15:43

[z Notatek]

Policja w tym momencie wciąż ma beznadziejną przewagę liczebną. Miotacze kamieni pojawiają się za każdym razem, gdy próbują iść naprzód, ale poza tym w dużej mierze wydają się wstrzymywać ogień. Nikt też nie próbuje posuwać się naprzód po strzaskanym ogrodzeniu.

W tym czasie puszki z gazem spadają dość regularnie, nie tylko w pobliżu granicy, ale wszędzie. Spadają jak pociski moździerzowe, wzlatują łukami w górę, zwykle od trzech do pięciu naraz, a potem spadają grupami, uderzając w otwartą przestrzeń parku. Na początku za każdym razem, gdy lądują, wzniecają małą panikę.

A jednak stawało się to czymś w rodzaju karnawału. Ludzie tańczyli, bębnili i klaskali, próbując stworzyć świąteczny okupowany teren w chmurach gazu łzawiącego i poza nimi. Mijam cztery kobiety tańczące w pajęczych szalikach, wszystkie w maskach przeciwgazowych. Inni kręcą się bez nawet bandan, tylko z czystego buntu.

Bunny Guy podchodzi do ściany, machając rękami, z wielkim dramatyzmem. Zagazowany wykonuje pospieszny odwrót.

Działacze z kijami hokejowymi systematycznie odrzucają kanistry z powrotem na obwód, a jeden facet w masce przeciwgazowej zgarnia jeden, podbiega do obwodu z kłębiącym się za nim pióropuszem gazu i wyrzuca go z powrotem przez Mur.

– Nie rób tego bez rękawiczek – ostrzega mnie medyk. – Są rozgrzane do czerwoności. Mogą spowodować poważne oparzenia.

– I to nie mogą być dowolne rękawiczki – mówi inny. – Przepalą cienką skórę. Naprawdę potrzebujesz rękawicy hokejowej.

15:50

Kiedy odnajduję Shawna i Heidi, podekscytowany informuje, że udaremniliśmy pierwszą próbę manewru flankującego gliniarzy. Próbowali sprowadzić armatkę wodną – w zasadzie był to opancerzony wóz strażacki – z północnego zachodu, za teatrem, żeby nas odciąć. Kilka grup afinicji Czarnego Bloku wbiegło na miejsce zdarzenia i wyłączyło go, rozbijając szyby i atakując opony, aż kierowca, przekonany, że zostanie wyciągnięty z kabiny, włączył wsteczny i wycofał się pospiesznie. Nikt nie został ranny, ale krążyły plotki, że towarzyszący mu oddział policji złapał kilku przypadkowych aktywistów w pobliżu miejsca zdarzenia (oczywiście nie dzieci z Czarnego Bloku, to byłoby zbyt trudne) i zabrał ich ze sobą – prawdopodobnie pierwsze tego dnia aresztowania.

Patrzymy z daleka, jak kolejna linia gliniarzy maszerujących w stronę teatru zostaje obrzucona tak mocno, że też musieli się wycofać.

– Niebiescy – wskazuje Heidi – to policja prowincji. Ci na zielono to lokalni, miejscowi policjanci. To nic wielkiego. To niebiescy faceci są naprawdę przerażający, ponieważ są brutalni i mają wszystkie najnowocześniejsze gadżety.

Ktoś twierdzi, że właśnie zobaczył jednego z gliniarzy w pobliżu wycieczki do teatru, jak upadł i z frustracji wielokrotnie uderzał pałką o ziemię. Kolejne drobne zwycięstwo. Ktoś to słyszy i się uśmiecha.

Wszędzie były różnego rodzaju kamery. Wielu aktywistów dokładnie dokumentuje akty karnawałowego sprzeciwu; inni filmują gliny. Karen nas znajduje. Mówi, że dławi się gazem i nie może już filmować; idzie do Zielonej Strefy. Mówimy, że spotkamy się tam później. Prawie jak tylko poszła, wpadam na Time’s Up Bill, aktywistę rowerowego z Nowego Jorku. Bill został zdemaskowany, wyglądał ponuro obojętny na gaz, ale był uzbrojony w ogromną kamerę wideo.

Zauważa mnie, bo na chwilę zdjąłem maskę.

– Hej, David, jesteś teraz zajęty? Czy zechciałbyś udzielić krótkiego wywiadu na temat Akwesasne?

– Pewnie. Dobra, jak długo mówimy?

– Tylko minuta lub dwie.

Uśmiecham się.

– Chcesz to zrobić tutaj?

– Ta.

Podchodzimy do miejsca o stosunkowo czystym powietrzu, około piętnastu metrów od punktu kontrolnego, i zaczynam podawać krótki opis karawany, smażenia, przeprawy. Mniej więcej w połowie patrzymy w górę i zauważamy trzy kanistry opadające wdzięcznym parabolicznym łukiem bezpośrednio na nasze głowy. Zaczynamy biec, śmiejemy się, zmieniamy pozycję nieco dalej od akcji i kończymy wywiad.

16:10

To zamienia się w impas. Nikt nie rzuca kamieniami, chyba że policja próbuje iść naprzód, a na razie już nie próbuje. Zamiast tego, po prostu rzucają do parku niekończące się bomby z gazem łzawiącym i pieprzem, a aktywiści na obwodzie albo je odrzucają, albo rzucają czymkolwiek, co może wyglądać jak odpowiedź w naturze. Zaczęło się głównie od wymiany gazu łzawiącego na bomby dymne, które przelatywały w podobny sposób. Są też całkowicie nieszkodliwe – czysto symboliczne qui pro quo, ale w jakiś sposób bardzo satysfakcjonujące. Później ludzie wydawali się strzelać racami, a ja widziałem kolorowe światła, które moim zdaniem musiały być rzymskimi świecami, rakietami z butelek lub czymś takim. Dalej katapulta rzucała pluszowymi misiami na pozostałe fragmenty muru. To wszystko było czysto ekspresyjne, prawie jak kwestia zasady, że możemy dać tyle, ile mamy.

Początkowo lądowanie kanistra w tłumie wywołało panikę, mimo że ludzie krzyczeli, żeby nie uciekać. Stało się to zwłaszcza wtedy, gdy policja zaczęłaby używać kanistrów, które stawały w płomieniach i zaczynały szaleńczo wirować, oczywiście niemożliwych do odrzucenia. Jednak panika szybko ustąpiła, ponieważ to głównie ludzie w maskach gazowych lub mocni mieli potrzebne środki do pozostania. Ktoś pokazał mi sztuczkę zatrzymania się bezpośrednio przed grupą spanikowanych, uciekających ludzi z rozłożonymi rękami; niezmiennie zwalniali, a potem się zatrzymywali. Ale niedługo spanikowane ucieczki i tak się zatrzymywały.

16:17

Na północ od parku znajduje się małe skupisko drzew, które stało się rodzajem centrum obserwacyjnego dla osób nie walczących. Obok stoi kilku wojowników Mohawk, w tym Stacey Boots, który najwyraźniej nigdy nie podszedł do ściany, ale cofnął się jak prawdziwy dowódca wojskowy, udzielając od czasu do czasu porad taktycznych. Jest też pięciu lub sześciu pracowników-metalowców, niektórzy anglofońscy, niektórzy frankofońscy, bez masek, ale na wszelki wypadek mają bandany i ocet. Nie są w akcji, ale dosłownie pokazują flagę: otaczają dużą tabliczkę, którą umieścili w pobliżu drzewa w ich unijnych kolorach.

Mniej więcej w tym momencie zaczynam zauważać, gdy badam strefę w pobliżu obwodu, że wiele zamaskowanych postaci wokół mnie to w rzeczywistości przyjaciele. La Resistance wyłania się z mgły, podczas ogólnej wymiany uścisków. Nieco dalej na północ jest Buffy, w całości w kolorze czarnym, ze wzmocnionym kaskiem rowerowym i okrągłą pokrywą na śmieci jako tarczą. Za nią jest większość innych dzieci z Wysp Księcia Edwardsa, podobnie ubranych. Buffy na chwilę zdejmuje maskę, żeby pomachać. Jeśli grupa PEI przyjmie rolę peltastów, lekkich i mobilnych, Montreal Ya Basta! to hoplici. Około dwudziestu z nich stoi w szyku niedaleko – za ścianą z tarcz składającą się z trzynastu i pięciu lub sześciu bębniarzy: także w większości w czarnym, w czarnych kaskach motocyklowych, czarnych maskach przeciwgazowych i metrowych czarnych plastikowych tarczach, ale wszyscy pokryci dziwnym, piankowym, tęczowym obiciem, z kolcami dinozaurów na plecach, złożonymi kształtami wyłaniającymi się z hełmów, symbolami pentagramu na tarczach. Bębny wykonano z plastikowych butelek po wodzie. Jest to jednak niezwykłe wizualnie, choć taktycznie, trochę bezcelowe. Na tak szerokiej, otwartej przestrzeni falanga jest mniej więcej tak skuteczna, jak pierwotna linia gliniarzy: jeśli nie masz linii setek, można dość łatwo Cię oskrzydlić i otoczyć. Jednak tarcze są bardzo skuteczne przeciwko pojemnikom z gazem łzawiącym i plastikowym kulom (których policja zaczyna używać dość bezkrytycznie), jeśli nie nadają się do utrzymywania pozycji. Wygląda na to, że Yabbowie znaleźli jakiś cel, po prostu wystawiając się i ściągając ogień.

To zdaje się, że powstaje podział pracy. Czarny Blok, a zwłaszcza Amerykanie, przejmują rolę pierwszej linii obrony. Sami nie rzucają pociskami, po prostu trzymają pozycję – choć są gotowi wykorzystać każdą okazję, by zburzyć nowe sekcje ogrodzenia. Wszyscy rzucający kamieniami wydają się lokalni. Wydaje się, że wielu mogło być tymi bojowymi siedemnastolatkami, o których mówił mi Sebastien, którzy, przeciwnie niż Bloc, nigdy nie przyjęli zasad niestosowania przemocy.

16:22

Wiele akcji w tym momencie dzieje się z boku obszaru, w którym pierwszy raz upadł mur: tuż pod nim biegnie szeroka ulica i kolejny pas muru jako taki.

Wracam do punktu obserwacyjnego, gdzie ogromny wojownik Mohawk, z którym wcześniej dzieliłem linę, wydaje się, że właśnie wrócił z walki, najwyraźniej po raz pierwszy. Z radością opowiada historię o tym, jak po raz pierwszy runęło ogrodzenie. Stacey, zawsze stoicki, pozwala sobie na krótki uśmiech. Zwraca się do dwóch zamaskowanych Czarnych Bloków, oferując strategiczne porady.

– Uważajcie, aby tam strzec swojej lewej flanki i zostawić drogę ucieczki, ponieważ jeśli ruszą tą ulicą i cię otoczą, może ona zmienić się w „strefę śmierci”. W ten sposób dochodzi do masakr.

Strategia policji, teraz, gdy wcześniejsze próby wbicia klina w park lub odcięcia, się nie powiodły, wydaje się po prostu polegać na pompowaniu gazu łzawiącego – i zauważam, że to coraz bardziej paskudny gaz łzawiący – w strefę otaczającą mur godzinami, aż do nasze liczby zaczną się przerzedzać. Potem prawdopodobnie wyprowadzą się i zabezpieczą teren na ceremonię otwarcia zaplanowaną na 17:30. Ostatecznie nie da się ich powstrzymać, bo otrzymują posiłki, a nasza liczba może się tylko zmniejszyć. Nigdy nie będzie nas tylu, ilu mieliśmy, kiedy po raz pierwszy uderzyliśmy na Mur. Naszym celem staje się zatem spowolnienie ich tak bardzo, jak to możliwe.


d-g-david-graeber-akcja-bezposrednia-2.png


Rysunek 4.2: Szczegół Quebec City wskazujący granicę bezpieczeństwa (linia gruba) i przybliżony obszar rozmieszczenia gazu łzawiącego (cienka linia, szara strefa)
1) Miejsce akcji CLAC/CASA w piątek 20 kwietnia. To na tym skrzyżowaniu ściana po raz pierwszy runęła.
2) Miejsce wielu akcji na Rue St. Jean Wyznaczone w piątek jako zieloną strefę, stało się czerwone, gdy w sobotę ogrodzenie zostało zniszczone.
3) Alternatywne centrum medialne.
4) Miejsce akcji GOMM w piątek i konfrontacja kontynuowana w następnych dniach.
5) I’llôt Fleuri, punkt końcowy marszu przy świecach z Laval, początek obchodów czwartkowej nocy, miejsce zarówno darmowej kuchni, jak i akcji zielonej strefy.
6) Miejsce zbiórki i punkt wyjścia na sobotni marsz.
+ – centrum medyczne.
Centrum medyczne, punkty 3 i 5 zostały bezpośrednio zagazowane przez policję, pomimo oznaczeń stref zielonych i odległości od Płotu. (Raphaël Thierrin i Steve Daniels)

Późne popołudnie zamienia się w rodzaj stopniowego, bojowego odwrotu.

16:30

Duża wymiana gazu łzawiącego na bomby dymne.

Park jest teraz pod ciągłą chmurą gazu łzawiącego. Różne grupy afinicji zajęły w nim pozycje, oznaczone flagami: niektóre czerwone, niektóre czarne, niektóre wielokolorowe. Jest jedna bardzo kolorowa flaga rdzennych Amerykanów z głową Wojownika w czerwono-żółtym kolorze, którą Mac, jak mówi mi, nazywa się „Flagą Wielu Narodów”, wyeksponowana w widocznym miejscu na środku placu. Ludzie używają ją jako sygnału wskazującego, gdzie policja próbuje iść. Przed chwilą pomogło to zmobilizować ludzi do odpędzenia szeregu gliniarzy poprzez rzucanie cegłami

Gliniarze, jak podkreśla Mac, byli całkowicie opancerzeni, więc nikt z nich nie zostanie poważnie ranny. W większości pociski po prostu odbijają się od ich tarcz. Nadal jest prawie niemożliwe manewrowanie, nie mówiąc już o rozpoczęciu aresztowań, pod ciągłym deszczem cegieł, więc tak efektywnie ich to odpiera.

Gaz łzawiący jest ciągle wyrzucany z powrotem w pobliżu płotu. Medycy, którzy początkowo przebywali głównie na drugim końcu parku, przemywając oczy i lecząc astmatyków, zaczynają poruszać się, by leczyć ofiary poparzeń – gliniarze coraz częściej używają wyrzutni gazu łzawiącego, takich jak pistolety, strzelając nimi bezpośrednio w klatki piersiowe i głowy ludzi. W kółko słyszę okrzyki „Medyk!” lub częściej francuska pieśń: „Sol! Sol! Sol! Solid-dar-i-té!”. Ilekroć ktoś upadł, trafiony kanistrem lub plastikową kulą, ludzie zbierali się i zaczynali skandować o solidarności. Inni aktywiści przychodzili i tworzyli ludzką ścianę, gdy zespoły medyków podbiegały – zwykle trzy lub cztery do zespołu, zawsze w bieli, z ogromnymi czerwonymi krzyżami na całym ciele – aby przenieść ofiary poza zasięg. Medycy musieli biec szybko, bo inaczej policja zaczynała do nich strzelać.


Wstępne uwagi fenomenologiczne dotyczące działań QC, napisane wkrótce potem:

  1. W dużej akcji absolutnie nie ma sposobu, aby uchwycić nawet ułamek tego, co się dzieje. Dzieje się jednocześnie setka drobnych dramatów, którym później uczestnicy nadadzą formę opowieści. W każdej chwili prawdopodobnie widzisz malutkie odłamki tuzina – kogoś uciekającego w czymś, co wydaje się losowym kierunkiem, kogoś stojącego czymś zajętego, grupę ludzi robiących coś, czego nie możesz do końca dostrzec w oddali. Pięć metrów dalej – za murem, pod skarpą – mogą mieć miejsce ważne wydarzenia, o których absolutnie nie masz pojęcia; przynajmniej póki dużo później, gdy zaczniesz syntetyzować historii.

  2. Gaz łzawiący tworzy całkowicie wrogi krajobraz miejski. To, co powinno być zaprojektowane dla naszej wygody, parki, ulice, potencjalnie własne ubranie, staje się bolesne, ale też zachęca do niekończącego się przytulania i budowania więzi, ponieważ każdy, kogo widzisz, kto tak naprawdę do ciebie nie strzela, jest twoim przyjacielem.

    Zagazowanie jest trochę jak podpalenie; a przynajmniej to, co można sobie wyobrazić jako bycie podpalonym. Gaz pieprzowy jest taki sam, tylko bardziej.

  3. Normalnie każdy może skonfrontować się z glinami. Kiedy jeden z nich robi coś wyraźnie niesprawiedliwego, zawstydzasz go: często dosłownie słychać śpiew „Wstyd! Wstyd! Wstyd!" Wstyd!", „Cały świat patrzy!”. W Nowym Jorku popularnym śpiewem podczas oczywistych aktów represji jest „Idź walczyć z przestępczością! Idź walczyć z przestępczością!”. Nic z tego nie jest tutaj możliwe. Nawet kiedy, jak na A16, policjant bije cię pałką, gdy leżysz na ziemi, masz pojęcie, kto cię bije. Możesz go porównać do łobuzów, którzy bili cię w szkole podstawowej, albo do policji w telewizji. Ci gliniarze to widma, duchy, mechaniczne abstrakcje. Całkowicie niemożliwe jest postrzeganie ich jako jednostek. To tylko figury na planszy i źródła przeróżnych form przerażenia i bólu.

  4. Maski przeciwgazowe sprawiają, że człowiek czuje się trochę jak maszyna – przytulanie i przytulanie ma po części przypominać, że tak nie jest.

16:35

Więcej gazu – okresowe wezwania „Medyk!” – gdy ludzie są uderzani przez kanistry lub przez plastikowe kule, które są obecnie używane mniej lub bardziej na oślep. Tyle o zasadach zaangażowania ogłoszonych z taką fanfarą przed Szczytem. Ludzie podbiegają i rzucają bomby dymne i kanistry z gazem łzawiącym prosto w gliniarzy.

Okrzyki pojawiają się, gdy jeden z policjantów upada, uciekając. Bitwa ciągle jest nieokreślona. Widzę, jak ktoś jest zabierany z krzykiem, z poważnymi oparzeniami i zakrwawionym ubraniem.

Craig, wielki gość z rady delegatów, gramoli się w kierunku ogrodzenia, uzbrojony w wielką sztachetę, siedem centymetrów na dziesięć, który gdzieś znalazł, niosąc go jak miecz, wyglądając na niezmiernie z siebie zadowolonego. Ma na sobie coś, co można opisać tylko jako czarny strój bojowy, owinięty w plastikowe torby, z okrągłą tarczą i maską przeciwgazową na głowie. Jakieś dwadzieścia sekund później podbiega dwóch medyków i pyta, czy mogą użyć drągu do szyn – ktoś nie może chodzić, trzeba go zabrać. Wzdycha, dobrodusznie wzrusza ramionami i go oddaje.

16:45

Zaczynamy mocno obrywać.

Kitty, stojąca jakieś trzydzieści jardów od ściany, zostaje uderzona w stopę kanistrem z gazem łzawiącym. Podbiega ekipa medyków, zdejmuje but, potwierdza, że nic nie jest złamane. Mimo to boli jak diabli, a potem przez jakiś czas kuleje. Kitty nie ma maski przeciwgazowej, tylko dwie lub trzy bandany nasączone octem. Nieco z przodu Craig zostaje uderzony w żebra i zwija się w rozdzierającym bólu. Podczas badania medycy proszą wszystkich w okolicy, aby utworzyli wokół niego krąg w celu ochrony. Początkowo myśleliśmy, że został trafiony jakimś kołkiem lub drewnianą kulą, ale okazuje się, że jest to kolejny kanister z gazem łzawiącym, taki, który został wystrzelony w powietrze, ale w jego przypadku został wystrzelony bezpośrednio w niego. Najwyraźniej złamał kilka żeber dokładnie w tym samym miejscu w A16 rok wcześniej – stąd agonia. Ludzie podbiegają z wodą, próbując pomóc. W końcu czterech ludzi go wynosi.

17:22

Cofam się, żeby sprawdzić Refugees, którzy w większości zatrzymują się z powodu braku masek przeciwgazowych.

Wielkim pytaniem w tym momencie były kierunki odwrotu. Pamiętając uwagi Stacey o strefach śmierci, przyszło mi do głowy, że drogi ucieczki będą miały coraz większe znaczenie. Zwłaszcza że obiecaliśmy, że będziemy starać się trzymać z dala od St. Jean Baptiste i nikt, z kim rozmawiałem, nie był do końca pewien, jak moglibyśmy odejść, gdyby ponownie spróbowali odciąć René Lévesque, a my nie moglibyśmy po prostu cofnąć się tą samą drogą, którą przyszliśmy. Wszyscy zgadzamy się, że w miarę zbliżania się ceremonii otwarcia Szczytu będzie to stawało się coraz ważniejsze. Najwyraźniej nie będą w stanie przeprowadzić ceremonii, gdy wielka bitwa toczy się dwadzieścia metrów dalej i wszędzie gaz łzawiący, policja zwiększa liczbę i prawdopodobnie przygotowuje się do dużego uderzenia, aby odepchnąć nas przynajmniej, co uważają, na rozsądną odległość. Staramy się znaleźć wolną przestrzeń do oglądania map, ale mapy, które mamy, są nieczytelne, ponieważ nie pokazują wysokości, więc nie mamy pojęcia, czy to, co wygląda na przejście, jest w istocie klifem.

Wygląda na to, że kolektyw Barricada z Bostonu zajął północny kraniec parku. Jest jedna zamaskowana postać, całkowicie w czerni, stojąca na podstawie pustej fontanny w pobliżu kilku dużych kolonialnych budynków, które wyznaczają północną krawędź, wyglądająca jak sobolowy paw, gdy obserwuje akcję poniżej. Podciągam maskę i pytam:

– Czy te ulice przechodzą tutaj z tyłu?

– Nie wiem. Czemu?

– Po prostu martwię się, że zostaniemy odcięci, jeśli przeniosą się na tę stronę parku.

– Dlaczego nie sprawdzisz?

Spędzam trochę czasu na badaniu. Rzeczywiście są klify, w niektórych miejscach, a przynajmniej bardzo urwiste odcinki z głazami (był to też jeden z nielicznych obszarów wciąż pokrytych brudnym śniegiem), ale także schody i kilka ulic, które wyglądają na wystarczająco szerokie, że trudno sobie wyobrazić, aby ktoś mógł je zamknąć. Nawet klify wyglądają na takie, na które można się wspinać. Wygląda więc na to, że nie będzie problemu.

Głośne eksplozje rozbrzmiewają, gdy używany jest nowy, jeszcze bardziej paskudny gaz łzawiący. Krążyły też uporczywe plotki, że policja zamierza przywieźć psy bojowe. Krótko mówiąc, rzeczywiście widzę jednego, owczarka niemieckiego na smyczy, na półce zajmowanej przez policję daleko w oddali. To jedyny, którego zauważam.

– Nic dziwnego, że nie wykorzystują psów – zauważa ktoś. – Gdyby wypuścili psa w to wszystko na dłużej niż kilka minut, prawdopodobnie udusiłyby się w gazie.

Ktoś inny wzdycha filozoficznie.

– Wiesz, rzuciłem palenie rok temu. Teraz jeden dzień prawdopodobnie wyrządzi szkody, jakie prawdopodobnie miałoby dziesięć lat palenia.

– To właśnie dostajemy, próbując walczyć z zanieczyszczeniem.

17:40, Schodzę Po Kawę na Côte D’Abraham

Mac zmierza w dół wzgórza, aby spotkać się z Lesley i kilkoma przyjaciółmi na przerwę na kawę na Côte d’Abraham na północy, na skraju Zielonej Strefy. Zapewnia mnie, że rzeczywiście są tam otwarte kawiarnie. Czy chciałbym pójść z nimi? Odnajduję większość pozostałych Refugees, którzy uważają, że nie zaszkodzi trochę czasu na oczyszczenie płuc.

W rzeczywistości Côte d’Abraham w niczym nie przypomina zamkniętych przestrzeniami René Lévesque (która była przecież, jak nas ostrzegano, „ulicą burżuazji”). Tu wszystko jest otwarte: sklepy, restauracje, co najmniej kilkanaście ulicznych kawiarenek. Protestujący kłębią się w grupach. Niektórzy mają maski przeciwgazowe naciągnięte jak średniowieczne hełmy, większość ma chustki owinięte wokół szyi i brzęczący sprzęt akcji takiego czy innego rodzaju: plecaki, gogle, butelki z wodą, liny i chwytaki, lornetki lub głupie maski i rekwizyty do teatru ulicznego przyklejone taśmą do pleców. Trudno było ich postrzegać jako coś innego niż przypadkowy tłum lub w najlepszym razie meandrujące zespoły, ale pod spodem kryła się cała niewidzialna architektura organizacji – kolektywy, klastry, bloki, grupy afinicji. Staram się wyobrazić sobie, jak by to wyglądało, gdyby jakoś wszystkie te organizacje stały się widoczne: ulice nagle podświetlające się tysiącami kolorowych linii, kół, grafów.

U stóp stromej, brukowanej ulicy znajduje się dramatyczny, uderzająco piękny kościół. Przed nim Lesley rozmawia z kimś z MacLean’s, jednego z bardziej popularnych kanadyjskich magazynów.

– Hej, David – pyta – chcesz porozmawiać z reporterem?

– Jasne.

Kobieta jest po trzydziestce, ma na sobie kurtkę z frędzlami i nosi podkładkę. Jest wesoła, entuzjastyczna, a nawet zuchwała. Czuję się, jakbym miał do czynienia z gościem z innego świata.

– David Graeber? Czy twój ojciec nie jest profesorem w Yale? Jest jakimś anarchistą, prawda? Czytałam o nim w ostatnim numerze Montréal Gazette.

– Nie, to ja, jestem profesorem w Yale.

– Czy mogłabym zadać ci kilka pytań?

– Yyy …nie. To znaczy tak, jasne. Nie mam nic przeciwko. Lecisz.

– Cóż, niedawne badanie wykazało, że większość obywateli Kanady w rzeczywistości opowiada się za wolnym handlem. Dla mnie rodzi to wiele pytań o to, jak bardzo możesz twierdzić, że reprezentujesz „społeczeństwo” w takich protestach.

Absolutnie nie mam pojęcia, o czym mówi: jakiego rodzaju ankieta, jak sformułowano pytanie, jakie były odpowiedzi na inne pytania. Nawet myślenie o tym sprawia, że boli mnie mózg. Rozważam poruszenie kwestii tego, co, tak czy inaczej, ma oznaczać słowo „wolny handel”, jak jest to naładowane określenie, jak nawet bym się wahał, gdyby ktoś mnie zapytał, czy jestem przeciwny wolnemu handlowi. Ale to jest bardziej skomplikowane, niż jestem w stanie w tej chwili wyrazić. Zamiast tego staram się wykazać, że fakt, że rząd celowo stara się utrzymać treść traktatu w tajemnicy, pokazuje, że nie wierzą, by opinia publiczna zaakceptowała go, gdyby miała jakiekolwiek pojęcie o tym, co tak naprawdę oznacza. Przynajmniej to chciałem powiedzieć. Odchodzę z wyraźnym wrażeniem, że właśnie wypadłem jak bełkoczący idiota. Uderza mnie też, że przynajmniej teraz rozumiem, dlaczego protestujący przeciwko globalizacji, z którymi przeprowadzano wywiady w telewizji, prawie niezmiennie wyglądają jak bełkoczący idioci. Normalnie jestem całkiem dobrym dyskutantem. W istocie można powiedzieć, że jako profesor, być w stanie brzmieć inteligentnie, nawet, aby płynnie odpowiadać na niespodziewane pytania, jest czymś, czym zarabiam na życie. Jeśli nie potrafię ułożyć spójnego zdania niewyspany, po wyjściu z dwugodzinnej wojny chemicznej, to jak u licha mogą tego oczekiwać od kogokolwiek innego?

Mac i Lesley znowu zniknęli. Reszta z nas zbiera się, popijając cappuccino w maleńkiej restauracji, w której nawet kelnerzy wciąż mają zawiązane bandany na szyjach. Właściciel rozdaje darmowe butelki wody każdemu, kto wygląda, jakby wrócił z frontu, a aktywiści nieustannie wchodzą i wychodzą z łazienki, aby umyć chusteczki, oczy i twarze.

– Ostrożnie – od czasu do czasu mówi właściciel po francusku. – Pamiętaj, że jeśli zamoczysz ubrania, gaz łzawiący wyjdzie ponownie. Pamiętaj, że jest też we włosach…

Wszyscy mają jedno pytanie. Ktoś musi o to zapytać.

– Więc – mówię – co się stało? Jak wygraliśmy? To znaczy, tak szybko. W zeszłym miesiącu w consulcie wszyscy zakładaliśmy, że będziemy musieli przebić się przez tysiące gliniarzy, aby w ogóle dostać się do ściany.

Ogólne wrażenie jest takie, że nie obliczaliśmy dobrze.

– W końcu – zauważyła Heidi – kiedy mówią, że będą „trzy tysiące gliniarzy”, nie oznacza to, że wszyscy będą pełnili służbę w tym samym czasie. Nawet jeśli mają potrójne nadgodziny, może tylko połowa z nich będzie miała dyżur w danym momencie. Dodatkowo muszą utrzymywać rezerwę strategiczną. Więc masz może tysiąc gliniarzy do obrony siedmiokilometrowego obwodu, a także robi wszystko, co zwykle gliniarze robią.

– Podczas gdy nasze siły były skoncentrowane w jednym punkcie.

Dużą wiadomością na ulicy jest to, że Jaggi został już aresztowany, nieuchronnie. Ktoś przy sąsiednim stoliku zna wszystkie szczegóły. Najwyraźniej nigdy nie zbliżył się do muru, ale zawrócił z marszem Zielonych. Godzinę temu kręcił się z kilkoma innymi organizatorami na Côte d’Abraham, kiedy kilku cywilów przebranych za protestujących złapało go od tyłu. Jego przyjaciele – w tym najwyraźniej kilka kobiet, które były kofacylitatorami w radzie delegatów – próbowali interweniować i prawie udało im się odciągnąć go z powrotem, gdy tamci wyciągnęli pałki i przedstawili się jako policja. Potem potrząsnęli nim i wrzucili na tył czarnego SUV-a. Odjechał i to był ostatni raz, kiedy ktokolwiek go widział.

– Jakieś wieści z marszu GOMM Green? – pytamy naszych nowych przyjaciół przy sąsiednim stoliku.

Ktoś się uśmiecha.

– Historia, którą słyszałem, jest taka, że wszyscy usiedli przed murem w pobliżu autostrady, migając symbolami pokoju. Oczywiście policja zaczęła ich gazować jak wszystkich innych. Ktoś zaczął wyrzucać z powrotem gaz łzawiący i niedługo potem zburzyli też swoją część ściany.

– Poszli na czerwono?

– Spontanicznie.

– Chwileczkę – mówi przy innym stoliku kobieta w średnim wieku w okularach w rogowej oprawie. – Słyszałam o odrzucaniu gazu łzawiącego. Ale jestem prawie pewna, że nie zaatakowali muru przy autostradzie. W każdym razie przechodziłam obok niecałą godzinę temu, a ogrodzenie wciąż tam było.

– Byłem tam, kiedy to się stało – mówi ktoś inny. – To, co się stało, to…tak, ktoś zaczął odrzucać gaz łzawiący. Ale prawie jak tylko zaczęli to robić, pojawił się jakiś przywódca z megafonem i ogłosił, że osiągnęli swój punkt i że akcja się skończyła, i wszyscy wycofali się do Zielonej Strefy.

18:30, Powrót do Ground Zero

Gdy Refugees wracają do muru, cały ruch wydaje się zmierzać w przeciwnym kierunku. Być może siedem osób dryfuje w dół na jedną osobę wracającą pod Mur. Mijamy bębniarzy ważek w małym kółku na środku ulicy. Próbują zmobilizować ludzi, ale niezbyt skutecznie. Kiedy docieramy na szczyt, powód staje się oczywisty: falangi policji zajmują środek parku, a mniejsze eskadry systematycznie zajmują pozycje na każdej ulicy dojazdowej, dławiąc dostęp, a potem szaleńczo gazują wszystkich w zasięgu wzroku. Linie prewencji posuwają się systematycznie naprzód, po dziesięć czy dwadzieścia metrów na raz. W końcu zaczynają poruszać się trzema głównymi ulicami północ-południe – Turnbull, Claire-Fontaine i Sainte-Claire – które prowadzą w dół wzgórza do St. Jean Baptiste.

Nie wygląda na to, że próbują dokonywać masowych aresztowań. Przynajmniej jeszcze nie. Po prostu próbują oczyścić teren.

Flaga wielu narodów i kilka czarnych flag anarchistów znajduje się już u podnóża wzgórza, wzdłuż St. Jean, a jedyną możliwą grą, jaka pozostała, to opóźnienie marszu policji. Nie wiadomo, gdzie jest Czarny Blok. To samo z Czerwonym Blokiem: nikt w tym tłumie nawet nie myślał o rzucaniu kamieniami. Raczej to kwestia siedzenia na ulicach, śpiewania piosenek i czekania na atak. Proste, uparte nieposłuszeństwo obywatelskie.

18:55, Avenue Turnbull

Na początku ulicy, na wzgórzu, znajduje się około dziesięciu do dwudziestu Darthów Vaderów, którzy wyłaniają się z niespokojnej mgły ich własnego stworzenia, przygotowując się do zejścia na nas. Stopniowo grupa z nas gromadzi się wzdłuż Lockwell Street i decyduje się pomaszerować, aby się im przeciwstawić. Przedzieramy się przez mgłę – częściowo prowadzeni przeze mnie, ponieważ jestem jednym z nielicznych z maską gazową – i siadamy na ulicy, a Shawn i Lyn podążają za nimi z minidyskami, aby upewnić się, że każdy dźwięk jest nagrany. Młoda kobieta z megafonem pyta, czy ktoś ma kopię „Karty Praw i Wolności” z kanadyjskiej konstytucji (obserwatorzy prawni rozdawali je przed akcją).

– Wydaje mi się, że mam gdzieś jedną w mojej torbie – mówi Shawn. Lyn również wyciąga kopię.

Siedzimy na bruku, około trzydziestu lub czterdziestu osób. Zdejmuję maskę gazową. Zauważyłem, że znajdujemy się w samym środku dzielnicy czysto mieszkalnej. Kobieta z megafonem, ubrana w zamszową kurtkę i bez żadnego sprzętu, rozkłada gazetę i rozpoczyna dramatyczną recytację rozdziału dotyczącego wolności słowa i wolności zgromadzeń. Dziennikarka radiowa IMC wyciąga swój mikrofon tuż obok kobiety, klękając z dramatycznie wzniesioną ręką. Za nami dostrzegam kilka kamer wideo skupionych na policji.

Oczywiście wiedzieliśmy, że nas zagazują.

Zaledwie dwadzieścia czy trzydzieści metrów od policyjnych pozycji po raz pierwszy rzeczywiście mogliśmy spojrzeć im w oczy i zobaczyć ich twarze. Większość z nich nie miała masek przeciwgazowych – prawdopodobnie dlatego, że wiedzieli, że będą strzelać z daleka i w dół wzgórza. Wszyscy patrzyliśmy jak sparaliżowani, jak jedna z policjantek o prostej, nieszkodliwej twarzy i blond włosach mocno ściągniętych za wizjer, wyciągnęła wyrzutnię i zaczęła celować.

Ludzie zaczęli do niej wołać:

– Nie rób tego! Proszę! Nie gazuj nas!

– To jest pokojowe zgromadzenie!

– Nie jesteśmy twoimi wrogami. Proszę, nie strzelaj!

Potem strzeliła. Kanister przepłynął kilkanaście centymetrów obok trzymanego mikrofonu i eksplodował bezpośrednio za nami.

W ciągu kilku sekund to był ostrzał. Osiem, dziewięć, dziesięć puszek wirowało wokół nas, eksplodując w płomieniach, rozsypując się wszędzie. My też się rozproszyliśmy. Młoda kobieta z megafonem ruszyła powoli, wyzywająco do tyłu, a potem odwróciła się przez ramię i po raz ostatni podniosła megafon.

– Chcę tylko zaznaczyć, że właśnie złamaliście prawo!

Kolejny gaz łzawiący wylądował około pół metra od niej, a następnie obrócił się, wystrzeliwując płomienie. Inny uderzył w czyjeś okno tuż nad nami, gdzie, o ile wiemy, jakaś rodzina właśnie zasiadała do kolacji. Cały obszar zamienił się w chmurę CS.

To było, jak zauważył Shawn, pierwsze użycie gazu łzawiącego, które widzieliśmy w dzielnicy mieszkalnej.

Wkrótce wracamy na Côte, gdzie powiewa flaga Wielu Narodów. Ktoś nam mówi, że podczas gdy na Turnbull policja rozpraszała się, gazując pacyfistów i okolicznych mieszkańców, na pobliskiej bocznej uliczce – Burton, a może Claire-Fontaine – pojawiło się kilka grup afinicji z Czarnego Bloku, myśląc o zrobieniu czegoś manewr oskrzydlający i odkryło trzy puste czarne SUV-y całkowicie niestrzeżone. Były to pojazdy używane przez oddziały przechwytujące, całkiem możliwe, że te same, których wcześniej użyto do złapania Jaggi. Zatem wybili okna i zabrali dziesiątki plastikowych tarcz i innych materiałów, w tym kilka dokumentów dotyczących taktyki formacji gliniarzy.

Shawn i Lyn, wciąż dysząc z gazu, udają się na poszukiwanie swojego samochodu, który, jak przypuszczają, zostawili gdzieś w odległości spaceru poprzedniej nocy. i tak wszyscy mamy się spotkać za godzinę lub dwie, z powrotem w Laval.

19:27, Wzdłuż St. Jean

Do tej chwili, istnieje silne poczucie, że wszystko się kończy. Słyszymy, że ceremonia otwarcia została opóźniona do godziny 22.00 (okazuje się to nieprawdą: faktycznie zaczęła się dziesięć minut później, o 19:30, ale mimo to opóźniła się o kilka godzin).

Kolejny atak gazowy: ten dość blisko nas. Płonące kanistry wirują aż do miejsca, w którym zgromadziliśmy się w St. Jean, na małym skrzyżowaniu w pobliżu opuszczonej parceli. Ludzie spływają tą samą ulicą. Niektórzy Refugees wychodzą i rozkładają ręce, aby zapobiec panice, ale nie ma sensu utrzymywać pozycji. Jeden młody człowiek z czerwoną flagą próbuje atakować, prawie sam. Wkrótce znów musi się wycofać. Inny facet z sowiecką flagą Quebecu (!) – w połowie fleur de lis, w połowie sierp i młot – umieszcza ją obok Flagi Wielu Narodów. Jakiś koleś z CLAC z megafonem próbuje zebrać wszystkich w okolicy po francusku. Mała grupa ciągnie śmietnik na środek skrzyżowania i wznieca w nim ogień. Jest to płaska i dobrze wentylowana przestrzeń, tuż nad kolejnym stromym zboczem; wydaje się równie dobrym miejscem, jak każde inne, aby spróbować się obronić. Zauważam też, że kilka osób kręcących się wokół śmietnika nie wygląda na aktywistów, ale na lokalnych mieszkańców, wkurzonych gazem łzawiącym. i na pewno nas nie obwiniają. Jeden z ludzi CLAC tłumaczy im, że ogień wypali resztki gazu łzawiącego.

Po chwili inna osoba z CLAC – wysoki facet o długich, brązowych, potarganych włosach – zwraca się do mnie. Pamięta mnie z Consulty.

– Jedziemy do Laval: jest rada przedstawicieli – mówi. – Czy chciałbyś przyjść?

– O tak. Właściwie to tam mam za kilka minut spotkać się z resztą mojej grupy afinicji. Jak się tam dostaniesz?

– Autobusem.

Wyjeżdżam z zespołem CLAC, jednym mężczyzną i dwiema kobietami, ale zanim tam dotrzemy, postanawiają najpierw zatrzymać się na piwo. Czy chciałbym pójść z nimi? Rozważam to, dociera do mnie, że jestem kompletnie wykończony. Kierują mnie więc na przystanek autobusowy i po miłej pogawędce z zaprzyjaźnionym reporterem LA Times na sąsiednim miejscu, docieram do Laval.

20:07, Głupie Małe Rady

W sali, na której na ścianach wiszą wszelkiego rodzaju flagi, mieści się może ze dwieście osób, ale w spotkaniu bierze udział w najlepszym razie tylko połowa. Wkrótce rozumiem dlaczego. Rozmowa przerodziła się w kolejny spór o różnorodność taktyk. Niektórzy gorzko narzekają na rzucanie kamieniami, inni twierdzą, że był to jedyny sposób radzenia sobie z masowymi atakami policji. Wydaje się, że nikt nikogo nie słucha, nie mówi o planach na następny dzień (a może to ma być później? Nie widzę agendy na ścianie). Cała Rada Delegatów wydaje się po prostu okazją dla ludzi, by zabrzmieć.

Większość Refugees jest już w pokoju lub w pobliżu, wyleguje się, bawi się swoimi minidyskami i ogląda obrazy akcji z kamer wideo innych ludzi. Zameldowałem się i wszyscy zgadzamy się wrócić do domu za półtorej godziny.

W tym momencie odkrywam też, że nie jestem już jedynym członkiem NYC Ya Basta! w Quebecu. Laura, kobieta z Włoch i studentka CUNY, właśnie przyjechała z ładunkiem Yabbas – to znaczy Yabbas prawdziwej, włoskiej odmiany: Beppe, Sandry i Roberto. Laura zaczyna się śmiać, gdy mnie widzi. Podbiega, żeby mnie długo uściskać.

– Ha! To jest takie idealne! Tak wspaniałe! Wszyscy wielcy pragmatyczni ludzie czynu w Ya Basta!, ani jeden się nie przedostał. Wszyscy zrezygnowali. A kto właściwie wprowadza to w życie? Tylko ty i ja. Dwóch intelektualistów!

Jej przyjaciółki są ubrane we wspaniałe włoskie garnitury.

– To był jedyny sposób, w jaki mogliśmy się przedostać – wyjaśnia mi radośnie Roberto.

– Tak – powiedziała Laura. – Kiedy próbowaliśmy przejechać przez odprawę celną, mężczyzna zapytał, dokąd jedziemy. Powiedzieliśmy, że do Quebec City. Następnie zapytał o cel naszej podróży, a Beppe powiedział „turystyka”. Zaczął więc przeglądać paszport Beppe, patrząc na pieczątki. „Hmmm…Genewa, czerwiec 1999; Seattle, listopad 1999; Praga, wrzesień 2000. Więc przypadkiem pojawiałaś się na każdym większym proteście na szczycie globalizacji w ciągu ostatnich trzech lat? Nie sądzę”.

– Więc co zrobiliście?

– Wszystkie zaczęłyśmy na niego krzyczeć: „JESTEŚMY WŁOSKIMI OBYWATELAMI, PRÓBUJĄCYMI ODWIEDZIĆ KANADĘ! JAK ŚMIESZ? MYŚLISZ, ŻE KIM JESTEŚ? NIE BĘDĘ TAK TRAKTOWANA! NAZWISKO DOWÓDCY? JAKI JEST NUMER TWOJEJ ODZNAKI? ZADZWONIMY DO KONSULATU WŁOSKIEGO i ZŁOŻYMY OFICJALNĄ SKARGA! ZROBIMY Z TEGO MIĘDZYNARODOWY KURWA INCYDENT!” i w końcu po prostu się wycofał.

– Mówisz, że to faktycznie zadziałało?

– Garnitury pomogły.

Jedyną rzeczą, która naprawdę mnie martwi, jest to, że nikt nie słyszał nic od Karen. Byłam prawie pewna, że wyjaśniliśmy jej, jak ważne jest upewnienie się, że inni członkowie twojej grupy afinicji znają twoje miejsce pobytu – a przynajmniej informacja, zanim po prostu opuścisz miasto. W każdym razie wydawało się to podstawowym zdrowym rozsądkiem. Znajduję miejsce, aby sprawdzić pocztę. Nic. Moja komórka nie działa, wszystkie moje numery są niedostępne (na przykład Saszy), ale pożyczam telefon, z którego mogę sprawdzić wiadomości. Nic. Oczywista implikacja jest taka, że została aresztowana, co jest zarówno możliwe (mówiono mi, że biorą na cel niezależnych dziennikarzy), jak i niepokojące (ponieważ nie ma pojęcia, co robi). Próbuję sobie przypomnieć: czy w ogóle upewniliśmy się, że zapisała na ramieniu numer do prawników? Tak. Zrobiliśmy to w IMC. Znowu pożyczam komórkę i dzwonię do działu Prawnego. Dostaję tylko sygnał zajętości. Dzwonię do IMC. Brak informacji.

Wreszcie się poddaję. Włoszki mają samochód i zapraszają mnie na krótką przejażdżkę, aby obejrzeć akcję. Skończyliśmy na zwiedzaniu Górnego Miasta, mijając René Lévesque i Pola Abrahama, oglądając od czasu do czasu nocne bitwy – w pewnym momencie byłem prawie pewien, że widziałem, jak ktoś rzuca w oddali mołotowem. Jakoś, po dziesięciu minutach, wszyscy śpiewamy:

Riot riot - I wanna riot
Riot riot - a riot of my own
Riot riot - I wanna riot
Riot riot - a riot of my own

(Wszyscy, nie zauważając, porzuciliśmy „białą” część.) Myślę, że właściwie to zacząłem. Co jest nietypowe, ponieważ nie umiem zaśpiewać nuty. Nie, żeby miało to duże znaczenie w przypadku Clash.

– Ach – wzdycha Roberto, którego angielski nie jest płynny. – Nawet jeśli ledwo możemy ze sobą rozmawiać, wszyscy znamy te same piosenki.

4.2. Sobota, 21 kwietnia

Dotarliśmy do domu około północy i odkryliśmy, że Janna już tam jest. Okazuje się, że jest przyjaciółką Lyn.

Jednym ze skutków medycznych doświadczeń Janny jest to, że stała się kimś w rodzaju eksperta od skutków „nieśmiercionośnej” broni chemicznej. Ubrania, wyjaśniła nam, pochłaniają toksyny. Ważne jest, aby bardzo dokładnie wyprać wszystko, co mamy na sobie, zanim weźmiemy prysznic, bo gdy następnym razem zmokniemy, będzie tak samo źle, jak za pierwszym razem. Moje ubrania były wyraźnie przesiąknięte różnego rodzaju toksynami. Z drugiej strony nie miałem torebek, a więc nic, w co mógłbym się przebrać. Skończyło się na wędrowaniu po domu nago o drugiej w nocy, podczas gdy wszyscy inni spali, robiąc pranie w pralce w na wpół wykończonej piwnicy. Moje swetry nie nadawały się do prania, ale na szczęście większość z nich mogłem zostawić, bo według wszystkich doniesień niedziela miała być jeszcze cieplejsza niż dzień wcześniej.

Potem złapałem dobre sześć lub siedem godzin snu – rzadki luksus na dzień pełen akcji.

Następnego ranka na śniadanie Heidi przyniosła rogaliki, pain au chocolate i kopię każdej lokalnej gazety. Znalazła też kilka zagranicznych. Podawaliśmy je sobie, oglądając wiadomości telewizyjne, które w nieskończoność odtwarzały najważniejsze momenty piątkowych marszów i konfrontacji. Relacja była niesamowita ze względu na szczegóły. Były takie nagłówki, o jakich marzą amerykańscy aktywiści medialni, takie, jakich nigdy nie zobaczycie w USA za milion lat: „MUR UPADA!” „ŁZY DEMOKRACJI” (to ostatnie odnosi się do reakcji ludzi na gaz łzawiący) i tak dalej.

Dostępne nam informacje były mylącą mieszanką plotek, doniesień prasowych, plotek podawanych w wiadomościach i oficjalnych oświadczeń policyjnych – prawie wszystkie z nich można było założyć, że są zasadniczo nieprawdziwe. W piekarni Heidi słyszała, że grupa osiemdziesięciu zakonnic, rozwścieczonych gazem, przygotowuje się do marszu na główny punkt kontrolny, by zburzyć mur. Telewizja poinformowała w piątek o zaledwie pięćdziesięciu aresztowaniach, ale Ben i Lyn, którzy rozmawiali przez telefon z kimś z IMC, słyszeli znacznie wyższe liczby: w tym 126 w obławie zaledwie kilka godzin wcześniej (obie liczby okazały się szalenie niedokładny). W piątek wieczorem policja zorganizowała konferencję prasową, ogłaszając, że specjalna operacja złapała „przywódcę Czarnego Bloku” – co oczywiście oznaczało Jaggiego. Obecne miejsce pobytu Jaggiego było nieznane. (Kilka dni później policja przyznała, że go przetrzymuje, oficjalnie został oskarżony o „nielegalne posiadanie katapulty”).

Nawet prasa amerykańska była znacznie lepsza niż zwykle:


Protestujący przejmują dzień w Quebecu Wrogowie handlu zagazowani łzami na Szczycie Ameryk

Dana Milbank
Washington Post, dziennikarka, sobota, 21 kwietnia 2001 roku.

QUEBEC CITY, 20 kwietnia – prezydent Bush i 33 innych przywódców zachodniej półkuli, którzy chcą zbudować największą na świecie strefę wolnego handlu, otworzyli dziś spotkanie na szczycie, gdy chmury gazu łzawiącego i gwałtowne demonstracje spustoszyły plany i opóźniły spotkania.

Bush pozostał w swoim hotelu, ponieważ ceremonia otwarcia szczytu była opóźniona o ponad godzinę. Został zmuszony do odwołania jednego spotkania i odroczenia lub skrócenia innych, ponieważ ruchy głów państw wokół Québec City były utrudnione przez protesty antyglobalistyczne.

– Jeśli protestują z powodu wolnego handlu, powiedziałbym, że się nie zgadzam – powiedział Bush. – Myślę, że handel jest bardzo ważny na tej półkuli. Handel nie tylko pomaga szerzyć dobrobyt, ale handel pomaga szerzyć wolność.

W holu hotelu Loews panowało zamieszanie, gdy pomocnicy Busha starali się śledzić zmieniający się harmonogram, oglądając zamieszki w telewizji. Prezydent Kolumbii Andres Pastrana czekał na opóźnienia w barze koktajlowym…

Krążyły pogłoski, że zgromadziła się już ogromna liczba: dwadzieścia pięć tysięcy w Starym Porcie, u samego podnóża miasta, by rozpocząć marsz robotniczy i Szczyt Ludowy; grupa studencka zbierająca się na Równinach Abrahama; ogromne liczby w Laval. Wszyscy, łącznie z gazetami, mówili o rozmiarze wydarzenia: po prostu nie ma mowy, żeby policja sobie z tym poradziła. Zgadzamy się, że wielką niewiadomą będzie marsz robotniczy. Organizatorzy, jak można było przewidzieć, ustawili to tak, że każdy zaczyna się dziesięć czy piętnaście przecznic od obwodu, a potem maszeruje w przeciwnym kierunku, by skończyć na wiecu na jakiejś odległej działce. Pytanie brzmi, czy szeregowym manifestantom to wystarczy. Wiemy, że zarówno CLAC, jak i NEFAC (Northeastern Federation of Anarcho-Communists – Północno-Wschodnia Federacja Anarcho-Komunistów, grupa anarchistyczna zorientowana na związki zawodowe) będą miały tam ludzi, próbując odciągnąć ludzi do muru.

Porównując notatki, staramy się też ułożyć więcej obrazu tego, co musiało się wydarzyć wczoraj. O Akwesasne, postanawiamy, że nigdy nie ustalimy, dopóki nie zdobędziemy więcej informacji. Oczywiście coś spieprzyło się w wielkim stylu. Shawn chce wiedzieć: dlaczego do cholery spóźniliście się cztery godziny? Połowa Wojowników już wyszła. Szczerze nie mogę mu powiedzieć. A czym był ten idiotyzm „wszystko albo nic”. Ironią piątkową było to, że kiedy wszyscy byliśmy w Akwesasne, jedząc ryby, ludzie z CLAC w radzie prasowej niemal wpadli w panikę, że Karnawał Przeciw Kapitalizmowi zakończy się fiaskiem. Parada z pochodniami i akcja kobiet były piękne, ale stosunkowo niewielkie. Nikt nie miał pojęcia, ile osób pojawi się w sobotę. Dlatego w sobotę rano było tyle radości z cyferek.

Janna spóźnia się, pociąga nosem, w nocnej koszuli – przynajmniej przeszła z całym bagażem. Mówi, że większość piątku spędziła w Zielonej Strefie, której centrum znajdowało się poniżej autostrady u podnóża wzgórza, i przez chwilę dostrzegła Żywą Rzekę.

– Och, racja, Niebieski Blok! Zastanawiałem się, czy ci ludzie w ogóle się przebili.

– Byli w porządku, właściwie kilkaset z nich. Widziałem ich na St. Jean, niedługo po tym, jak usłyszeliśmy, że mur runął. Mieli całą złożoną organizację z czterema flagami, z których każda przedstawiała jeden z czterech żywiołów, zielony dla ziemi, niebieski dla wody, czerwony dla ognia i…czy to był biały dla powietrza? Nie, myślę, że był żółty. Starhawk była tam z małym bębenkiem, a oni zatańczyli spiralny taniec i wezwali moc rzeki, aby umieścić żywioły po naszej stronie.

Sam wygląda podejrzanie, jakby starał się nie mamrotać do kawy czegoś cynicznego.

– Cóż – zauważam – jak na to, co było warte, wczoraj mieliśmy wyjątkowo dobrą pogodę.

– Tak, wiatr był cały czas na naszych plecach – powiedziała Lyn. – Widziałeś, jak cały czas wydmuchiwał gaz łzawiący z powrotem na policję? Zwłaszcza na początku, kiedy strzelali tuż przed nimi, wszystko po prostu spływało z powrotem na ich twarze.

– Ziemia jest po naszej stronie – powiedziała Janna. – Naprawdę w to wierzę.

– Może powinniśmy zrobić znak, żeby zanieść do parku – mówię – „Wiemy, w którą stronę wieje Wiatr”.

11:00, Orsainville

Wciąż martwiąc się o Karen, marnuję resztę poranka i wczesne popołudnie na plan zaproponowany przez Heidi i jej przyjaciółkę, producentkę Frontline o imieniu Claudia, aby odwiedzić lokalne więzienie w lesie kilka kilometrów za miastem. Claudia ma samochód. Jest już garstka aktywistów solidarności więziennych przed więzieniem, ale mają tylko ograniczoną listę osób, które są w środku, i nikt nie słyszał ani słowa o przetrzymywaniu tam kogokolwiek z IMC lub innego niezależnego filmowca.

Później ta garstka ma się rozszerzyć do istnej „Wioski Solidarności”, kiedy ludzie rozbijają namioty, sprowadzają żonglerów i muzyków oraz tworzą ciągły rytm pieśni i muzyki, aby upewnić się, że więźniowie wiedzieli, że tam są. Pojawi się oddział gliniarzy od zamieszek, a artyści z megafonami będą opowiadać dowcipy i próbować ich rozśmieszyć. Będzie wegetariańska kuchnia i niekończąca się kolejka dziennikarzy. Ale nie teraz. Tylko około dwudziestu osób, które mają powody, by sądzić, że członkowie ich grup afinicji lub bliscy krewni są za kratkami, kilku przedstawicieli prawnych i jedna dość żałosna para w średnim wieku, martwiąca się o swoją szesnastoletnią córkę.

Wszystko trwa dłużej niż powinno. Wreszcie, po maratonie sesji telefonicznej, Claudia mówi, że chce złapać końcówkę Szczytu Ludowego, który organizatorzy celowo umieścili daleko, z dala od akcji, w pobliżu portu, kilka kilometrów dalej. Parada miała wyruszyć w południe, maszerując na szczyt; zdecydowanie to przeoczyliśmy. W każdym razie niechętnie wyjeżdżam tak daleko od miasta, nie wiedząc, jak wrócę. Proponuje, że wysadzi nas oboje w IMC, gdzie Heidi musi zrobić audycję radiową. Umawiamy się tego wieczoru z resztą naszej grupy na imprezie pod autostradą w Zielonej Strefie, a ja ruszam w stronę parku, żeby zobaczyć, czy uda mi się znaleźć La Resistance.

15:20, Wreszcie W Mieście

Wszędzie jest graffiti: tysiąc kółek, „PIERDOL GLINIARZY”, „BEZ WYBORU”, „MURS BLANCS, PEUPLE MUET”, maski przeciwgazowe namalowane na twarzach każdego na wpół rozebranego modelu na reklamie na przystanku autobusowym, żaden billboard w dowolnym miejscu nie był pozostawiony niezmieniony. Na poboczu autostrady, w różnych miejscach:

QUI EST LE CHEF DU BLACK BLOC?
BRAMY NIEBA ZAJMIE SZTORM
Y’EN PAS EPAIS
WŁASNOŚĆ JEST KRADZIEŻĄ

W kawiarni, ciągle tylko aktywiści. W ciągu pięciu minut znam większość historii dnia. Parada była ogromna: wiadomości mówią o sześćdziesięciu tysiącach ludzi, z niekończącym się pokazem lalek, transparentów, pływaków i przedstawień teatralnych. Zakończyła się zlotem z przemówieniami Jose Bové, Maude Barlow i wszelkiego rodzaju międzynarodowych celebrytów.

– Czy ktoś się wyłamał, żeby podejść do ściany?

– Cóż, nie w tysiącach, nie, ale było wielu związkowców, którzy przynajmniej odwiedzili Płot.

Jedna kolumna kilkuset robotników samochodowych utworzyła grupy afinicji i pomaszerowała do bramy gdzieś po wschodniej stronie obwodu i została poważnie zagazowana. Wielu wciąż tam jest, myśli facet przy sąsiednim stoliku. W każdym razie będzie naprawdę ciekawie, myśli, kiedy rajd się skończy, zastanawia się, kiedy zlot się zakończy, ponieważ wielu uczestników mówi, że zamierza iść na imprezę przy autostradzie.

– To Zielona Strefa, prawda? Ile Floriot? – pytam, patrząc na mapę.

– Tak, tam. Boulevard Charest Est. Widzisz, to ogromne skrzyżowanie sześciu różnych dróg? To niedaleko od IMC.

Kilka minut później wznowiłem wspinaczkę w kierunku Starego Miasta. Gliny gazowały cały dzień. Dosłownie unosi się gęsta chmura tego materiału, wisząca jak szkodliwa ściana nad St. Jean Baptiste i rozciągająca się znacznie poniżej niej. Jedno jest jednak przyjemną zmianą: do tej pory lojalność otaczającej społeczności stała się całkowicie wyraźna. To było tak, jakby w piątek nadal obserwowali, mierzyli, czekali, by zobaczyć, czy anarchiści naprawdę zniszczą miasto, jak obiecywały im władze federalne, czy gliniarze naprawdę ich zagazują, jak anarchiści powiedzieli, że to zrobią. Teraz już wiedzieli. Nikogo nie skrzywdziliśmy i niczego nie uszkodziliśmy. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby nie zrobić z ich okolic pola bitwy. Policja odpowiedziała gazowaniem i atakowaniem wszystkich bezkrytycznie, wystrzeliwując toksyny bezpośrednio na ich patio i ogrody.

Do sobotniego popołudnia połowa domów wywiesza jakiś baner lub znak: „Jesteśmy z tobą!”, „Bez FTAA!”, a nawet raz „Wspieramy Czarny Blok” (oczywiście po francusku). Wielu przyniosło też węże ogrodowe na swoje werandy lub wywieszało je z okien, aby zapewnić protestującym darmową wodę. Babcie machają i uśmiechają się z ganków. Dzieci chichoczą i chodzą za nami. To jak jakaś szalona anarchistyczna fantazja. Jedynym wyjątkiem, jak mijam, jest krępy mężczyzna w średnim wieku, który wpada w napad złości w garstkę dzieciaków z Czarnego Bloku przed swoim budynkiem, na samym końcu stromej ulicy prowadzącej do parku.

– Dlaczego wciąż tu jesteście? – krzyczy: – Rozumiem, że wczoraj zburzyliście mur, pokazaliście. To dobrze, wspieram was. Ale wystarczy! Nadal musicie walczyć z glinami, nadal gazują, mój dom jest pełen gazu łzawiącego, od dwóch dni jest pełen gazu, musiałem odesłać małego synka do ciotki na przedmieściach, bo się nim dusił. Moja mama musiała opuścić swoje mieszkanie. Wystarczy! W tej chwili w Dolnym Mieście odbywa się marsz robotniczy, w telewizji mówi się, że maszeruje 60 000 ludzi. Dlaczego z nimi nie maszerujesz? Dlaczego wciąż tu sprowadzasz na nas gaz?

Dzieciaki z Czarnego Bloku wydają się zdenerwowane; wydaje się, że znają francuski na tyle, by go zrozumieć, ale niewystarczająco, by udzielić jakiejkolwiek elokwentnej odpowiedzi. Wreszcie trzech lub czterech sąsiadów zbiera się i próbuje go uspokoić.

– To nie ich wina, chcą tylko upewnić się, że głowy państw usłyszą ich przesłanie.

– Nie możesz oczekiwać, że wszyscy odejdą od miejsca, w którym faktycznie spotykają się delegaci

– To nie dzieci nas gazują – nalega kobieta – to policja.

15:35, Ground Zero

Park jest znowu nasz, z rozproszonymi grupami ludzi na placu, siedzącymi na ziemi, grającymi przedstawienia. Eksplozje gazu są okresowe, ale nie są tak intensywne jak poprzedniego dnia (lądują teraz mniej więcej raz na trzy minuty, mówi ktoś z zegarkiem kieszonkowym).

Czarny Blok nie jest widoczny. Powiedziano mi, że przez większość dnia rozproszyli się w małych grupach, atakując odsłonięte sektory obwodu. Jestem jednak rozczarowany, widząc, że fragment muru, który wczoraj rozebraliśmy, został odbudowane. Jest nowa, trochę kiepsko zbudowana brama. Tuż za nią umieścili armatkę wodną – w rzeczywistości całkiem sprytny ruch, ponieważ oznacza to, że nie możemy zbliżyć się na tyle, by zniszczyć tę rzecz. Wydaje się, że armatka wodna jest ustawiona na autopilota, wystrzeliwując ogromny pióropusz wody, który powoli przesuwał się tam i z powrotem po łuku przestrzeni przed nim. To tak, jakby znaleźli zraszacz do trawnika, który pracował przy tysiąckrotnie wyższym ciśnieniu i objętości. Jako broń defensywna była dość skuteczna. Skoordynowany atak na ten odcinek muru byłby teraz niemożliwy. Z drugiej strony, obecność pióropuszy wody – nieważne jak intensywnej – w upalny dzień jest najwyraźniej zbyt wielką pokusą w środku antykapitalistycznego karnawału. Ludzie podskakują i robią z siebie widowisko, pluskając się w wodzie. Niektórzy padają z nóg i ślizgają się wesoło. Inni opierają się na nim i pozostają w górze – wyglądając jak mimowie uliczni idący pod wiatr – lub w inny sposób błaznują. Wydaje się, że wszystkim podoba się przedstawienie; w każdym razie gliniarze nie wydają się strzelać do nikogo. Pomimo wielokrotnych ostrzeżeń o zamoczeniu mojego przesiąkniętego toksynami ubrania, nie mogę się powstrzymać.

Zanurzam się na chwilę. To dość orzeźwiające.

W parku ludzie grają we frisbee, odbijając piłki plażowe. Przez połowę czasu mam maskę naciągniętą na czubek głowy.

Starzy przyjaciele są wszędzie. W pewnym momencie pojawia się Janna, całkowicie owinięta w wyszukany strój ochronny wykonany z plastikowych worków na śmieci, gogle, poncho i wysokie plastikowe buty, niosąc dużą torbę z materiałami medycznymi do leczenia skutków działania gazu łzawiącego. Zakłada punkt przy drzewie na samym skraju ogromnej toksycznej chmury.

– Jezu, Janno! Co Ty tutaj robisz? – pyta jeden z jej kolegów Uchodźców.

– Po prostu nie mogłam usiąść i nic nie robić, gdy ludzie są gazowani.

– Oszalałaś? Słyszałem, że znowu używają CS. Kto wie, co by się stało, gdybyś znowu została wystawiona na niego!”

– CS? Czy to prawda?

Kilku świadków potwierdza tę plotkę. Sprawa staje się spontaniczną dyskusją grupową. W końcu Janna zgadza się wrócić do St. Jean i założyć tam punkt. Towarzyszą jej dwie osoby postronne.

W końcu dostrzegam rozproszone klastry anarchistów z Czarnego Bloku, które skupiają się na odległym krańcu parku. Wygląda na jakąś wcześniej zaaranżowane zgrupowanie. W tym momencie rozmawiałem z kilkoma przyjaciółmi o wykonalności naszego manewru oskrzydlającego przeciwko południowej części muru, która wydawała się niebroniona. Przeszukując teren, natknąłem się na Deana, który leżał na długiej, płaskiej skale w dość szykownym trenczu. Wyjaśniam mój projekt.

– Wchodzę – uśmiecha się, wyciągając spod płaszcza ogromną parę nożyc do drutu.

Ale miejsce okazuje się lepiej bronione, niż się wydawało. Kanistry z gazem łzawiącym lądują bezpośrednio pod naszymi stopami i pojawia się pięciu robocopów z czymś, co wygląda jak gigantyczne strzelby, albo do wystrzeliwania plastikowych kul, albo nasączonych pieprzem worków z fasolą. Tak naprawdę nie chcemy się tego dowiedzieć i szybko się wycofujemy.

Jednak w tym czasie Blok, wciąż tylko około czterdziestu osób, maskuje się i zamierza wyruszyć. La Resistance nie ma wśród nich, ale spotykam dwóch znajomych z wczoraj, którzy proponują, żebym poszedł. Zawsze możemy być czujką, mówią. W każdym razie najwyraźniej jest plan. Zapinam bluzę z kapturem, ubierając się całkowicie na czarno, maskuję się i podążam za nim.

16:00, Kanadyjski Imperial Bank of Commerce

Poniżej znajduje się jeden z zaledwie trzech głównych przypadków celowego niszczenia mienia podczas Szczytu. Celem jest lokalna siedziba jednego z największych kanadyjskich banków, CIBC – jednej z głównych sił lobbujących za przejściem FTAA, wraz z czerpaniem zysków z rządowych programów pożyczek studenckich, jednocześnie naciskając na masowe cięcia w finansowaniu opieki zdrowotnej i edukacji.

Biura banku znajdują się zaledwie kilka przecznic od parku, na skraju osiedla mieszkaniowego. Kilka przecznic dalej dochodzi do konfrontacji między pacyfistami a szeregiem gliniarzy od zamieszek, ale naprawdę nie wiem, co się tam dzieje. Sam bank znajdujemy na pierwszym piętrze jakiegoś pomniejszego biurowca, już oblężonego. Jednak sprawy są również nieco bardziej skomplikowane, niż się spodziewaliśmy. Dwóch członków grupy afinicji, która zaplanowała akcję, podniosło policyjną barykadę i szykuje się do rozbicia szklanych szyb banku. Jednak na ich drodze staje dwóch pięćdziesięcioletnich hipisów, najwyraźniej małżeństwo w identycznych tęczowych kurtkach i ufarbowanych ubraniach. Oboje metodycznie próbują się wtrącić. W końcu kobieta się poddaje, ale jej mąż jest wytrwały. Spry, jak tancerz, skacze przed ich trajektorią za każdym razem, gdy się cofają, aby się rozbujać. Dwójka dzieci z barykadą jest zdeterminowana, by go nie skrzywdzić, ale też nie zamierzają się poddać. Następuje osobliwy balet zwodów i pchnięć, aż dzieci z Czarnego Bloku wymyślą system: jeden go blefuje, a drugi macha mocnym zamachem w innym kierunku. Wkrótce na chodniku jest potłuczone szkło.

Szukamy kamer lub policji i nie widzimy żadnej. Jest kilku przechodniów, którzy prawdopodobnie są reporterami, ale niosą tylko zeszyty; linia policyjna dwie przecznice dalej wydaje się nieświadoma, a może po prostu nie otrzymali jeszcze rozkazu marszu. Istnieją niezwykle destrukcyjni pacyfiści, którzy przeszli przez jakiś „trening deeskalacji” SalAMI i wypróbowują wszystkie swoje techniki. Gdy idziemy skrajem sceny, jeden brodaty pacyfista, przypominający raczej drwala z Rady Delegatów (ale nie, to nie on) podąża za nami, powtarzając w kółko dokładnie te same słowa: „To nie jest odpowiednia taktyka. To nie jest odpowiednia taktyka. To nie jest odpowiednia taktyka”.

Zastanawiam się nad pytaniem go, czy uważa to za formę dyskusji. Moi towarzysze każą mi go zostawić w spokoju. Co wydaje się rozsądne.

Trochę dalej wygląda na to, że może dojść do popychania lub rzeczywistych bójek.

Czas na własną deeskalację. The Bloc maszeruje, prowadzony przez wysokiego blondyna śpiewającego „Kumbaya”.

Z wyjątkiem jednego małego zespołu, z którego jeden zostaje przy malowaniu sprayem:

Banki nie krwawią. Protestujący krwawią.

Inny przykleja przygotowany na tę okazję kartonowy napis:

Jestem ci winna za rozbite okno

– REWOLUCJA

A trzeci rozpryskuje we wnętrzu wiadro białej farby.

Maszerujemy na zachód, z dala od parku, ale zanim miniemy więcej niż jedną lub dwie przecznice, wita nas delegacja mieszkańców w średnim wieku (myślę sobie: Mam ochotę nazywać ich „mieszczanami”, z wyjątkiem tego, że żaden z nich nie jest gruby. Proszą nas, żebyśmy nie wchodzili do ich sąsiedztwa. Jest mieszkalny.

Jeden z anarchistów z przodu próbuje wyjaśnić, że nie mają się od nas niczego obawiać: nigdy nie atakujemy małych firm ani własności osobistej. Tylko budynki korporacji.

– Cóż, nie ma żadnego z tych w tym kierunku. Tylko domy ludzi. Więc nie ma potrzeby tu wchodzić.

Po chwili niewygodnego wahania się w tę i z powrotem, mężczyzna obok niego jest bardziej bezpośredni:

– Nie niszcz miasta – mówi, wskazując z powrotem na park. – Idź walczyć z glinami!

– Tak, walcz z glinami – mówi ktoś inny. – Zdajemy sobie sprawę, że walczysz po naszej stronie. Wspieramy Was. Ale ludzie boją się o swoje sąsiedztwo.

Dla wielu członków Czarnego Bloku musi to być moment ostatecznego moralnego zamętu. W końcu większość anarchistów uważa, że celowe niszczenie własności jest uzasadnione, ponieważ tak naprawdę nie jest to forma przemocy. Nie możesz być agresywny wobec przedmiotu nieożywionego. Ponieważ nikt tak naprawdę nie zostaje zraniony. Właśnie dlatego tęczowy facet mógł zachowywać się tak, jak on: wiedział, że nikt z nas nie będzie chciał skrzywdzić drugiego człowieka – a w każdym razie z pewnością nie takiego, który nie atakowałby nas bezpośrednio, a gdyby próbował wystawić swoje ciało w ten sposób przeciwko gliniarzowi, gliniarz po prostu by go uderzył. Nagle staliśmy w obliczu opinii publicznej, która wzywała nas do rezygnacji z niszczenia mienia, a zamiast tego do zaangażowania się w przemoc. Z pacyfistami mogliśmy się kłócić, a nawet krzyczeć na siebie, ale krzyczeliśmy w tym samym języku. Tutaj mamy do czynienia z kompletnie innym wszechświatem moralnym.

Po krótkiej wymianie zdań odwracamy się i maszerujemy z powrotem w stronę parku, przy jak zwykle głośnych wiwatach i brawach. Ktoś krzyczy:

– To Ludowa Policja Prewencyjna!

16:20, Jean Baptiste

Park to samo święto:

– Wygraliśmy! Szczyt zamknięty z powodu gazu łzawiącego!

Oczywiście nieprawda.

Po chwili w końcu odnajduję La Resistance, aby wymienić uściski. Opowiadam Kitty o banku. Mówi mi, że przez cały dzień toczą się bitwy wzdłuż północnej strony muru, gdzie przecina on Jean Baptiste. Linie policyjne są tak słabo rozciągnięte, że zwykle można znaleźć miejsce, które nie jest bronione. Przeważnie używali haków, lin i nożyczek, jak w piątek, ale czasami można wykorzystać strome zbocza, aby wtoczyć płonące śmietniki lub nawet wózki z zakupami w ogrodzenie.

Refugees nigdzie nie widać, więc przez resztę popołudnia myślę, że jestem La Resistance. Wkrótce docieramy na skraj starego cmentarza kościelnego, gdzie ogrodzenie jest szczególnie mocno ozdobione znakami i hasłami, szarpiąc hakami, używając kostki brukowej do rozwalania głównych słupów lub rzucania ponad ogrodzeniem w pojazdy policyjne lub nawet, raz lub dwa razy, w policjantów. Duża część muru jest już obalona w tej okolicy. Wydaje się, że każdy kosz na śmieci ma w sobie ogień – aby wypalić gaz łzawiący – co oznacza, że podczas marszu poruszamy się przez naprzemienne strumienie dymu, toksycznej bieli i gryzącej szarości.

Kitty wyjaśnia, że zwracają szczególną uwagę na cmentarz, ponieważ znajduje się on bezpośrednio za Centrum Kongresowym, gdzie odbywa się Szczyt.

[Wpis w Notatniku, napisany następnego dnia, 22.04.2001]

Czarny Blok nigdy nie był duży tego dnia, rzadko więcej niż trzydziestu czy czterdziestu ludzi, choć od czasu do czasu miał pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt osób. Ludzie rozproszyliby się, grupy afinicji składające się zwykle z sześciu lub ośmiu osób zostałyby zredukowane do dwóch lub trzech osób z powodu urazów lub wyczerpania. Chociaż od czasu do czasu otrzymywaliśmy również posiłki od ludzi, którzy dopiero co przybyli do miasta: na przykład trzech Yabbów z Connecticut, którzy pojawili się w sobotę rano i dołączyli do La Resistance. Prawie każdy został w pewnym momencie uderzony – często w stopy lub kostki, głównie przez pojemniki z gazem łzawiącym. Ale coraz częściej używano plastikowych kul, a także broni z celownikami laserowymi, więc w nocy ludzie często widzieli, że gliniarze celowo celują w głowy lub pachwiny.

– Uderzyli mnie w pachwinę. Ale miałem na sobie filiżankę! – oznajmił triumfalnie jeden z naszych nowo przybyłych.

Kiedy zwiadowca zauważał rozsądny cel, zbieraliśmy wszystkich dostępnych i tworzyliśmy krąg, aby o tym porozmawiać. To zawsze wiązało się z nakłonieniem paru ochotników do sprawdzenia kamer, krążąc przez otaczający tłum, ponieważ zawsze była jakaś, prosząc każdego, kto ma kamery wideo lub sprzęt fotograficzny, aby nie robił zdjęć ze spotkania. To pomimo tego, że wszyscy byli cały czas zamaskowani. (Brad powiedział mi, że tak samo było w Pradze. Sztuka polega na tym, żeby podejść z nieco przerażającym wyglądem, wszyscy w czarnych maskach i zazwyczaj w hełmach; a potem być skrupulatnie uprzejmym i wdzięcznym, kiedy rzeczywiście otwierasz usta. Połączenie okazało się niezwykle skuteczne). Dyskusja była dość swobodna, ale oparta na konsensusie. Potem ruszaliśmy do akcji – często wiwatowani przez demonstrantów i coraz częściej mieszkańców miasta, gdy tylko pojawialiśmy się w nowym miejscu.

Blok miał tylko minimalną łączność – w pewnym momencie myślę, że cały nasz system łączności składał się z dwóch facetów połączonych przez Nextel, których zadaniem było koordynowanie, tak aby nie zostać odcięci i otoczeni przez gliniarzy. Kiedy zaatakowaliśmy – tak jak w St. Jean – jedna osoba również zatrzymywała się jako zwiad. Ale tylko tyle. Wydawało się to jednak typowe dla całej akcji: jeśli CLAC miał system łączności lub zwiadu, który prawdopodobnie musi mieć, nigdy nie widziałem tego śladu. Musiał być bardzo mały. Time’s Up Bill, który spędził trochę czasu, okrążając Mur na rowerze, później skarżył się, że przez cały dzień widział wiele niestrzeżonych wyłomów w ogrodzeniu ochronnym. Gdyby istniała jakakolwiek porządna organizacja, ludzie mogliby włamać się od razu. Ale oczywiście większość z nas już dawno zdecydowała, że nie chcemy wchodzić na teren.

Częściowo również ataki na mur mają na celu wytrącenie policji z równowagi, próbę powstrzymania ich przed gromadzeniem sił i ponownym najazdem na okoliczne sąsiedztwo.

Niedaleko cmentarza, przy Rue St. Genevieve, znajdowała się ogromna gromada ludzi, rodzaj ogniska intensywności, tam, gdzie Blok wcześniej atakował fragment muru. Najwyraźniej podpalili śmietnik i wrzucili go przez ogrodzenia. Przebił się i przewrócił wewnątrz Muru. Następnie gliniarze próbowali zablokować wyłom buldożerem, ale Blokowi udało się go unieruchomić – kiedy go zobaczyliśmy, wyglądał na kompletnie zniszczony, z rewolucyjnymi hasłami wymalowanymi na nim w sprayu – i blok uciekł, gdy oddział może trzydziestu gliniarzy prewencji maszerowało w szyku, by zabezpieczyć teren. Kiedy przyjechaliśmy, śmietnik wciąż się tlił, traktor zepsuty i przekrzywiony, a trzydziestu policjantów stało zupełnie nieruchomo, otoczone setkami pacyfistów. Aleja była na tyle ciasna, że udało im się całkowicie ich odciąć. Policja miała może kilka metrów przed nimi i za nimi, potem była nieprzenikniona ściana ludzkich istot. Ktoś powiedział nam, że pat trwa już prawie godzinę. Nieco wyżej na zboczu znajdowała się spora grupa bębniarzy i innych muzyków, grających powolną, rytmiczną muzykę – właściwie to była bardzo dobra, z wszelkiego rodzaju zawiłymi synkopami – a ludzie tańczyli w hipnotycznym stylu. Czasami ktoś opuszczał ludzką ścianę i dołączał do tańca lub odwrotnie. Zafascynowany, odsunąłem się na chwilę od Bloku, obiecując, że spotkam się później.

17:25, Park

Teraz plotka jest taka, że Szczyt jest opóźniony, ponieważ gaz łzawiący dostał się do systemu wentylacyjnego. Albo, alternatywnie, że delegacja brazylijska wykorzystała to jako pretekst do odmowy wejścia. (Wszyscy liczyli na to, że Brazylijczycy staną na czele sprzeciwu wobec traktatu).

Policja zaczyna wchodzić na Jeana Baptiste’a, pomimo naszych najlepszych starań, by ją opóźnić. Jedna jednostka otoczyła pobliskie skrzyżowanie.

Próbują też ponownie zająć park, obficie posługując się granatami ogłuszającymi i gazem pieprzowym. Odpowiedzią jest niemal oszałamiająca różnorodność taktyk. Jest grupa około trzydziestu aktywistów, w większości chyba studentów, w dżinsach i podkoszulkach, niektórzy nawet bez bandan, rozpoczynających blokowanie przez siedzenie. Ustawiają się dokładnie na ścieżce linii policyjnej, ci z przodu podnoszą obie ręce w powietrze, aby pokazać znaki pokojowe. Śpiewają:

Nie stosujemy przemocy, a ty?
Nie stosujemy przemocy, a ty?

Gdy gliniarze się zbliżają, aktywiści zmieniają na „cały świat patrzy!”, a dwóch policjantów zaczyna strzelać plastikowymi kulami w sam środek tłumu. Ktoś krzyczy. Ktoś kogoś unosi, ale reszta pozostaje na swoim miejscu. Pojawia się ksiądz i interweniuje. Rozmawia z policją. Niektóre Radykalne Cheerleaderki, z czarno-czerwonymi pomponami i skandalicznymi fryzurami, podchodzą i zaczynają w pobliżu jedną ze swoich wyszukanych pieśni. Najwyraźniej uspokojeni gliniarze wracają do ogrodzenia.

Niemal natychmiast potem przez płot płyną za nimi cztery koktajle Mołotowa. Widzę kilka postaci uciekających we mgle. Co dziwne, nie wyglądają zbytnio na aktywistów: ci dwaj, których widzę, najwyraźniej wydają się krępymi, czterdziestolatkami. Jeden raczej przypomina mi faceta, który kilka godzin wcześniej narzekał na gaz łzawiący na swojej werandzie (ale jestem prawie pewien, że to nie on).

Nigdy nie widziałem w ten weekend nikogo z bombą zapalającą, kto nie mówił po francusku.

W końcu kawałki zaczęły się układać: Montreal Ya Basta! wyjaśniające, jak istnieją różne standardy dotyczące przemocy w Quebecu, myląca odmowa zakazu mołotowa przez CASA, nawet gdy apelowali o wsparcie społeczności, delegacja obywateli mówiąca nam, abyśmy walczyli z glinami – nawet diatryba Maca w Little Italy o tym, jak naprawdę uciskani albo cofają się lub walczą i nie są zainteresowani wymyślnymi kodeksami niestosowania przemocy. To społeczność o niezwykle bojowej tradycji oporu. Zarówno ksiądz, jak i zamachowcy reprezentowali to samo zjawisko: społeczność zaczęła aktywnie interweniować w naszym imieniu.

Brodaty facet na szczudłach, w wyszukanym kostiumie wyszytym zielonymi cekinami, podchodzi do ogrodzenia z ogromnym znakiem pokoju. Gliniarze włączają działko wodne i trafiają go prosto w klatkę piersiową. Leci do tyłu około pięciu metrów. Medycy podbiegają, upewniają się, że nie ma złamanego kręgosłupa, potem zamieniają szczudła w szyny i szybko, trzymając nisko głowy, zabierają go.

17:53

Nad parkiem unosi się ogromny pióropusz. Helikoptery grzechoczą nad głową.

Kolejny pocisk z moździerza. Wiwaty, gdy ktoś je odrzuca. Do tego dwie bomby dymne.

– Hej, bez przemocy! – ktoś krzyczy.

Ktoś inny:

– Czy jest ktoś, kto może być w ciąży? Używają gazu CS!

Oddział policji zaczyna łapać aktywistów na skraju parku. To chyba pierwszy raz, kiedy byłem świadkiem aresztowania. Wychodzę z parku i znów ruszam w dół.

18:00, Jean Baptiste

To, co następuje, jest czymś w rodzaju rozmycia. Całkowicie zrezygnowałem z robienia notatek. Jakoś skończyłem w kolumnie około dwudziestu pięciu lub trzydziestu Black Bloc’s, którzy próbują szarżować na odgrodzoną pozycję…Myślę, że znowu było to wzdłuż St. Jean, gdzie płonący wózek sklepowy prawie zawalił ścianę w ciągu godziny lub dwa przed. Mniej więcej w połowie szarży jesteśmy bombardowani pieprzem; przynajmniej to samo oślepiające uczucie, którego doświadczyłem pod ścianą, przechodząc przez moją maskę gazową. Potykam się z powrotem. Przypadkiem na pobliskim ganku stoi sanitariusz, osiemnasto-, dwudziestoletni mężczyzna, wyglądający jakby pochodził z Senegalu lub Kamerunu, ze szpiczastymi włosami i mocną plastikową apteczką. Proponuje mi pełną kurację anty-pieprzową, a my znajdujemy osłoniętą przestrzeń, w której dokładnie myje mi oczy i twarz jakimś środkiem zobojętniającym kwas, następnie szoruje i spłukuje olejem mineralnym. Czuję się znacznie lepiej.

Kiedy jednak znajduję pozostałości Bloku, jest ich tylko trochę ponad tuzin, a duży blondyn mówi surowo, że nikt mnie nie rozpoznaje. Gdzie jest moja grupa afinicji? Może powinieneś spróbować ich znaleźć. Rozglądam się za Kitty i resztą La Resistance, ale nikogo nie ma. Mógłbym przysiąc, że byłem z nimi wcześniej. Wciąż trochę oszołomiony, nie pamiętam niczyich imion, nie mówiąc już o nazwach akcji. Buffy jest daleko od oparcia się o ścianę z zamkniętymi oczami. Ja też zapomniałem jej imienia. Mówię mu, dobry pomysł, tak, jestem pewien, że przenieśli się do parku czy coś w tym stylu i idą sobie odpocząć.

Duży blondyn nagle przybiera uprzejmy ton.

– Hej, powodzenia! Jestem pewien, że ich odnalezienie nie potrwa długo.

W parku robi się coraz bardziej intensywnie. Mały oddział ludzi z bombami zapalającymi próbuje zniszczyć armatkę wodną. Za każdym razem, gdy zbliżają się do zasięgu, ostrożnie nurkując między jego mechanicznymi ruchami, policja otwiera ogień plastikowymi kulami. Obserwuję, jak dwa mołotowy robią piękne łuki i lądują w odległości kilku stóp od maszyny, wytwarzając spektakularne, ale chwilowe rozbłyski ognia. Wydaje się, że nie wyrządzają żadnych szkód.

Wygląda na to, że w tej chwili nie działają żadne oddziały chwytające, więc kładę się, by odpocząć; ale wydawało mi się, że po kilku minutach odpoczynku Buffy klepie mnie po ramieniu.

– Hej, Davidzie! Próbujemy zebrać paru ludzi, by udali się na autostradę. Jest tam główny punkt wejścia, który jest naprawdę słabo strzeżony.

– Och okej.

– Czy w parku są jacyś inni członkowie twojej grupy afinicji?

– Nie, myślę, że ich zgubiłem.

W ciągu kilku minut wracam do Bloku, w tym samym miejscu co poprzednio, ale tym razem wszyscy są tam: La Resistance, grupa Craiga, dzieciaki z PEI – brakuje tylko Montrealu. Kierujemy się w dół St. Jean, a następnie w dół do okazjonalnych wiwatów pieszych, schodzimy na autostradę i badamy sytuację.

Sytuacja okazuje się jednak trochę zbyt nerwowa jak na mój gust. Toczy się już bitwa, w której co najmniej pięciu czy sześciu gliniarzy kuca w ciemności za szeroką bramą z siatki, a czerwone lasery z celowników miotają się i miotają wszędzie. Ogromny pusty odcinek asfaltu i osłonięte przestrzenie, w których ludzie – myślę, że są studentami, zdecydowanie nie Czarnym Blokiem, ale tak naprawdę nie mam pojęcia, kim są – mieszają koktajle Mołotowa w pustych szklanych butelkach po coli. Co minutę ktoś wychodzi zza ich osłony i rzuca go nad bramą.

– Nie wygląda już na tak lekko bronioną – mówię do Buffy.

Marszczy brwi, gdy kolejny rozbłysk płomieni rozświetla na chwilę bramę.

– Cóż, zobaczymy, co możemy z tym zrobić.

Sam Blok już dawno nie zgodził się na żadne koktajle Mołotowa, ale teraz, kiedy dżin wyszedł z butelki, niektórzy z nas przynajmniej chcieli pomóc w ich przygotowaniu.

– W końcu – mówi ktoś – powiedzieliśmy, że pójdziemy za przykładem miejscowej ludności.

Inni, na przykład Lee, wyglądają na niezwykle sceptycznie nastawionych. Cała scena była dla mnie niezwykle niepokojąca. CS lądował wszędzie. Gliniarze strzelali najwyraźniej na oślep. Jeden dziwny facet kręcił się powoli pośrodku wszystkiego, tańcząc w światłach i chmurach do muzyki, która musiała istnieć tylko w jego głowie.

– Jezu, co sprawiłoby, że ktoś się tak zachowywał? – ktoś pyta.

– Może Ecstasy.

Myślę, że właśnie dlatego mówią ci, żebyś nigdy nie używał narkotyków na akcji.

Ja sam nie jestem zainteresowany pomaganiem nikomu w próbie podpalenia kogoś innego – nawet policji w ognioodpornej kamizelce kuloodpornej – więc wydaje mi się, że to może nie być zły moment na skontaktowanie się z IMC. Podejmę ostatnią próbę zlokalizowania Karen. Prawdopodobnie będą mieli jaśniejsze pojęcie o tym, co dzieje się w mieście i czy naprawdę zamknęliśmy Szczyt. Cofając się do pobliskiej latarni, by sprawdzić mapę, zdaję sobie sprawę, że jest dość blisko. Wszystkim życzę powodzenia (nikt tak naprawdę tego nie zauważa), patrz przez chwilę, jak schodzą na pozycje bliżej bramy.

Kilka minut później przechodzę pod rampą autostrady, gdzie Food Not Bombs rozstawia ogromne wazy na nadchodzącą darmową kuchnię. Jest mała wioska namiotowa i punkrockowcy ustawiający nagłośnienie z tyłu ciężarówki. To musi być Ile Fleuriot. To trochę brudna, wilgotna przestrzeń, ale już kilkaset osób zaczyna gromadzić się na imprezie. Zapisuję: mam się później spotykać z ludźmi na przyjęciu. Potem mijam zamknięty już sklep Army/Navy i wreszcie schodzę do IMC.

19:15, Wchodzę do IMC

W IMC wszystko jest inne. Po pierwsze, teraz jest bezpiecznie. Nikt nie może wejść do środka bez identyfikatora Indymedia. Przy drzwiach stoi duży facet, który wydaje się należeć do budynku. Na dole, gdzie kiedyś była garstka sennych, szczęśliwych aktywistów, przestrzeń jest teraz zatłoczona i pełna ponurej wydajności. Na stołach rzędy komputerów i kamer wideo; na podłodze są laptopy. Przewody pokrywają wszystko. Każde gniazdko elektryczne ma przedłużacz i jest do niego podłączonych siedem lub osiem urządzeń. W pobliżu drzwi leży ogromny stos sprzętu, masek przeciwgazowych, płaszczy przeciwdeszczowych, butelek z wodą, wszelkiego rodzaju sprzętu ochronnego. Na ścianach spisy regulaminów, zmiany pracy, zespoły, numery telefonów, wydarzenia. Obok drzwi znajduje się zaimprowizowane stanowisko ochrony, gdzie po raz drugi pokazujesz legitymację; Za biurkiem, dziewczyna o ciemnych kręconych włosach, która wygląda jak uczennica liceum. Pokazuję kartę IMC. Okazuje się, że tak naprawdę jest uczennicą liceum: częścią małej grupy z innej prowincji, która przebywa w mieście na jakimś stypendium dla alternatywnych mediów. Wygląda na bardziej niż tylko trochę przytłoczoną.

Może jedna trzecia twarzy jest mi znana z innych akcji. Dostrzegam Celię, którą poznałem w IMC w Filadelfii podczas Konwencji Republikańskiej. W tym czasie oboje pracowaliśmy w zespole, współpracując z mediami korporacyjnymi. Byłem kompletnym neofitą. Ona, po trzydziestce, była doświadczoną działaczką medialną, która ostatecznie zorganizowała większość naszych konferencji prasowych.

– Hej, Celio!

– Och, cześć, Davidzie. Po prostu wpadłeś do miasta?

– Nie, udało mi się przedostać w Akwesasne. Jeden z kilku. Byłem tu od piątku rano. Ty?

– Ja? Jestem w mieście od środy. – Przerwała. – Więc co o tym myślisz?

– Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego. – Zacząłem opowiadać o piątku i radości z burzenia muru.

Celia jednak nie jest pod wrażeniem bohaterskich macho i zamiast tego zaczyna opowiadać mi o swoim własnym punkcie kulminacyjnym: ceremonii pierwszego dnia prowadzonej nad Żywą Rzeką. Czy to widziałem? Właśnie montowała z niego obrazy na pobliskim komputerze: błękitny strumień zatrzymujący się wzdłuż ulic St. Jean, wszystko ucichło, a potem nagle setka ludzi jednocześnie wyrzucała w powietrze rolki papieru toaletowego, tworząc efekt jak trzepoczące, falujące morze. Po czym Wiccanie przedstawili piękną inkantację.

Obrazy na ekranie komputera były małe i wątpiłem, aby naprawdę oddawały pełny sens chwili. Mimo to robiły wrażenie. Przeglądam je nawet po tym, jak Celia zostaje wezwana chwilę później, a potem grzebię, aż znajdę osobę prawną, która śledziła aresztowanych IMC. Było ich kilkoro, ale większość z nich w ciągu ostatnich kilku godzin i żadna z nich nie była Karen. Nikt się z nią nie kontaktował.

Znalazłem kogoś, kto zna numer Sashy, więc dzwonię do niego z telefonu IMC. Ale idzie prosto na pocztę głosową. Sprawdzam wiadomości. Dzwonię do znajomych.

Nic.

Czy to możliwe, że po prostu poszła do domu i nikomu nie powiedziała? Dla aktywisty byłoby to niewiarygodnie nieodpowiedzialne. Ale oczywiście Karen nie jest aktywistką.

19:30, nadal w IMC

Independent Media Centers, Niezależne Centra Medialne to kolejna instytucja zrodzona z protestów WTO w Seattle: miały być sposobem, w jaki dziennikarze-aktywiści mogą przedstawiać własne relacje z wydarzeń i faktycznie przekazywać protestującym przesłanie, czego korporacyjne media prawie nigdy nie robią. Do 2001 roku w większości głównych miast Ameryki Północnej i coraz częściej na całym świecie istniały stałe IMC. Ogromne powstawały też tymczasowo podczas każdej większej mobilizacji. IMC działały na zasadniczo anarchistycznych zasadach. Wszystko odbywało się wspólnie: ludzie redagowali nawzajem swoje historie; nie było hierarchii redaktorów i reporterów; wszystkie decyzje podejmowane były w drodze konsensusu. IMC mógł prowadzić audycje radiowe na żywo, przygotowywać filmy, a w kluczowych dniach akcji wydawać codzienną gazetę informującą o wydarzeniach. Jednak najszybciej od razu utworzył stronę internetową, gdzie można było znaleźć najświeższe informacje na temat działań, które miały miejsce. Jedna strona strony była otwarta – każdy mógł ją publikować – i dlatego w dużej mierze przypominała młyn plotek na ulicach; ale środek strony stanowiły wszystkie depesze od reporterów IMC, którzy szczycili się utrzymywaniem bardziej rygorystycznych standardów dokładności niż prasa korporacyjna.

Tutaj, w centrum informacyjnym dla aktywistów, w końcu mogłem zacząć układać w całość obszerne, panoramiczne informacje, które były po prostu niedostępne na ulicach. Obraz był przerażający.

Policja schodziła ze wzgórza równomiernie od 18:00, znacznie szybciej niż poprzedniego dnia. Tym razem ich strategia polegała najpierw na zajęciu kluczowych punktów i skrzyżowań, a następnie kontynuowaniu operacji sprzątania i aresztowaniu każdego, kto nadal znajduje się na ulicach na okupowanym terytorium. Zaczynali także być brutalni. Kilku kamerzystów Indymedia zostało już pobitych i aresztowanych. Jednym z pierwszych celów policji była Klinika, gdzie nasi medycy leczyli najgorsze obrażenia. Najpierw policja wrzuciła gaz łzawiący bezpośrednio przez okna, rozbijając szkło i zmuszając medyków do ewakuacji rannych. Piętnaście minut później oddział policji pojawił się w nowej, prowizorycznej klinice, którą stworzyli w bocznej uliczce na zewnątrz i wyprowadził wszystkich pod groźbą użycia broni, zrywając pacjentów z noszy, zawłaszczając środki medyczne, zdejmując wszystkim gogle i maski przeciwgazowe, a nawet przesiąknięte octem bandany, a następnie sprowadzając ich w dół po długich schodach prowadzących z Côte d’Abraham. Wielka bitwa przeniosła się teraz do serca Zielonej Strefy. Tysiące ludzi zgromadziło się na darmowym jedzeniu i imprezie tanecznej, która miała uczcić akcję tego dnia. Wielu przybyło z marszu i Szczytu Ludowego; były dzieci i starcy. Nagle policja zaatakowała. Szeroka na pół hektara„Tymczasowa Strefa Autonomiczna” pod autostradą została przekształcona w ogromną chmurę gazu łzawiącego. Przyszli imprezowicze odpowiedzieli, zajmując górną część autostrady. Policja próbowała ich usunąć, ale było ich już co najmniej trzy tysiące i stawiali twardy opór.

Nie mieliśmy jeszcze liczb rannych i aresztowanych. Oficjalne liczby, sumiennie powtarzane przez telewizje i serwisy informacyjne, były czystą fantazją: od piątku gliniarze donosili o czterdziestu rannych, z których, jak twierdzili, około połowa to policja. Nasi medycy donosili, że pierwszego dnia wyleczyli ponad tysiąc obrażeń: w tym kilku astmatyków, którzy omal nie zmarli od gazu, dziesiątki złamanych kości i kilka bardzo poważnych oparzeń. Władze nadal twierdziły też, że aresztowano tylko kilkadziesiąt osób, mimo przeczesywania Starego Miasta. To również nie mogło być prawdą. Otrzymywaliśmy już zwykłe przerażające raporty, znane już w USA, o celowych nadużyciach więźniów. Autobusy pełne więźniów w kajdankach jeździły w kółko po mieście przez dwanaście lub trzynaście godzin, aby uniknąć biurokracji; aresztowani, którzy faktycznie zostali wpisani, byli krępowani, odmawiano im dostępu do wody lub toalet; rannym działaczom odmawiano leczenia, rozbierano, polewano lodowatą wodą i zamrażano w nieogrzewanych celach.

Wszyscy obawiają się, że następnym celem będzie IMC. Nie wynika to tylko z jego oczywistego strategicznego znaczenia w przekazywaniu aktywistom (i wszystkim innym) pojęcia, co się dzieje. Najwyraźniej ktoś zeskanował kilka stron tekstu, który wydawał się pochodzić z policyjnych samochodów terenowych, do których włamano się poprzedniej nocy, ze szczegółowymi raportami wywiadowczymi i planami awaryjnymi dotyczącymi strategii policyjnej, i przesłał go na stronę internetową IMC poprzedniego wieczoru. Redaktorzy natychmiast ją usunęli i przekazali do IMC w Seattle, która je opublikowała, zaznaczając, że nie ma sposobu, aby upewnić się, czy były sfałszowane, czy autentyczne. Kilka godzin później policja z Seattle zamknęła tam IMC. Wydawało się rozsądne oczekiwać, że biorąc pod uwagę okoliczności, Quebec IMC może być następny.

Najgorszą wiadomością jest jednak to, że wygląda na to, że jeden z protestujących został zastrzelony. To nie jest do końca pewne. Raport przychodzi najpierw telefonicznie, od reportera IMC przy autostradzie. Stwarza to poważny kryzys, ponieważ teraz pojawia się pytanie, co opublikować. Zwoływane jest spotkanie. Zaczyna się od kilkunastu osób stłoczonych wokół biurka, a kończy się na prawie wszystkich:

[Z notatnika, 21.04.01, 19:50, spotkanie awaryjne, Quebec IMC]

Chuck: Cóż, pozwólcie, że przedstawię to jako formalną propozycję. Mamy raport naocznego świadka, że protestujący został zabity po trafieniu plastikową kulą w gardło w pobliżu autostrady. Najwyraźniej niektórzy medycy próbowali CPR, a kiedy się nie udała, w końcu udało im się zabrać go do karetki i to był ostatni raz, kiedy ktoś go widział. Proponuję więc umieszczenie informacji, które posiadamy na stronie internetowej. Mając na uwadze, że w ten sposób skutecznie udostępnimy go także korporacyjnym mediom.

Celia: Jest też kontrpropozycja, aby mała grupa z nas wykonała pracę reporterską, aby uzyskać pełne potwierdzenie, zanim cokolwiek wyślemy. Nie jesteśmy mediami korporacyjnymi. Dla nich wystarczyłoby jedno potwierdzenie; naszym zadaniem jest robić to lepiej. Propozycja polega więc na niepublikowaniu historii, chyba że mamy co najmniej dwa potwierdzenia.

Chuck: Cóż, zgadzam się, że zdecydowanie powinniśmy stworzyć taki zespół w każdym przypadku.

Helen Tworzę listę dla każdego, kto chce teraz wyrazić obawy lub komentarz. To nie jest do końca pewne.

Bill: Cóż, ze swojej strony wolałbym, jeśli to możliwe, trzymać korporacyjne media z dala od tego, ponieważ są skurwielami.

Suzette: Zgadzam się z drugą propozycją. Musimy sprawdzić lepiej.

Andrew: Udało mi się również dodzwonić do ulicznego medyka, który potwierdził pierwszą część historii: młody człowiek został postrzelony w gardło, upadł, nie oddychał, medycy próbowali go reanimować i ostatecznie został zabrany do szpitala.

Helena: Czyli możemy to zgłosić jako potwierdzone?

Ben: Powiedziałbym, że skoro ta część jest potwierdzona, zbierzmy mały zespół do śledztwa; sprawdźmy, czy możemy uzyskać dalsze informacje ze szpitala.

Helena: Więc popierasz drugą propozycję?

Ben: Tak.

[Ludzie wchodzą ze schodów, zdejmują sprzęt, rozmawiają z podnieceniem]

Helena: Cisza proszę! Tutaj trwa proces konsensusu!

Annette: Myślę, że powinniśmy poważnie pomyśleć o skutkach uwolnienia czegokolwiek potencjalnie wybuchowego bez uzyskania absolutnego potwierdzenia.

Randy: Co do pierwszej propozycji, zgadzam się z Annette. Mamy tu ponad dziesięć tysięcy ludzi i kilka tysięcy gliniarzy. Tam jest już na wpół wojna. Jeśli rozgłosimy, że ktoś zginął, czy chcemy być odpowiedzialni za wynik?

[Kilka osób krzyczy „tak!”]

Annette: Słuchaj, wiemy, że media korporacyjne obserwują wszystko, co robimy. Umieścimy to, będą z tego korzystać. Jeśli powiemy coś, co nie jest prawdą, nie chcę nawet myśleć o tym, co się stanie.

Noah: A ludzie są już wystarczająco wkurzeni na gliny.

Chuck: …i bardziej prawdopodobne, że informacja i tak będzie na ulicach, z plotek. Pójdzie słowo, że tak się stało. Możliwe, że jeśli opublikujemy historię mówiącą tylko o tym, co jest już potwierdzone, to ktoś, kto zna resztę historii, zadzwoni i nam opowie. To może być jedyny realistyczny sposób, w jaki możemy się dowiedzieć.

Riley: Otrzymaliśmy już doniesienia o rzuceniu kilku mołotowów, w kilku miejscach, w których doszło do bitew z glinami.

[Wszyscy stoją teraz w kręgu.]

Suzette: Pojawiło się również wiele nieprawdziwych plotek o zamknięciu Szczytu. Skąd wiemy, że którakolwiek z tych historii jest prawdziwa?

David: Cóż, mogę potwierdzić Mołotowy. Widziałem już sporo z nich.

Sheila: Przepraszam, punkt procesu. Całe to spotkanie jest prowadzone w języku angielskim. Czy jest ktoś, kto nie mówi po angielsku i chce, aby mu wyjaśnić, co się dzieje?

[Jedna kobieta chce. Sheila informuje ją po francusku i zapewnia tłumaczenie symultaniczne do końca dyskusji.]

Helena: Cóż, wydaje mi się, że doszliśmy do…

Jamie [nowo przybyły]: Słuchajcie, widziałem, jak ten facet został postrzelony! To się stało.

Andrew: Czekaj, byłeś tam? Widziałeś to?

Od drzwi: GLINY WCHODZĄ DO BUDYNKU!

Spotkanie przeradza się w zamieszanie. Policjanci muszą być w biurach na piętrze, bo podobno nie są jeszcze na schodach. Ktoś krzyczy: „SZYBKO, WEŹ KLUCZ! ZABIERZ JUŻ TERAZ!”. Ktoś inny sprawdza schody; inni chwytają za telefony, wbijają numery, próbując znaleźć otwartą linię, próbując skontaktować się z reporterami IMC na ulicy. Po chwili kryzys mija. Wygląda na to, że gliniarze nie zrobili nic więcej, jak tylko wsadzili głowy, wystrzelili kulę w kierunku schodów tylko po to, żeby nas przestraszyć, a potem zniknęli. Powoli wszyscy próbują znowu oddychać, zmieniać nastrój, wychodzić z trybu kryzysowego. Spotkanie ponownie się toczy, a Jamie, naoczny świadek, wciąż ubrany w czerwoną bandanę i zielone gogle na czubku głowy, podaje więcej szczegółów: ten jeden facet, ofiara, z jakiegoś powodu był sam niedaleko ściany, może dwadzieścia metrów od policji. Nagle rozległy się dwa strzały i został uderzony dwa razy z rzędu, raz w ramię, raz w gardło. Po laserach widać było, że celują bezpośrednio w jego głowę.

Pomyślałam z przerażeniem: czy to ten sam facet, którego widziałam tańczącego w środku starcia przy autostradzie. To musiał być on. Kto jeszcze mógłby to być? Byłoby wspaniale, gdyby ten facet nie został postrzelony. Albo nie…czy ktoś inny nie powiedział, że wydarzyło się to na obszarze poza akcją?

Helena: Brzmi to tak, jakby wyłaniający się konsensus dotyczy drugiej propozycji: nie wysyłać niczego od razu, ale spróbować potwierdzić historię. Czy ktoś ma poważne obawy?

Bill: Nadal nie wiem, jak moglibyśmy to zrobić. Nie znamy nazwiska faceta. Jedyny sposób, aby potwierdzić nazwisko, to spytać się gliniarzy.

Celia: Możemy skontaktować się ze wszystkimi lokalnymi szpitalami. Zgłoszę się na ochotnika do zespołu, abyśmy w końcu mogli to opublikować.

Joe: Naprawdę boję się, że jeśli będziemy rozpowszechniać fałszywe plotki, to poważnie się zdyskredytujemy.

Riley [przez telefon]: Dostaję raport od reportera IMC z ulicy; mówi, że na górze dzieje się wiele przypadków brutalności policji. Podobno sześciu gliniarzy właśnie otacza drzwi…

Ktoś inny: Niektórzy medycy mówią, że schodzą. To jest sytuacja awaryjna.

Annette: Musimy pamiętać, że cały świat nas obserwuje. Jeśli coś, co zgłosimy, okaże się niedokładne, nikt tego nigdy nie zapomni. Nie wspomniałbym nawet o tym, że w tym momencie krążą plotki.

(Medycy wchodzą)

Jak można było się spodziewać, medycy szukali nowej przestrzeni do założenia punktu. Czy mogliby wykorzystać biura na piętrze na tymczasową klinikę? Wydaje się, że konsensus jest taki, że prawdopodobnie nie będzie to bardzo bezpieczna lokalizacja, ponieważ prawdopodobnie sami zostaniemy zaatakowani, ale nie ma zbyt wielu realnych alternatyw. Medycy ruszają, by powiadomić swoją sieć.

Jako przestrzeń, IMC była szczególnie wrażliwa. Przede wszystkim był tylko jeden punkt dostępu: schody. Gdyby policja się pojawiła, wszyscy bylibyśmy natychmiast uwięzieni w piwnicy. Po drugie, budynek wydawał się nie mieć działającego systemu wentylacji. Jeden kanister z gazem łzawiącym na dole schodów uczyniłby go niezdatnym do zamieszkania. Już ludzie wpychali szaliki i swetry pod szczeliny drzwi, aby zapobiec przedostawaniu się złego powietrza do środka. Pytanie brzmi, czy policja próbuje wejść, czy powinniśmy bronić przestrzeni, czy powinniśmy praktykować pokojowe nieposłuszeństwo obywatelskie (wszyscy siedzą na podłodze, odmawiają wykonania rozkazów, utykają, jeśli spróbują nas wynieść), czy też powinniśmy się poddać i podporządkować? Na wcześniejszym spotkaniu uzgodniono drugą strategię, ale w świetle wydarzeń kluczowe było upewnienie się, że wszyscy nadal są po tej samej stronie. Także, żeby zapewnić, że jesteśmy dostatecznie wcześnie ostrzeżeniu, by każdy, kto nie chce ryzykować aresztu, mógł wcześniej wyjść.

Dopiero jednak to spotkanie się zaczęło, gdy mamy do czynienia z kolejnym kryzysem medycznym. Schodami sprowadzana jest młoda kobieta niosąca siedmiomiesięczne dziecko. Ona cicho szlocha. Dziecko krzyczy. Jej eskorta IMC rozpaczliwie poszukuje medyka.

– Medycy? Myślę, że właśnie wyszli.

– Czemu? Co się stało?

– Czy dziecko jest chore?

– Skurwiele je zagazowali.

– Co? Zagazowali dziecko?

Jej eskorta wyjaśnia, że matka jest wolontariuszką Food Not Bombs, która była w Zielonej Strefie, gdy zaatakowała policja. Natychmiast złapała swoje dziecko i ruszyła na wyższy poziom, ale kanister wylądował bezpośrednio u jej stóp, gdy uciekała.

– Och. Myślisz, że to był wypadek, czy naprawdę widzieli dziecko?

Matka, która do tej pory milczała, spojrzała na niego.

– Oczywiście, że widzieli dziecko! – powiedziała, posługując się mocno akcentowanym angielskim. – Byli trzydzieści metrów od nas!

– Skurwysyny!

Połowa osób w pokoju zaniemówiła. Dwie kobiety zaproponowały, że potrzymają niemowlę, którego twarz była jasna, szkarłatna, próbowały kołysać i uspokoić go. Dowiedzieliśmy się, że ma na imię Gabe.

– Nie mogę uwierzyć, że zagazowali pieprzone dziecko. – I zastanawiają się, dlaczego ludzie rzucają kamieniami w policję.

Ktoś przynosi wodę; ktoś inny sugeruje, aby poczekali na medyków na samym szczycie klatki schodowej, gdzie na szóstym piętrze znajduje się podest z otwartym oknem i stosunkowo nieskażonym powietrzem (wcześniej był używany jako sekcja dla palących IMC). Jest po ósmej i zaczynam myśleć, że pod autostradą będzie bezpieczniej, gdzie przynajmniej będą drogi ewakuacyjne. Kobieta, która należy do jakiegoś lokalnego kolektywu dokumentalnego, jest przy stercie sprzętu, trzymając moją maskę przeciwgazową. Czy może go użyć „tylko przez dziesięć minut?”. Jej ekipa chce tylko wyjść na zewnątrz, żeby zrobić kilka zdjęć policji.

– No cóż, czy jest szansa, że potrwa to dłużej niż dziesięć minut? Bo naprawdę muszę iść.

– Nie, nie – mówi. – Zaraz wrócimy.

Waham się, dokonuję subiektywnej oceny sytuacji. Jest zawodową kamerzystką z aurą skuteczności, która przynajmniej mnie sugeruje „osobę, która kłamie w takich sprawach, nawet o tym nie myśląc”. Z drugiej strony jesteśmy w takiej sytuacji wspólnotowej, w której nie można tak naprawdę odmówić bezpośredniej prośby bez wyraźnego powodu, a naprawdę nie mogę powiedzieć, że taki mam.

– Dobra. Ale naprawdę będę potrzebować go z powrotem za dziesięć minut.

Pół godziny później nadal czekam. Spędzam trochę czasu w biurze, po raz kolejny potwierdzając, że żadna z niezliczonych ładowarek do telefonów komórkowych w IMC w rzeczywistości nie naładuje mojej marki telefonu. Próbuję sprawdzić, czy jest praca, którą mogę wykonać – obiecałem poświęcić godzinę pracy, kiedy dostałem dowód osobisty. Ale wszyscy są zbyt rozkojarzeni. Nie można też znaleźć darmowego komputera, na którym mógłbym sprawdzić pocztę. Bez mojej maski praktycznie jestem tu uwięziony. W każdym razie, jeśli odejdę, na pewno nigdy jej nie odzyskam. Idę więc na górę, żeby pomóc dziecku, które wciąż jest na podeście. Nawet tam niewiele mogę zrobić poza wsparciem moralnym, ale to fascynująca przestrzeń, całkowicie betonowa i industrialna, z dwoma dużymi oknami w stylu fabrycznym, lekko uchylonymi. Z jednego widać dach zajmowany przez policję. Są tylko dziesięć, piętnaście metrów dalej, niektórzy z nich wciąż są całkowicie bezosobowi w maskach przeciwgazowych, przyłbicach i zbrojach. Wydaje się, że nie są nas świadomi.

Nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem bazgrać:

[Znowu z moich notatek]

Problem z IMC polega na tym, że jest to bańka – nie tylko w sensie dosłownym (nikt nie chce otwierać drzwi ani okien i ryzykować przedostania się gazu łzawiącego), ale także dlatego, że jest odizolowana od poczucia natychmiastowości, wspólnoty i spontanicznej intymności, którą doznajesz na ulicach, gdzie stoisz w obliczu ciągłego, namacalnego niebezpieczeństwa. Tutaj wszystko jest zapośredniczone. Znajdujesz się w świetlistym pokoju pełnym ekranów i monitorów, nie widzisz nic dla siebie, ale mimo to znasz każdą najgorszą rzecz, jaka się dzieje: każde aresztowanie, każde poważne zranienie, każdy nowy skandal policji. Wynikający z tego nastrój nie jest dokładnie histerią; jest to raczej rodzaj maniakalnej nerwowości, która wynika z posiadania zbyt dużej liczby informacji.

Ale po zastanowieniu, czy nie z tego zasadniczo składają się wiadomości? Raport krajowy w dużej mierze składa się z najgorszych rzeczy, które zdarzają się każdego dnia w Ameryce. Międzynarodowy raport wymienia najgorsze rzeczy, które wydarzyły się na świecie.

Wreszcie, około 20:45, ekipa wideo powraca, trajkocząc z ożywieniem po francusku. Potem znowu mają odejść.

– Przepraszam, moja maska gazowa?

– Och, tak.

Na górze ochroniarz budynku wypuszcza ludzi tylko w grupach, bojąc się wpuścić do budynku gaz.

– Naprawdę nie polecam wychodzenia na zewnątrz w tej chwili – mówi do mnie. – Wszędzie są gliniarze. To bardzo niebezpieczne.

Mówię mu, że zaryzykuję. W końcu po około pięciu minutach ktoś puka do szklanych drzwi z zewnątrz i jestem z powrotem na ulicy.

20:50, Na Dworze

Wreszcie wolny! Przynajmniej, co dziwne, takie mam uczucie z powrotem w strefie wojny.

Gliniarze zajmują drewnianą scenę na samym szczycie wielkich schodów prowadzących na Stare Miasto; wydaje się, że zajęli wszystkie najwyższe wzniesienia. Cały ten obszar miasta spowija gaz. Używają potężniejszego sprzętu wojskowego, który wszyscy nazywają „CS”, chociaż nie wiem, czy to naprawdę jest CS (ludzie z IMC nie byli pewni). Samo oddychanie bez maski jest już fizycznie bolesne; przechodzenie przez nisko położone tereny pozostawia kaszel i krztuszenie; regularnie padają nowe pociski. Na ulicy jest tylko kilka zacienionych postaci. Schodzę na pas za IMC, który wydaje się prowadzić na autostradę, i prawie natychmiast wpadam na Kitty. Oboje zaczynamy się śmiać.

Ściskamy się. To chyba siódmy raz, kiedy się dzisiaj przytulamy.

– Więc co tam? Gdzie są wszyscy? Czy wszystko w porządku?

– Cóż, Andrea została trafiona dwa razy i wróciła do domu. Oddała swoją maskę gazową Lee (dostaję śpiwór). Wszyscy inni są w porządku. Wszyscy jesteśmy w Tymczasowej Strefie Autonomicznej pod autostradą. Od co najmniej godziny jesteśmy atakowani. To niesamowite! Teraz są tam tysiące ludzi, przybywa coraz więcej. Doszło do zaciętej bitwy i wygraliśmy.

Następnie opisuje budowę gigantycznego ogniska w przestrzeni TAZ, aby zneutralizować gaz łzawiący. Policja przyniosła armatkę wodną, aby spróbować je zgasić. Ale ludzie to wytrzymali. Tymczasem dołącza do nas coraz więcej zwykłych obywateli. Na autostradzie są teraz tysiące. Nazywają ich „bangers”, ponieważ już od godziny rytmicznie uderzają w metalowe barierki na poboczu autostrady, robiąc tyle hałasu, że można go łatwo usłyszeć w Convention Center dziesięć przecznic dalej. Policja również zaczęła ostrzeliwać autostradę i wysłała linie funkcjonariuszy, aby oczyścili teren za pomocą plastikowych kul, ale bezskutecznie. Nawet kiedy zaczęli używać armatek wodnych. Starzy ludzie, rodziny, związkowcy, wszyscy zaczęli rzucać na gliniarzy deszcz cegieł, desek i płonących gruzu. Wreszcie, policja się wycofała.

– Więc, co tutaj robisz? – pytam.

– Słyszeliśmy plotkę, że mogą ruszać na IMC. Przyszłam sprawdzić, czy ludzie nie potrzebują tu pomocy. A ty?

– Sprawdzałem wiadomości o Karen i zostałem uwięziony w IMC na godzinę, kiedy ktoś pożyczył moją maskę przeciwgazową.

– Och, słyszałam, że ktoś skontaktował się z Saszą, która powiedziała, że Karen została aresztowana i zabrali ją do Montrealu.

– Naprawdę? Od kogo to usłyszałaś?

– Kogoś. – Myśli przez chwilę. – Nie, nie pamiętam. Może ktoś z Nowego Jorku? A czy wiesz coś o tej plotce, że ktoś zginął przy autostradzie?

– To wszystko, o czym rozmawiali w IMC przez ostatnią godzinę lub dwie. Ale wydaje się, że nikt nie wie, czy facet naprawdę nie żyje.

Przeszukując policyjne pozycje wokół IMC, wciąż wpadamy na starych znajomych. Simon z Nowego Jorku wychodzi z mgły w hełmie, tarczy oraz ochraniaczach na ręce i golenie, dokładnie takich, jakich używaliśmy w Ya Basta! Wydaje się tak samo zaskoczony jak my, że udało mu się przez to przejść, i tak zadowolony z siebie, jak tylko ktokolwiek mógłby być. Mówi, że wielu nowojorczyków w końcu się przebija. Dołączamy do większości Refugees, różnych elementów Czarnego Bloku oraz lokalnych mieszkańców i tworzymy prowizoryczną obronę IMC. Gdy policyjne helikoptery brzęczą nad głowami, ludzie demontują płyty ze sklepów, które były zabite deskami, i rozpalają ognisko. Potem wszyscy zaczynamy budować barykady, korzystając z metalowych ogrodzeń zebranych z małego parku u podnóża schodów.

To nie jest za wcześnie, ponieważ autobusy i furgonetki pełne policyjnych posiłków zaczynają koncentrować się zaledwie przecznicę lub dwie dalej. Następuje bitwa. Zostajemy wypędzeni z naszych pozycji, rozpraszamy się, wracamy, ponownie budujemy barykady. Wykonujemy niekończące się telefony, próbując skłonić reporterów z prasy korporacyjnej, by byli świadkami tej sceny, mając nadzieję, że ich obecność powstrzyma policję przed wtargnięciem do budynku. Nigdy nie odpowiadają. Niemniej jednak, pomimo kilku pocisków z gazem łzawiącym wbitych w okna na klatce schodowej, policja nigdy nie wchodzi do samego budynku.

22:45, Côte D’Abraham

W końcu mamy szansę spłacić nasze zaangażowanie w pracę na rzecz IMC. Shawn ma radio i zgadza się robić raporty uliczne na zmianie od 23 do 4. Daje to także Refugees nowy powód i pretekst, by mniej więcej śledzić wydarzenia w tej części miasta.

Samo miasto nabrało charakteru niemal powstańczego. Wkrótce okazuje się, że policja kompletnie przesadziła. Rozpraszając swoje siły tak daleko od muru, nie mieli żadnych wyraźnych stref kontroli: nawet większość Jean Baptiste jest ponownie wyzwolonym terytorium, z barykadami i ogniskami wzniesionymi w kilkunastu różnych miejscach. Wędrujemy wzdłuż Côte d’Abraham, krętej ścieżki wzdłuż stromego urwiska, u samych stóp Starego Miasta, próbując znaleźć drogę powrotną. Drogą idą odosobnione grupy ludzi. Wielu wydaje się apolitycznymi, miejscowymi chłopcami, którzy dobrze się bawią. Jedna dobroduszna załoga wznosi toast na nas, gdy przechodzą: „To bardzo dobra noc na picie piwa!”. Inny młody mężczyzna został trafiony plastikową kulą w pośladki i pokazuje pręgę wszystkim, których spotyka. („Popatrz? Widzisz, co te świnie mi zrobiły?”). To jakby koleżeństwo z wczoraj rozciągnęło się na całe miasto, choć, gdy wspinamy się na Stare Miasto, widzimy kilka dzieł pijanego przypadku, gdy butelki rozbijają szyby zamkniętych sklepów.

Jednym z nich była narożna drukarnia, która wydawała się dość wyraźnie lokalna.

– Tsk. To nie jest uzasadniony cel, prawda? – mówi Lyn.

– Z drugiej strony – zauważa Heidi – w porównaniu z tym, co dzieje się po mistrzostwach hokeja w tym mieście, to nic. Uszkodzenia zwykle wynoszą setki tysięcy dolarów. Myślę, że nawet chuligani się powstrzymują.

Na Starym Mieście afrykańscy i azjatyccy imigranci są wśród tłumów broniących pozycji przed policją. Dzieci i starcy już zostali ewakuowani. Ciągle wpadamy na aktywistów z Nowego Jorku. Brad Will, eko-aktywista mieszkający w nowojorskim IMC, właśnie przybył do miasta; ma ogromny plecak, a jego twarz jest owinięta podartą koszulką, cuchnącą octem.

– Problem – mówi – jest taki, że ludzie po prostu nie radzą sobie z gazem. Wygnalibyśmy ich z całej okolicy, gdyby nie gaz.

Brad kieruje nas do szczególnie dramatycznej sceny na górze wzgórza, która może być warta opisania. Ben i ja wspinamy się na wzgórze, żeby zbadać sprawę. Trwa wielka bitwa, gdy mieszkańcy kucają za barykadą sof, drewnianych drzwi i bibelotów najwyraźniej wyciągniętych z piwnic; gliniarze strzelają do nich z pozycji za trzema lub czterema pojazdami policyjnymi dalej na ulicy. Młodzi mężczyźni wlewają benzynę i cukier do pustych butelek z dużego plastikowego kanistra; potem zapychają butelki szmatami i zostawiają je przy krawędzi barykady. Od czasu do czasu ktoś bierze jeden, wbiega na małą działkę między dwoma budynkami, zapala go i rzuca w policję, a potem ucieka. Z kolei policja strzela zza barykady bombami pieprzowymi, aby zmusić ludzi do podniesienia się, następnie strzela im w głowy plastikowymi kulami. Patrzę, jak mołotow wypływa w górę, nie trafia w cel i ląduje na drewnianym nadprożu okna na piętrze, wzniecając mały ogień. Nikt nie wydaje się szczególnie zaniepokojony.

– Jej, oni zamierzają spalić własną dzielnicę!

Chwilę później byłem ślepy i nie mogłem oddychać. Kolejna bomba pieprzowa. Mam wyraźne wspomnienie, kiedy mówiłem sobie „trzymaj głowę w dole, trzymaj głowę w dole”, a sekundę później czułem się, jakby ktoś właśnie rozbił mi butelkę na głowie. To dziwne, bo nikt nigdy nie stłukł mi butelki nad głową i właściwie nie mam pojęcia, jak by to było, ale to była moja pierwsza reakcja. Najwyraźniej udało mi się utrzymać w większości na dole, a kula odbiła się rykoszetem od samego czubka głowy i zatrzymała się dziesięć metrów za nami. Na sekundę usiadłem na ziemi, a potem cofnąłem się, gdy ktoś przebiegł obok, wykrzykując coś pomocnego po francusku. Z powrotem u podnóża wzgórza Brad, wciąż tryskający gazem łzawiącym, podarował mi kulę – a przynajmniej była to prawdopodobnie ta sama kula.

– Jeśli to twoja pierwsza – powiedział – możesz ją zatrzymać.

– Dzięki.

Kula jest gigantyczna: zrobiona z czegoś, co przypomina twardą, zieloną gumę, w kształcie młotka, wystarczająco duża, by wypełnić moją dłoń. Mówię sobie: to szczęście, że godzinę temu połknąłem jedną z tych tabletek z kodeiną, tak na wszelki wypadek.

Kilka godzin później lądujemy w małym, pełnym sklepów parku na skraju dolnego miasta, na rogu Coronne i Charest, gdzie kolejne wielkie ognisko stało się centrum spontanicznej imprezy ulicznej. Ktoś wyciągnął nagłośnienie, ludzie palą narkotyki i tańczą w blasku płomieni. Inni napływają z autostrady lub zostają wezwani do bitw kilka przecznic dalej. Od czasu do czasu pojawiają się samochody, jedno spojrzenie na scenę i desperacko zawracają. Kiedy wracamy do domu około czwartej nad ranem, mówi się o kolejnym ataku na mur, tym razem z Równiny Abrahama. Krążą też pogłoski, że rząd wzywa wojsko.

4.3. Niedziela, 1 kwietnia

Następnego ranka wszyscy byliśmy rozgorączkowani.

Ben: To był ogromny sukces.

Shawn: To było zdecydowanie najbardziej imponujące demo, w jakim kiedykolwiek byłem.

I wiem, że mieszkańcy Quebec City wkrótce będą mieli kolejną.

– Więc kim dokładnie byli – spytałem – ci wszyscy ludzie, którzy całą noc hałasowali na autostradzie? Czy to naprawdę byli związkowcy ze Szczytu Ludowego?

– To niesamowita rzecz – powiedziała Lyn. – Oni byli wszystkim. Ludzie z Unii. Dzieci. Babcie. Starzy hipisi. Zwykli obywatele wszelkiego rodzaju.

– Widziałem dzieciaki z liceum – ktoś się wtrąca – matki z dziećmi, jedna drużyna matka-córka waliła kijami w barierki. Ludzie stworzyli coś w rodzaju improwizowanego systemu rotacji, aby mieć pewność, że dźwięk nigdy nie będzie cichnąć.

– Wielu członków związku przyjechało z maskami i butelkami octu z nimi w autobusie, już zorganizowanych w grupy afinicji i tak dalej.

– Jeśli się nad tym zastanowić – powiedział Shawn – było to idealne nieposłuszeństwo obywatelskie, ponieważ mogliśmy zrobić ten ogromny hałas, który można by usłyszeć z odległości kilometra. Na pewno mogli to usłyszeć na Szczycie i w hotelach, w których przebywali delegaci. Ale jednocześnie po prostu nie dało się nas usunąć. Ludzie zaczynali bić już w południe, a ja wróciłem kilka godzin później i nadal szło tak samo dobrze.

– Ponadto byli tak wysoko, że wydaje mi się, że delegaci w Convention Center rzeczywiście mogli ich zobaczyć.

Rozmowy takie jak ta miały trwać przez wiele dni, a nawet tygodni, i stopniowo krystalizować w formalnych „raportach” dla grup w domu, narracjach internetowych i opublikowanych raportach IMC, filmach i książkach, o których wszyscy wiedzieliśmy, że w końcu wyjdą z tego, jeśli ograniczą się do prawie wyłącznie aktywistycznej publiczności. Wszak podczas akcji otacza nas niemal nieskończoność potencjalnych narracji, jedne bardziej bezpośrednie („gliniarze wkraczają do IMC!”, inne bardziej abstrakcyjne („Brazylijczycy szukają pretekstu do sabotowania Szczytu”), wszystkie otwarte, niepewne, o których większość wie, że okaże się nieistotna lub nieprawdziwa. Nikt, nawet w IMC, nie jest w stanie zacząć spekulować o tym, jak cała historia zostanie później opowiedziana, zwłaszcza kto wygrał. Jeśli gra się w grę, zasady gry – nawet dokładny charakter pola i graczy – były nieustannie negocjowane i renegocjowane, w akcji. Nikt zaangażowany w to nie miał bezpośredniego kontaktu z więcej niż maleńkim procentem (ja na przykład nigdy nie widziałem parady, Bridge CD czy Living River) i tylko z perspektywy czasu mogliśmy wymyślić prawdopodobną teorię, jaka była stawka bitwy. Nie chodzi o to, że istnieje kiedykolwiek jedna ostateczna historia, nawet po latach – nigdy nie ma, z żadnym wydarzeniem historycznym. Ale te rozmowy odegrały kluczową rolę w zawężeniu kwestii.

Do południa wróciliśmy na kolejną radę przedstawicielską CLAC, gdzieś na Côte d’Abraham. Nocne bitwy dobiegły końca, ogniska nawet się nie tliły – wszystko dobiegło końca. Wydawało się nawet, że barykady były systematycznie niszczone przez buldożery, a duża liczba aktywistów opuściła już miasto. Wiele dyskusji dotyczyło tego, czy uda się zebrać wystarczającą liczbę ludzi, aby maszerować na Ministerstwo Sprawiedliwości, aby zaprotestować przeciwko policyjnym represjom w weekend. Miało się też odbyć demo w Grand Théâtre, w pobliżu armatki wodnej i impreza gdzieś indziej, ale nic na tyle inspirującego, żebyśmy nie wycofali się z powrotem na Uniwersytet, żeby zacząć zbierać swoje rzeczy na wyjazd.

Najniebezpieczniejsze są zawsze końcowe dni akcji. W dużych mobilizacjach liczba aktywistów osiąga szczyt na początku, a następnie stale spada z powodu obrażeń, aresztowań, a wkrótce ludzie po prostu wracają do swojego życia lub pracy. Z drugiej strony liczebność policji pozostaje stała. Gdy tylko równowaga sił zacznie się znacznie przechylać, zwykle zaczynają mścić się za upokorzenia z poprzednich dni. Wszelkiego rodzaju działania stają się coraz bardziej niebezpieczne; często chodzenie ulicą, ponieważ gliniarze często rozpoczynają przypadkowe masowe aresztowania, których wcześniej nie byli w stanie przeprowadzić. Każdy, kto chodzi samotnie w ekwipunku, a nawet w zielonych włosach, kolczykach lub tatuażach, może być celem; ale małe grupy też niekoniecznie są bezpieczne. W tym samym czasie dopiero w fazie skończenia ci, którzy brali udział w akcjach, zaczynają mieć jasny obraz tego, co się wydarzyło – są w stanie oddzielić dobre informacje od złych, a przede wszystkim zacząć konstruować ogólny obraz wydarzenia jako całości. Rezultatem jest połączenie rosnącej paranoi w terenie i ogromnego przepływu nowych i retrospektywnych informacji. Wyglądało to tak, jakby poczucie, które miałem w IMC – połączenie rozległej panoramy i klaustrofobicznego terroru – teraz rozszerzyło się, by wypełnić całe miasto, a przynajmniej te części, które zamieszkiwali aktywiści.

14:15

W Laval Mac ciężko pracował, odpowiadając na telefony i przeglądając listy aresztowanych w kancelarii prawnej. Shawn przeprowadził wywiad z organizatorem CASA z Comité Populaire du St. Jean-Baptiste, który podkreślił potrzebę odejścia od Szczytów i pracy w społecznościach. Plotka głosiła, że właśnie przyjechało więcej ludzi z Nowego Jorku. Wróciłem do sali gimnastycznej, teraz w dużej mierze pustej, z wyjątkiem niekończących się stosów plecaków, aby ich znaleźć. Zostało co najwyżej sto osób. Montreal Ya Basta! grała na perkusji małą improwizację. Spędziłem z nimi trochę czasu na pogawędce, robiąc notatki na temat sprzętu i taktyk, które chciałem przedstawić w nowojorskiej Ya Basta!, jeśli rzeczywiście taka jeszcze istniała.

W rzeczywistości była tam siedmioosobowa grupa, która właśnie przeszła, w tym Eric i Enos z Nowego Jorku oraz słynny aktywista Bork z DC. Spotkanie z nimi było początkowo trochę dezorientujące. Spędziłem właśnie dwa dni na ulicach, gdzie każdy, kogo spotkałeś, kto nie strzelał do ciebie, był twoim bratem lub siostrą; po prostu szli do akcji, pełnej tajnych planów i ponurej intensywności. Mimo to muszę się trochę dowiedzieć o tym, co przydarzyło się moim przyjaciołom. Kiedy wszyscy odwrócili się przed bramką celną w Akwesasne, zebrali się, aby zdecydować, co dalej. Zapadła noc, nasi nieliczni klienci Mohawk przekroczyli granicę i porzucili nas, a postacie w ciemności zaczęły od czasu do czasu strzelać paintballem w nasze pojazdy. Karawana wróciła do Burlington dopiero około 3 nad ranem. Niektórzy poszli do domu. Niektórzy próbowali nazajutrz poddać się odprawom celnym w innych miejscach. Niektórzy się przedostali. Wszystkie osoby zgłaszały agresywne przesłuchania mające na celu ustalenie, czy są w jakikolwiek sposób powiązani z organizacją o nazwie „Ya Basta!”. Warcry dołączył do załogi nazwanej „Brygadą Rakiet Śnieżnych”, która przeszła pieszo przez las w środku nocy. Zostali złapani, gdy jeden niedoświadczony dzieciak wpadł w panikę i zapytał gliniarza o drogę. Pozostały kontyngent Ya Basta! próbował skorzystać z legalnej drogi, ale po dwukrotnym poddaniu się odprawie celnej wszyscy znaleźli się w areszcie imigracyjnym. Z wyjątkiem, zabawnie, Moose. Po prostu został zawrócony. Sasha był z nimi zamknięty: dlatego jego telefon nie działał. Wszystkich zabrano do Montrealu w celu przeprocesowania i prawdopodobnie wypuszczono za kilka dni. Karen, która, jak wychodzi na jaw, rzeczywiście wyjechała w piątek bez mówienia komukolwiek, jest już w Montrealu, żeby spróbować dotrzeć do Sashy.

W końcu organizujemy małe spotkanie Nowego Jorku. Brad donosi, że ulice stają się coraz bardziej niebezpieczne, wszędzie pojawiają się czarne SUV-y, a także dyskretne vany z osłonami, które wydają się kanadyjskim wywiadem. Zabierają każdego, kto ma sprzęt – na pewno ochraniacze lub tarcze, ale nawet medyków lub dziennikarzy IMC z kamerami wideo. Simon został aresztowany dziś rano. Kilku innych nowojorczyków pojawiło się w mieście tylko po to, by zostać natychmiast przyłapanym w obławie.

Wymyślamy plan. Ci, którzy brali udział w akcji, powinni chyba najlepiej wyjechać z miasta. Wrócimy do Montrealu i udzielimy wsparcia więziennego naszym przyjaciołom z aresztu imigracyjnego, którzy wkrótce powinni stawić się na przesłuchania.

Wracając do kancelarii, ze zdziwieniem odkrywam Rufusa, starego przyjaciela i legendarnego medyka akcji z Nowego Jorku, czekającego w kolejce po wegetariańskie burrito w darmowej kuchni, która została założona w pobliskim holu. Kitty i Lee też tam są. Rufus pracował z zespołem medycznym od soboty i ma wszystkie szczegóły dotyczące ofiar. Okazuje się, że rzeczywiście ktoś został postrzelony w gardło, ale żyje. Na chwilę przestał oddychać, ponieważ miał zmiażdżoną krtań, ale medycy zdołali go zmusić do oddychania, a lekarze później uratowali mu życie, wykonując tracheotomię. Nigdy więcej już nic nie powie. To była najgorsza pojedyncza kontuzja. Innemu mężczyźnie oderwał palec, próbując zburzyć Mur, ale sanitariusz przyszył go z powrotem. (Kitty: „Och, widziałam, jak to się stało! To nie było z bliska, ale…ściskał ten sznur i próbował zburzyć fragment ogrodzenia, kiedy ten gliniarz wspiął się na płot i szarpnął go z powrotem. Jego palec odpadł. Po prostu stał tam oszołomiony, a wszyscy krzyczeli „Medyk!” Potem jeden podbiegł, złapał za palec i odszedł z nim”). Był jeszcze jeden, który stracił ucho, gdy pojemnik z gazem łzawiącym uderzył w jego kolczyk. Dużo złamanych ramion i złamanych żeber.

– Nie zostałeś trafiony, prawda? – zapytał Lee. – Ponieważ na pewno celowali w ulicznych medyków. Widziałem to. Nie tylko strzelali, żeby ich przestraszyć, ale celowali w nich.

Na głównej drodze biegnącej przez kampus znajduje się długa kolejka autobusów; co godzinę, cztery lub pięć wyjeżdża, by zawieźć ludzi z powrotem do Montrealu. Pojawia się pytanie, czy trzeba być studentem, ale wydaje się, że nikt nie sprawdza legitymacji. Wielka historia w lokalnych gazetach jest taka, że wszystkie duże hotele i restauracje musiały wyrzucać tony jedzenia, ponieważ było ono skażone gazem, i że podobno George W. Bush próbował wypić łyk ze skażonej butelki i miał wypluć to wszystko – choć trudno sobie wyobrazić, jak to się naprawdę stało.

Zbieramy się w małą grupkę: Rufus, Kitty i Lee, Janna, jeszcze kilku.

16:25

Przechodzi marsz obok Des Jardins, może dwustu ludzi, prowadzonych przez czerwono-czarne flagi. Myślę, że kierują się do Ministerstwa Sprawiedliwości. Kitty, która dołączy do nas w więzieniu, jakoś zdobyła dla nas czarną flagę i sztandar.

Jakimś cudem kancelaria ma kompatybilną ładowarkę do telefonów komórkowych. Mając około piętnastu minut baterii, dzwonię do Alison Haynes, reporterki Montreal Gazette, do której miałam zamiar zadzwonić przez cały weekend. Okazuje się, że ona też była w banku CIBC, prawdopodobnie jednym z tych reporterów, których zauważyłem wśród gapiów. Mówi, że później przeprowadziła wywiad z tęczową parą. Byli z Vancouver. Po naszym wyjściu napisali notatkę do CIBC:

– Przepraszamy, zrobiliśmy co w naszej mocy, aby uratować twój bank.

Nie rozmawiałem z nią dłużej niż minutę lub dwie, kiedy Rufus przychodzi mi powiedzieć, że spóźnimy się na nasz autobus. Potem oczywiście telefon umiera. Następnego dnia w Montrealu biorę gazetę i znajduję artykuł z krótkim cytatem ze mnie, wyjaśniającym, że został przerwany przez moją konieczność wywiezienia mnie z miasta.

18:25, Autobus do Montrealu

W autobusie wszyscy wymieniają opowieści wojenne. Kilku montrealskich Yabbów już wraca do domu. Greg wymienia trzy cele korporacyjne, które zostały trafione: CIBC, stację Shell Oil, która została zdewastowana (napastnicy namalowali sprayem słowa „Viva Ken Saro Wiwa!”) oraz sklep z kanapkami Subway. Nie McDonald, jak niektórzy mówili. Wybrano Subway, ponieważ była to druga co do wielkości sieć fast foodów w Ameryce Północnej i była własnością Kanady. Ponadto niektórzy ludzie zniszczyli jedną z ciężarówek telewizyjnych pozostawionych na środku parku, aby zaprotestować przeciwko mediom korporacyjnym. Greg wątpi co do „małych zamieszek tamtej nocy”. To było dość kiepskie. Nie widziałem tego, ale słyszałem, że grupa nacjonalistów z Quebecu oszalała i siała spustoszenie w całym Starym Mieście. Słyszałem, że wybili nawet szyby w naszej klinice!

– Nie, nie – powiedziałem – to byli gliniarze.

– Jesteś pewien?

– Absolutnie. Byłem wtedy w IMC. Rozmawiałem nawet z medykami, którzy przyszli później, aby znaleźć nowe miejsce.

– Och. Nadal nie wiem. Nie brałem udziału w wyborze celów, ale wiem, że włożono w to wiele namysłu. Jeden bank, jedna firma naftowa, jedna sieć fast foodów, jedna sieć telewizyjna. Po prostu nie znoszę patrzeć, jak banda pijanych chłopaków z bractwa wychodzi i osłabia wiadomość.

Dwoje dzieciaków z terytorium Tyendinaga Mohawk opowiada o tym, jak przybyli na Akwesasne, ale nie mogli przedostać się przez linię policyjną w Cornwall.

– Serio? – pytam. – Ponieważ nikt z nas nie był naprawdę pewien, czy naprawdę mamy jakiekolwiek wsparcie społeczności.

– Nie, nie, po prostu nie mogliśmy wejść, ponieważ policja była tam z tarczami i pałkami blokującymi drogę wszystkim. Pieprzone świnie! To jest nasz pieprzony dom i wyglądało to tak, jakby był pod okupacją wojskową.

– Tak – mówi drugi dzieciak. – Byliśmy gotowi do zamieszek. Byliśmy z karawaną w Windsor i chcieliśmy dołączyć do was w Akwesasne. Ale było ich po prostu za dużo.

– Serio? – pytam. – Och. Szkoda tylko, że wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Czuliśmy się tam strasznie samotni.

Głównie jednak wszyscy są po prostu wyczerpani. Kitty przez chwilę wygląda przez okno.

– Co za dziwny zjazd – mówi. – Wiesz, co to przypomina? Schodzenie z kwasu. Wiesz, jak wtedy, gdy potykasz się od kilku dni i zjeżdżasz i nagle wszystko jest do bani?

Lee się zgadza. Nadal czuje się dziwnie z powodu mołotowa.

– Czuję się brudny i zużyty.

– Nie wiem. – Kitty. – W każdym razie niezużyta. Ale problem polega na tym, że kiedy schodzisz z akcji, nie ma sposobu, aby po prostu przyjąć kolejny cios.

5. Akcje bezpośrednie, Anarchizm, Demokracja Bezpośrednia

Ponieważ jest to książka o akcji bezpośredniej, najlepiej zacząć od wyjaśnienia, co to jest.

5.1. Co to jest akcja bezpośrednia?

Przez lata setki anarchistów próbowały odpowiedzieć na to pytanie w broszurach, ulotkach i przemówieniach. Oto próbka:

Akcja bezpośrednia oznacza działanie dla samego siebie, w sposób, w którym można bezpośrednio rozważyć problem, z którym się mierzymy, bez potrzeby pośrednictwa polityków lub biurokratów. Jeśli widzisz buldożery, które zamierzają zniszczyć twój dom, angażujesz się w bezpośrednie działania, aby bezpośrednio interweniować, aby spróbować je powstrzymać. Akcja bezpośrednia przeciwstawia sumienie moralne urzędowemu prawu…Jest wyrazem gotowości jednostki do walki, przejęcia kontroli nad własnym życiem, do bezpośredniego wpływania na otaczający nas świat, do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny.

Sans Titres Bulletin, „Czym jest działanie bezpośrednie?”

Weźmy pospolity przykład. Jeśli rzeźnik waży czyjeś mięso i dociska kciuk na wadze, można na to się poskarżyć i powiedzieć mu, że jest bandytą, który okrada biednych, a jeśli upiera się i nie robi się nic więcej, to tylko gadanie; można wezwać Departament Wag i Miar i jest to działanie pośrednie; można też, bez rozmowy, nalegać na samodzielne zważenie mięsa, zabrać ze sobą wagę, żeby sprawdzić wagę rzeźnika, przenieść interes w inne miejsce, pomóc otworzyć sklep spółdzielczy itp., a to są działania bezpośrednie.

David Wieck, „Habits of Direct Action”

Działanie bezpośrednie ma na celu osiągnięcie naszych celów poprzez własną działalność, a nie poprzez działania innych. Chodzi o to, by ludzie wzięli władzę dla siebie. Pod tym względem różni się od większości innych form działań politycznych, takich jak głosowanie, lobbing, próby wywierania nacisku politycznego poprzez akcje protestacyjne lub za pośrednictwem mediów. Wszystkie te działania…oddają naszą władzę istniejącym instytucjom, które działają, aby uniemożliwić nam działanie na rzecz zmiany status quo. Akcja Bezpośrednia odrzuca taką akceptację istniejącego porządku i sugeruje, że mamy zarówno prawo, jak i moc zmieniania świata. Pokazuje to przez robienie tego. Przykłady akcji bezpośredniej obejmują blokady, pikiety, sabotaż, skłoting, zagważdżanie drzew, lokauty, okupacje, strajki, spowolnienia, rewolucyjny strajk generalny. We wspólnocie działanie bezpośrednie zawiera, między innymi zakładanie własnych organizacji, takich jak spółdzielnie żywnościowe oraz radio i telewizja z dostępem do społeczności…Akcja Bezpośrednia to nie tylko metoda protestu, ale także sposób na „budowanie przyszłości już teraz”. Każda sytuacja, w której ludzie organizują się, aby rozszerzyć kontrolę nad własną sytuacją bez uciekania się do kapitału lub państwa, stanowi Akcję Bezpośrednią…Tam, gdzie się powiedzie, Akcja Bezpośrednia pokazuje, że ludzie mogą kontrolować swoje życie – w efekcie możliwe jest społeczeństwo anarchistyczne.

Rob Sparrow, „Anarchist Politics and Direct Action”

Każda osoba, która kiedykolwiek myślała, że ma prawo coś domagać, i śmiało tego dowiodła, sama lub wspólnie z innymi, którzy podzielali jej przekonania, działała bezpośrednio. Każda osoba, która miała plan, lub przedstawiła swój plan innym i zdobyła ich współpracę, aby to zrobić z nim, bez zwracania się do władz zewnętrznych, aby zrobić to za nich, była za akcją bezpośrednią…Każda osoba, która kiedykolwiek w jego życiu miała cokolwiek z kimkolwiek do załatwienia i udała się prosto do tych zaangażowanych osób, aby to załatwić, albo według pokojowego planu, albo w inny sposób, działała bezpośrednio.

Voltairine De Cleyre, „Direct Action”

Człowiek ma tyle wolności, ile gotów jest jej sobie wziąć. Anarchizm opowiada się zatem za bezpośrednim działaniem, otwartym nieposłuszeństwem i oporem wobec wszystkich praw i ograniczeń: ekonomicznych, socjalnych i moralnych. Jednak nieposłuszeństwo i opór to rzeczy nielegalne. i w tym właśnie tkwi zbawienie człowieka. Wszystko, co poza prawem, wymaga uczciwości, samowystarczalności i odwagi. Krótko mówiąc, anarchizm domaga się duchów wolnych, niezależnych, „ludzi, którzy są ludźmi, i którzy mają twardy i sztywny kręgosłup”.

Emma Goldman, „Anarchizm: co to naprawdę oznacza”

Teraz powinno być dość łatwo zrozumieć, dlaczego anarchistów zawsze pociągała idea akcji bezpośredniej. Anarchiści odrzucają państwa i wszystkie te systematyczne formy nierówności, które państwo umożliwia. Nie starają się wywierać nacisku na rząd, aby wprowadził reformy. Nie starają się też przejąć dla siebie władzy państwowej. Chcą raczej zniszczyć tę moc, używając środków, które są – na ile to możliwe – zgodne z ich celami, które ich ucieleśniają. Chcą „zbudować nowe społeczeństwo w skorupie starego”. Akcja bezpośrednia jest z tym doskonale zgodna, ponieważ w swej istocie akcja bezpośrednia jest naciskiem, w obliczu struktur niesprawiedliwej władzy, na działanie tak, jakby ktoś był już wolny. Nie zabiega się o państwo. Niekoniecznie wykonuje się nawet wielki gest sprzeciwu. O ile jest się zdolnym, postępujemy tak, jakby państwo nie istniało.

Taka jest w zasadzie różnica między działaniem bezpośrednim a obywatelskim nieposłuszeństwem (chociaż w praktyce często obie te rzeczy się pokrywają). Kiedy ktoś pali kartę poboru, wycofuje zgodę lub współpracę ze struktury władzy, którą uważa się za nieuprawnioną, jest to nadal forma protestu, aktu publicznego skierowanego przynajmniej częściowo do samej władzy. Zazwyczaj osoba praktykująca nieposłuszeństwo obywatelskie jest również gotowa zaakceptować prawne konsekwencje swoich działań. Działanie bezpośrednie idzie o krok dalej. Działaczka nie tylko odmawia płacenia podatków, by wesprzeć zmilitaryzowany system szkolny, ale łączy się z innymi, próbując stworzyć nowy system szkolny, który działa na innych zasadach. Działaczka postępuje, jakby Państwo nie istniało i pozostawia decyzję reprezentantom państwa, czy wysłać uzbrojonych ludzi, żeby ją powstrzymali.

Czytelnik mógłby się teraz sprzeciwić: z pewnością akcja bezpośrednia zwykle wiąże się z bezpośrednią konfrontacją z przedstawicielami państwa. Nawet jeśli nie zaczyna się od takiej konfrontacji, wszyscy są świadomi, że prawdopodobnie w końcu do niej dojdzie. To z pewnością wydaje się sugerować uznanie ich istnienia. To prawda, ale nawet tutaj sprawy są bardziej subtelne. Kiedy dochodzi do konfrontacji, dzieje się tak zazwyczaj dlatego, że ci, którzy prowadzą akcję bezpośrednią, upierają się przy tym, by zachowywać się tak, jakby przedstawiciele państwa nie mieli większego prawa do narzucania swojego poglądu na temat praw lub błędów sytuacji niż ktokolwiek inny. Jeśli mężczyzna jedzie ciężarówką pełną toksycznych odpadów, aby wyrzucić ją do lokalnej rzeki, działaczka bezpośrednia nie zastanawia się, czy korporacja, którą reprezentuje, jest do tego prawnie dozwolona; traktuje go jak każdego, kto próbuje wrzucić kadź z trucizną do lokalnego źródła wody. (Przy takiej interpretacji, fakt, że wspomniany działacz bezpośredni rzadko próbuje po prostu fizycznie obezwładnić sprawcę, jest niezwykłym świadectwem oddania większości aktywistów wobec niestosowania przemocy). Zwykle wniosek jest taki, że jest to uzasadnione dla każdego sumienia mężczyzny lub kobiety w pobliżu, aby połączyć siły, aby spróbować odwieść niedoszłą wywrotkę, a jeśli to konieczne, powstrzymać ją, powiedzmy, kładąc się przed ciężarówką lub przebijając jej opony. Jeśli to zrobią, a wtedy pojawi się dwudziestu uzbrojonych mężczyzn w niebieskich strojach i każe im oczyścić ulice, to z kolei nie traktują tego żądania jako porządku prawnego, ale raczej jako moralnie równorzędne z każdym innym żądaniem grupy ludzi stojących na ulicy. W związku z tym, jeśli policja zażąda, aby ci, którzy blokują ciężarówkę, opróżnili ulicę, ponieważ karetka pogotowia próbuje przejechać, prawie na pewno zastosują się do tego; jeśli policja wystąpi z takimi żądaniami po prostu ze względu na swoją władzę prawną jako przedstawicieli miasta, osoby blokujące je zignorują; jeśli grożą atakiem, osoby blokujące zastanowią się, czy są w stanie podjąć ryzyko związane z zajęciem stanowiska[11]. Kluczową kwestią jest jednak to, że nadal zachowujemy się tak, jakby państwo nie istniało, przynajmniej jako byt moralny[12]. W każdym razie możliwe byłoby przeprowadzenie tajnej akcji bezpośredniej. Z definicji niemożliwe jest przeprowadzenie tajnego aktu nieposłuszeństwa obywatelskiego.

Rozwijam tutaj coś, co można by nazwać klasyczną definicją akcji bezpośredniej – rozwiniętą i opisaną przez co najmniej półtora wieku refleksji anarchistycznej. Często w dzisiejszych czasach termin ten jest używany w znacznie luźniejszym znaczeniu. „Akcja bezpośrednia” staje się jakąkolwiek formą politycznego oporu, która jest jawna, bojowa i konfrontacyjna, ale nie jest to jawne powstanie militarne (por. Carter 1973). W tym sensie, jeśli ktoś robi coś więcej niż maszerowanie ze znakami, ale nie jest jeszcze gotowy, aby wyruszyć w góry z AK-47, to jest działaczem bezpośrednim. Boston Tea Party, podczas którego grupa kolonialnych rewolucjonistów przebranych za Indian wyrzuciła do bostońskiego portu mnóstwo mocno opodatkowanej brytyjskiej herbaty, jest często przywoływany jako klasyczny przykład tego rodzaju akcji bezpośredniej[13]. Takie działania bywają jednocześnie bojowe i symboliczne. Używany w ten sposób termin „akcja bezpośrednia” może obejmować ogromny zakres: może oznaczać wszystko, od upierania się przy swoim prawie do siedzenia przy ladzie w barze dla białych po podpalenie jednego z takich barów, od stawiania się buldożerom w starym lesie do nabijania gwoździami drzew, aby drwale, którzy lekceważą ostrzeżenia, aby nie ścinać w niektórych obszarach, ryzykowali życiem.

Aktywiści również często mówią tak, jakby różnica między akcją bezpośrednią a obywatelskim nieposłuszeństwem polegała po prostu na bojowości. Dla niektórych oznacza gotowość do zaakceptowania aresztowania. Osoby wykonujące „ON” mogą dobrowolnie oddać się policji; nawet jeśli tego nie zrobią, kiedy blokują wejście do siedziby firmy lub kładą się przed prezydenckim pasem samochodowym, działają w pełnym oczekiwaniu, że trafią do więzienia, a gdy policja zamierza ich aresztować, nie będą uciekać i opierać się tylko biernie lub wcale. W przeciwieństwie do tego, akcjoniści bezpośredni, niezależnie od tego, czy wybijają nocą okna, czy lutują drzwi w fabrykach okupowanych przez robotników, robią wszystko, co w ich mocy, aby uszło im to na sucho. Albo, alternatywnie, rozróżnienie może dotyczyć tego, jak bardzo czyjaś taktyka zbliża się do konwencjonalnych definicji „przemocy”. Kiedy angielskie sufrażystki odmawiały płacenia podatków, zwykle opisywane były jako praktykujące nieposłuszeństwo obywatelskie; kiedy zaczęły systematycznie wybijać witryny sklepowe, zwykle mówiono, że przeszły do akcji bezpośredniej. Oczywiście, według klasycznych anarchistycznych definicji, wybijanie okien w celu wywarcia nacisku na rząd, aby wprowadził reformę głosowania, nie jest w żadnym sensie akcją bezpośrednią – jest całkowicie pośrednią – ale użycie tego słowa pokazuje, jak bardzo termin ten stał się synonimem pewnego stopnia bojowości.

Wszystko to sprawia, że łatwo zrozumieć, dlaczego kwestia „działań bezpośrednich” tak często znajduje się w centrum debaty politycznej. Na przykład w pierwszej połowie XX wieku toczyły się niekończące się spory o rolę akcji bezpośredniej w ruchu robotniczym. Dziś łatwo zapomnieć, że kiedy pojawiły się związki zawodowe, postrzegano je jako skrajnie radykalne organizacje. W rzeczywistości reprezentowały rodzaj roszczenia do rewolucyjnej dwuwładzy. Strajk, niszczenie maszyn, okupacja fabryk, tworzenie pikiet, aby fizycznie uniemożliwić łamistrajkom wejście na miejsce pracy: wszystko to było kwestią tego, by robotnicy przejęli dla siebie prawo do stosowania przymusu, wbrew roszczeniom państwa posiadania monopolu na przemoc. Pierre-Joseph Proudhon, jeden z pierwszych XIX-wiecznych filozofów anarchistycznych, i blisko związany z ówczesnym francuskim ruchem robotniczym, faktycznie sprzeciwiał się strajkom, ponieważ uważał, że ruch ten powinien ograniczać się tylko do wyraźnie pokojowych form akcji bezpośredniej. Bardzo szybko jednak państwa, które nie mogły całkowicie stłumić związków, przystąpiły do ich kooptacji. Niektóre formy akcji protestacyjnych (takie jak pikiety) zostały zalegalizowane, ale ściśle uregulowane; inne (np. sabotaż w miejscu pracy) są surowo zabronione. Jak można sobie wyobrazić, wszystko to wywołało ożywioną debatę w ruchu syndykalistycznym. Georges Sorel uchwycił nieco posmak tych debat w swoim eseju „Reflections on Violence”, opublikowanym we Francji w 1908 roku. Twierdzi w nim, że nawet wtedy, gdy strajk lub akcja robotnicza rzeczywiście podważają monopol państwa na przemoc, nawet jeśli ma do czynienia z nielegalnym, dzikim strajkiem, strajki nie są naprawdę rewolucyjne, ponieważ zwykle celem strajku jest uzyskanie ustępstw w zakresie płac, godzin pracy lub warunków, które państwo zagwarantuje i ostatecznie wyegzekwuje. Dlatego nie kwestionuje się przemocy państwa, ale próbuje się ją pozyskać dla własnej strony. Sorel argumentował, że z anarchistycznego punktu widzenia jedynym prawdziwie rewolucyjnym strajkiem byłby strajk generalny, którego celem było obalenie systemu przemocy państwowej jako całości. Działania robotnicze były zatem uzasadnione tylko o tyle, o ile były próbami podążania w tym kierunku, być może próbami generalnymi lub formami agitpropu.

Również w Stanach Zjednoczonych różnice filozoficzne często kończyły się walką w dużej mierze poprzez spory o taktykę. Na początku XX wieku nastąpił głęboki rozłam między głównymi związkami, takimi jak Knights of Labor, które ostatecznie stały się kręgosłupem AFL-CIO, a związkami rewolucyjnymi, takimi jak IWW (Industrial Workers of the World – Przemysłowi Robotnicy Świata, lub Wobblies). Ostatecznym celem tych ostatnich było „zniesienie systemu płac” i odmówili zmiany przez państwo, które postrzegali jako nielegalną instytucję. Byli w istocie, jeśli nie oficjalnie, anarchosyndykalistami. Tam, gdzie związki głównego nurtu kładły nacisk na wyższe płace i bezpieczeństwo pracy, Wobblies byli – podobnie jak europejskie związki anarchistyczne – bardziej zainteresowani redukcją godzin. Jednak najważniejszą rzeczą, którą otwarcie proponowali, było poparcie Wobbly dla „akcji bezpośredniej”, która w tym kontekście oznaczała sabotaż miejsca pracy.

Należy tutaj podkreślić, że praktyka sabotażu w miejscu pracy nigdy nie była uważana za szczególnie skandaliczną – przynajmniej wśród pracowników. Niszczenie własności korporacyjnej, okupacja miejsc pracy, celowa tandeta, spowolnienia – wszystko to od dawna stanowi część repertuaru, można powiedzieć, standardowego zestawu narzędzi zorganizowanej pracy przez stulecia. Pozostają takimi do dziś. Sam dorastałem w budynku na Manhattanie z wadliwą hydrauliką z powodu sabotażu w miejscu pracy, który miał swoje korzenie w sporze pracowniczym z późnych lat pięćdziesiątych. Amerykańscy strajkujący nadal regularnie przebijają opony, a nawet podpalają sprzęt firmowy. Jednak nic z tego nie jest oficjalną polityką związkową. Urzędnicy związkowi niezmiennie potępiają takie działania lub zaprzeczają ich występowaniu. Częściowo jest to spowodowane tym, że wolno im strajkować. Związki są paradoksalnie jedyne organizacje w USA legalnie upoważnione do angażowania się w bezpośrednie działania; ale mogą to zrobić tylko wtedy, gdy tego tak nie nazywają; i tylko za cenę zaakceptowania niekończących się i zawiłych przepisów dotyczących tego, jak i kiedy mogą strajkować, jakie rodzaje pikiet mogą organizować i gdzie, czy wolno im angażować się w inne taktyki, takie jak wtórne bojkoty, a nawet kampanie reklamowe itd. Wszystko, co wykracza poza te ograniczenia, bywa definiowane jako „akcja bezpośrednia” i oficjalnie jest zabronione. To jest powód, jak zobaczymy, że przywódcy związkowi niezmiennie robią wszystko, co w ich mocy, by szeregowi robotnicy nie uczestniczyli w bezpośrednich akcjach, takich jak te w Seattle i Quebec City. Gdyby członkowie związku – jako członkowie związku – pomogli na przykład zburzyć mur w Quebecu, nie tylko braliby udział w nielegalnych działaniach, ale też narażaliby podstawy specjalnej relacji ich przywódców z Państwem.

Ci, którzy kontynuują pracę w ramach tradycji syndykalistycznej, sprzeciwią się, nie zaskakując, takiemu rodzajowi utożsamiania akcji bezpośredniej ze zwykłą wojowniczością. Mają tendencję do preferowania definicji takich jak te, od których zacząłem rozdział. Niektórzy posunęli się tak daleko, że twierdzą, że akcje na dużą skalę, takie jak Seattle czy Quebec, wcale nie były akcjami bezpośrednimi, właśnie z tego powodu. Na przykład krótko po zamknięciu Światowej Organizacji Handlu w Seattle w listopadzie 1999 roku norweski anarchosyndykalista Harald Beyer-Arensen napisał artykuł, który miał na celu pokazanie, że Seattle nie było tak naprawdę akcją bezpośrednią, ponieważ nie dotyczyło ludzi działających bezpośrednio, aby zmienić swoją bezpośrednią sytuację.

Prowadząc kampanię na rzecz robotników najemnych, aby dołączyli do Przemysłowych Robotników Świata, Eugene V. Debs stwierdził w grudniu 1905 roku: „Kapitaliści są właścicielami narzędzi, których nie używają, a robotnicy używają narzędzi, których nie posiadają”. Do tego można by dodać: Czasami akcja bezpośrednia może oznaczać wyłączenie narzędzi, których nie posiadamy, czasami może to oznaczać wykorzystanie ich do własnych, zdefiniowanych przez nas potrzeb i celów. W ostatecznym przypadku może to oznaczać jedynie działanie tak, jakby wszystkie narzędzia były w rzeczywistości naszymi własnymi (Beyer-Arensen 2000:11).

Po raz kolejny akcja bezpośrednia oznacza naleganie na działanie tak, jakby ktoś był już wolny. Oto dlaczego, argumentuje dalej, leży ona w sercu „anarchistycznego, socjalno-rewolucyjnego projektu” jest środkiem, za pomocą którego klasy robotnicze mogą się wyemancypować dzięki własnym wysiłkom, a nie pod kierownictwem jakiegokolwiek rodzaju rewolucyjnej awangardy lub elity.

Z tej perspektywy możemy zdefiniować akcję bezpośrednią jako akcję prowadzoną w imieniu nikogo innego, jak tylko nas samych, gdzie środki są natychmiast również celami, a jeśli nie, to, jak w strajku płacowym, niezapośredniczone przez żadną związkową biurokrację, gdzie środki (zmniejszenie zysków szefów przez nasz brak pracy, a tym samym zmniejszenie władzy szefów) pozostają w bezpośrednim związku z określonymi przez nas celami (podwyższenie płac i rozszerzenie naszej władzy). Skutecznie przeprowadzona akcja bezpośrednia prowadzi do bezpośredniego przeorganizowania istniejących warunków życia dzięki połączonym wysiłkom osób bezpośrednio dotkniętych (tamże).

Co wydarzyło się w Seattle? Grupa aktywistów próbowała – i przez pewien czas się to udawało – zamknąć spotkanie biurokratów handlowych, aby zakłócić negocjacje w sprawie nowej rundy WTO i upublicznić problem z samym istnieniem Światowej Organizacji Handlu. To, na co zgadza się Beyer-Arensen, pod pewnymi względami przypomina działanie bezpośrednie. Z pewnością ci, którzy stworzyli „Sieć Akcji Bezpośrednich” (DAN – Direct Action Network) w celu koordynowania postępowań, wierzyli, że to właśnie robią. Jeśli ktoś po prostu zastosuje kryterium bojowości, może ulec pokusie, aby się zgodzić, ponieważ wydarzenie to obejmowało przedłużoną (jeśli bez przemocy) konfrontację z policją. Ale w rzeczywistości, jak twierdzi Beyer-Arensen, nie była to tak naprawdę akcja bezpośrednia, ponieważ tak naprawdę nie była „bezpośrednia”. Podaje przykład. Wyobraź sobie miasto, które cierpi z powodu braku wody. Co więcej, jakiś magnat nieruchomości jest właścicielem wszystkich okolicznych gruntów i ma burmistrza w kieszeni, więc mieszkańcy nie mogą po prostu budować nowych studni. Jeśli ktoś miałby zebrać grupę mieszczan do wykopania nowej studni i tak, wbrew prawu, to byłaby to akcja bezpośrednia. Ale gdyby ktoś kazał im zablokować dom burmistrza, dopóki ten nie zmieni swojej polityki, to z pewnością by tak nie było. Może to być o wiele bardziej bojowe niż pisanie petycji, listów czy lobbing, ale jest to po prostu inna wersja tego samego: apelu do władz, aby zmieniły swoje zachowanie. Wciąż uznaje autorytet, który prawdziwy akcjonista bezpośredni odrzuciłby. Beyer-Arensen konkluduje, że próba zamknięcia spotkań WTO w Seattle nie była przykładem akcji bezpośredniej, ponieważ ostatecznie była to po prostu próba stworzenia widowiska medialnego, które następnie „wpłynęłoby na władze za pomocą jakiejś wyimaginowanej „opinii publicznej”(200:12). Same spotkania WTO miały przecież w zasadzie charakter ceremonialny. Większość prawdziwych decyzji podejmowana była gdzie indziej. Dlatego prawdziwym celem protestów było zapewnienie swoistej kontrceremonii, mającej na celu przyciągnięcie uwagi opinii publicznej, ponieważ jej rzekome cele (zamknięcie WTO jako instytucji) nie mogły być zrealizowane za pomocą zastosowanych środków. Był to w istocie akt propagandy, teatru partyzanckiego, który miał wpływać na politykę rządu.

Beyer-Arensen kończy utwór przyznaniem, że każda akcja bezpośrednia jest do pewnego stopnia aktem „propagandy czynem”, ponieważ ma uczyć poprzez przykład. Społeczność, która przeciwstawia się prawu, budując własną studnię, nie działa po prostu dla siebie; dają również przykład samoorganizacji innym społecznościom. Ale jest to efekt uboczny bezpośredniej akcji, a poza tym nie próbują wpłynąć na rząd.

Nie przedstawiam tego argumentu tak szeroko, ponieważ jest szczególnie przekonujący. Reprezentuje on opinie jednego, starszego, dość zrzędliwego anarchosyndykalisty i sądzę, że przytłaczająca większość współczesnych anarchistów z pewnością nie zgodziłaby się z jego wnioskami. W końcu, jak zauważył Sorel, tę samą logikę można zastosować do samych akcji robotniczych, które Beyer-Arensen aprobuje: ponieważ ostatecznie strajkujący domagają się wiążącego arbitrażu przez rządowych mediatorów, a nawet jeśli nie, wszelkie porozumienia, które zawierają z pracodawcami, będą w końcu wyegzekwowane przez państwo. Jeśli poprowadzi się argumentację Beyer-Arensen do logicznego wniosku, żadne działanie, które odbywa się w ramach legalności, lub w którym opinia publiczna jest czynnikiem, nie może zostać uznane za bezpośrednie. W sumie, jeśli ktoś postawi swoje ciało na drodze buldożera, który ma zniszczyć jego dom lub ogród, to chociaż można by pomyśleć, że to, co robi, po prostu odwołuje się do moralnego sumienia kierowcy, nie można realistycznie zaprzeczyć, że Kierowca prawdopodobnie będzie również myślał o możliwości bycia oskarżonym o niedbalstwo w sprawie zabójstwa lub opisanym w gazetach następnego dnia jako bezduszny zabójca. Sam Beyer-Arensen nie jest całkowicie nieświadomy tego dylematu – przynajmniej w przypadku strajków. Kończy swój esej sugestią, że niektóre strajki są w rzeczywistości lepszymi przykładami akcji bezpośredniej niż inne. Jego ulubionym przykładem jest strajk robotników transportowych w Melbourne w latach 80., w którym zamiast odejść z pracy, kierowcy autobusów i konduktorzy pociągów pozostali na miejscu, ale przestał pobierać opłaty – skutecznie uwalniając masowy transport do czasu zakończenia akcji. Wyobraź sobie, on sugeruje, co by się stało, gdyby przez jeden dzień pracownicy każdej gałęzi przemysłu i handlu usługowego robili to samo. Już samo to może być ważnym krokiem w pokazaniu, w jaki sposób gospodarka kapitalistyczna może zostać przekształcona w gospodarkę wolności.

To mocny obraz, ale niezwykle podobny do działań, które Beyer-Arensen bez wątpienia potępiłby jako czysty teatr. Weźmy na przykład akcję reklamową zorganizowaną przez członków społeczności skłotu Christiany, zlokalizowaną na terenie dawnej bazy wojskowej pod Kopenhagą.

W 1974 roku społeczność ta zaangażowała się w różne formy teatru ulicznego, aby zyskać bardziej przychylny wizerunek publiczny. Zorganizowano pierwsze Boże Narodzenie dla biednych i samotnych, a Solvognen zorganizowała armię Świętych Mikołajów, którzy hojnie rozdawali prezenty z miejskich domów towarowych zarówno młodym, jak i starszym. Oczywiście zostali aresztowani, ale w konsekwencji zdjęcia policji bijącej Świętego Mikołaja trafiły na pierwsze strony gazet na całym świecie[14].

Innymi słowy, zdobyli prawie dokładnie to samo, co napastnicy z Melbourne, ale praktycznie bez żadnej bezpośredniej akcji. Powstaje więc pytanie: gdzie narysować linię? Jak bezpośrednia akcja musi być? Jeśli dostarczanie darmowych towarów i usług czterem lub pięciorgu przypadkowym dzieciom na ulicy nie wystarczy, aby stało się to rzeczywistością, dlaczego dziesięć tysięcy osób dojeżdżających do pracy w ciągu jednego dnia miałoby być czymś innym?

Powodem, dla którego przytoczyłem ten argument, jest to, że zapewnia on widok na pewien wszechświat moralny. Większość amerykańskich anarchistów, których znam, uważa rozważania na temat tego, czy Seattle rzeczywiście było akcją bezpośrednią za nieco niemądre – w najlepszym razie mogą stanowić nieco odwracający temat do dyskusji przy piwie, ale zbyt poważne traktowanie takich pytań wydaje się akademickie, a nawet sekciarskie. Mimo to omawiane kwestie są krytyczne. Jak zobaczymy, większość zarzutów podniesionych do idei akcji granicznych na kilka tygodni przed Québec City opierała się na przekonaniu, że takie akcje byłyby jedynie symboliczne, a nie autentyczną akcją bezpośrednią. Co więcej, istota krytyki Beyer-Arensen – że działania takie jak Seattle są w dużej mierze symboliczne, i że chodzi o pracę w prawdziwych społecznościach w sposób, który pozwala ludziom przejąć władzę nad własnym życiem – jest to coś, z czym zgodziłby się każdy zaangażowany w ruch. Jeszcze zanim Naomi Klein (2000) napisała swój słynny artykuł w „Nation”, ostrzegający aktywistów przed niebezpieczeństwem „skakania na szczyt”, „podążania za biurokratami handlowymi, jakby byli Grateful Dead”, wszystko to było już głównym tematem debaty. Ci, którzy bronili akcji takich jak Seattle, nie tylko upierali się, że była to bezpośrednia interwencja, ponieważ ludzie stawiali swoje ciała na linii, aby zablokować delegatom wejście do budynku, ale zrobili to w sposób, który Beyer-Arensen podkreśla jako kluczowy : poprzez mobilizację społeczności ludzi w formie samoorganizacji, która stanowi żywą alternatywę dla istniejącej struktury władzy.

To rzeczywiście miało charakter edukacyjny. Z jednej strony postanowili zdemaskować niedemokratyczny charakter WTO i podobnych instytucji, które, ich zdaniem, razem tworzyły kręgosłup nierozliczanego światowego neoliberalnego rządu, który w imię władzy korporacji dążył do zdławienia istniejących praw demokratycznych. Z drugiej strony byli zdecydowani zorganizować całą akcję zgodnie z bezpośrednio demokratycznymi zasadami, a tym samym dać żywy przykład tego, jak może działać autentycznie egalitarne podejmowanie decyzji. W kontaktach z globalnymi instytucjami jest to tak bezpośrednie, jak to tylko możliwe.

DAN – Sieć Działań Bezpośrednich, która jest głównym tematem tej książki, wyłoniła się bezpośrednio z tego projektu. Miało to po części służyć do organizowania akcji przeciwko instytucjom neoliberalnym; częściowo jako model opartej na konsensusie, zdecentralizowanej demokracji bezpośredniej. Mimo wszystkich swoich wad (o których będziemy się dużo jeszcze dowiadywać) odegrała w tym ważną rolę.

Reasumując zatem: akcja bezpośrednia reprezentuje pewien ideał – w jego najczystszej postaci, prawdopodobnie nieosiągalny. Jest to forma działania, w której środki i cele stają się skutecznie nie do odróżnienia; sposób aktywnego zaangażowania się w świat w celu wywołania zmiany, w którym forma działania – lub przynajmniej organizacja działania – sama w sobie jest modelem zmiany, którą chce się wprowadzić. W swojej najbardziej podstawowej formie odzwierciedla bardzo prosty pogląd anarchistów: nie można stworzyć wolnego społeczeństwa przez dyscyplinę wojskową, społeczeństwa demokratycznego przez wydawanie rozkazów lub szczęśliwego przez pozbawione radości samopoświęcenie. W swojej najbardziej rozbudowanej strukturze własnego aktu staje się rodzajem mikroutopii, konkretnym modelem własnej wizji wolnego społeczeństwa. Jak zauważyła Emma Goldman (i inni), fakt, że władze określają takie czyny jako przestępstwa, nie stanowi w tym zakresie problemu – o ile służy to ciągłemu przypominaniu uczestnikom o wzięciu odpowiedzialności za swoje czyny, zachowywaniu się z odwagą i uczciwością, a to może być dużym atutem. Problemy pojawiają się raczej, gdy ktoś wychodzi poza konfrontację do innych form zaangażowania w świat zorganizowany według innych linii.

Rewolucyjna strategia oparta na akcji bezpośredniej może odnieść sukces tylko wtedy, gdy zasady akcji bezpośredniej zostaną zinstytucjonalizowane. Tymczasowe bańki autonomii muszą stopniowo przekształcać się w trwałe, wolne społeczności. Jednak w tym celu społeczności te nie mogą istnieć w całkowitej izolacji; nie mogą też mieć czysto konfrontacyjnej relacji ze wszystkimi wokół nich. Muszą mieć jakiś sposób na nawiązanie kontaktu z większymi systemami gospodarczymi, społecznymi lub politycznymi, które ich otaczają. Jest to najtrudniejsze zagadnienie, ponieważ osobom zorganizowanym według radykalnie demokratycznych linii okazało się niezwykle trudne zintegrowanie się w jakikolwiek znaczący sposób w większe struktury bez konieczności dokonywania niekończących się kompromisów w ich fundamentalnych zasadach. Dla grup opartych na działaniu bezpośrednim nawet praca w sojuszu z radykalnymi organizacjami pozarządowymi lub związkami zawodowymi często stwarzała problemy, które wydawały się nie do pokonania. Na bardziej bezpośrednim poziomie strategia zależy od rozpowszechniania modelu: na przykład większość anarchistów nie postrzega siebie jako awangardy, której historyczną rolą jest „organizowanie” innych społeczności, ale raczej jako jedna społeczność dająca przykład do naśladowania innym. Podejście – często określane jako „zanieczyszczanie” – opiera się na założeniu, że doświadczenie wolności jest zaraźliwe, że każdy, kto bierze udział w akcji bezpośredniej, prawdopodobnie zostanie trwale przemieniony przez to doświadczenie i będzie chciał więcej. Dość często tak się dzieje, ale nasuwa się pytanie, jak w pierwszej kolejności uświadomić innym ten pomysł. To, co uczestnicy postrzegają jako głębokie i transformujące, często wygląda z zewnątrz, w najlepszym razie osobliwie – w najgorszym kultowo lub szalenie. To z kolei podnosi kwestię mediów. Ale odnosząc się do takich strategicznych kwestii, naprawdę przechodzę od mówienia o akcji bezpośredniej do bardziej ogólnej kwestii anarchizmu.

5.2. Czym jest anarchizm?

Jednym z powodów, dla których zacząłem ten rozdział, było to, że chciałem również przekazać coś z anarchistycznej debaty, która zawsze różniła się od bardziej znanego, marksistowskiego stylu, poprzez skupianie się bardziej na tego rodzaju konkretnych kwestiach praktyki. Wielu narzekało, że anarchizmowi brakuje teorii. Nawet ci, których uważa się za jej założycieli – Godwin, Proudhon, Bakunin, Kropotkin – często wydają się bardziej pisarzami i moralistami niż prawdziwymi filozofami, a najsławniejsi anarchiści bliższych nam czasów znacznie częściej tworzyli chwytające slogany, dzikie poematy lub powieści science fiction niż wyrafinowane ekonomiczne polityczne lub dialektyczne analizy[15]. Istnieją tysiące marksistowskich akademików, ale bardzo niewielu anarchistów. Nie dzieje się tak dlatego, że anarchizm jest tak bardzo antyintelektualny, ile dlatego, że nie postrzega siebie jako, fundamentalnie, projektu analizy. To bardziej projekt moralny.

Jak pisałem w innym miejscu (Graeber 2002, 2004), marksizm miał tendencję do bycia teoretycznym lub analitycznym dyskursem o rewolucyjnej strategii; anarchizm jako etyczny dyskurs o praktykach rewolucyjnych. Podstawowe zasady anarchizmu – samoorganizacja, dobrowolne stowarzyszenia, pomoc wzajemna, sprzeciw wobec wszelkich form przymusu władzy – są zasadniczo moralne i organizacyjne.

Trzeba przyznać, że stoi to w sprzeczności z popularnym wizerunkiem anarchistów jako szaleńców rzucających bomby, przeciwnych wszelkim formom organizacji – ale jeśli ktoś przyjrzy się, jak powstała ta reputacja, wydaje się to potwierdzać mój punkt widzenia. Okres mniej więcej 1875-1925 oznaczał szczyt pewnej fazy anarchistycznego organizowania się: istniały setki anarchistycznych związków, konfederacji, lig rewolucyjnych i tak dalej. Na początku nastąpił zryw wezwań do zabójstwa głów państw (Anderson 2006), był on dość krótki, a anarchistyczni delegaci i zorganizowane grupy szybko wycofały poparcie dla tej strategii jako bezproduktywnej. Niemniej jednak, w następnych dziesięcioleciach nastąpił nieustanny strumień dramatycznych zabójstw dokonywanych przez ludzi nazywających siebie anarchistami. Nie znam żadnego prawdziwego zabójcy w tym szczególnym okresie, który faktycznie był wytworem tych organizacji anarchistycznych, a tym bardziej ich akcje były przez nie planowane lub sponsorowane; raczej prawie zawsze okazywali się odizolowanymi jednostkami, które nie miały więcej trwałych powiązań z anarchistycznym życiem niż Unabomber, i zwykle mniej więcej w podobnym stopniu trzymały się zdrowego rozsądku. Wyglądało to raczej tak, jakby istnienie anarchizmu dało samotnym bandytom coś, od czego mogliby się wziąć nazwę[16]. Jednak taka sytuacja stworzyła niekończące się dylematy moralne dla anarchistycznych pisarzy i wykładowców, takich jak Peter Kropotkin czy Emma Goldman. Jakim prawem anarchista mógłby potępić osobę, która zabija tyrana, bez względu na to, jak katastrofalne są skutki dla większego ruchu? Cała sprawa była przedmiotem niekończącej się, intensywnej debaty moralnej: nie tylko o to, czy takie czyny były (lub kiedykolwiek mogą być) uzasadnione, ale czy było uzasadnione dla anarchistów, którzy nie czuli, że takie czyny są mądre, a nawet uzasadnione, aby je publicznie potępiać. Zawsze tego rodzaju praktyczne, moralne pytania budziły anarchistyczne namiętności: Czym jest akcja bezpośrednia? Jakie taktyki są poza nawiasem i jaką solidarność zawdzięczamy tym, którzy je stosują? Lub: jaki jest najbardziej demokratyczny sposób prowadzenia spotkania? W którym momencie organizacja przestaje się wzmacniać, staje się duszna i biurokratyczna? W przypadku analiz natury formy towarowej lub mechaniki alienacji większość zadowoliła się czerpaniem z prac pisemnych intelektualistów marksistowskich (którzy zwykle sami wywodzą się z idei, które pierwotnie przenikały przez szerszy ruch robotniczy, w którym anarchiści byli bardzo zaangażowany). Co oznacza również, że pomimo wszystkich gorzkich i często gwałtownych sporów, jakie anarchiści mieli z marksistami na temat tego, jak przeprowadzić rewolucję, zawsze istniał tu pewien rodzaj komplementarności, przynajmniej in potentia[17].

Dlatego uważam, że zwodnicze jest pisanie historii anarchizmu w taki sam sposób, w jaki pisze się historię tradycji intelektualnej, takiej jak marksizm. Nie jest tak, że nie można opowiedzieć historii w ten sposób, jeśli się chce. Większość książek o anarchizmie tak jest napisanych. Zaczynają od pewnych założycielskich postaci intelektualnych (Godwin, Stirner, Proudhon, Bakunin), wyjaśniają radykalne idee, które rozwinęli, opowiadają historię większych ruchów, które ostatecznie zostały zainspirowane tymi ideami, a następnie dokumentują walki polityczne, wojny, rewolucje i projekty reform społecznych, które nastąpiły. Ale jeśli spojrzy się na to, co faktycznie powiedziały te rzekome postacie założycieli, okaże się, że większość z nich tak naprawdę nie postrzegała siebie jako tworzących jakąś wielką nową teorię. Bardziej prawdopodobne było, że postrzegali siebie jako nadających imię i głos pewnemu rodzajowi powstańczego zdrowego rozsądku, uznali, że jest tak stary jak historia. Podczas gdy anarchizm jako ruch był bardzo silnie zakorzeniony w masowym organizowaniu się proletariatu przemysłowego, anarchiści (w tym ci, którzy sami byli robotnikami przemysłowymi) również mieli tendencję do czerpania inspiracji z istniejących sposobów praktyki, zwłaszcza ze strony chłopów, wykwalifikowanych rzemieślników, a nawet, do pewnego stopnia, banitów, włóczęgów, włóczęgów i innych, którzy żyli swoim rozumem – innymi słowy tych, którzy w pewnym stopniu kontrolowali swoje życie i warunki pracy, których można by uznać za przynajmniej do pewnego stopnia elementy autonomiczne. Można powiedzieć, posługując się terminologią marksistowską, że byli to ludzie z pewnym doświadczeniem w produkcji niewyalienowanej. Tacy ludzie mieli doświadczenie życia poza biurokracją państwową lub kapitalistyczną, płacami i pracą najemną; zdawali sobie sprawę, że takie relacje nie są nieuniknione; dość często postrzegali je jako wewnętrznie niemoralne. Często sami byli bardziej pociągani do anarchizmu jako wyraźnej filozofii politycznej, a przynajmniej w niektórych czasach i miejscach (hiszpańscy chłopi, szwajcarscy zegarmistrzowie) tworzyli jego masową bazę, co więcej, te elementy przemysłowego proletariatu, które miały tendencję do znajdowania największego pokrewieństwa z anarchizmem byli tymi, którzy byli najmniej odsunięci od innych trybów życia. Sam Marks miał tendencję do lekceważenia bazy anarchistycznej jako szczególnie niepomyślnej kombinacji „drobnomieszczaństwa” i „lumpenproletariatu” i uważał za niedorzeczny pogląd, że mogą oni w jakikolwiek sposób stać poza kapitalizmem. Kapitalizm był dla Marksa systemem totalizującym. W najbardziej intymny sposób ukształtowała świadomość wszystkich, którzy pod nim żyli. Ten rodzaj krytyki kapitalizmu, jaki widzieliśmy u autorów takich jak Proudhon czy Bakunin, argumentował Marks, był po prostu głosem drobnomieszczańskiej moralności, drobnych kupców i producentów złorzeczących na konkurentów. Nie mogli niczego nauczyć rewolucjonistów. Tylko proletariat przemysłowy, który nie miał żadnego interesu w istniejącym systemie, mógł być prawdziwie rewolucyjną klasą.

Niektórzy bez wątpienia sprzeciwiliby się temu, że ten pogląd na myśl Marksa jest nieco surowy i niedopracowany i prawdopodobnie mieliby rację. Ale reprezentuje pogląd, który wkrótce stał się kanoniczny wśród tych, którzy twierdzili, że przemawiają w imieniu marksizmu. Moim celem nie jest tutaj uzasadnienie meritum sprawy, ale podkreślenie stopnia, w jakim postrzegamy cały projekt anarchistyczny, zasadniczo oczami jego rywali. Co więcej, anarchizm ma tendencję do opisywania innego stosunku teorii i praktyki niż to, co zaczęto nazywać „marksizmem” Ta ostatnia jest – mimo wszelkich aspiracji materialistycznych – głęboko idealistyczne. Historia marksizmu jest nam przedstawiana jako historia wielkich myślicieli – są leniniści, maoiści, trockiści, zwolennicy Gramsciego, Althussera – nawet brutalni dyktatorzy tacy jak Stalin czy Enver Hodża musieli udawać wielkich filozofów, ponieważ zawsze chodziło o to, że zaczyna się od głębokiej wiedzy teoretycznej jednego człowieka i wynikającej z tego tendencji politycznej. W przeciwieństwie do tego, tendencje anarchistyczne nigdy nie wywodzą się z poglądów pojedynczego teoretyka – nie mamy proudhończyków i kropotkinistów – ale asocjacjonalistów, indywidualistów, syndykalistów i platformistów. W prawie każdym przypadku podziały opierają się na różnicy filozofii organizacyjnej i rewolucyjnej praktyki.

Jak zatem myślimy o ruchu politycznym, w którym praktyka jest na pierwszym miejscu, a teoria jest zasadniczo drugorzędna?

Uderza mnie, że może być pomocne, zamiast zaczynać od słowa „anarchizm”, aby zacząć od słowa „anarchista”. Do jakich ludzi, idei lub instytucji może się odnosić to słowo? Ogólnie rzecz biorąc, można znaleźć trzy różne sposoby wykorzystania tego terminu. Po pierwsze, można odnieść się do ludzi, którzy popierają wyraźną doktrynę znaną jako „anarchizm” (lub czasami „anarchia” – a może dokładniej, pewną wizję ludzkich możliwości. To mniej więcej konwencjonalna definicja. Anarchiści stają się nosicielami tradycji intelektualnej: takiej, której historia rzeczywiście sięga do postaci założycieli w XIX wieku, która całkiem szybko upowszechniła się na przełomie stuleci, aż literatura anarchistyczna była zachłannie czytana w miejscach jak Chiny i India długo, zanim marksizm lub inne odmiany zachodniej myśli odcisnęły się, ale w ciągu wczesnego dwudziestego wieku została nim zastąpiona[18]. Wiele wybitnych osobistości tamtych czasów, od Picassa po Mao, zaczęło swoje życie polityczne jako anarchiści, a skończyło jako komuniści. Ale można też mówić szerzej. Z pewnością nie jest niczym niezwykłym słyszeć, jak historycy odnoszą się, powiedzmy, do chłopskich buntowników we wczesnych Chinach lub religijnych radykałów w średniowiecznej Europie jako „anarchistów”, co oznacza, że odrzucali autorytet rządów i wierzyli, że ludziom byłoby lepiej w świecie bez hierarchii. W tym sensie anarchiści istnieli od zawsze i nie ma wielkiej tradycji intelektualnej, która nie widziałaby rozwoju idei anarchistycznych w takiej czy innej formie. (Oczywiście dlatego idee dziewiętnastowiecznych anarchistów europejskich mogą mieć sens na początku dla ludzi w innych częściach świata). Wreszcie, jest jeszcze trzeci sens. Kiedy antropolog taki jak Evans-Pritchard opisuje Nuerów jako żyjących w „uporządkowanej anarchii”, lub Joanna Overing używa tego słowa, by opisać amazońskich Piaroa, nie odnoszą się do ani doktryny, ani nawet do antyautorytarnej buntowniczości. Odnoszą się przede wszystkim do instytucji, zwyczajów i praktyk. Znaczy to, że istnieją pewne społeczeństwa charakteryzujące się egalitarnymi formami organizacji – czy to systemy wymiany, formy podejmowania decyzji, czy po prostu zwyczajowe sposoby życia codziennego – i to ma tendencję do krzewienia i jest wspierane przez szeroko egalitarny etos. W tym sensie anarchizm jest sposobem życia, a przynajmniej zbiorem praktyk.

Innymi słowy, „anarchizm” można postrzegać albo jako wizję, jako postawę, albo jako zestaw praktyk. Rozróżnienie między dwoma ostatnimi jest wprawdzie nieco rozmyte. Ci, którzy prowadzą swoje codzienne życie w sposób egalitarny, robią to, ponieważ czują, że ludzie powinni to robić; ci, którzy uważają, że wszelkie formy hierarchii są niedopuszczalne, zwykle zrobią wszystko, co w ich mocy, aby znaleźć sposób na życie bez nich. Jednak w pierwszym przypadku etos egalitarny może pozostać w dużej mierze nierozwinięty. Przynajmniej teoretycznie osoba żyjąca w społeczeństwie anarchistycznym może być całkowicie nieświadoma, że istnieje inny sposób życia; w każdym razie taka osoba prawdopodobnie rozwinie wyraźne postawy antyautorytarne dopiero wtedy, gdy spotka kogoś o zupełnie innych założeniach, na przykład obcego zdobywcę. Podobnie, ci, którzy są oburzeni, że są popychani przez przełożonych społecznych, często będą rozważać własne sposoby radzenia sobie z przyjaciółmi i sąsiadami jako dowód, że hierarchia nie jest naturalną i nieuniknioną cechą ludzkiego życia. Równie dobrze mogliby zacząć doceniać równość tych relacji, a nawet próbować radzić sobie z takimi ludźmi w sposób bardziej świadomie egalitarny niż dotychczas. Dziewiętnastowieczni hiszpańscy chłopi i szwajcarscy zegarmistrzowie, którzy uważali idee Proudhona czy Bakunina za tak podatne – i których Marks potępił jako drobnomieszczańskich – wyraźnie dokładnie tak robili dokładnie.

Chciałbym argumentować, że o „anarchizmie” najlepiej myśleć nie jako o żadnej z tych rzeczy – nie jako wizji, ale nie jako postawie czy zbiorze praktyk. Raczej najlepiej jest myśleć jako o tym ruchu tam i z powrotem między tymi trzema. W końcu doświadczenie obcego podboju lub podporządkowania niekoniecznie spowoduje, że niegdyś egalitarne społeczności odrzucą samą ideę hierarchii lub staną się bardziej egalitarne w swoich wzajemnych stosunkach: skutek może być dokładnie odwrotny. Dzieje się tak, gdy te trzy wzmacniają się nawzajem – kiedy wstręt do ucisku sprawia, że ludzie próbują żyć w bardziej świadomy sposób egalitarny, kiedy czerpią z tych doświadczeń, by tworzyć wizje bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, kiedy te wizje, w końcu, sprawiają, by postrzegali istniejące układy społeczne jako jeszcze bardziej bezprawne i wstrętne – że można zacząć mówić o anarchizmie. Dlatego anarchizm nie jest w żadnym sensie doktryną. To ruch, związek, proces oczyszczania, inspiracji i eksperymentu. To jest jego istota. Wszystko, co naprawdę zmieniło się w XIX wieku, to fakt, że niektórzy ludzie zaczęli nazywać ten proces.

Patrzenie na to w ten sposób znacznie ułatwia zrozumienie pewnych rzeczy, które w innym przypadku byłyby niezwykle zagadkowe. Na przykład: dlaczego to, co uchodzi za teorię anarchistyczną, często ma tak mały związek z tym, co mówi i robi większość anarchistów? Gdyby ktoś próbował zrozumieć północnoamerykański anarchizm po prostu czytając teoretyczne lub ideologiczne wypowiedzi w najbardziej znanych i szeroko rozpowszechnionych, jawnie anarchistycznych czasopismach, można by odnieść wrażenie, że większość anarchistów była albo prymitywistami sprzeciwiającymi się wszelkim formom technologii, nawet rolnictwu lub skrajnymi przeciwnikami organizacji, podejrzliwych wobec jakiejkolwiek grupy liczącej więcej niż sześć lub siedem osób – a większość pozostałych zadeklarowała wierność dokumentowi zatytułowanemu „Platforma Organizacyjna Ogólnego Związku Anarchistów” napisanemu przez rosyjskich emigrantów w Paryżu w 1924 roku. Można również dojść do wniosku, że powszechne wrażenie anarchistów jako o dzikich oczach, niepraktycznych nihilistów oddanych buntom dla samego buntu nie było prawdopodobnie tak dalekie od prawdy; a przynajmniej, że anarchiści wydawali się podzieleni na nihilistów i zagorzałych sekciarzy, których główną formą politycznej praktyki jest wzajemne potępianie. Badanie anarchistycznych stron dyskusyjnych w Internecie niewiele zrobi, by wyprowadzić z tego wrażenia[19]. Kiedy po raz pierwszy zaangażowałem się w politykę anarchistyczną, ze zdziwieniem odkryłem, że przeważająca większość aktywistów, którzy uważali się za anarchistów, nie tylko nie identyfikowała się z żadnym z tych stanowisk, ale wielu nie było ich nawet świadomych. Inni, którzy czytali te czasopisma, czytali je głównie dla rozrywki. W innym miejscu nazwałem tych niesekciarzy anarchistami przez „małe a”, aby odróżnić ich od tych, którzy identyfikują się z jakimkolwiek szczególnym szczepem: anarchiści zieloni, indywidualiści, anarchosyndykaliści, postlewicowcy, platformiści i tak dalej. Chociaż statystyki są niedostępne, Chuck Munson, który od czasu do czasu przeprowadza ankiety wśród osób często odwiedzanych infoshop.com – prawdopodobnie najpopularniejsza anarchistyczna strona internetowa w Ameryce Północnej – informuje mnie, że około 90% amerykańskich anarchistów wydaje się pasować do kategorii „małych a”, ponieważ tylko około 10% jest skłonnych utożsamiać się z jakimkolwiek konkretnym podzbiorem.

Co więcej, nawet wielu z tych, którzy identyfikują się z jednym konkretnym szczepem, działa w sposób, który byłby niemożliwy do zrozumienia, gdybyśmy mieli do czynienia z ideologią polityczną w czymś podobnym do tradycyjnego znaczenia tego terminu. Pozwolę sobie wziąć jeden przykład – prymitywizm – być może najbardziej oczywisty outré. W Ameryce idee prymitywistyczne po raz pierwszy zaczęły formować się w kręgach otaczających czasopismo o nazwie Fifth Estate w Detroit w latach 70. i 80. XX wieku. Kwestia rozpoczęła się jako synteza pewnego szczepu marksizmu z ideami wyartykułowanymi przez socjalistycznych heretyków, takich jak Jacques Ellul i Jacques Camatte, którzy zaczęli postrzegać samą naturę technologii jako leżącą u podstaw większości tego, co Marks postrzegał jako wyobcowanie i opresja kapitału, a tym samym odrzucili ideę, że proletariat, jako zasadnicza część globalnej „megamaszyny”, może być agentem rewolucji (Millet 2004). Jako część szerszej krytyki, która rozwinęła się w tym czasie, kiedy nastawienie produktywistyczne w tradycyjnej myśli lewicowej, trudno było postrzegać to jako odbiegające od całkowicie normalnej debaty. Jednak w latach dziewięćdziesiątych najbardziej agresywny nurt myśli prymitywistycznej zaczął skupiać się wokół postaci Johna Zerzana, niegdyś ultralewicowca, który zaczął wyrażać zupełną wrogość nie tylko do „lewicy”, ale do samej „cywilizacji”. Zerzan w zasadzie zajął najbardziej radykalne stanowisko, jakie było możliwe, argumentując, że wszystko, od udomowienia roślin po muzykę, pismo, matematykę, sztukę, a ostatecznie nawet mowę – w zasadzie wszystkie formy reprezentacji symbolicznej, wszystko inne niż absolutne, bezpośrednie, niezapośredniczone doświadczenie – były tak naprawdę formami wyobcowania, które można było przezwyciężyć jedynie poprzez zniszczenie całej cywilizacji i powrót do epoki kamienia. Wpływ Zerzana na anarchizm został znacznie zawyżony w mediach, ale jest znaczna liczba Zielonych Anarchistów, którzy traktują jego idee bardzo poważnie, i ci Zieloni Anarchiści produkują wiele zinów i czasopism, które agresywnie propagują te idee, angażując się w ciągłe jadowite debaty z każdym, kto chce poddawać w wątpliwość jakikolwiek aspekt ultraprymitywistycznego stanowiska[20].

Pomysł powrotu do paleolitu – odrzucenie udomowienia roślin, nie mówiąc już o języku – jest oczywiście absurdalny. Wymagałby zmniejszenia populacji Ziemi o co najmniej 99,9%. Ani prymitywiści nie są tego całkowicie nieświadomi: ludzie z Fifth Estate prowadzili długą debatę na temat tego problemu w latach 70., redaktorzy doszli do wniosku, że skoro tak naprawdę nie chcieli widzieć globalnej katastrofy, takiej jak wojna nuklearna, najlepsze, na co można było liczyć, to stopniowy proces ujemnego przyrostu ludności. Większość obecnych prymitywistów wydaje się na przemian otwarcie opowiadać się za upadkiem przemysłowym i demograficznym – słyszałem, jak niektórzy twierdzą, że ludzkość jest wirusem, który należy w dużej mierze wykorzenić – aby, wbrew wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi, zaprzeczać, że masowy spadek populacji byłby nawet konieczny (Zerzan często robi to przed nieanarchistycznymi publicznościami). Jednocześnie ci sami autorzy będą regularnie potępiać każdego, kto opowiada się za klasyczną anarchistyczną strategią „budowania nowego społeczeństwa w skorupie starego”. Wyśmiewają każdą rozmowę o powolnym, bolesnym tworzeniu nowych instytucji jako przestarzałej „lewicowości”, argumentując, że tylko całkowite zniszczenie wszystkich istniejących struktur i instytucji, a następnie powrót do naszej instynktownej „dzikości”, może doprowadzić do prawdziwego wyzwolenia.

Moim celem tutaj nie jest krytyka stanowiska prymitywistów: jest oczywiście bezcelowa. Oczywiście nie ma sensu atakować każdej strategii poza czekaniem na katastrofę, a następnie zaprzeczać, że opowiada się za katastrofą. W istocie chodzi mi o to, że gdyby to było klasyczne stanowisko ideologiczne, należałoby oczekiwać, że skutki będą całkowicie odpolityczniające. Gdyby ktoś naprawdę nie mógł się doczekać upadku przemysłowego lub podobnej apokalipsy, najbardziej oczywistym kierunkiem działania byłby ten, który poszli prawicowi survivalowcy w latach 80.: udaj się do lasu, wykop bunkier i zacznij gromadzić żywność w puszkach i broń automatyczną. Albo, na przemian, znajdź odległą wyspę i spróbuj rozpocząć wskrzeszenie technologii z epoki kamienia. O ile mi wiadomo, żaden zwolennik zielonego anarchizmu nigdy nie zrobił niczego takiego. Zamiast tego mają tendencję do zachowywania się jak każdy inny anarchista. Prymitywiści mogą być bardziej skłonni do angażowania się w kampanie ekologiczne lub na rzecz praw zwierząt niż, powiedzmy, w organizowanie związków, ale na przykład w Nowym Jorku znam zagorzałych Zielonych Anarchistów, którzy pracowali z Niezależnym Centrum Medialnym w DAN, w kolektywach wideo, oddziałach Food Not Bombs, ogrodach społecznościowych, sieciach wsparcia więźniów, grupach feministycznych, kampaniach rowerowych, squatach, spółdzielczych księgarniach, kampaniach antywojenne i na rzecz praw imigrantów, praw mieszkaniowych, programach pilnowania policji i prawie wszystkich innych główny przejaw organizacji anarchistycznej. Często w rzeczywistości prymitywiści okazują się jednymi z najbardziej wiarygodnych i oddanych aktywistów.

W obliczu tego rodzaju sprzeczności trudno uniknąć zadania tego samego pytania, które Evans-Pritchard zadał na temat czarów Zande: „jak skądinąd rozsądni ludzie mogą twierdzić, że wierzą w takie rzeczy?”. Jeśli ktoś wskazuje niektóre z tych sprzeczności rzeczywistym zwolennikom prymitywizmu – na przykład prosząc ich o zastanowienie się nad tym, co by się faktycznie stało, gdyby ludność, powiedzmy, Bangladeszu pewnego dnia zdecydowała się przestać uprawiać rolnictwo – zwykle odpowiedź będzie brzmiała: „ale to nie jest program! . To krytyka”. Ewentualnie mogą kwestionować logiczne, pragmatyczne pojęcia argumentacji i twierdzą, że są poetyckim, intuicyjnym rozumieniem stanu świata, który jest zasadniczo przemieszczony i niepoprawny. Podobnie, nawet najbardziej zagorzali fani Zerzana zazwyczaj przyznają, po naciśnięciu, że nie są za porzuceniem języka, ale zamiast tego podkreślają, w jakim stopniu język może wprowadzać w błąd, być narzędziem ideologii, maskować lub pochłaniać bardziej bezpośrednie formy doświadczenia.

Myślę, że to wyjaśnia atrakcyjność i powód, dla którego prymitywizm skłania się ku takim absolutom. Tak naprawdę jest to próba potraktowania absolutnie poważnie tych uczuć całkowitej alienacji, które w pierwszej kolejności prowadzą tak wielu białych nastolatków z klasy średniej do anarchizmu, i przynajmniej próba wyobrażenia sobie świata, w którym każdy aspekt tej alienacji byłby został całkowicie usunięty. Rezultatem może być tylko rodzaj mitu. Prymitywiści często to przyznają, twierdząc, że rozpowszechnione mity o apokalipsie i ogrodzie Eden są intuicyjnym zrozumieniem prawdziwych prawd: że kiedyś żyliśmy w jakimś raju, że go straciliśmy i że przez katastrofalny upadek społeczeństwa przemysłowego, odzyskamy go ponownie. Mit apokalipsy zastępuje wiarę w rewolucję. To w pewnym sensie to samo, tylko bardziej absolutny: tradycyjne anarchistyczne odrzucenie reprezentacji politycznej staje się odrzuceniem reprezentacji w jakiejkolwiek formie, nawet sztuki czy języka. Większość prymitywistów ma do czynienia głównie z tym, z czym mamy do czynienia: kompleksową krytyką alienujących instytucji i rodzajem niemożliwej do zrealizowania wizji totalnego wyzwolenia, która może przynajmniej dostarczyć inspiracji i nieustannie przypominać, dlaczego się buntuje. Dla wielu fakt, że nie ma to żadnego sensu dla osób postronnych, jest prawdopodobnie głównym elementem jego atrakcyjności.

Pozwolę sobie wziąć bardzo inny przykład. Jedną z głównych form rozpowszechniania idei anarchistycznych w ostatnich latach w Ameryce były feministyczne powieści science fiction: od Wydziedziczonych Ursuli LeGuin (1974) po Piąty święty żywiołStarhawk (1993). Działają w podobny sposób. Są krystalizacjami pewnych tendencji myślowych, ekstrapolacjami z pewnych form praktyki, eksperymentami w utopijnym wyobrażeniu. Główna różnica polega na tym, że ponieważ wizje rozwinięte w powieściach nie są niczym innym jak fikcją, ci, którzy lubią je czytać (lub pisać), nie mają skłonności do twierdzenia, że alternatywne wizje są błędne. W przypadku Zielonego Anarchizmu jadowity charakter tak dużej części pisarstwa wydaje się wynikać z połączenia dwóch czynników. Z jednej strony pilność sprawy ekologicznej, poczucie, że planeta jest niszczona i wszyscy jesteśmy skazani na zagładę, jeśli coś nie zostanie zrobione bardzo szybko, oraz pewien nawyk niezwykle kontrowersyjnej argumentacji odziedziczony po sekciarskich marksistowskich korzeniach[21].

W tym prymitywiści są niezwykli. Jak wspomniałem, anarchiści od dawna mają tendencję do unikania wielkich teorii. Jak ujął to David Wieck w 1971 roku (na długo, zanim ktokolwiek pomyślał o terminie „postmodernizm”:

Anarchizm zawsze był antyideologiczny: anarchiści zawsze podkreślali, że życie i działanie mają pierwszeństwo przed teorią i systemem. Podporządkowanie teorii oznacza w praktyce podporządkowanie się władzy (partii), która autorytatywnie interpretuje teorię, a podporządkowanie to fatalnie podważyłoby zamiar stworzenia społeczeństwa bez centralnej władzy politycznej. Zatem żadne pisma anarchistyczne nie są autorytatywne ani ostateczne w tym sensie, jak pisma Marksa były postrzegane przez jego zwolenników (1971: ix).

W rzeczywistości większość tego, co pełni rolę teorii w anarchizmie, wykonuje jakiś gest, aby podważyć jakąkolwiek możliwość użycia jej jako autorytatywnego tekstu. Być może prymitywizm najbardziej przypomina tradycyjną ideologię sekciarską w próbie pokonania wszystkich przeciwstawnych stanowisk, ale jego treść jest namacalnie fantastyczna i w większości nie może być odzwierciedlona w praktyce. Niektóre wizje przybierają formę powieści. Inni są jak komedie. Jeden z popularniejszych anarchistycznych autorów lat 90. – na przykład wynalazca koncepcji „Tymczasowej Strefy Autonomicznej” – pisze pod imieniem Hakima Beya, szalonego izmailickiego poety z erotyczną obsesją na punkcie młodych chłopców, w formie komunikatów nieistniejącego mauretańskiego Kościoła prawosławnego.

Mistyczne pretensje Beya są typową cechą innej tendencji: identyfikowania przestrzeni, którą w przeciwnym razie mogłaby wypełnić teoria, niejako pozycji transcendentalnej, ze sacrum, ale potem czynienia sacrum śmiesznym. Opowiem o tym zwyczaju później, kiedy będę omawiał rolę gigantycznych marionetek – które można nazwać głównymi świętymi obiektami ruchu (ale także świadomie głupimi). Tutaj wystarczy powiedzieć, że stosunek anarchizmu do duchowości zawsze był złożony i ambiwalentny. W XIX i na początku XX wieku europejski anarchizm zawsze był najsilniejszy w krajach – Rosji, Hiszpanii, Włoszech – z potężnym Kościołem i miał tendencję do przyjmowania radykalnie ateistycznego tonu, utożsamiając samo pojęcie Boga z zasadą hierarchii i niekwestionowanego autorytetu. (Stąd słynne zdanie Bakunina „gdyby Bóg naprawdę istniał, należałoby go obalić”. Były wyjątki – chrześcijańscy anarchiści, tacy jak Tołstoj – ale zwykle nie byli blisko z ruchami społecznymi). Niektórzy twierdzą, że hiszpański anarchizm, zwłaszcza w jego wiejskich przejawach, sam w sobie nabrał cech proroczej, tysiącletniej religii (Brenan 1943; por. Borkenau 1937) – ale jeśli tak, to była to taka religia, której główne rytuały obejmowały działania takie jak palenie kościołów lub usuwanie zmumifikowanych ciał zakonnice z krypt kościelnych, aby ujawnić czającą się poniżej korupcję (Lincoln 1991). We współczesnym anarchizmie ta wrogość w dużej mierze zanikła: po części dlatego, że w wielu krajach Kościół stracił tak wiele ze swojej władzy; po części dlatego, że tak wielu anarchistycznych sojuszników (na przykład ludy rdzenne lub w Stanach Zjednoczonych kwakrzy, radykalni księża i duchowni) prawdopodobnie doszli do swojej polityki poprzez przekonania religijne; a częściowo także z powodu rozwoju specyficznie anarchistycznych form duchowości, takich jak feministyczne pogaństwo. Jednocześnie konkretnie anarchistyczne formy duchowości – oprócz tego, że są z natury pluralistyczne i otwarte (stąd politeizm) – prawie zawsze są przynajmniej trochę skromne i zdolne do zdystansowania się od siebie[22]. Wielu pogan ma uderzającą zdolność postrzegania swoich poglądów jako głęboko prawdziwych, a jednocześnie jako rodzaj kapryśnej komedii. Często wydają się angażować jednocześnie w rytuał i parodię rytuału; moment, w którym najprawdopodobniej pojawi się śmiech i autoironia, to właśnie punkt, w którym zbliżamy się do tego, co najbardziej boskiego, niepoznawalnego lub głębokiego. Ta sama kapryśna, żartobliwa jakość znajduje odzwierciedlenie w znacznej części pogańskiej literatury feministycznej, jak w innych gałęziach teorii anarchistycznej, i wydaje się odzwierciedlać wrażliwość, która w najlepszym razie postrzega „teorię” jako, jeśli w ogóle, formę twórczego pisania, zarówno głęboko prawdziwego, ponieważ uwydatnia pewne skądinąd niewidoczne aspekty rzeczywistości, ale jednocześnie głęboko głupiego, ponieważ czyni to, będąc świadomie ślepym na inne aspekty[23]. Również taką, w której wyobraźnia, zdolność do tworzenia nowych teorii, wizji czy czegokolwiek innego, jest sama w sobie ostateczną, niepoznawalną, świętą rzeczą.

Wszystko to może trochę przesadzone: czytelnik nie powinien chyba brać moich własnych wywodów teoretycznych zbyt poważnie niż te, o których piszę. Najważniejsze jest jednak to, że – w przeciwieństwie do niektórych „klasycznych” dzieł Proudhona, Kropotkina, Rockera, Malatesty, De Santillana i innych, napisanych w cieniu marksizmu – współczesna anarchistyczna „teoria”, taka jak jest, najwyraźniej nie ma na celu zapewnienia wszechstronnego zrozumienia, które poinstruuje innych o prawidłowym prowadzeniu rewolucji. Nie jest ideologią, teorią historii. Skłania się raczej ku inspirującej, twórczej zabawie. Jest to przede wszystkim ekstrapolacja i wyobrażeniowa projekcja pewnych form praktyki: doświadczenie pracy w małej grupie afinicji staje się wzorem dla prymitywistycznych idealizacji zespołu łowców/zbieraczy, uważanych za podstawową jednostkę społeczną przez większość historii ludzkości; doświadczenie prawdziwych eksperymentów w kontroli robotniczej staje się podstawą wyimaginowanej planety w opowiadaniu science fiction; doświadczenie siostrzeństwa staje się wzorem dla matriarchalnej religii Bogini; przeżycie dzikiego momentu zbiorowej poetyckiej inspiracji czy nawet szczególnie dobrej imprezy staje się podstawą teorii Tymczasowej Strefy Autonomicznej. Nawet gdy współcześni anarchiści zwracają się ku marksizmowi, ich przeważającymi ulubionymi teoretykami są sytuacjoniści Raoul Vaneigem (1967) i Guy Debord (1967), teoretycy marksistowscy najbliżsi awangardowej tradycji prób zjednoczenia teorii, sztuki i życia.

Jeśli anarchizm nie jest próbą wprowadzenia w życie pewnego rodzaju wizji teoretycznej, ale jest nieustanną wymianą między inspirującymi wizjami, antyautorytarnymi postawami i egalitarnymi praktykami, to łatwo dostrzec, jak etnografia może stać się tak odpowiednim narzędziem dla jego analizy. To jest dokładnie to, co ma robić etnografia: wydobyć ukrytą logikę w sposobie życia, wraz z powiązanymi z nim mitami i rytuałami, aby uchwycić sens zestawu praktyk. Oczywiście innym sposobem na zrobienie tego byłoby po prostu śledzenie anarchistycznych debat, tak jak zrobiłem to na początku, ponieważ zwykle skupiały się one na kwestiach etycznych i organizacyjnych. Obecnie debaty te skupiają się przede wszystkim na tym, jak zwalczać rasizm i seksizm w ruchu, o formach podejmowania decyzji oraz o pytaniach o przemoc i niestosowanie przemocy. Ponieważ to ostatnie odnosi się najbardziej bezpośrednio do kwestii relacji między anarchizmem a akcją bezpośrednią, pozwolę sobie przejść do krótkiego rozważenia relacji między nimi, zanim przejdę do zbiorczej historii roli akcji bezpośredniej i demokracji bezpośredniej w ruchach społecznych w północnej Ameryce w drugiej połowie XX wieku – zaczynając od lat 60., kończąc na latach 90., w punkcie w którym te dwa prądy zaczęły się ostatecznie łączyć.

5.3. Przemoc i Nie-Przemoc

Kwestia przemocy, niestosowania przemocy i niszczenia własności nawiedza anarchizm od co najmniej XIX wieku.

Są oczywiste powody, dla których powinno to być problemem. Z jednej strony istnieje wiele powodów, dla których anarchiści mogą być podejrzliwi wobec przemocy. Po pierwsze, anarchiści wychodzą od zasady, że nasz sposób oporu powinien ucieleśniać świat, który chce się stworzyć. Prawie nikt nie chce tworzyć bardziej brutalnego świata. Anarchiści próbują organizować się na zasadach niehierarchicznych i argumentują, że jest to nie tylko bardziej sprawiedliwe, ale i bardziej efektywne. Przemoc – szczególnie przemoc agresywna – jest jedną z niewielu form ludzkiej aktywności, która wydaje się bardziej efektywna, jeśli jest zorganizowana na podstawie odgórnego, dowodzenia. To i towarzysząca jej potrzeba zachowania tajemnicy sprawia, że im bardziej ktoś przygotowuje się do wojny lub czegoś podobnego, tym trudniej jest zorganizować się demokratycznie.

Z drugiej strony anarchiści chcą widzieć rewolucję społeczną i trudno sobie wyobrazić, jak mogłaby się wydarzyć bez jakiegokolwiek gwałtownego konfliktu.

Co więcej, nalegają również na moralną suwerenność jednostki i często czują się bardzo niekomfortowo z kodeksami postępowania. W zasadzie każdy, kto stawia opór, powinien decydować, co jest uzasadnionym aktem oporu wobec wewnętrznie niesłusznej władzy. Teraz ważne jest, aby nie przesadzać: w praktyce milczące porozumienia istnieją zawsze. Zasada CLAC dotycząca „różnorodności taktyk”, o której tak wiele słyszeliśmy we wcześniejszych rozdziałach, mogła brzmieć dla pacyfistów takich jak SalAMI jak „wszystko ujdzie”, ale opierała się na wspólnym zrozumieniu, że nikt nie pojawi się z bronią palną lub materiałami wybuchowymi. To byłoby po prostu nie do pomyślenia. Jeśli moje doświadczenie jest czymś godnym uwagi, gdyby ktokolwiek choćby zasugerował, że tak zrobi, natychmiast uznano by go za policyjnego infiltratora właśnie z tego powodu. Niemniej jednak takie milczące porozumienia istnieją tylko wśród aktywistów. Jeśli przyłączą się osoby z zewnątrz, nigdy nie można być całkowicie pewnym, co zamierzają zrobić. Na przykład w Quebecu wokół Czarnego Bloku w pewnym momencie akcji pojawiła się przerażająca historia, że „francuscy gangsterzy” mieli pojawić się pod Murem z bronią palną (czyn, który, jak zakładali, zostałby automatycznie przypisany do nich). W Seattle, po starannie wymierzonym niszczeniu celów korporacyjnych przez Czarny Blok, w kilku przypadkach nastąpiły epizody oportunistycznych grabieży dokonywanych przez miejscowych afroamerykańskich nastolatków. W takim przypadku jest mało prawdopodobne, by ktokolwiek z bloku się sprzeciwiał. Widzieć, jak uciskane społeczności powstają i przyłączają się do ciebie, jest w pewnym sensie istotą sprawy. I, jak w St. Jean Baptiste, standardy uciskanej społeczności akceptowalnych taktyk tej mogą być inne niż twoje własne. Jednakże większość dużych mobilizacji (w tym Québec City) także widziało przynajmniej kilka pomniejszych epizodów tego, co nazywam „problemem pijanego bractwa” – oportunistycznej przemocy, głównie dla zabawy, ze strony młodych ludzi, których polityka prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z aktywistami, lub nawet jawnie prawicowych. W Europie może do tego faktycznie zachęcać policja, traktując to jako pretekst do stosowania środków represyjnych. Ekstremalny przykład miał miejsce w Genui, kiedy policja najwyraźniej dała do zrozumienia, że przymknie oko na tego typu sprawy, a na miejsce zjechali się faszyści i chuligani futbolowi z całej Europy.

Mimo to Genua była ekstremalna i zwykle jest to raczej drobny problem. Najgorszy dylemat moralny dla anarchistów pojawia się, gdy izolowane jednostki, twierdząc, że z anarchistycznej inspiracji, robią coś naprawdę brutalnego. i znowu, anarchiści, którzy zamordowali głowy państw na przełomie XIX i XX wieku, są prawdopodobnie najbardziej dramatycznym przykładem. Fascynujące w takich przypadkach jest to, że większość takich zabójstw była dokonywana przez pojedyncze osoby, a nie osoby działające w rzeczywistych organizacjach anarchistycznych. Wielu miało jedynie mgliste pojęcie o anarchistycznych zasadach. Jeśli jednak poważnie potraktuje się zasadę autonomii moralnej, trudno takie czyny traktować jako całkowicie nieusankcjonowane. Z anarchistycznego punktu widzenia, o ile uzasadnione jest angażowanie się w jakikolwiek akt przemocy międzyludzkiej, głowy państw, główni kapitaliści, lub wysocy urzędnicy są jasno najbardziej uzasadnionymi celami. Przyjęcie bardziej konwencjonalnej strategii wojny partyzanckiej, tworzenia małej armii i atakowania posterunki policji lub posterunki wojskowe – w ten sposób próbując zabić grupę zwykłych ludzi, którzy w żadnym sensie nie są bezpośrednio odpowiedzialni za politykę, której się sprzeciwiamy – byłoby zdecydowanie bardziej problematyczne. (Właściwie trudno zaprzeczyć, że według jakichkolwiek standardów moralnych zabójstwo jest o wiele lepsze od wojny). Z drugiej strony, ponieważ głowy państw mają tendencję do uznawania tego rodzaju logiki za wysoce kontrowersyjną, skutki są niezmiennie katastrofalne. Anarchistyczni pisarze, tacy jak Piotr Kropotkin czy Emma Goldman, zajmujący się głównie rozpowszechnianiem anarchistycznych idei wśród szerszej publiczności, często boleśnie zmagali się z tym, co zrobić lub powiedzieć o takich ludziach. Czy ich potępienie jest uzasadnione? Jaka im się należy solidarność? Czy przynajmniej nie istnieje obowiązek wyjaśniania światu swojego punktu widzenia? Debaty na temat wybitych okien i niszczenia mienia, czy możliwości wybuchu koktajli w Québec City, to po prostu nowsze wersje tego samego.

Działacze, którzy są na scenie zaledwie od dwóch, trzech lat, narzekają na konieczność ciągłego wymyślania koła w takich sprawach. Za każdym razem, gdy odbywa się poważna akcja, każdy musi przejść dokładnie te same debaty. Niektórzy twierdzą, że taktyki konfrontacyjne lub niszczenie mienia tylko sprawią, że aktywiści będą wyglądać źle w oczach opinii publicznej. Inni będą argumentować, że media korporacyjne nie sprawią, że będziemy dobrze wyglądać, cokolwiek byśmy robili. Niektórzy będą argumentować, że jeśli rozbijesz okno Starbucksa, będzie to jedyna historia w wiadomościach, skutecznie blokująca wszelkie inne problemy; inni odpowiedzą, że jeśli nie dojdzie do zniszczenia mienia, nie będzie żadnej historii. Inni będą twierdzić, że konfrontacyjne taktyki pozbawiają aktywistów moralnej wyższości; inni oskarżą tych ludzi o elitaryzm, i twierdzą, że przemoc systemu jest tak przytłaczająca, że odmowa skutecznej konfrontacji jest sama w sobie przyzwoleniem na przemoc. Niektórzy stwierdzą, że taktyka bojowników zagraża pokojowym demonstrantom; inni będą upierać się, że o ile nie stworzy się jakiejś policji pokojowej, która fizycznie grozi każdemu, kto maluje sprayem lub wybija okno, niektórzy prawdopodobnie to zrobią, a jeśli tak, koordynacja z bojownikami, a nie izolowanie ich, jest o wiele bezpieczniejsze dla wszystkich zainteresowanych. W końcu prawie zawsze kończy się to samo postanowienie: że dopóki nikt nie atakuje drugiego człowieka, ważne jest zachowanie solidarności. Ostatnią rzeczą, jakiej chcesz, to znaleźć się w sytuacji takiej jak Seattle, gdzie faktycznie pacyfiści fizycznie atakowali anarchistów próbujących wybić szyby lub próbowali oddać ich policji. Wielu zauważa, że wniosek jest tak nieunikniony, że chciałoby się po prostu przyspieszyć debatę, ale, jak wielu z rezygnacją zauważa, wydaje się, że za każdym razem, gdy toczy się ważna akcja, nowo wprowadzeni do ruchu muszą wypracować wniosek dla siebie.

Jednym z rezultatów jest jednak rodzaj stałego paradoksu wewnątrz anarchizmu. Nie chodzi o to, że nie można znaleźć pacyfistycznych anarchistów. Wielu pacyfistów uważa się za anarchistów. Jednak ci współcześni anarchiści, którzy nie są pacyfistami, mają tendencję do unikania jakichkolwiek skojarzeń z pacyfizmem i prawdopodobnie zareagują na wzmiankę o tym słowie z energicznym potępieniem – pomimo faktu, że w szerszej perspektywie ich idee i praktyki wyłoniły się w znacznym stopniu z tej tradycji. Trudno byłoby znaleźć anarchistę, którego instynkt nie byłby bardziej po stronie Malcolma X niż Martina Luthera Kinga czy Gandhiego; jednak pozostaje faktem, że pod względem ogólnego podejścia „Stań się zmianą, którą chcesz zobaczyć” Gandhiego wydaje się tysiąc razy bardziej zgodne z duchem anarchistycznym niż „za wszelką cenę” Malcolma X – a sam Gandhi dostrzegł silne pokrewieństwo filozoficzne swoich własnych idei i anarchizmu, a z pewnością Malcolm X nie dostrzegał. „Za wszelką cenę” w rzeczywistości wydaje się strasznie podobna do logiki celu-usprawiedliwiającego-środki, którą anarchizm konsekwentnie odrzuca. Jednak praktyczne irytacje wobec pacyfistów, w połączeniu z nieuniknionym instynktem identyfikowania się z najbardziej radykalną opcją, sprawiają, że prawie zawsze anarchista będzie utożsamiał się z Malcolmem X.

Większość anarchistów w dzisiejszych czasach, na przykład, lubi przytaczać argumenty, takie jak w Pacifism as Pathology(1998), aktywisty rdzennych Amerykanów Warda Churchilla, to jest, że sam pacyfizm jest głównie sposobem na dobre samopoczucie białych liberałów, że autentycznie uciskane grupy nie mają takich luksusów, że wyjątki – zwycięstwa Gandhiego lub Kinga – były możliwe dzięki lękowi przeciwników przed bardziej przemocowymi alternatywami. (Fakt, że autorzy tacy jak Churchill mają tendencję do odrzucania anarchistycznej krytyki hierarchii na rzecz przywództwa w stylu wojskowym, zwykle pozostaje niezauważony lub spisany na straty jako nieistotny)[24]. Fakt, że Churchill jest rdzennym Amerykaninem, jest jednak znaczący. W rzeczywistości bardzo niewielu anarchistów w Ameryce Północnej wyszłoby daleko poza wybicie okna; prawie wszyscy skrupulatnie unikają krzywdzenia innych w jakikolwiek sposób. Jak od czasu do czasu zwracam uwagę dziennikarzom, trudno nie znaleźć ciągłych odniesień do anarchistów z Czarnego Bloku jako „silnie” interesujących, gdy ktoś spędza z nimi jakikolwiek czas i obserwuje ich, na przykład ostrożnie unikających nadepnięcia na robaki lub debaty o tym, czy naprawdę jest uzasadnione zabicie komara. Prawdziwy punkt rozłamu pojawia się właśnie w kwestii solidarności. Aby zająć konsekwentnie stanowisko niestosowania przemocy, należałoby na przykład: powiedzieć Zapatystom w Chiapas, że tak naprawdę nie powinni byli przeprowadzać zbrojnego powstania – choćby krótkotrwałego – lub Czarnym Panterom, że banda białych anarchistów z klasy średniej miała więcej uprawnień, by im powiedzieć, jaką taktykę zastosować. Ta dychotomia – między budowaniem społeczności (w której anarchiści mają wszystko wspólne z pacyfistami) a solidarnością z uciskanymi grupami – jest stałym dylematem, który pojawi się w tej książce.

Warto zauważyć, że historycznie anarchizm kwitł jako ruch rewolucyjny przede wszystkim w czasach pokoju i w społeczeństwach w dużej mierze zdemilitaryzowanych. Jak zauważył Eric Hobsbawm (1973:61), w ostatnich latach XIX wieku, kiedy większość partii marksistowskich szybko stawała się reformistycznymi socjaldemokratami, to anarchizm stał w centrum rewolucyjnej lewicy[25]. Rzeczy naprawdę zmieniły się dopiero wraz z i wojną światową i oczywiście po rewolucji rosyjskiej. Konwencjonalna historiografia zakłada, że to powstanie Związku Radzieckiego doprowadziło do upadku anarchizmu i wszędzie postawiło komunizm na pierwszym planie. Mimo to wydaje mi się, że można by na to spojrzeć inaczej. Pod koniec XIX wieku większość ludzi szczerze wierzyła, że wojna między uprzemysłowionymi potęgami staje się niepotrzebna. Do 1900 roku nawet używanie paszportów uważano za przestarzałe barbarzyństwo. Chociaż przygody kolonialne zawsze były czymś stałym, wojna między, powiedzmy, Anglią i Francją wydawała się równie nie do pomyślenia jak dzisiaj. Dla kontrastu, „krótki wiek dwudziesty” (który zaczął się w 1914 roku i zakończył około 1989 lub 1991 roku) był prawdopodobnie najbardziej brutalny w historii ludzkości. Był to wiek, w którym główne mocarstwa nieustannie zajmowały się prowadzeniem wojen światowych lub przygotowywaniem się do nich. Nic więc dziwnego, że anarchizm mógł wydawać się nierealistyczny. Tworzenie i utrzymywanie ogromnych zmechanizowanych maszyn do zabijania wydaje się jedyną rzeczą, w której anarchiści z definicji nigdy nie mogą być bardzo dobrzy. Nie dziwi też, że partie marksistowskie (już zorganizowane jako struktura dowodzenia i dla których organizacja ogromnych zmechanizowanych maszyn do zabijania często okazywała się jedyną rzeczą, w której były szczególnie dobre) zaczęły wydawać się w porównaniu wybitnie praktyczne i realistyczne. Jest więc całkowicie zrozumiałe, że w momencie zakończenia zimnej wojny i gwałtownego konfliktu między uprzemysłowionymi mocarstwami znów wydaje się nie do pomyślenia, anarchizm powrócił do stanu, w jakim był pod koniec XIX wieku: ruchu międzynarodowego w samym centrum rewolucyjnej lewicy. Zaskakujące było to, że stało się to niemal natychmiast.

Co więcej, można by argumentować, że skuteczność bardziej bojowej taktyki anarchistycznej zależy od skutecznej demilitaryzacji społeczeństwa. Rozważmy tutaj bitwy o skłoty w Niemczech czy Włoszech, a nawet bitwy wokół rozbudowy lotniska Narita w Japonii, w których anarchiści lub ich miejscowi odpowiednicy byli w stanie toczyć zaciekłe bitwy z policją, bronić terytorium pałkami i kamieniami przed gazem łzawiącym i armatkami wodnymi, i dość często, rzeczywiście mogli wygrać. Trudno wyobrazić sobie coś podobnego w Stanach Zjednoczonych. W Ameryce policja po prostu nie pozwoli sobie na przegraną. Jeśli zdecydują się na wejście siłowe do skłotu, skłot ten zostanie utracony; jedynym powodem, dla którego warto go bronić, jest utrudnienie policji w taki sposób, że będą się wahać przed atakowaniem innych squatów w przyszłości. Nie tylko dlatego, że społeczeństwo amerykańskie jest o wiele silniej nadzorowane; dzieje się tak również dlatego, że Niemcy, Włochy i Japonia – wszystkie, co ważne, dawne mocarstwa Osi – zostały tak skutecznie zdemilitaryzowane. Walki pozycyjne z policją są możliwe tylko w społeczeństwach, w których wszyscy, w tym opinia publiczna, są świadomi, że prawie nikt nie posiada broni palnej, a taktyka policyjna odpowiednia dla społeczeństwa, w którym większość przestępców, jak można zakładać, jest ciężko uzbrojonych – na przykład drużyny SWAT – wydają się szalenie nieodpowiednia. i na pewno w tych częściach Europy, gdzie broń palna i wojskowy know-how są znacznie szerzej dostępne (myślimy o Rosji, Albanii, byłej Jugosławii, i podobnie Irak), klasyczny anarchizm i taktyki anarchistyczne nie znajdują tak żyznego gruntu.

Co ciekawe, prawdziwą inspiracją dla tego rodzaju taktyk stosowanych w obecnej fali protestów globalizacyjnych są ruchy w częściach Globalnego Południa, które do niedawna nie były w stanie w ogóle zaangażować się w pokojową akcję bezpośrednią. People’s Global Action, która wystosowała wezwanie do Seattle, została założona z inicjatywy Zapatystycznej Armii Wyzwolenia Narodowego (EZLN) w Chiapas. Wydaje mi się, że ruch zapatystów najlepiej można postrzegać jako próbę przejęcia go przez ludzi, którym historycznie odmawiano prawa do pokojowego, obywatelskiego oporu; zasadniczo, sprawdzenie blefu neoliberalizmu i jego pretensji do demokratyzacji i oddania władzy „społeczeństwu obywatelskiemu”. Jest to, jak mówią jej dowódcy, armia, która nie aspiruje do bycia armią. Od czasu ich pierwszego, trzytygodniowego powstania w styczniu 1994 roku, stała się również najmniej brutalnej „armią”, jaką można sobie wyobrazić (jest czymś w rodzaju tajemnicy poliszynela, że od co najmniej pięciu lat nie nosili nawet prawdziwej broni). EZLN jest rodzajem armii, która organizuje „inwazje” na meksykańskie bazy wojskowe, do których setki rebeliantów wdzierają się całkowicie bez broni, by krzyczeć i próbować zawstydzić tamtejszych żołnierzy. Pozostali dwaj kluczowi członkowie założyciele PAR to KRRS, gandhijski ruch chłopski w Indiach i MST, czyli Ruch Chłopów Bezrolnych, w Brazylii. Ci ostatni zdobyli w Brazylii ogromny autorytet moralny dzięki pokojowym akcjom masowym, mającym na celu całkowicie pokojowe ponowne zajęcie nieużytkowanych ziem. Podobnie jak w przypadku Zapatystów, jest całkiem jasne, że gdyby ci sami ludzie spróbowali tego samego dwadzieścia lat temu, po prostu zostaliby rozwaleni. W rzeczywistości najbardziej radykalne ruchy w Ameryce Południowej są obecnie tak pokojowe, jak im się wydaje, że może ujść im na sucho: większość, podobnie jak bojownicy w Québec City, ograniczy się do rzucania kamieniami, a następnie zazwyczaj przeciwstawia się całkowicie opancerzonej policji od zamieszek, ale nigdy nie próbowałoby użyć broni palnej. Sytuacja jest skomplikowana, ponieważ w wielu częściach Ameryki Łacińskiej istnieje, i od dawna była, znacznie bogatsza tradycja pokojowych akcji bezpośrednich niż w Europie czy Ameryce Północnej, ale bezpośrednia inspiracja ruchu globalizacyjnego wydaje się pochodzić głównie od grup, które lub trzydzieści lat temu, prawie na pewno byliby zmuszeni uciekać się do wojny partyzanckiej, ale które, widząc tak wiele wcześniejszych ruchów partyzanckich niszczących się lub degenerujących się w nihilistycznych gangsterów, zamiast tego wybrali radykalnie inne podejście. Odchodząc od taktyki wojskowej, często kończyli również – często raczej wbrew sobie – w kierunku znacznie bardziej anarchistycznych form organizacji.

5.4. Niezwykle krótka historia relacji między działaniami bezpośrednimi a demokracja bezpośrednią w USA od lat 60

Przed II wojną światową głównym ośrodkiem akcji bezpośredniej w Ameryce Północnej był, jak wspomniałem, ruch robotniczy. Okres po wojnie był świadkiem stopniowego łączenia się tradycji akcji bezpośredniej i demokracji bezpośredniej, przy czym te dwie rzeczy naprawdę połączyły się pod koniec lat 70. i na początku lat 80. i były gotowe do odrodzenia pod wpływem Zapatystów. Historia jest bardzo skomplikowana, ale karykaturalna wersja może wyglądać mniej więcej tak:

Nowa Lewica z lat 60. rozpoczęła się od wezwania do „demokracji uczestniczącej” w słynnym Oświadczeniu z Port Huron z 1962 roku, dokumencie założycielskim Students for the Democratic Society (SDS – Studenci na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa). Jego główny autor, Tom Hayden, został zainspirowany przez Johna Deweya i C. Wrighta Millsa, a dokument wyróżniał się wezwaniem do szerokiej demokratyzacji wszystkich aspektów amerykańskiego społeczeństwa, aby stworzyć sytuację, w której ludzie sami podejmują „decyzje, które wpływają na ich życie”[26]. Można to postrzegać jako bardzo anarchistyczną wizję, ale SDS, na początek, miało zupełnie inną orientację. W rzeczywistości ich pierwotny program polityczny polegał na radykalizacji Partii Demokratycznej (porzucili ją tylko wtedy, gdy stanęli w niemożliwej pozycji dzięki ciągłemu dążeniu Demokratów do wojny wietnamskiej). Co ważniejsze, ci, którzy sformułowali to oświadczenie, wydawali się mieć tylko najbardziej szkicowe wyobrażenia o tym, co „demokracja uczestnicząca” może oznaczać w praktyce. Jest to najbardziej widoczne w sprzecznym charakterze struktury SDS. Jak zauważyła Francesca Polletta (2002), na papierze SDS była dość formalną organizacją odgórną, z centralnym komitetem sterującym i spotkaniami prowadzonymi zgodnie z Regułami Porządku Roberta. W praktyce składał się z w dużej mierze autonomicznych komórek, które działały w rodzaju surowego, de facto procesu konsensusu. Z kolei nacisk na konsensus wydaje się zainspirowany przykładem SNCC, Student Nonviolent Coordinating Committee (Studenckiego Bezprzemocowego Komitetu Koordynacyjnego), studenckiego skrzydła ruchu praw obywatelskich. SNCC zostało pierwotnie utworzone z inicjatywy Anity Baker i wielu innych aktywistów zaangażowanych w Southern Christian Leadership Conference (SCLC), którzy mieli nadzieję stworzyć alternatywę dla odgórnej struktury SCLC i charyzmatycznego przywództwa (oczywiście w postaci dra Martina Luthera Kinga, Jr.). Słynący z organizowania z siedzących blokad barów, przejażdżek wolnościowych i innych akcji bezpośrednich, SNCC było zorganizowane na całkowicie zdecentralizowanych zasadach, z pomysłami na nowe projekty, które miały wyłonić się z poszczególnych oddziałów, z których wszystkie były obsługiwane przez rodzaj szorstkiego konsensusu.

Ten nacisk na konsensus wydaje się zaskakujący, skoro w tamtych czasach nie było zbyt wielu modeli. Zarówno w SNCC, jak i SDS wydaje się, że wynikało to z przekonania, że skoro nikt nie powinien robić niczego wbrew jego woli, decyzje powinny być naprawdę jednomyślne. Jednak wydaje się, że nie było czegoś takiego, jak to, co obecnie nazywa się „procesem konsensusu” w formalnym znaczeniu tego terminu. Problem polegał na tym, że nie było oczywistego przykładu. Jedyne społeczności w Ameryce Północnej z żywą tradycją konsensusowego podejmowania decyzji (kwakrzy i różne grupy rdzennych Amerykanów) były albo nieznane, albo niedostępne, albo niezainteresowane nawracaniem. Kwakrzy w tamtym czasie postrzegali konsensus zasadniczo jako praktykę religijną; byli, według Polletty (2002:195), w rzeczywistości dość oporni na ideę nauczania tego kogokolwiek innego.

Nowa Lewica była, jak wszyscy wiemy, zasadniczo ruchem kampusowym. Paul Mattick Jr. (1970) twierdził, że fala aktywizmu lat 60. wydaje się wyłonić z pewnego rodzaju społecznego korka. Ideałem państwa opiekuńczego w tamtych czasach było rozładowywanie napięć klasowych poprzez oferowanie widma nieustannej mobilności społecznej (w podobny sposób jak kiedyś pogranicze). Po wojnie ze strony rządu podjęto bardzo świadome wysiłki, aby wpompować środki w system szkolnictwa wyższego, który zaczął się gwałtownie rozwijać wraz z większą liczbą dzieci z klasy robotniczej uczęszczających na uniwersytety. Problem polegał oczywiście na tym, że takie krzywe wzrostu niezmiennie osiągają swoje granice i jak każdy rząd Trzeciego Świata, który próbował zastosować tę strategię, przekonał się, że kiedy to się dzieje, wyniki są zazwyczaj wybuchowe. W latach sześćdziesiątych zaczęło się tak dziać. Miliony studentów nie miały żadnej realistycznej perspektywy znalezienia pracy, która miała jakikolwiek związek z ich rzeczywistymi oczekiwaniami lub możliwościami – co jest normalną perspektywą w społeczeństwach przemysłowych, ale nagle sytuacja znacznie się pogorszyła. Byli to studenci, którzy jako pierwsi zaangażowali się w SDS; ludzie, którzy, jak podkreśla Mattick, podobnie jak ich odpowiednicy na Globalnym Południu, zawsze postrzegali siebie jako swego rodzaju oderwany fragment elity administracyjnej. Sugeruje, że było to kluczowe dla zrozumienia ograniczeń Nowej Lewicy – że aktywiści niezmiennie postrzegali siebie jako „organizatorów”, pracowników socjalnych[27].

Tym, co jednoczyło wszystkie frakcje lewicy, była koncepcja ich związku z rzeczywistymi lub wymyślonymi społecznościami jako organizatorów – na wzór związkowców i pracowników socjalnych – a nie jako „kolegów studentów” lub pracowników ze szczególnym zrozumieniem sytuacji dzielonej z innymi i pomysłów, co z tym zrobić. Pomimo sporu co do głównego celu organizowania się – bezrobotnych, robotników fizycznych, pracowników umysłowych, młodzieży porzucającej naukę – w każdym przypadku „społeczność” była postrzegana jako potencjalna „grupa wyborcza” (lub, w język PL [Progressive Labor Party – Postępowej Partii Pracy] „baza”). Radykałowie postrzegali siebie jako zawodowych rewolucjonistów, siłę, że tak powiem, poza społeczeństwem, organizującą tych wewnątrz we własnym imieniu. Działacz odgrywał więc rolę zarezerwowaną w teorii liberalnej dla państwa, punkt, który nie może być pominięty w próbie zrozumienia przejścia Nowej Lewicy z orientacji liberalnych reform rządu do leninowsko-stalinowskich koncepcji socjalizmu (Mattick 1970:22)

Sprzeczności tej sytuacji w końcu ujawniły się w miarę upływu dekady. Kryzys został zapoczątkowany najpierw w grupach takich jak SNCC, kiedy żądania dotyczące praw obywatelskich zaczęły ustępować miejsca wezwaniom do Black Power. Radykałowie w SNCC, którzy w końcu mieli założyć Czarne Pantery, wezwali białych aktywistów do zaprzestania pracy w sojuszu i powrotu do własnych społeczności, w szczególności w celu organizowania białych społeczności przeciwko rasizmowi. Działacze SDS zawsze przyjmowali takie wezwania z wielką ambiwalencją (Barber 2001) – po części dlatego, że nigdy nie byli do końca pewni, jakie powinny być ich własne społeczności. Można powiedzieć, że coś podobnego próbowano na początku lat sześćdziesiątych w ramach projektu Economic Research Areas Project (ERAP), który miał być białym odpowiednikiem oddolnego organizowania praw obywatelskich, która wprowadziła aktywistów SDS do biednych białych społeczności, i próbowało zmobilizować społeczności wokół spraw będących przedmiotem wspólnego zainteresowania. Niektóre z tych projektów zwyciężyły w przeprowadzaniu lokalnych reform, ale organizatorzy nigdy nie czuli się częścią społeczności, w których pracowali, czuli się odizolowani od innych aktywistów, a niewielu uznało wyniki za warte poświęcenia. Projekt rozpadł się w 1965 roku. Zamiast tego, jak tak przenikliwie zauważył Mattick, wielu zaczęło zdawać sobie sprawę, że jeśli istnieje sposób na przezwyciężenie wyobcowania miejsc pracy bez przyszłości, na znalezienie pracy, która faktycznie spełnia ich wyobraźnię, to właśnie sam aktywizm. Innymi aktywistami, w rzeczywistości, były ich społeczności.

Kryzys zapoczątkowany przez Black Power ostatecznie poprowadził w dwóch bardzo różnych kierunkach. Ponownie, za cenę rażącego uproszczenia: kiedy ich sojusznicy w ruchu na rzecz praw obywatelskich porzucili ich, biali aktywiści faktycznie mieli dwie opcje. Mogliby albo próbować budować własne instytucje kontrkulturowe, albo mogli skupić się na sprzymierzaniu się ze społecznościami lub grupami rewolucyjnymi w walce za granicą, tj. z Viet Congu lub innymi rewolucjonistami z Trzeciego Świata, którzy zabraliby praktycznie wszystkich sojuszników, jakich mogliby zdobyć. Gdy SDS zaczęło się rozpadać na skłócone frakcje maoistów, grupy takich jak Diggers i Yippies (założone w 1968 roku) wybrały pierwszą opcję. Wielu z nich było jednoznacznie anarchistami i z pewnością zwrot pod koniec lat 60. w kierunku tworzenia autonomicznych kolektywów i budowania instytucji mieścił się wprost w tradycji anarchistycznej, podczas gdy nacisk na wolną miłość, środki psychodeliczne i tworzenie alternatywnych form przyjemności znajdował się wprost w tradycji bohemy, z którą europejsko-amerykański anarchizm zawsze był przynajmniej w pewnym stopniu powiązany. Slogan Yippie, „rewolucja dla rewolucji”, może być postrzegany jako wyłaniający się bezpośrednio z uświadomienia sobie, że sam aktywizm może stać się głównym środkiem przezwyciężenia alienacji. Inną opcją było postrzeganie siebie jako sojusznika przede wszystkim z rewolucyjnymi społecznościami za granicą: stąd obsesja gloryfikowania rewolucyjnych bohaterów na Kubie, w Wietnamie, Chinach i gdzie indziej (ludzi, którzy, jak wskazywali krytycy sytuacjoniści i autonomiści, byli zasadniczo ikonami tego rodzaju nowych, radykalnych elit administracyjnych, z którymi SDS zawsze milcząco się utożsamiała) i poczucie, żeby uderzyć w imperium z łona Bestii.

Każda strategia oznaczała powrót do akcji bezpośredniej, ale jednocześnie odrzucenie całego projektu tworzenia egalitarnych struktur decyzyjnych. Hipisów i Yippiesów można uznać za nieco ambiwalentne przykłady pod tym względem, ponieważ małe gminy i wiele alternatywnych instytucji powstałych w tym procesie generalnie działało na zasadach demokratycznych. Mimo to Yippies, ze swoimi dzikimi, inspirowanymi kwasem psikusami i medialnymi wyczynami, mieli tendencję do przekształcania się w platformę dla charyzmatycznych impresariów, takich jak Abbie Hoffman i Jerry Rubin, w stylu, który okazywał się notorycznie wyobcowany dla niektórych członków białej klasy robotniczej. Weathermen z kolei podjęli próbę zamachów bombowych skierowanych na cele wojskowe i korporacyjne, miały inspirować do spontanicznej emulacji i popychać społeczeństwo do rewolucyjnej konfrontacji – choć z istotnym ograniczeniem, że nie chcą nikogo zabijać. Skończyło się głównie na wysadzaniu pustych budynków. Co ciekawe, oba podejścia miały ogromny wpływ na późniejszą politykę medialną, ponieważ dziennikarze głównego nurtu zaczęli czuć się współwinni, dochodząc do wniosku, że coraz bardziej dzikie i destrukcyjne czyny były w rzeczywistości inspirowane potrzebą nieustannej eskalacji, aby trafiać na pierwsze strony gazet. Słyszałem na przykład wielokrotnie plotki od weteranów z lat 60., że kampania bomb Weathermen była znacznie bardziej rozległa i niszczycielska niż kiedykolwiek zostały zarejestrowane, ale krajowe media podjęły świadomą decyzję, by zaprzestać o tym informowania. Nie mam pojęcia, czy to prawda. Jedno jest jednak jasne, że od tego okresu, amerykańskie media stały się, bardziej niż w dowolnej innej demokracji przemysłowej, niesamowicie ostrożne w informowaniu o dowolnych akcjach aktywistów, lub nawet demonstracjach.

Ten punkt stanie się później ważny. Na razie jednak kluczową kwestią jest to, że żadna z tych grup nie połączyła swojego zainteresowania akcją bezpośrednią z naciskiem na zdecentralizowane podejmowanie decyzji; wręcz przeciwnie, czy to dlatego, że z jednej strony skupiono się na charyzmatycznych postaciach, które były przynajmniej potencjalnymi gwiazdami mediów, czy też na podobnej do komórek, militarnej strukturze zdolnej do przeprowadzania ataków w stylu partyzanckim, impuls był kierowany w odmienną stronę. Co więcej, obie strategie wybuchały przez kilka lat i bardzo szybko wygasały (choć alternatywne instytucje powstałe w tym czasie często trwały znacznie dłużej).

Kontrastowanie poważnego aktywizmu Nowej Lewicy z początku lat sześćdziesiątych z rzekomym dziecięcym ekstremizmem końca lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych stało się konwencjonalnym zwyczajem w liberalnej nauce. Nie chcę pozostawiać wrażenia, że się z tym zgadzam. Standardowym zarzutem liberałów jest to, że kontrkultura lat sześćdziesiątych – w istocie pierwszą masową, przemysłową bohemę – sama się zniszczyła w ultraradykalizmie. Co więcej, w ten sposób, jak głosi argument, pozostawiło to prawicowym działaczom możliwość przyjęcia wielu z tych samych oddolnych technik organizacyjnych opracowanych przez SDS, aby dotrzeć do bardzo białych okręgów klasy robotniczej, które SDS miała taki problem zorganizować, i zmobilizować ich przeciwko tej właśnie kontrkulturze. Z pewnością jest w tym ironia. Ale wydaje mi się, że lepiej widzieć oba okresy jako próby przepracowania pewnych fundamentalnych dylematów, które są z nami do dziś. Osobiście podejrzewam, że prawdziwym winowajcą wzrostu i ostatecznej hegemonii Nowej Prawicy nie są ekscesy maoistów i Yippies, ale raczej fakt, że Ameryka przestała wykorzystywać szkolnictwo wyższe jako środek mobilności klasowej. Ponieważ większość sfrustrowanych klas administracyjnych według Mattick’a została ponownie wchłonięta przez nowy, bardziej elastyczny kapitalizm, biała klasa robotnicza była coraz bardziej odcięta od jakiegokolwiek dostępu do środków produkcji kulturalnej – poza, być może, ich kościołem. Rezultatem była być może przewidywalna niechęć do rzekomych kontrkulturowych ekscesów „liberalnej elity”[28].

Jak to bywa, drugi okres był znacznie bardziej złożony i twórczy niż krytycy zwykle przyznają. Wiele pomysłów, które z niego wynikły, było niezwykle proroczych. Rozważmy na przykład pojęcie „międzywspólnotowości” Hueya Newtona, które stało się oficjalnym stanowiskiem Czarnej Pantery w 1971 roku i które głosiło, że państwo narodowe jest w trakcie rozpadu, i że każda skuteczna rewolucyjna polityka musiałaby zacząć się od sojuszu między lokalnymi, samoorganizującymi się społecznościami, niezależnie od granic państwowych. Prawdziwy problem polegał na tym, jak były one samozorganizowane: Czarne Pantery, które uosabiały postaci takie jak sam Newton, w końcu ucieleśniały epokę, w której macho, szowinistyczne style przywództwa zaczęły wydawać się synonimem bojowości.

To prawdopodobnie znaczące, że w SNCC pierwszy krok w kierunku odrzucenia zdecentralizowanego podejmowania decyzji został zainicjowany przez wschodzącą frakcję Black Power. Dokładna analiza historii organizacyjnej ruchu przeprowadzona przez Poletta (2002) wyraźnie pokazuje, że konsensus i decentralizacja nie były kwestionowane, ponieważ były w rzeczywistości nieefektywne. Były raczej używane jako kwestie klinowe. Przez obsesję na punkcie procesu demokratycznego biali aktywiści w SNCC i ich sojusznicy mogli być utożsamiani z niekończącymi się rozmowami i zamieszaniem; im bardziej wojownicza, frakcja Black Power mogłaby przedstawiać się jako idealny model bezwzględnej skuteczności, odpowiedni dla prawdziwie bojowej organizacji. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Stokely Carmichael, która stała się głównym rzecznikiem stanowiska Black Power, lubiła powtarzać rzeczy jak „jedyna pozycja dla kobiety w SNCC to pozycja leżąca”.

Fakt, że nawet w połowie lat 60. takie rzeczy można było mówić w organizacji, która została pierwotnie założona przez kobietę jako bunt przeciwko charyzmatycznemu męskiemu autorytetowi, jest sam w sobie zdumiewający. Ale może to dać poczucie, że polityka seksualna zawsze leży tuż pod powierzchnią starej Nowej Lewicy. Bojowe ruchy nacjonalistyczne są oczywiście znane z zapewniania platform dla energicznego przywrócenia pewnych rodzajów męskiej władzy. Ale sentymenty podobne do Carmichael można znaleźć również w ustach białych aktywistów tamtych czasów. W rzeczywistości ruch feministyczny powstał w dużej mierze w obrębie Nowej Lewicy, jako reakcja na właśnie ten rodzaj przywództwa macho, lub po prostu wśród tych zmęczonych odkrywaniem, że nawet podczas zajęć uniwersyteckich, nadal miały przygotowywać kanapki i zapewniać bezpłatne usługi seksualne, podczas gdy aktywiści płci męskiej pozowali przed kamerami. Z kolei ożywienie zainteresowania tworzeniem praktycznych form demokracji bezpośredniej – w istocie rzeczywista geneza obecnego ruchu – wywodzi się nie tyle z tych męskich radykałów z lat 60., ile z ruchu kobiecego, który powstał w dużej mierze w reakcji na nich (na przykład, Freeman 1971, Evans 1979).

Kiedy zaczynał się ruch feministyczny, był organizacyjnie bardzo prosty. Jego podstawowymi jednostkami były małe kręgi podnoszące świadomość; podejście było nieformalne, intymne i antyideologiczne. Większość pierwszych grup wyłoniła się bezpośrednio z kręgów Nowej Lewicy. O ile stawiały się w stosunku do poprzedniej radykalnej tradycji, był to zwykle anarchizm. Podczas gdy nieformalna organizacja okazała się wyjątkowo dobrze przystosowana do podnoszenia świadomości, gdy grupy zaczęły planować działania, a zwłaszcza gdy się rozrastały, problemy miały tendencję do ujawniania. Niemal zawsze takie grupy były zdominowane przez „wewnętrzny krąg” kobiet, które były lub stały się bliskimi przyjaciółkami. Charakter wewnętrznego kręgu był różny, ale jakoś zawsze się pojawiał. W rezultacie w niektórych grupach lesbijki czuły się wykluczone, w innych to samo działo się z heterokobietami. Inne grupy szybko rosły, a potem większość nowoprzybyłych szybko odpadała, ponieważ nie było możliwości ich zintegrowania. Nastąpiły niekończące się debaty. Jednym z rezultatów był esej zatytułowany „Tyrania bezstruktury”, napisany przez Mary Jo Freeman w 1970 roku i opublikowany po raz pierwszy w 1972 roku – tekst, który do dziś chętnie czytają różnego rodzaju organizatorzy. Argument Freeman jest dość prosty. Bez względu na to, jak szczere jest oddanie zasadom egalitarnym, faktem jest, że w każdej grupie aktywistów różni członkowie będą mieli różne umiejętności, zdolności, doświadczenie, cechy osobiste i poziomy oddania. W rezultacie nieuchronnie rozwinie się jakaś struktura elit lub przywództwa. Na wiele sposobów, mając nieuznaną strukturę przywódczą, argumentowała, może być znacznie bardziej niszczące niż posiadanie struktur formalnych: przynajmniej przy formalnej strukturze jest możliwe dokładne ustalenie, czego oczekiwać od tych, którzy wykonują najważniejsze koordynujące zadania i ich z tego rozliczyć.

Jednym z powodów niesłabnącej popularności eseju jest to, że można go wykorzystać do wsparcia szerokiej gamy stanowisk. Liberałowie i socjaliści regularnie powołują się na „Tyranię braku struktury” jako uzasadnienie, dlaczego każda organizacja anarchistyczna jest skazana na porażkę, jako kartę powrotu do starszych, odgórnych stylów organizacji, pełnych urzędów wykonawczych, komitetów sterujących, i tym podobne. Egalitaryści sprzeciwiają się, że nawet w takim stopniu, w jakim jest to prawdą, o wiele gorzej jest mieć przywództwo, które czuje się w pełni uprawnione do swojej władzy, niż takie, które musi poważnie traktować oskarżenia o hipokryzję. Dlatego anarchiści zwykle odczytywali argumenty Freeman jako wezwanie do sformalizowania procesu grupowego w celu zapewnienia większej równości, a tak naprawdę większość jej konkretnych sugestii – wyjaśniania, jakie zadania są przypisane jakim jednostkom, szukania sposobów do oceny wyników jednostki przez grupę, rozdzielania odpowiedzialności tak szeroko jak tylko się da (może przez rotowanie), zapewnianie wszystkim dostępu do informacji i zasobów – z pewnością były pomyślane w tym celu.

W obrębie samego większego ruchu feministycznego większość z tych argumentów ostatecznie została przedyskutowana, ponieważ moment anarchistyczny był krótki. Zwłaszcza po tym, jak w sprawie Roe przeciwko Wade wydawało się, że strategicznie mądre wydaje się poleganie na władzy rządu, ruch kobiecy zamierzał wystartować w zdecydowanie liberalnym kierunku i coraz bardziej polegać na formach organizacyjnych, które nie były egalitarne. Ale dla tych, którzy nadal pracują w egalitarnych kolektywach lub próbują je stworzyć, feminizm skutecznie sformułował warunki debaty. Jeśli chcesz ograniczyć podejmowanie decyzji do możliwie najmniejszych grup, jak te grupy koordynują? W ramach tych grup, jak zapobiec przejęciu władzy przez klikę przyjaciół? Jak zapobiegać marginalizacji pewnych kategorii uczestników (heteroseksualnych kobiet, gejów, starszych kobiet, studentów – w mieszanych grupach wkrótce po prostu kobiet)? Co więcej, nawet jeśli mainstreamowe feministki porzuciły politykę akcji bezpośredniej, wokół było mnóstwo radykalnych feministek, nie mówiąc już o anarchafeministkach, które starały się, aby takie grupy były uczciwe.

Początki obecnego ruchu akcji bezpośredniej sięgają właśnie do prób rozwiązania tych dylematów. Elementy naprawdę zaczęły się łączyć w ruchu antynuklearnym późnych lat 70., najpierw wraz z założeniem Clamshell Alliance i okupacją elektrowni jądrowej Shoreham w Massachusetts w 1977 roku, a następnie przez Abalone Alliance i walkę o fabrykę Diablo Canyon w Kalifornii kilka lat później. Główną inspiracją dla działaczy antynuklearnych – przynajmniej w kwestiach organizacyjnych – były idee głoszone przez grupę o nazwie Movement for a New Society (MNS – Ruch na rzecz Nowego Społeczeństwa ) z siedzibą w Filadelfii. Na czele MNS stał działacz na rzecz praw gejów George Lakey, który – podobnie jak kilku innych członków grupy – był również anarchistycznym kwakrem. Lakey i jego przyjaciele zaproponowali wizję rewolucji bez przemocy. Zamiast kataklizmu przejęcia władzy, proponowali ciągłe tworzenie i rozwijanie nowych instytucji, opartych na nowych, niezbywalnych sposobach interakcji – instytucji, które można by uznać za „prefiguratywne”, o ile dawały przedsmak tego, czym naprawdę demokratyczne społeczeństwo może być. Takie prefiguratywne instytucje mogłyby stopniowo zastępować istniejący porządek społeczny (Lakey 1973). Sama wizja nie była nowa. Była to pozbawiona przemocy wersja standardowej anarchistycznej idei budowania nowego społeczeństwa w skorupie starego. Nowością było to, że ludzie tacy jak Lakey, którzy wychowali się jako kwakrzy i zdobyli duże doświadczenie w kwakierskim podejmowaniu decyzji, mieli praktyczną wizję tego, jak niektóre z tych alternatyw mogą faktycznie działać. Wiele z tego, co teraz jest standardowymi cechami formalnego procesu konsensus – zasada, że facylitator nigdy nie powinien działać jako zainteresowana strona, idea „bloku” – były upowszechniane na treningach MNS w Filadelfii i Bostonie.

Ruch antynuklearny był również pierwszym, który uczynił ze swojej podstawowej jednostki organizacyjnej grupę afinicji – rodzaj minimalnej jednostki organizacyjnej opracowanej po raz pierwszy przez anarchistów w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej na początku XX wieku – oraz rady delegatów. Jak zauważyła Starhawk w Rozdziale 1, wszystko to było w dużej mierze procesem uczenia się, rodzajem ślepego eksperymentu, a sprawy często były niezwykle trudne. Początkowo organizatorzy byli tak konsensusowymi purystami, że upierali się, że każda osoba ma prawo do blokowania propozycji nawet na poziomie ogólnokrajowym, co okazało się całkowicie nierealne. Mimo to akcja bezpośrednia poruszenia kwestii energetyki jądrowej okazała się spektakularnym sukcesem. Jeśli już, to ruch padł ofiarą własnego sukcesu. Chociaż rzadko wygrywał bitwę – to znaczy o blokadę uniemożliwiającą budowę jakiejkolwiek konkretnej nowej fabryki – bardzo szybko wygrał wojnę. Plany rządu USA dotyczące budowy stu nowych generatorów zostały pokrzyżowane po kilku latach i od tego czasu nie ogłoszono żadnych nowych planów budowy elektrowni jądrowych. Próby przejścia od elektrowni jądrowych do pocisków jądrowych, a stamtąd do rewolucji społecznej, okazały się jednak większym wyzwaniem, a sam ruch nigdy nie był w stanie przeskoczyć od kwestii jądrowej i stać się podstawą szerszej kampanii rewolucyjnej. Po wczesnych latach 80. w dużej mierze zniknął.

Nie znaczy to, że pod koniec lat 80. i 90. nic się nie działo. Radykalni aktywiści AIDS współpracujący z ACT UP i radykalni ekolodzy z grupami takimi jak Earth First!utrzymywali te techniki i rozwijali je. W latach 90. podjęto próbę stworzenia północnoamerykańskiej federacji anarchistycznej wokół gazety o nazwie Love & Rage, która w szczytowym momencie angażowała setki aktywistów w różnych miastach. Mimo to prawdopodobnie trafne jest postrzeganie tego okresu nie jako ery wielkich mobilizacji, a raczej jako ery molekularnego rozpowszechniania. Typowym przykładem jest historia Food Not Bombs, grupy pierwotnie założonej przez kilku przyjaciół z Bostonu, którzy byli częścią grupy afinicji dostarczającej jedzenie podczas akcji w Shoreham. Na początku lat osiemdziesiątych weterani grup afinicji założyli sklep w skłotowanym domu w Bostonie i zaczęli nurkować na śmietnikach ze świeżymi produktami wyrzucanymi przez supermarkety i restauracje oraz przygotowywać bezpłatne wegetariańskie posiłki do dystrybucji w miejscach publicznych. Po kilku latach jeden z założycieli przeniósł się do San Francisco i tam rozpoczął podobną działalność. Wieści rozeszły się (po części z powodu dramatycznych aresztowań w telewizji) i w połowie lat 90. autonomiczne oddziały FNB zaczęły pojawiać się w całej Ameryce, a także w Kanadzie. Na przełomie tysiącleci było ich dosłownie setki. Ale Food Not Bombs nie jest organizacją. Nie ma nadrzędnej struktury, członkostwa ani corocznych spotkań. To tylko pomysł – żeby jedzenie trafiało do tych, którzy tego potrzebują, i w taki sposób, że ci nakarmieni mogą sami stać się częścią procesu, jeśli chcą – plus kilka podstawowych informacji instruktażowych (teraz łatwo dostępnych w Internecie) oraz wspólne zaangażowanie w egalitarne podejmowanie decyzji i ducha zrób to sam. Stopniowo na całym kontynencie zaczęły powstawać spółdzielnie, anarchistyczne sklepy informacyjne, grupy obrony klinik, anarchistyczne kolektywy więzienne Czarnego Krzyża, pirackie kolektywy radiowe, squaty i oddziały Akcji Antyrasistowskiej. Wszystko stawało się warsztatami tworzenia demokracji bezpośredniej. Ale, zwłaszcza, że tak wiele z tego rozwijało się nie na kampusach, ale w środowiskach kontrkulturowych, takich jak scena punkowa, pozostawała znacznie poniżej radaru nie tylko korporacyjnych mediów, ale nawet standardowych postępowych czasopism, takich jak Mother Jones czy The Nation. To, znowu, wyjaśnia jak, kiedy te grupy zaczęły się jednoczyć i koordynować w Seattle, wydawało się, dla reszty kraju, jakby ruch nagle pojawił się znikąd.

Jednak zanim znajdziemy się w Seattle, nie można nawet udawać, że takie sprawy mogą być omawiane w ramach ogólnokrajowych. To, co prasa upiera się przy nazywaniu „ruchem antyglobalistycznym”, od samego początku było świadomym ruchem globalnym. Działania przeciwko WTO w Seattle zostały po raz pierwszy zaproponowane przez PGA, planetarną sieć, która powstała z inicjatywy rebeliantów zapatystowskich w Chiapas. Nacisk na WTO odzwierciedlał obawy grup rolników w Indiach, a stosowana taktyka mogła być równie dobrze postrzegana jako amalgamat idei zaczerpniętych głównie z Globalnego Południa, niż jako rozwój technik rdzennych Amerykanów. Umożliwił to przede wszystkim Internet. Internet umożliwił choćby skok jakościowy w zakresie i szybkości rozpowszechniania molekuł: są teraz oddziały Food Not Bombs, na przykład w Caracas i Bandung. Rok lub dwa bezpośrednio po Seattle pojawiły się także sieci Independent Media Centers, radykalnego dziennikarstwa internetowego, które całkowicie przekształciły możliwości przepływu informacji o akcjach i wydarzeniach. Aktywiści, którzy przez miesiące i lata walczyli o podjęcie działań, które wówczas były całkowicie ignorowane przez media, teraz wiedzą, że wszystko, co zrobią, zostanie natychmiast wychwycone i ogłoszone w zdjęciach, historiach i filmach na całej planecie – choćby w formie, z której korzystają głównie inni aktywiści. Wielkim problemem było przełożenie przepływu informacji na struktury kolektywnego podejmowania decyzji, ponieważ podejmowanie decyzji jest jedyną rzeczą, której prawie nie da się zrobić w Internecie. A dokładniej pytanie brzmi: kiedy i na jakim poziomie potrzebne są struktury zbiorowego podejmowania decyzji? Sieć Działań Bezpośrednich i struktura Continental DAN, które zaczęły być tworzone w miesiącach po Seattle, były pierwszymi próbami rozwiązania tego problemu. Ostatecznie upadły. Czyniąc to, odegrały jednak również kluczową rolę w rozpowszechnianiu pewnych modeli demokracji bezpośredniej i uczyniły ich praktykę nieodłączną od idei akcji bezpośredniej. To właśnie połączenie tych dwóch zjawisk, obecnie prawie nieodwracalnie utrwalone w najbardziej radykalnych ruchach społecznych w Ameryce i, coraz częściej, gdzie indziej, jest prawdziwym tematem tej książki.

6. Kilka uwag dotyczących „Kultury Aktywistów”

Zacząłem tę książkę od pierwszej wycieczki CLAC, która przeszła przez Nowy Jork na początku 2000 roku. Pozwólcie, że przesunę się do przodu około roku i opowiem o drugiej trasie CLAC w tym celu: jednej, która odbyła się przed ich akcją „Take the Capital” w Ottawie podczas 2002 Spotkania G8 w Kananaskis.

Publiczność takich wycieczek składała się zwykle głównie z białych anarchistów, ale tym razem ludzie z CLAC postanowili sprowadzić przynajmniej jednego mówcę z grupy opartej na lokalnej społeczności z każdego miasta, przez które przejeżdżali. W Nowym Jorku okazało się, że jest to organizator o imieniu Ranjanit z radykalnej południowoazjatyckiej grupy Desis Rising Up and Moving (DRUM). W tamtym czasie DRUM zyskał ogromny szacunek w kręgach nowojorskich aktywistów za swoją pracę nad kwestiami przetrzymywania imigrantów specjalnego zainteresowana bezpośrednio po 11 września, kiedy setki ludzi pochodzenia bliskowschodniego lub południowoazjatyckiego zostało złapanych i efektywnie znikniętych.

Prelegenci z Kanady opisali kampanie, w które byli zaangażowani, i mówili o organizowaniu różnego rodzaju dylematów. Przemówienie Ranjanita było inne. Polegało ono głównie na potępieniu „kultury aktywistów”. On sam, podkreślał, był nie tylko indyjskiego pochodzenia, ale też robotniczym dzieciakiem z Queens. Wiedział coś o społecznościach, z którymi pracował. Od Seattle wszyscy anarchiści mówią o tym, jak odejść od „jeżdżenia na Szczyty” do ściślejszej współpracy ze społecznościami w walce. Problem, jak podkreślił, polegał na tym, że wypracowali własne style ubierania się, maniery, sposoby mówienia, gusta muzyczne i kulinarne – rodzaj hybrydowego miszmaszu hippisów, punków i mainstreamowej białej kultury klasy średniej, z włączonymi kawałkami bardziej egzotycznych tradycji rewolucyjnych – a to prawie uniemożliwiało im komunikowanie się z kimkolwiek spoza ich własnego, zaczarowanego kręgu. Niektóre elementy tej kultury aktywistów – na przykład odrzucenie standardów higieny osobistej – były uważane za wręcz obraźliwe przez większość tych, z którymi chcieli zawrzeć sojusze. Inne, jak diety wegańskie, uniemożliwiały zasiadanie przy stole prawie z każdym, kto nie był aktywistą. Kultura aktywistyczna dusiła obietnicę ruchu, a anarchiści musieli zdecydować, co naprawdę chcą zrobić: stworzyć własną (małą, stosunkowo uprzywilejowaną) społeczność, pokazywać się na spotkaniach IMF i składać wielkie deklaracje na temat zła globalnego kapitalizmu, czy poważnie popracować z prawdziwymi społecznościami, które rzeczywiście przyjmowały impet kapitalistycznej globalizacji.

Nie można być anarchistą w dużym mieście w Ameryce bez dość regularnego słuchania jakiejś wersji tej krytyki. Po części dlatego, że jest to krytyka, którą musi się pojawić. Podobnie jak aktywiści SDS opisani w poprzednim rozdziale, niewielu białych uczestników ruchu akcji bezpośredniej uważa się za pochodzących z „kultur”, większość postrzega siebie po prostu jako ogólnych („nieprzypisanych”) Amerykanów, których problemy i obawy są traktowane jako uniwersalne, nawet jeśli jednocześnie czują, że jest coś w tym ogólnym amerykańskim stylu życia, który jest głęboko nieludzki, niezrównoważony i zły. Jako anarchiści i rewolucjoniści stają zatem przed tym samym dylematem: czy próbować stworzyć własną alternatywną kulturę, czy skoncentrować się na pracy sojuszniczej, wsparcie walk tych, którzy najbardziej cierpią w ramach istniejącego systemu, ale którzy są również gotowi współpracować z nimi jako sojusznikami. Krótko mówiąc: muszą wybierać między skupieniem się na własnej alienacji, czy na ucisku innych.

Z pewnością w rzeczywistości prawie wszyscy robią po trochu jedno i drugie. Ale to właśnie prowadzi do sprzeczności, na które wskazywał Ranjanit. Im bardziej tworzy się własną, alternatywną kulturę, tym dziwniej i bardziej dziwacznie wydaje się osobom z zewnątrz, także tym, z którymi pozornie chce się sprzymierzyć. Wielu osób kolorowych postrzega samą kulturę anarchistyczną jako oznakę białego przywileju wymachującego im przed twarzą (jak zauważył pewien afroamerykański anarchista w odniesieniu do punkowych stylów ubioru i zachowania: „Gdybym wyszedł na ulicę z takim wyglądem, za piętnaście minut zostanie zaciągnięty do posterunku gliniarzy”). Z drugiej strony nierozsądne wydaje się proszenie anarchistów o porzucenie wszelkich prób budowania kultury alternatywnej, o powrót do znienawidzonego przez nich stylu życia, tylko aby nie zrazić innych.

Ale czy naprawdę można być przeciwko kulturze?

To jest pytanie, które chcę zbadać w tym rozdziale. „Kultura” to termin kojarzący się dziś z tak uniwersalnie pozytywnymi skojarzeniami, że już trochę dziwnie słyszeć, że fakt, że niektórzy ludzie mają kulturę, jest traktowany jako problem. Tym bardziej że kultura, o której mowa, rodzi się ze świadomego wysiłku stworzenia mniej hierarchicznej, mniej wyalienowanej i bardziej demokratycznej i ekologicznie zrównoważonej formy życia – by stworzyć rodzaj kultury, który mógłby pasować do prawdziwie wolnego społeczeństwa. Wydaje mi się, że rozwikłanie tego paradoksu doprowadzi nas do sedna fundamentalnych dylematów projektu anarchistycznego.

6.1. Dylematy białego przywileju

Najczęściej kultura aktywistów jest postrzegana jako problematyczna – tak jak to było w przypadku Ranjanita – ponieważ jest postrzegana jako forma przywilejów białych, a spory dotyczące kultury aktywistów są formułowane w kategoriach rasy. Podziały rasowe w Ameryce były oczywiście plagą radykalnej polityki w Stanach Zjednoczonych od wieków. Historycznie sprawiały, że utrzymanie trwających sojuszy klasowych było niezwykle trudne. Takie dyskusje regularnie rozrywają grupy akcji bezpośrednich.

Pozwólcie, że rozważę jeden szczególnie dobrze udokumentowany przykład. W latach 90. Love & Rage Federation (Federacja Miłości i Wściekłości) (Filipo 1993) rozwiązała się z powodu kwestii przywileju białych. Love & Rage powstało jako inicjatywa stworzenia kontynentalnej sieci anarchistycznej wokół gazety o tej samej nazwie. Pod wieloma względami była całkiem udane. Jednak po dziesięciu latach uparcie stwierdzili, że nie są w stanie wykroczyć poza swój pierwotny rdzeń białych aktywistów z klasy średniej ani włączyć do niej znacznej liczby osób kolorowych[29]. Ostatecznie wybuchły wściekłe spory o przyczyny tego stanu rzeczy: które stały się również teoretycznymi debatami na temat natury przywilejów białych i sposobów przezwyciężenia białej supremacji.

Niektórzy twierdzili, że problem ma charakter kulturowy. Zdecydowana większość białych anarchistów po raz pierwszy odkryła anarchizm poprzez punk rock i jego kulturę DIY. Wejdź do typowego anarchistycznego infoshopu, jak zauważyli, i prawie nieuchronnie zostaniesz powitany przez ludzi z zielonymi włosami i kolczykami na twarzy. Nie ma znaczenia, jak bardzo byli gościnni: sam ich wygląd wyraźnie ograniczał atrakcyjność takich miejsc dla członków białej klasy robotniczej, nie mówiąc już o biednych, kolorowych. Inni twierdzili, że problem leży znacznie głębiej. Argumentowali, że Stany Zjednoczone są narodem zbudowanym na białej supremacji, a bycie białym nie jest kulturą. Kiedy biali mówią o swoim dziedzictwie kulturowym, mówią o byciu Niemcem, Irlandczykiem lub Litwinem, ale nigdy o byciu białym. To dlatego, że białość jest kategorią przywileju, milczącym porozumieniem z innymi osobami sklasyfikowanymi jako „białe” – ze stowarzyszeń udzielających pożyczek mieszkaniowych lub nadinspektorów policji – w celu zapewnienia pomocy i ochrony, która nie jest zapewniana osobom niesklasyfikowanym w ten sposób. Jedynym sposobem na zniszczenie systemu przywilejów jest obalenie kategorii białości, aby ostatecznie ją zniszczyć.

To stanowisko rozwijało się w kręgach związanych z czasopismem Race Traitor, które było wydane w tym czasie i zachłannie czytane w kręgach aktywistów. Jego motto brzmiało: „Zdrada białych to lojalność wobec ludzkości” To był bardzo pociągający pomysł, ale wtedy pojawiło się oczywiste pytanie: jak właściwie to zrobić? Jak zostać skutecznym zdrajcą rasy? Kto może być przykładem skutecznego wzoru do naśladowania? Wielu in Love & Rage znalazło inspirację na przykładzie Subcomandante Marcos, słynnego zamaskowanego rzecznika meksykańskich zapatystów. Marcos był pierwotnie Meksykaninem z klasy średniej, który przewodził grupie w większości uprzywilejowanych miejskich rewolucjonistów w organizowaniu rdzennych społeczności w Chiapas, a po dziesięciu latach spędzonych w dżungli, porzucił swoją awangardową ideologię, by stać się przedstawicielem realizującym decyzje podejmowane przez społeczności tubylcze. W swojej gotowości do wycofania się i zaakceptowania przywództwa uciskanych społeczności można go uznać za przykład prawdziwego zdrajcy rasy. Ale Marcos ze swojej strony miał tę zaletę, że mógł sprzymierzyć się ze społecznościami tubylczymi, które już zachowywały się bardzo jak anarchiści, z własnym stylem demokracji bezpośredniej opartej na konsensusie. Co to oznaczało dla anarchistów w Stanach Zjednoczonych, gdzie większość rewolucyjnych grup opartych na społecznościach kolorowych była o wiele bardziej hierarchicznie zorganizowana, gdzie w rzeczywistości wielu postrzegało podkreślanie demokracji bezpośredniej jako formę przywileju białych? Czy to wszystko oznaczałoby konieczność porzucenia jakiejkolwiek idei budowania nowego społeczeństwa w skorupie starego? Lub przynajmniej, białych anarchistów odgrywających w tym procesie znaczącą rolę? W ciągu roku lub dwóch Love & Rage podzieliło się na zwaśnione frakcje o kwestie rasowe, a cały projekt ostatecznie upadł.

Podobne debaty wybuchły we wczesnych dniach ruchu globalizacyjnego. W tym przypadku inauguracją był utwór zatytułowany „Where Was the Color in Seattle?” (Martinez 2000), który wywołał nieustanne spory o naturę rasowych przywilejów, modeli pomocy w stosunku do sojuszu, o to, jak zaakceptować przywództwo kolorowych społeczności i o tłumiące skutki białej winy. Przytłaczająco biały pudrowanie rodzącego się ruchu uznano za ciągły kryzys. Z pewnością dotyczyło to New York City Direct Action Network, pierwotnie założonej w celu pomocy w koordynowaniu działań przeciwko IMF i Bankowi Światowemu w Waszyngtonie 16 kwietnia 2000 roku. Drugą ważną inicjatywą DAN była pomoc w organizacji działań przeciwko Konwencji Republikańskiej w Filadelfii tego lata. W tym celu grupa organizatorów DAN zaproponowała sojusz ze SLAM[30], radykalną grupą studencką z Hunter College o znacznie bardziej zróżnicowanym członkostwie oraz kilka innych organizacji opartych na POC. W tych dniach tuż po Seattle wszyscy byli chętni do nauki taktyk i form organizacji DAN, więc ci ostatni nie byli niechętni; ale nalegali także, aby same działania skupiały się na sprawie Mumii Abu-Jamala (czarnego aktywisty i dziennikarza przebywającego wówczas w celi śmierci w Filadelfii) i szerzej na amerykańskim więziennym kompleksie przemysłowym i rasistowskim charakterze systemu sądownictwa karnego. Żądania te wyizolowały znaczącą frakcję w DAN, która postrzegała protesty na konwencji jako szansę na przejście od kwestii handlu światowego do szerszego wyzwania dla istniejącego systemu politycznego jako całości; zestawienie własnego modelu demokracji bezpośredniej z rodzajem zdominowanej przez korporacje demokracji przedstawicielskiej, którą ucieleśniają konwencje. Niektórzy uważali, że można je pogodzić: że kwestie kary więzienia i kary śmierci można ostatecznie wykorzystać do postawienia tych samych szerszych kwestii. Inni uważali, że kompromis był wart możliwości stworzenia trwającego sojuszu. Ostatecznie wysiłek nie doprowadził w rzeczywistości do trwającego sojuszu, a wynikające z tego wzajemne oskarżenia spowodowały, że całkiem sporo aktywistów całkowicie zrezygnowało z DAN. Jednakże sojusz, jakkolwiek tymczasowy, był całkiem pomocny w rozpowszechnianiu taktyk i stylów podejmowania decyzji podobnych do DAN, a nawet samych anarchistycznych idei, w szerszych kręgach aktywistów. Krótko po tym, jak NYC DAN skutecznie rozwiązało się w 2003 roku, nowa sieć „Anarchist People of Color” (APOC – Anarchistyczni Ludzie Koloru) była w trakcie nabierania kształtu, oparta na prawie identycznych zasadach organizacji.

Jednak wczesne doświadczenia APOC już teraz stanowią doskonałą ilustrację tego, dlaczego grupy zorientowane na akcje bezpośrednie były zwykle zdominowane przez osoby sklasyfikowane jako „białe”. Kiedy ci, którzy nie mają białych przywilejów, zaczęli przyjmować taką politykę, odkryli, że spotykają się z zupełnie innymi poziomami policyjnych represji. Jak ujawnił jeden szczególnie zaskakujący incydent na Brooklynie, APOC nie mogło nawet zorganizować przyjęcia dobroczynnego we własnych biurach, nie martwiąc się, że lokalna policja wpadnie, by pobić i aresztować uczestników imprezy rozmawiających na ulicy.

Wszystko to było być może przewidywalne. Wiadomo, że podczas akcji na dużą skalę policja wydaje się atakować osoby kolorowe za szczególną przemoc. W rezultacie wiele (nie-anarchistycznych) grup aktywistów POC postrzega akcję bezpośrednią jako formę przywileju rasowego i stara się trzymać tych, którzy prawdopodobnie angażują się w wojownicze taktyki z dala od ich wydarzeń. Krótkotrwały DAN w Los Angeles, który zorganizował protesty przeciwko konwencji demokratów w 2000 roku, potraktował potrzebę sprzymierzenia się z grupami społecznymi tak poważnie, że w ogóle odmówił pozwolenia na wykorzystanie ich przestrzeni na spotkania anarchistów, a nawet zatrudnił marszałków do wykluczenia anarchistów Czarnego Bloku z ich marszów.

Nowojorski DAN był zupełnie inny. Pod każdym względem sam był grupą anarchistyczną. Mimo to szybko znalazł się w tarapatach za odmowę pójścia tą samą ścieżką co LA DAN. Zaraz po A16, na przykład, NYC DAN i sojusznicza grupa – New York Reclaim the Streets – połączyły się z kilkoma meksykańskimi grupami imigrantów, aby zorganizować marsz pierwszomajowy przez dolny Manhattan. Miało być całkowicie spokojnie – w istocie legalne – wydarzenie, pełne zespołów muzycznych i gigantycznych marionetek. Mimo to, gdy maszerujący po raz pierwszy zebrali się na Union Square, pojawiła się malutka grupa, być może szesnastu anarchistów z Czarnego Bloku, którzy po prostu zamierzali pokazać flagę, jakby to było, i ustanowić jawnie anarchistyczną obecność na tym wydarzeniu. Jeszcze przed rozpoczęciem marszu policja wkroczyła i aresztowała kilkunastu z nich[31]. Meksykańscy organizatorzy byli oburzeni, ale mniej na policję niż na ich kolegów organizatorów DAN, oskarżając ich o narażanie swoich ludzi – wielu z nich nieudokumentowanych pracowników – na ryzyko, pozwalając na początek na gromadzenie się Czarnego Bloku. Przysięgli, że nigdy więcej nie będą pracować z DAN.

Jest całkiem oczywiste, że kiedy policja przeprowadza takie uderzenia prewencyjne, podżeganie tego rodzaju podziałów to połowa sukcesu. Nowojorska policja okazała się naprawdę biegła w graniu w tego rodzaju grach i faktycznie miała zwyczaj, podczas szczególnie wrażliwych marszów organizowanych przez grupy POC, łapać jednego lub dwóch białych anarchistów pod sfabrykowanymi zarzutami. Na przykład rok po marszu pierwszomajowym, podczas marszu apelującego o ułaskawienie dla indiańskiego aktywisty Leonarda Peltiera w grudniu 2000 roku, oddział przechwytujący nowojorskiej policji nagle wdarł się w sam środek marszu, by rozprawić się z czterema (niezamaskowanymi) anarchistami. Jeden został oskarżony o posiadanie megafonu na baterie bez pozwolenia na emisję, pozostali o „przeciwstawianie się aresztowaniu”. To była bardzo delikatna sprawa, i wszyscy usilnie starali się uniknąć wszystkiego, co można by interpretować jako prowokację: żaden z anarchistów nie nosił masek, kobieta z megafonem w rzeczywistości go nie używała, ale po prostu przenosiła go z jednego dozwolonego punktu zbiórki do drugiego (i w każdym razie, jak wielu wskazywało, nie ma czegoś takiego jak pozwolenie na emisję dźwięku). Jednak fakt, że wszyscy wiedzieli, że aresztowania były pretekstem i świadomie miały na celu siać niezgodę, nie miał większego znaczenia. Później wielu aktywistów, którzy oparli swoją strategię na budowaniu sojuszy z grupami POC (w tym przypadku kilku byłych członków Love & Rage, którzy teraz stali się maoistami) argumentowało, że sama obecność odzianych na czarno anarchistów może być uważana za prowokację. W rezultacie tacy działacze często kwestionowali samą zasadę działania bezpośredniego.

Niezależnie od przyczyn leżących u podstaw, jest jedna rzecz, którą należy podkreślić. Grupy takie jak DAN były w większości białe. Szczególnie uderzająca była nieobecność Afroamerykanów. Przez większość swojej historii NYC DAN miał jednego czarnoskórego członka w aktywnej, liczącej około pięćdziesięciu osób grupie podstawowej. Nie oznacza to, że było to coś w rodzaju wyłącznie białego. Latynosów zawsze było sporo (chociaż częściej pochodzili z krajów takich jak Brazylia czy Argentyna niż, powiedzmy, z Meksyku czy Portoryko), a jeszcze większa liczba aktywistów z Azji Południowej lub Wschodniej (Chińczyków, Tajwanu, Korei) lub pochodzenia bliskowschodniego (tureckie, egipskie, irańskie). Mimo to ich liczba razem wzięta rzadko dochodziła do więcej niż jednej trzeciej aktywnych członków. Co do reszty, jeśli mieli jakąkolwiek samoświadomą tożsamość etniczną, najprawdopodobniej byli to Żydzi lub Irlandczycy. Choć DAN z całą pewnością był bardziej zróżnicowany niż, powiedzmy, wczesny SDS, w mieście tak różnorodnym jak Nowy Jork, to było postrzegane jako skandal.

6.2. Dylematy przywilejów, które nie są koniecznie rasowe

Do kwestii specyficznie rasowych będę wracał okresowo. Są zmorą wszelkiej radykalnej polityki w Ameryce Północnej. Chcę tutaj podkreślić, że te dylematy nie są po prostu skutkami rasizmu. Podobne dylematy pojawiają się, gdy jakiś ruch próbuje walczyć z sytuacjami skrajnej nierówności społecznej. Zawsze ci na dole, którzy mają najwięcej powodów, by chcieć zmierzyć się z takimi nierównościami, będą mieli również tendencję do dysponowania najbardziej ograniczonym zakresem broni, aby to zrobić. Nieuchronnie powoduje to niekończące się dylematy moralne dla tych, których przywilej faktycznie pozwala im się buntować.

To nie jest nowe zjawisko. Istnieje obszerna literatura na ten temat. Na przykład Eric Wolf (1969) wskazał, że w każdej znanej nam rewolcie chłopskiej kręgosłupem armii partyzanckich jest zawsze średniozamożne chłopstwo; ponieważ najbiedniejszej warstwy brakuje środków do trwałego powstania, a najbogatszym brak motywacji. Podobnie EP Thompson (1971) i inni wykazali, że podpory wczesnonowożytnych „chlebowych zamieszek” – w rzeczywistości wydarzenia bardzo podobne do tego, co teraz nazwalibyśmy akcjami bezpośrednimi – zwykle pochodziły od bardziej zamożnych klas robotniczych: ani burżuazji, ani żebraków, ale członków szanowanej klasy robotniczej. W rzeczywistości większość wczesnej literatury na temat ruchów radykalnych zdawała się twierdzić, że to niemożliwe, aby prawdziwie uciskani stali się prawdziwymi rewolucjonistami. Karl Mannheim (1929, również Norman Cohen 1957) twierdził na przykład, że naprawdę uciskani nie tylko nie angażują się w trwałą rewoltę, ale ich sposób wyobrażania sobie alternatyw społecznych ma tendencję do bycia zazwyczaj absolutnym i ostatecznym. Podczas gdy klasa środkowa „dyscyplinowała się poprzez świadomy samorozwój, która uważała etykę i kulturę intelektualną za swoje podstawowe usprawiedliwienie” (1929:73) i rozwijała racjonalne utopie, prawdziwie marginalna klasa miała skłonność do faworyzowania swego rodzaju ekstatycznej wizji nagłego i całkowitego zerwania. Mannheim nazwał to „chiliazmem” – „strukturą mentalną charakterystyczną dla uciskanych chłopów, czeladników i pojawiającego się „Lumpenproletariatu” [i] fanatycznie uczuciowych kaznodziejów” (1929:204)[32]. Dlatego też, gdy najbiedniejsze elementy się buntowały, robiły to zwykle w imię jakiejś wielkiej milenijnej wizji, wierząc, że świat, jaki znamy, wkrótce się zakończy i istniejące hierarchie zostaną zmiecione. Teraz, podczas gdy niewielu w dzisiejszych czasach uwierzyłoby w ideę, że biedni żyją w wiecznej teraźniejszości lub nie są zdolni do długoterminowego planowania, Mannheim ma coś do powiedzenia. Ruchy rewolucyjne zawsze miały tendencję do przejmowania znacznej części swojego temperamentu i kierunku od tych bardzo „średnich warstw”. Przynajmniej zawsze istniała pod tym względem przepaść między tymi, którzy najbardziej ucierpieli w nierównym społeczeństwie, a tymi, którzy najlepiej potrafili zorganizować skuteczną, trwałą opozycję. Innymi słowy, ci „najbardziej dotknięci” – jak to ujmuje obecne hasło aktywistyczne – przez struktury feudalne lub kapitalistyczne rzadko, jeśli w ogóle, organizują się otwarcie przeciwko niemu. Można argumentować, jak Jim Scott (1985, 1992), że ukryty opór pokornych jest wielką, nierozpoznaną siłą w historii świata – i na pewno miałby rację. Rzadko jednak ten opór przybiera formę jawnego buntu.

Kiedy te rozbieżności nakładają się na głębsze opisy różnic – takich jak rasa, kultura, pochodzenie etniczne – stają się znacznie bardziej widoczne. Ale wydaje mi się, że zawsze będą tam w takiej czy innej formie. Są po prostu jednym z nieuniknionych skutków ubocznych nierówności społecznych[33].

Oczywiście w przypadku ruchu globalizacyjnego jednym z powszechnych poglądów jest to, że nie mówimy nawet o członkach warstwy średniej, ale o członkach elity. Idea ta została tak głęboko zakorzeniona, że stała się powszechną mądrością nie tylko wśród konserwatywnych komentatorów, ale do pewnego stopnia w opinii publicznej. Zanim przejdę dalej, pozwólcie, że pokrótce przeanalizuję to wyobrażenie: takie, które jest oczywiście samo w sobie zjawiskiem społecznym.

6.3. Mit funduszy powierniczych

Stereotyp działa mniej więcej tak. Rdzeń „ruchu antyglobalistycznego” składa się z bogatych nastolatków z wyższej klasy średniej, „dzieci z funduszy powierniczych”, które mogą sobie pozwolić na spędzenie życia, podróżując ze Szczytu na Szczyt, sprawiając kłopoty. W pewnym sensie oskarżenie było dość przewidywalne. Prawicowy populizm w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze opiera się na oskarżeniu, że liberałowie są częścią elity wyższej klasy średniej, której wartości są głęboko obce wartościom Amerykanów z klasy robotniczej. Trudno się dziwić, że w obliczu lewicowych radykałów pierwszym instynktem prawicowego gospodarza audycji radiowej byłoby założenie, że jeśli liberałów wywodzą się z zamożnych, to rewolucjoniści będą musieli wywodzić się z rzeczywiście bogatych. Z drugiej strony, jeśli ktoś przeanalizuje zapisy, to odkryje, że pierwszymi postaciami, które stawiały taki zarzut – to było około okresu konwencji Republikanów i Demokratów latem 2000 roku[34] – były autorytetami w miastach, które spodziewały się protestów (na przykład burmistrz Los Angeles i szef policji w Filadelfii, John Timoney), tonem, który z pewnością sugerował dostęp do pewnego rodzaju rzeczywistych informacji socjologicznych, których nie mogli mieć. To były w istocie te same polityczne postacie, które natychmiast wydały rozkaz policji, by atakowała bezprzemocowy, nawet według konwencjonalnej definicji, protest. To z pewnością daje powód do zdziwienia: zwłaszcza że tak wielu policjantów w Seattle początkowo wzdrygnęło się, gdy wydano podobne rozkazy. Biorąc pod uwagę fakt, że w tym samym czasie w tajemniczy sposób pojawiła się cała seria innych plotek o aktywistach atakujących policję kwasem i moczem, można się tylko zastanawiać, czy było to częścią bardziej wyrachowanej kampanii mającej na celu odwołanie się do uprzedzeń klasowych samej policji. Przesłanie na konwencjach i podobnych mobilizacjach wydawało się brzmieć: „Nie myśl o sobie jako o facecie z klasy robotniczej, któremu płaci się za ochronę bandy bankierów, polityków i biurokratów handlowych, którzy żywią wobec ciebie pogardę; Pomyśl o tym raczej jako o okazji do pobicia ich zasmarkanych dzieci” – porozumienie, które byłoby idealne dla celów polityków, ponieważ również nie chcieli, aby policja faktycznie okaleczała lub zabijała protestujących. Niezależnie od tego, czy tego rodzaju obrazy wyłaniają się ze źródeł wywiadu policyjnego, które zwykle w dużym stopniu opierają się na jednostkach badawczych z prywatnych firm ochroniarskich i konserwatywnych think tanków, a często odtwarzają bardzo dziwne formy prawicowej propagandy, czy też policja rzeczywiście słuchała konserwatywnych radiostacji, jest w tym momencie niemożliwe do określenia[35]. Aktywiści na dużych szczytach regularnie mniej więcej te same zarzuty policji, jak przyjaciel mi je podsumował:

– Jesteście tylko bandą bogatych dzieciaków, które zakładają maski, żeby tatkowie nie widzieli waszych twarzy, gdy niszczycie rzeczy, a potem wracacie do rezydencji, oglądacie to w telewizji i śmiejecie się z nas.

Plotki stały się niezwykle spójne.

6.4. Zatem: kim naprawdę są aktywiści?

I) Praca i edukacja

To, co następuje niżej, nie jest oparte na metodologii statystycznej, ale spędziłem ponad siedem lat wśród anarchistów i innych zaangażowanych w działania bezpośrednie i myślę, że jestem w stanie dokonać pewnych wstępnych uogólnień. Po pierwsze, aktywiści z naprawdę bogatych środowisk są niezwykle rzadcy. Jeśli chodzi o zaplecze ekonomiczne, w rzeczywistości anarchiści są bardzo zróżnicowani. Jeśli jest coś, co ich wyróżnia od większości Amerykanów, to jest to, że jest nieproporcjonalnie duże prawdopodobieństwo, że uczęszczali na studia. Wielu z nich to oczywiście sami studenci, ale rdzeń aktywisty wydaje się składać z czegoś, co można by nazwać post-studentami: młodych kobiet i mężczyzn, którzy ukończyli studia, ale nadal żyją czymś podobnym do studentów, przynajmniej w takim zakresie, że najczęściej nie spędzają czasu w regularnej, zorientowanej na karierę pracy przez osiem godzin lub wychowując dzieci.

Powinienem podkreślić, mimo że to jest sedno, z pewnością nie jest to przytłaczająca większość. Na przykład w Nowym Jorku istnieje obecnie grupa matek anarchistycznych. Przeciętne spotkanie nowojorskiego DAN obejmowałoby zwykle uczniów szkół średnich i emerytów, a także, powiedzmy, czterdziestolatków, z których wielu nigdy nie uczęszczało do instytucji szkolnictwa wyższego. A NYC DAN był uważany przez wielu innych aktywistów za zdecydowanie ekskluzywny. Im bliżej sceny skłoterskiej, tym częściej spotyka się aktywistów bez formalnego wykształcenia, a dzieje się to niemal powszechnie, gdy dochodzi się do poziomu „podróżników” – głównie nastolatków, mężczyzn i kobiet po dwudziestce, uciekinierów lub żyjących życiem dobrowolnej bezdomności, przemieszczania się z miasta do miasta. Tak jak w okresie rozkwitu IWW na początku XX wieku, istniała bogata kultura włóczęgów i hobo pociągów towarowych, tak istnieje do dziś. i wtedy, jak i teraz, większość uważa się za anarchistów. Wielu z nich to sieroty, zbiegowie lub uciekinierzy o bardzo skromnym pochodzeniu, z niewielkim dostępem do instytucji edukacyjnych, choć wielu z nich to zapaleni czytelnicy, a wielu jest zaznajomionych z radykalną teorią, z mojego własnego doświadczenia wynika, że najczęściej jest to jakaś odmiana francuskiego sytuacjonizmu. Chociaż „podróżnicy” mogą być liczebnie stosunkowo niewielkim elementem w ruchu i nieco marginalnym (większość nienawidzi spotkań), prawdopodobnie będzie ich znacznie więcej podczas jakiejkolwiek większej mobilizacji niż ktokolwiek, kto faktycznie ma fundusz powierniczy. Oni są też niezwykle ważni symbolicznie, ponieważ wyznaczają rodzaj romantycznego standardu autonomicznej egzystencji – jedzenie z nurkowania w śmietniku, odmawianie pracy na etacie – co reprezentuje jeden z możliwych ideałów dla tych, którzy pragną żyć poza logiką kapitalizmu.

Są też tacy, którzy dołączają do takiego świata dobrowolnie: zwykle są wykształceni w college’u, a czasem porzucają studia, pochodząc ze wzniosłej klasy społecznej. Jest to rodzaj uniwersum celebrowanego w popularnych anarchistycznych książkach, takich jak powieść CrimethInc Evasion (2001), pół-fantazji białych, punkowych dzieciaków z klasy średniej, które rzucają się, by dołączyć do tego świata, żyjąc ze śmieci i resztek społeczeństwa industrialnego[36]. Takie życie może reprezentować swego rodzaju wizję moralnej czystości, całkowite odrzucenie społeczeństwa przemysłowego postrzeganego jako motor do produkcji ogromnych ilości odpadów. O ile zakłada się, że nie jest już możliwe po prostu opuszczenie systemu, aby ustanowić autonomiczną egzystencję w lasach[37], najlepsze, co można zrobić, to żyć z jego szczątków i odrzutów. Wielu nurków śmietnikowych jest dość dumnych z faktu, że pomimo tego, że żyją ze śmieci, udaje im się utrzymać rygorystyczną dietę wegetariańską. Wielu młodszych anarchistów, tych bardziej „hardkorowych”, w różnym stopniu idzie w ich ślady. W Nowym Jorku jest młody człowiek o imieniu Thaddeus, który twierdzi, że udaje mu się przetrwać za około pięć dolarów miesięcznie, zajmując puste budynki, dopóki policja go nie wyrzuci, nurkując w śmietniku żywności i przez cały czas produkując z kilkoma przyjaciółmi miesięczny przewodnik po bezpłatnych wydarzeniach w Nowym Jorku. Thaddeus jest stałym bywalcem sceny akcji bezpośredniej. Jest kimś w rodzaju ekstremalnego przypadku i w rezultacie uważany za postać bohaterską, ale wielu postrzega to jako naprawdę „życie prawdziwym życiem” w sposób, w jaki większość nie żyje. Podczas gdy niewielu ucieka się do, powiedzmy, ulicznych oszustw lub kradzieży, ci, którzy to robią, nalegają, że jedynym uzasadnionym celem są wielkie sklepy korporacji, nigdy drobne sklepiki[38], o ile mogą tego uniknąć. Praktyki takie jak nurkowanie w śmietniku są uważane za całkowicie normalne w kręgach anarchistycznych. W kuchni nowojorskich biur Independent Media Center (IMC) przez wiele lat wisiał harmonogram wskazujący, w jakich godzinach lokalne restauracje są prawnie zobowiązane do wyrzucania sushi. Aktywiści na rowerach regularnie robili rundy, aby zbierać stosy rolek sushi, wszystkie starannie opakowane w plastikowe tacki i pojemniki, i umieszczać je w lodówce IMC. Na innym punkcie regularnie można znaleźć doskonale jadalne bułki i bajgle. Jak często zauważają aktywiści Food Not Bombs przed głównymi mobilizacjami, nie ma absolutnie żadnego problemu ze zdobyciem darmowej żywności dla, powiedzmy dziesięciu tysięcy ludzi, w mieście takim jak Nowy Jork,jeżeli ktoś poświęci czas, choć znalezienie sztućców może być znacznie trudniejsze.

Istnieje również, powinienem również zauważyć, kontr-dyskurs. Większość aktywistów, którzy próbują dojść do pewnego rodzaju kompromisu z ekonomią głównego nurtu, równie łatwo może odrzucić podróżnych, skłoterów i nurków śmietników jako “crusties,” “cruddies,” “gutter-punks” (odp. „chrupiących”, „cudaków”, „punków rynsztoku”) korzystających ze swoich białych przywilejów czy jako dzieciaki z klasy średniej bawiące się w biedę w sposób uwłaczający prawdziwym trudom bezdomnych lub wywłaszczonych[39]. Ale często krytyka miesza się również z ambiwalentnym szacunkiem.

Większość aktywistów – i znowu używam tutaj terminu „aktywista” głównie jako skrótu dla „anarchisty lub innych zaangażowanych w inspirowaną przez anarchistę politykę akcji bezpośredniej” – czuje, że muszą iść na kompromis z istniejącym porządkiem gospodarczym. Większość uważa, że sposób, w jaki się to robi, jest bardzo osobistą odpowiedzią. Z mojego doświadczenia wynika, że raczej rzadko słyszy się podobne oskarżenia o „sprzedaż”, o kompromis jako o zdradę, które były tak powszechne w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Oczywiście, jeśli ktoś zostanie agentem reklamowym Monsanto lub maklerem giełdowym, z pewnością narazi na szwank swoje referencje aktywistyczne. Ale musiałoby to być coś prawie tak ekstremalnego[40]. Oczywiście i tutaj są wyjątki. Im bardziej hardkorowe są własne wybory, tym bardziej prawdopodobne jest, że odrzuci się tych, którzy prowadzą wygodniejszy lub bardziej pojednawczy styl życia.

Starsi aktywiści (powyżej trzydziestu, a zwłaszcza czterdziestu lat), którzy najprawdopodobniej mają pracę na pełen etat, często pracują w branżach skupiających się na rozpowszechnianiu wiedzy i idei. Na scenie nowojorskiej znam garstkę pisarzy i dziennikarzy, dużą liczbę nauczycieli (zwłaszcza od szkoły podstawowej do liceum), bibliotekarzy, nawet jednego doradcę zawodowego w szkole średniej i wielu związanych w ten czy inny sposób z przemysłem drukarskim ( bardzo tradycyjny, radykalny zawód). Niektórzy są dyrektorami teatrów, dramaturgami, choreografami lub w inny sposób mają kontakt ze sztuką. Z mojego własnego doświadczenia wynika, że zaskakująco mała liczba pracuje na pełny etat dla organizacji pozarządowych (przynajmniej jest to prawdą w przypadku konkretnie akcji bezpośredniej). Młodsi działacze – większość, żyjąc tego rodzaju przedłużonej quasi-młodości, którą nazwałem „post-studiami” – skłania się do pracy w niepełnym wymiarze godzin, która pozwala na bardzo elastyczne dni i godziny. Dzieje się tak częściowo dlatego, że zmieniający się charakter rynku pracy w Stanach Zjednoczonych sprawił, że praca w pełnym wymiarze czasu pracy jest trudniejsza – wielu z nich kończy się w pracach tymczasowych – ale także dlatego, że tak ważna jest dla nich elastyczność. Niektórzy nabierają konkretnej umiejętności, którą można przetłumaczyć: uczą się barmaństwa lub projektowania stron internetowych, zostają technikiem oświetlenia lub dźwięku, zdobywają umiejętności w gastronomii. Wszystkie są umiejętnościami, które sprawiają, że dość łatwo jest podjąć pracę na tydzień lub miesiąc, a następnie przejść dalej. (Praca jako muzyk również daje elastyczność, ale tak mało się opłaca, że naprawdę nie można się utrzymać bez pracy na pełny etat). Niektórzy pracują w przedsiębiorstwach przyjaznych aktywistom: najczęściej w kuchniach wegańskich lub sklepach ze zdrową żywnością. Inni zostają inżynierami budownictwa[41]. Istnieje również garstka pełnoetatowych organizatorów, którzy pracują dla grup aktywistów, takich jak Rainforest Action Network, Ruckus Society, różne grupy pokojowe, związki zawodowe lub programy wymiany, chociaż te prace są notorycznie niskopłatne, a aktywistów o skromniejszych środkach często nie stać na ich przyjęcie. Wiele takich prac nic nie kosztuje, ale aktywiści nadal będą je wykonywać na zasadzie wolontariatu w niepełnym wymiarze godzin.

Poniżej postaram się naszkicować typowy dla aktywisty przebieg życia, uogólniając od ludzi, których znałem w DAN, CLAC, ACC, IMC i podobnych grupach na Północnym Wschodzie około 2000-2003. Wykonanie takiego szkicu jest z konieczności ćwiczeniem hipotetycznym, ponieważ zakłada, że historia pozostanie stała (co jest mało prawdopodobne), ale rzutując aktualne wzorce, można wymyślić coś takiego:

Nasza idealna typowa działaczka bezpośrednia prawdopodobnie albo zostanie upolityczniona w szkole średniej, zwłaszcza na scenie punkowej, albo na studiach, działając w organizacjach kampusowych. Po ukończeniu lub porzuceniu college’u prawdopodobnie spędzi od roku do dziesięciu lat intensywnego zaangażowania w grupach aktywistów. W ciągu pierwszych kilku lat będą regularnie uczestniczyć w spotkaniach, być może trzy, cztery lub pięć tygodniowo (w dniach tuż przed akcją, czasem cztery lub pięć dziennie), zwykle w różnych grupach, utrzymując się przy tym dorywczo lub z pracy w niepełnym wymiarze godzin. Ta pierwsza faza jest bardzo intensywna i prawie niemożliwa do utrzymania na zawsze. Większość przerywa ją to w taki czy inny sposób. Na przykład można spędzić sześć miesięcy, wykonując pracę aktywistów w swoim rodzinnym mieście, a następnie spędzić kilka miesięcy intensywnie pracując za pieniądze; potem gdy już zaoszczędzisz wystarczająco dużo na bilet lotniczy, udać się do jakiegoś odległego miejsca: aby pomóc założyć IMC w Ameryce Południowej, pracować solidarnie na Zachodnim Brzegu lub Chiapas, wchłonąć scenę skłoterów w Europie lub wziąć udział w blokadach wycinek. Wiele osób na tym etapie jest w drodze mniej więcej połowę czasu. Albo można zachować zdrowy rozsądek, od czasu do czasu pogrążając się w zupełnie innym projekcie – artystycznym, na przykład intensywnym romansie – tylko po to, by pojawić się ponownie kilka miesięcy później. Można uciekać na kilka miesięcy do pracy na farmie ekologicznej – zwyczaj tak powszechny, że w rzeczywistości jest na to skrót: to woof (Work on an Organic Farm – praca na farmie ekologicznej)[42]. Ci, którzy koncentrują całą swoją energię w jednym miejscu, często mają tendencję do całkowitego wypalania się po roku lub dwóch i rezygnują z rozdrażnienia; albo znaleźć jakiś konkretny, międzynarodowy lub związany ze społecznością projekt, aby skoncentrować swoją energię i wycofać się ze wszystkiego innego. W rezultacie grupy takie jak NYC DAN wkrótce zaczęły składać się z aktywnego rdzenia i pewnego rodzaju półcienia półemerytowanych aktywistów, których nigdy już tak naprawdę nie widywano na spotkaniach, ale często pojawiali się na akcjach lub imprezach, i których wiedza, kontakty i doświadczenie były dostępne dla tych, którzy nadal mieli z nimi osobisty kontakt.

Młodsi anarchiści, którzy nie mieszkają na skłotach – ale większość nie mieszka – często mieszkają w kolektywnych domach lub mieszkaniach, często w biednych lub artystycznych, gentryfikujących się dzielnicach. Niektórzy mieszkają w przestrzeniach aktywistów: kilka osób mieszkało w nowojorskim IMC w latach 2000-2003, a inni w Walker Space, rodzaju pomocniczego IMC, który mieścił przestrzeń do występów i studia telewizyjne. Osoby na tyle zamożne, że było ich stać na mieszkanie w rozsądnej wielkości, często pozwalały na wykorzystanie przynajmniej części miejsca w mieszkaniu na większe wspólnotowe potrzeby.

W końcu prawie każdy przechodzi na swego rodzaju pół-emeryturę. Ci, którzy zostają zawodowymi, płatnymi aktywistami, zazwyczaj trafiają do innego środowiska społecznego. Niektórzy chodzą do szkoły podyplomowej: absolwenci zazwyczaj pozostają zaangażowani przez kilka lat, a następnie, gdy są przytłoczeni pracą i doświadczają presji profesjonalizacji, całkowicie rezygnują z aktywności[43]. Inni mają dzieci lub ustatkowują się – często z nieaktywistami – lub w końcu podejmują pracę zawodową na pełen etat. Z pewnością są tacy, którzy mimo to utrzymują stałą obecność, ale zwykle dzieje się tak dlatego, że znajdują jakąś karierę, która trzyma ich blisko świata aktywistów – na przykład zostają prawnikami związkowymi i nadal wykonują legalną pracę dla anarchistów; lub kierują radykalną księgarnią; lub dlatego, że nadal mieszkają w kolektywnym domu, skłocie lub społeczności; albo dlatego, że uczą się, jak ostrożnie ograniczać swoje zaangażowanie do jednego, wykonalnego projektu. To drugie jest trudne, ponieważ wymagania dotyczące czasu aktywisty są potencjalnie nieskończone. Sztuczka, aby pozostać zaangażowanym przez długi czas, polega na znalezieniu sposobu na oparcie się pokusie nadmiernego zaangażowania. Stosunkowo mało, z mojego doświadczenia, osób to się udaje.

Późne trzydziestki, a na pewno czterdziestki i pięćdziesiątki, są więc zazwyczaj okresem całkowitego lub prawie całkowitego wycofania. Jeśli jednak utrzymują się wzorce historyczne, dla pewnej liczby istnieje jeszcze późniejszy okres ponownego zaangażowania. Po ukończeniu przez dzieci studiów, zerwaniu z długoletnim partnerem lub przejściu na emeryturę, może się okazać, że znów zostaną wciągnięci w świat aktywizmu, od czasu do czasu, przynajmniej na chwilę, z taką intensywnością, jak na początku.

II) Tła klasowe i trajektorie

Wspomniałem, że jedynym sposobem, w jakim osoby zaangażowane w akcję bezpośrednią można uznać za część elity, jest edukacja: znaczna większość miała dostęp do szkolnictwa wyższego, mimo że większość Amerykanów (nieco ponad połowa) nie ma takiego dostępu.

W przeciwnym razie, jeśli spojrzymy na tło i trajektorie klasowe, napotkamy nieskończoną różnorodność. Ponownie, nie przeprowadzałem ankiet. Mimo to mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, że na północnym wschodzie rzeczywistą liczbę aktywistów z funduszami powierniczymi można policzyć na jednej stronie. W rzeczywistości jest ich znacznie mniej niż, powiedzmy, aktywistów, których rodzice są zawodowymi oficerami wojskowymi, co właściwie jest zaskakująco wysokie. Ale w obu przypadkach mamy do czynienia ze stosunkowo małymi liczbami.

Mówiąc szerzej, wydaje mi się, że środowiska aktywistów najlepiej postrzegać jako punkt styku, rodzaj miejsca spotkań między opadającymi, mobilnymi elementami klas profesjonalnych, a wznoszącymi się po drabinie społecznej, mobilnymi dziećmi klasy robotniczej. Pierwsza grupa składa się z dzieci z białych kołnierzyków, które odrzucają sposób życia swoich rodziców: córka księgowego podatkowego, która postanawia pracować jako stolarz, córka weterynarza, która zdecydowała się żyć jako grafik, syn menedżera średniego szczebla, który decyduje się zostać inżynierem budownictwa lub działaczem zawodowym. Druga składa się z dzieci ze środowisk robotniczych, które idą na studia.

Pod względem historycznym oba te elementy odpowiadają klasycznemu stereotypowi. Pierwszy reprezentuje klasyczną bazę rekrutacyjną dla artystycznej bohemy; jeśli nie dzieci burżuazji, jak często zakładano w Paryżu lat 50. XIX wieku, gdzie termin ten został wymyślony po raz pierwszy, to dzieci urodzone przez członków elit administracyjnych lub zawodowych, żyjące w dobrowolnym ubóstwie, eksperymentujące z przyjemniejszymi, artystycznymi, mniej wyobcowanymi formy życia. Drugi reprezentuje klasyczny stereotyp rewolucjonisty, zwłaszcza na Globalnym Południu: dzieci z klas pracujących (robotników, chłopów, nawet drobnych właścicieli sklepów), których rodzice przez całe życie starali się posłać synów lub córki na studia, a nawet własnymi siłami zdobyli burżuazyjny poziom wykształcenia, tylko po to, by odkryć, że burżuazyjne poziomy edukacji w rzeczywistości nie pozwalają na wejście do burżuazji, a często na jakąkolwiek regularną pracę. W szeregach rewolucyjnych bohaterów ostatniego stulecia można zestawiać nieskończone przykłady: od Mao (dziecko chłopów, który został bibliotekarzem), po Fidela Castro (bezrobotnego prawnika z Kuby) i tak dalej. W rzeczywistości zarówno bohema, jak i kręgi rewolucyjne historycznie miały tendencję do bycia miejscem spotkań obu typów.

Oczywiście jest to bardzo schematyczny obraz. Przede wszystkim całkowicie pomija pewne znaczące grupy: na przykład tych, którzy przyjęli bohemy styl życia, ponieważ ich rodzice byli bohemą, czy dzieci aktywistów zawodowych. Nie należy lekceważyć stopnia samoreprodukcji w takich podklasach. Ponadto: podczas gdy stereotyp bohemy jako bogatego dzieciaka – potajemnie wspierającego swoje nawyki absyntu pieniędzmi z domu, by w końcu albo umrzeć z rozpusty, albo wrócić do zarządu firmy tatusia – jest uderzająco podobny do stereotypu aktywisty jako trustu-fund baby, prawdopodobnie nie jest to dokładniejsze. Z pewnością w obu środowiskach zawsze byli potomkowie burżuazji, tym bardziej wpływowi za ich pieniądze, umiejętności społeczne i powiązania. Ale środowiska bohemy ostatnich 150 lat nigdy tak naprawdę nie składały się głównie z dzieci z wyższych, a nawet zawodowych klas. Jak niedawno wykazał Pierre Bourdieu (1993), społeczne podstawy dziewiętnastowiecznej kultury bohemy w Europie wyłoniły się po części w wyniku dokładnie tych samych procesów, które ukształtowały społecznych rewolucjonistów na Globalnym Południu: na przykład pośród utalentowanych dzieci chłopów, które skorzystali z nowego systemu edukacji we Francji, a potem i tak zostali wykluczeni z konwencjonalnej kultury elitarnej. Co więcej, te środowiska miały tendencję do nakładania się. Bohemy pełne były nie tylko intelektualistów z klasy robotniczej i ekscentryków samouków, ale wręcz rewolucjonistów. Przyjaźń Oscara Wilde’a i Piotra Kropotkina nie była nietypowa; właściwie można ją uznać za symboliczną. Podobnie, kręgi rewolucyjne zawsze były wypełnione uprzywilejowanymi dziećmi, które odrzucały swoje rodzinne wartości; archetypowym przykładem jest Karol Marks (syn prawnika, który stał się dziennikarzem bez grosza przy duszy). Każdy Mao miał swojego Chou En-lai, nawet Castro miał swoje Che. Konstytucja obu środowisk jest więc bardzo podobna. Co prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego artystów tak konsekwentnie pociąga rewolucyjna polityka.

Warto o tym pamiętać, zwłaszcza że są tacy, którzy konsekwentnie starają się rozdzielić te środowiska. Na przykład w latach 90. ekolog społeczny Murray Bookchin rzucił rękawicę w eseju zatytułowanym „Anarchizm społeczny lub anarchizm stylu życia: podział nie do pokonania”, w którym twierdził, że teoria anarchistyczna zawsze miała dwa źródła: burżuazyjne postacie bohemy, takie jak Stirner, i społeczny anarchizm, który wyłonił się z ruchu robotniczego, z Proudhonem, Bakuninem i Kropotkinem.

Prawie żaden anarchoindywidualista nie miał wpływu na wyłaniającą się klasę robotniczą. Wyrażali swój sprzeciw w wyjątkowo osobistych formach, zwłaszcza w ognistych traktatach, skandalicznym zachowaniu i anormalnym stylu życia w kulturowych gettach fin de siécle Nowego Jorku, Paryża i Londynu. Jako credo indywidualistyczny anarchizm pozostał w dużej mierze artystycznym stylem życia, najbardziej widocznym w swoich żądaniach wolności seksualnej („wolnej miłości” i rozkochanym w innowacjach w sztuce, zachowaniu i ubiorze (Bookchin 1997).

Bookchin sugeruje, że nawet rzucający bomby z lat 90. XIX wieku, zabójcy głów państw, nie byli społecznymi anarchistami (i to prawda, że prawie nigdy nie wydawali się częścią zorganizowanych grup), ale skrajnymi indywidualistami, którzy wyrażali swój osobisty gniew. Chociaż Bookchin tak naprawdę nie kontynuuje argumentacji – artykuł jest głównie platformą do ataku na Johna Zerzana, Boba Blacka i Hakima Beya – praktyczne implikacje wydają się prowadzić w bardzo podobny sposób, jak w przypadku Ranjanita: odrzucenie jakiegokolwiek istniejącej „ kultury aktywistycznej” jako produktu burżuazyjnych przywilejów, jako odróżnienie od prawdziwie uciskanych.

Esej, jak można sobie wyobrazić, wywołał niemal niekończące się ataki i uczynił nazwisko Bookchina klątwą dla całych sekcji ruchu anarchistycznego. W rzeczywistości wydaje mi się, że założenie jest po prostu błędne. To nie jest przepaść nie do pokonania. Nigdy nie było w niej nic niemożliwego do przebycia. Zamiast tego, argumentowałbym, że głównym problemem dla niedoszłych koalicji rewolucyjnych jest to, że zawsze łączą tych, którzy przede wszystkim buntują się przeciwko alienacji i tych, którzy przede wszystkim buntują się przeciwko uciskowi, i że dylematem jest zawsze, jak zsyntetyzować te dwa bunty.

6.5. Sztuka i alienacja

Jednym z moich najbardziej uderzających wspomnień z NYC Direct Action Network było bardzo wczesne spotkanie, na którym omawialiśmy potencjalną zbiórkę pieniędzy. Ktoś ogłosił, że zarezerwował miejsce na pokaz dobroczynny i zapytał, czy ktokolwiek w pokoju ma jakieś szczególne umiejętności lub talenty do wniesienia wkładu. Prawie każda ręka w pokoju się uniosła. Na koniec facylitator poprosił wszystkich, aby krążyli w kółko i ogłaszali, co mogą zrobić: byli poeci, malarze scen, żonglerzy ognia, członkowie grup śpiewających a cappella, tancerze cieni, performerzy, gitarzyści flamenco, śpiewacy punkowi, magowie…Okazało się, że z czterdziestu dwóch osób w pokoju było dokładnie pięciu, którzy nie byli w stanie wymyślić niczego, co mogłyby wnieść. Było to tym bardziej niezwykłe, że DAN – w przeciwieństwie do powiedzmy Reclaim the Streets, sojusznicza grupa nowojorska – nie była nawet uważana, według standardów aktywistów, za grupę szczególnie artystyczną. Ogólnie scena akcji bezpośredniej jest w przeważającej mierze zdominowana przez ludzi, którzy byli również zaangażowani w pewien rodzaj kreatywnej autoekspresji. Muzycy. Lalkarze. Aktorzy. Rysownicy. Artyści. Można powiedzieć, że wiele z tego wywodzi się w takim samym stopniu z etosu „zrób to sam” kultury punkowej, jak z małoskalowej, zorientowanej na rzemieślników kreatywności kultury hippisowskiej[44].

Tylko jedno wymowne studium przypadku:

Ojciec Glassa jest policjantem, matka instruktorką aerobiku i jogi. W liceum była punkiem, który tworzył własne ubrania, projektując wyszukane kreacje z ubrań porzuconych i wyciągniętych ze śmietników. Opowiada mi, że ma żywe wspomnienia z bycia wyśmiewaną się przez „modowych punków”, bogatych dzieciaków, które kupowały swoje podarte ubrania w drogich butikach, i jak śmieszni byli, nieświadomi, że udowadniają, że są oszustami w całym duchu tego, co robią. Poszła na studia, głównie wygrywając konkursy pisarskie. Po ukończeniu studiów przez krótki czas pracowała w błyszczącym magazynie ekologicznym, straciła pracę, gdy pismo zbankrutowało (za większość pracy nigdy jej nie zapłacono), a teraz, po dwudziestce, przeplata pracę barmanki z przygodami aktywistki, wszędzie mieszka w squatach od Cleveland do Buenos Aires do Honolulu, sporadycznie publikuje artykuły w czasopismach krajowych. Jej celem, jak mówi, jest nabycie ziemi i spędzanie co najmniej połowy czasu na wspólnie zarządzanej, permakulturowej farmie.

Takie postacie mogą być postrzegane, jak mówię, jako uwięzione w pewnego rodzaju zawieszonej społecznej młodości. Przecież w Ameryce każdy jako dziecko angażuje się w twórcze działania (w szkole jest się do tego zmuszonym, od malowania palcami po szkolne przedstawienia). Zwykle, gdy ktoś kończy okres dojrzewania, oczekuje się, że większość z tego zrezygnuje. Oczekuje się, że dorośli, o ile nie mają szczęścia, aby znaleźć karierę związaną z pracą twórczą, wyrażają się głównie poprzez konsumpcjonizm, a może jakieś hobby – to ostatnie zwłaszcza po przejściu na emeryturę. Moim zdaniem jednak pomaga to wyjaśnić jeden z wielkich paradoksów radykalnej polityki. Można powiedzieć: wiek dojrzewania jest dla większości Amerykanów etapem, w którym jest się jednocześnie najbardziej i najmniej wyalienowanym. Dlatego czasami rewolucję można przedstawić jako ostateczne przezwyciężenie dojrzewania ludzkości – zerwanie z przeszłością, które w końcu wybawi nas z naszego wiecznego wyobcowania – lub jako początek pewnego rodzaju wiecznego dojrzewania, „początek historii”. Dla większości z nas, którzy nie żyją w ramach społeczeństwa kastowego lub gildii, dorastanie jest okresem potencjału: można zrobić lub być prawie wszystkim. Dojrzałość, dorosłość społeczna, to nie tyle kwestia zaakceptowania swojej szczególnej roli (jako sekretarki, ochroniarza, menedżera funduszu, mechanika), ale nawet bardziej zaakceptowania wszystkich tych rzeczy, którymi się nigdy nie zostanie: gwiazdą rocka, olimpijskim skoczkiem narciarskim, reporterem śledczym globtroter, pierwszą kobietą-prezydent itd. Jeśli spojrzy się na jedną słynną (i notorycznie minimalną) próbę zdefiniowania komunizmu przez Marksa, jest ona prawie całkowicie zdefiniowana w taki sposób, że nikt nie musi z niczego rezygnować: można łowić ryby rano, po południu zaganiać owce i krytykować przy obiedzie, a wszystko to bez zostawania rybakiem, pasterzem czy krytykiem. Osoba staje się zwykłym człowiekiem, niezdefiniowanym przez swoją obecną rolę. Według współczesnych terminów wiecznym nastolatkiem.

Nie oznacza to, że aktywiści są niedojrzali – chyba że zakłada się, że dojrzałość musi koniecznie być kwestią wyrzeczenia się własnej kreatywności i poczucia możliwości oraz zaakceptowania życia w otępiającej nudzie i codziennej uległości. Nie uważam też za przydatne postrzeganie tego wszystkiego po prostu w kategoriach „oporu”, przynajmniej w konwencjonalnym akademickim sensie, który zakłada, że skoro władza jest ostateczną rzeczywistością, każda forma praktyki może być postrzegana tylko jako albo reprodukowanie lub opór[45]. Dlatego bardziej pożyteczny wydaje mi się powrót do alternatywnych tradycji intelektualnych, które w dużej mierze preferują aktywiści, i postrzeganie terminów operacyjnych jako równowagi między buntem przeciwko alienacji a buntem przeciwko uciskowi.

6.6. Style bohemy

Hipisi lat 60., a następnie ruch punkowy późnych lat 70. i 80. postrzegano jako pierwsze ruchy masowej bohemy[46]: szeroka popularyzacja artystycznego ideału poświęcenia mieszczańskich wygód dla pogoni za spontanicznością, kreatywnością i przyjemnością. Można też postrzegać je jako punkty, w których same formy bohemy nabrały charakteru ruchów masowych. Toczy się oczywiście niekończąca się debata na temat znaczenia: do jakiego stopnia to wszystko jest formą oporu (np. Hebdige 1979), do jakiego stopnia te ruchy są naprawdę awangardą konsumpcjonizmu, badając dziedziny doświadczenia, które mogą być skutecznie utowarowione w następnym pokoleniu (Campbell 1987). Dla mnie jednak jedną z interesujących rzeczy jest stopień, w jakim te historycznie ukonstytuowane kategorie stają się faktycznie trwałe. Są postrzegane jako sposoby bycia. Dzisiejszy sens jest taki, że zawsze będą punkowie i hipisi:

[Wyciąg z zeszytów, zima 2001]

Krótka wycieczka na temat terminów „punk” i „hipis”

Nikt nigdy nie użyłby tych terminów do opisania siebie. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś powiedział „Jestem punkiem” lub „Jestem hipisem”. Są to terminy, których używasz do opisania kogoś innego. W kręgach na Wschodnim Wybrzeżu nazywanie kogoś hipisem jest zawsze wyśmiewaniem się z niego, przynajmniej w niewielkim stopniu: pomimo faktu, że w połowie przypadków sama mówczyni może być uznawana z innego punktu widzenia – np. komentarz Brooke na temat nowego oddziału DAN w Santa Cruz, „prawdopodobnie banda hipisów i szaleńców, ale i tak ich kochamy” Albo: „kiedy proponujesz, że organizujemy krąg perkusyjny, mówimy o dobrym bębnieniu, czy po prostu złym hipisowskim bębnieniu?”. W przeciwieństwie do tego termin „punk” prawie nigdy nie jest pejoratywny. Zwykle używa się go w prosty opisowy sposób: np. „Mówię o Laurze. Wiesz, ta punkowa dziewczyna z zielonymi włosami?

Mimo to jest bardzo niewiele osób, które mogą być łatwo i wyraźnie skategoryzowani jako jeden lub drugi. Niektóre istnieją. Ariston ze swoim irokezem jest oczywiście bardzo punkowy; Nealę trudno uznać za hipisa (nawet jeśli jej partner jest takim Gotą, jak to tylko możliwe). Ale to są skrajne przypadki. Większość przypomina bardziej, powiedzmy, Warcry, która nosi brudne bluzy z kapturem i naszywki, gdy układa liście i kwiaty na ścianach Independent Media Center – idiosynkratyczna mieszanka obu.

Często terminy są skontrastowane pokoleniowo, a hipisi zawsze są ociężałym starszym pokoleniem. Brad opowiada o uderzającym kontraście między staromodnymi, hipisowskimi blokadami lasów w Oregonie i Północnej Kalifornii w stylu lat 60., a nową energią i taktyką bojową, która została wprowadzona, gdy zaangażowały się punkowe dzieciaki. To wypowiedź aktywistki leśnej, która, choć walnie przyczyniła się do sprowadzenia punków do lasu, według nowojorskich standardów jest nikim innym jak hipisem. „Hippis” w rzeczywistości regularnie staje się synonimem „pacyfisty”, a „punk” – „młodszego, wojującego anarchisty”. Tak więc w Seattle, kiedy samozwańczy „gliniarze pokoju” w niektórych przypadkach fizycznie zaatakowali anarchistów z Czarnego Bloku, aby powstrzymać ich przed wybiciem okien (anarchiści z Czarnego Bloku odmówili oddania ciosów, ponieważ nie stosowali przemocy), jest to zwykle opisywane jako przypadek „hipisów bijących punków”.

Oczywiście nie są to jedyne przywoływane terminy (nawet nie wchodzę w wpływ na przykład sceny rave czy radykalnego hiphopu), ale nie sądzę, by koncentrowanie się na centralnym miejscu punka było nieuzasadnione, choćby ponieważ wydaje się, że wielu najbardziej aktywnych białych anarchistów zostało wciągniętych przez wczesne doświadczenia sceny punkowej.

Dużo napisano o punku jako subkulturze, ale chcę tutaj podkreślić rolę punka jako miejsca rozpowszechniania pewnego rodzaju popularnego sytuacjonizmu. Ta spuścizna sytuacjonistów jest prawdopodobnie najważniejszym teoretycznym wpływem na współczesny anarchizm w Ameryce i oznacza to, że – chociaż wielu anarchistów zna terminologię akademicką – używają oni bardzo odmiennego słownictwa teoretycznego.

Sytuacjonistyczna Międzynarodówka była pierwotnie grupą radykalnych artystów, którzy w latach 50. i 60. przekształcili się w ruch polityczny. Można ich postrzegać jako kulminację pewnego trendu. Co najmniej od czasów dadaistów i futurystów awangardowe ruchy artystyczne zaczynały zachowywać się jak partie awangardowe, publikując manifesty, robiąc czystki i tym podobne. Sytuacjoniści byli pierwszymi, którzy dokonali całkowitego przejścia, ostatecznie nie tworząc w ogóle własnej oryginalnej sztuki. Jako grupa zachowywali się jak rodzaj karykatury sekciarzy marksistowskich, nieustannie oczyszczających i potępiających się nawzajem[47]. Guy Debord (1967) przedstawił skomplikowaną dialektyczną teorię „społeczeństwa spektaklu”, dowodząc, że w kapitalizmie nieustępliwa logika towaru, która czyni nas pasywnymi konsumentami, stopniowo rozciąga się na każdy aspekt naszej egzystencji. W końcu stajemy się tylko widzami własnego życia. Środki masowego przekazu to tylko jedno technologiczne ucieleśnienie tego procesu. Jedynym środkiem zaradczym jest tworzenie „sytuacji”, improwizowanych momentów spontanicznej, niezbywalnej kreatywności, w dużej mierze poprzez odwrócenie narzuconych znaczeń spektaklu, rozbijanie fragmentów i składanie ich w przewrotny sposób. (Stąd najbardziej popularnym produktem sytuacjonistycznym, o nazwie„Can the Dialectic Break Bricks?”, często pokazywanym na zbiórkach pieniędzy, jest film kung-fu z Hongkongu, z ponownie dodanymi napisami). Raoul Vaneigem (1967, 1979) opracował teorię rewolucji zbudowaną wokół zniszczenia wszystkich relacji zbudowanych na zasadzie wymiany, na „przetrwaniu” w przeciwieństwie do „życia”, z często dziwną, jaskrawą, ale wciąż w jakiś sposób radosną mieszanką ultralewicowego marksizmu – gloryfikacją spontanicznych rad robotniczych i powstańczych dzikich strajków – oraz pogonią za niezapośredniczonymi formami przyjemności, rozpętaniem pożądania i rozpadem sztuki w życie.

Właściwie istnieje konkretny, genealogiczny związek między punkiem a sytuacjonizmem. Malcolm McLaren, angielski producent, który skutecznie wynalazł Sex Pistols, a tym samym ruch punkowy, był zaangażowany w sytuacjonistyczną grupę odłamową, a artysta Sex Pistols, Jamie Reid, używał zasad sytuacjonizmu do projektowania okładek i ogólnej estetyki (Savage 1991). Bez względu na to, czy McLaren mówił poważnie, czy nie (niektórzy – np. Elliot 2001 – twierdzą, że po prostu zmyślał), zasady sytuacjonistów mocno zakorzeniły się w punkowej filozofii – szczególnie wśród setek mniejszych, wyraźnie anarchistycznych zespołów punkowych, które wyłoniły się w latach 80. i 90. (Crass, Conflict, Exploited, Dead Kennedys). Chwytliwe wersety z Vaneigema nieustannie powracają w tekstach piosenek, a literatura sytuacjonistyczna jest szeroko dostępna w każdym anarchistycznym infoshopie lub księgarni, wraz z ich współczesnym, Corneliusem Castoriadisem i innymi członkami grupy Socialisme ou Barbarie, oraz materiałami historycznymi na temat francuskiej blisko rewolucji 1968 roku. W większości takich księgarń brakuje znaczącej przestrzeni dla większości tego, co we Francji określa się mianem „myśli 1968 roku” Deleuze’a, Foucaulta czy Baudrillarda – tych autorów postrzeganych jako reprezentujących radykalną myśl francuską w akademii. Zasadniczo punki i rewolucjoniści wciąż czytają francuską teorię sprzed 1968 roku, akademicy czytają głównie teorię z okresu tuż po tym, z czego większość składa się z przedłużonej refleksji nad tym, co poszło nie tak, najczęściej, konkludując, że rewolucyjne marzenia są niemożliwe (Starr 1995).

Punk, oczywiście, ma być nieco zniechęcający dla niewtajemniczonych. To sprawia, że outsiderowi trudno jest zauważyć, że – pomimo brutalnej, gniewnej, nadmiernie wzmocnionej estetyki – skutecznie odgrywał tę samą kulturową rolę dla białej miejskiej młodzieży z późnych lat 70., 80. i 90., jak muzyka ludowa w latach 50. i 60. – jako rodzaj uproszczonej muzyki ludu, którą każda osoba może robić. Odgrywał też podobną rolę polityczną. Najlepiej tego ducha można podsumować w punkowym zinie z końca lat 70., cytowanym przez Dicka Hebdige’a (1979:123), który zawierał małą tabelę układu palców z trzema akordami i podpisem: „teraz załóż zespół i zrób to sam”. Podstawowym credo punka stało się DIY. Stwórz własną modę. Stwórz własny zespół. Odmów bycia konsumentem. Jeśli to możliwe, zostań nurkiem w śmietniku i niczego nie kupuj. Jeśli to możliwe, odrzuć pracę na etat. Nie poddawaj się logice wymiany. Ponownie wykorzystuj i ponownie używaj fragmenty spektaklu i systemu towarowego, aby stworzyć artystyczną broń, aby go obalić.

W rzeczywistości można powiedzieć, że istnieją dwa nurty intelektualne, które wyłoniły się z okresu maja ’68 we Francji, które wciąż są żywe w Stanach Zjednoczonych i świecie anglojęzycznym: nurt rewolucyjny sprzed 1968 roku, utrzymywany przy życiu w zinach, anarchistycznych infoshopach, czy Internet oraz odmiana po 1968 roku, w dużej mierze wątpiąca nad możliwością masowej, zorganizowanej rewolucji, utrzymywana przy życiu na seminariach magisterskich, konferencjach akademickich i czasopismach naukowych. Pierwsza dąży do uznania kapitalizmu za wszechogarniający system symboliczny, który tworzy skrajne formy ludzkiej alienacji, ale widzi w nim możliwość buntu przeciwko niemu w imię przyjemności, pożądania i potencjalnej autonomii ludzkiego podmiotu. Drugi ma tendencję do dostrzegania systemu (czy nazywa się go teraz kapitalizmem, władzą, dyskursem itp. ) jako tak wszechogarniającego, że jest istotną cechą pożądającego podmiotu, przez co jakakolwiek krytyka wyobcowania lub możliwość rewolucji przeciwko samemu systemu jest efektywnie nieprawdopodobna. Ryzykując redakcję (choć w tym kontekście nieuczciwe byłoby udawać, że mógłbym zrobić cokolwiek innego), sytuacja jest pełna niekończącej się ironii. Sytuacjoniści argumentowali, że system czyni nas pasywnymi konsumentami, ale wezwali do aktywnego oporu. Obecna radykalna ortodoksja akademicka wydaje się albo odrzucać albo pierwszą, albo drugą część: to znaczy albo argumentuje, że nie ma systemu narzuconego konsumentom, albo opór jest niemożliwy. Ten pierwszy nurt od dawna cieszy się największą popularnością: od początku lat 80. każdy, kto wysuwa argument w stylu sytuacjonistycznym na forum akademickim, może spodziewać się natychmiastowego potępienia jako purytańskiego i elitarnego za sugerowanie, że konsumenci pozwalają się biernie manipulować. Konsumenci raczej twórczo reinterpretują konsumenckie style, modę i produkty na różne wywrotowe sposoby (np. Miller 1987, 1995). Innymi słowy, zwykli ludzie już praktykują detournement.

Wielka ironia losu polega na tym, że ta rodząca się ortodoksja, która szybko stała się ostoją kulturoznawstwa (a później antropologii), ograniczała się ściśle do akademii. Opracowania kulturoznawcze rzadko, jeśli w ogóle, były czytane przez „zwykłych ludzi”, o których mowa, podczas gdy literatura sytuacjonistyczna, która według tych standardów była najbardziej elitarną pozycją z możliwych, faktycznie ma pewną popularną publiczność. Na przykład Rewolucja życia codziennego (Vaneigem 1967) prawie nigdy nie jest przypisywana na kursach ani cytowana w tekstach akademickich, ale jest tak samo regularnie czytana przez radykałów na studiach, jak trzydzieści lat temu. Wszystko to raczej potwierdza, że, jak zasugerował mi kiedyś mój przyjaciel Eric Laursen, powodem, dla którego sytuacjonizmu nie można zintegrować z akademią, jest po prostu to, że „nie można go czytać jako nic innego jak wezwanie do działania”. To jest oczywiście dokładnie, co sprawia, że jest tak popularny wśród aktywistów. Sytuacjonizm, z jego całkowitym odrzuceniem systemu, jego wezwaniem do wojujących interwencji artystycznych, jego wiarą, że mogą one ostatecznie przyczynić się do rewolucji społecznej, jest idealną filozofią dla aktywisty, którego po raz pierwszy przyciągnęło do punka poczucie głębokiego wyobcowania ze społeczeństwa masowego i zdecydowanie, aby coś z tym zrobić.

Innym skutkiem tego rozłamu jest to, że akademia, poczynając od myślicieli we Francji po 1968 roku, w dużej mierze odrzuciła ideę „alienacji”. Bez jednolitego podmiotu, bez jakiegokolwiek wyobrażenia o bardziej naturalnej czy autentycznej relacji tego podmiotu ze światem i innymi ludźmi, starsze teorie wydawały się naiwne i nie do obrony. Termin ten zniknął w wielu teoriach społecznych. O ile został zachowany, to w pewnych gałęziach socjologii alienacja stała się czymś, co można było sformalizować statystycznie i zmierzyć w kwestionariuszach: prowadząc szybko do wniosku, że najbardziej wyobcowani (izolowani, rozgniewani) członkowie społeczeństwa byli najbardziej marginalni (cudzoziemcy bez dokumentów, na przykład, lub członkowie uciskanych mniejszości). Częściowo w rezultacie alienacja zaczęła być postrzegana jako psychologiczne doświadczenie ucisku: współczesne badania nad tym tematem mówią o „wyobcowaniu rasowym”, „alienacji płciowej”, alienacji na podstawie tożsamości seksualnej lub ubóstwa itd. (Schmidt i Moody 1994, Geyer i Heinz 1992, Geyer 1996). To samo w sobie pomaga wyjaśnić nieustanną atrakcyjność teoretyków lat 60.: wszystko teraz jest opisywane w kategoriach wykluczenia z głównego nurtu społeczeństwa. Miarą tego wykluczenia jest alienacja. Jest to jednak zasadniczo koncepcja liberalna. Siłą starszego poglądu na alienację było upieranie się, że nie jest to tylko kwestia wykluczenia, ale że jest coś głęboko, fundamentalnie nie tak z samym głównym nurtem. Że nawet zwycięzcy są ostatecznie nieszczęśliwi, przynajmniej w porównaniu z tym, czym mogliby być w wolnym, egalitarnym społeczeństwie. Anarchiści – przynajmniej ci, którzy nie mogą twierdzić, że pochodzą z uciskanych grup – są pozostawieni z poczuciem wściekłości i odrzuceniem systemu, który wydaje się wszechogarniający i potworny, oraz oficjalną kulturę intelektualną, która nie może ustanowić teoretycznego wyjaśnienia powodów, dla których powinni tak się czuć.

Niektóre pytania podjąłem gdzie indziej. Na przykład we wcześniejszym eseju o anarchizmie (Graeber 2003:337) zapytałem, dlaczego, nawet jeśli nie istnieje prawie żaden elektorat dla polityki rewolucyjnej, wciąż można znaleźć rewolucyjnych artystów, pisarzy i muzyków. Mój wniosek: musi istnieć jakiś związek między doświadczeniem pracy niewyalienowanej, wyobrażaniem sobie rzeczy, a następnie ich realizacją, a umiejętnością wyobrażania sobie alternatyw społecznych. Doszedłem do wniosku, sugerując, że o koalicjach rewolucyjnych zawsze można mówić, że opierają się na swego rodzaju sojuszu między społeczeństwem najmniej wyalienowanym i najbardziej uciskanym (i że rewolucje faktycznie mają miejsce, gdy te dwie kategorie w dużej mierze się pokrywają). Pomoże to przynajmniej wyjaśnić, dlaczego prawie zawsze wydaje się, że są wieśniakami i rzemieślnikami albo jeszcze bardziej, nowoproletariatyzowanymi byłymi chłopami i rzemieślnikami albo nawet bardziej zagadkowy fakt, że tak wiele nastolatków może ponawiać doświadczenie pogo w klubach punkowych, aby dojść do wniosku, że ich własna wolność jest ściśle związana z losem zubożałych rolników posługujących się językiem Tzeltal w Chiapas.

Jednak to sformułowanie pozostaje bardziej niż trochę surowe. Prawdopodobnie rzeczywista opozycja powinna istnieć między tymi, którzy są doprowadzeni do radykalnej polityki w buncie przeciwko alienacji, a tymi, którzy buntują się przeciwko uciskowi. Oczywiście nie jest tak, że jest wielu, dla których jest to po prostu jedno lub drugie. Jednak z punktu widzenia aktywisty istnieją bardzo dobre powody, by nie rezygnować z tego rozróżnienia całkowicie. Bez niego niemożliwe byłoby twierdzić, że rewolucyjna zmiana byłaby w interesie wszystkich, nawet tych, o których nie można powiedzieć, że są w jakikolwiek sposób uciskani. Z drugiej strony trudno byłoby twierdzić, że rozpacz bogatego nastolatka z przedmieść Stanów Zjednoczonych, w obliczu życia w bezdusznym konsumpcjonizmie, ma prawie taką samą wagę moralną, jak, powiedzmy, rozpacz powoli umierającego, na choroby, którym można zapobiec, biednego nastolatka z Mozambiku. To właśnie ten dylemat prowadzi do niekończących się napięć i wzajemnych oskarżeń, które nawiedzają życie aktywistów.

6.7. Przypadkowe obserwacje dotyczące kultury aktywistycznej

Społeczeństwo, które odmawia nam każdej przygody, czyni z własnego obalenia jedyną możliwą przygodę.

– Hasło Reclaim the Streets

Jeśli ktoś postrzega kapitalizm jako gigantyczny, bezsensowny silnik niekończącej się ekspansji, który sprowadza większość mieszkańców planety do beznadziejnej nędzy, który sprowadza nawet jego beneficjentów do samotnych, odizolowanych atomów, skazanych przez strach i niepewność na życie pełne ogłupiającej pracy i bezsensownego konsumpcjonizmu, nawet gdy grozi zniszczeniem planety, ale jeśli ten ktoś jednocześnie nie chce lub nie wierzy, że można po prostu uciec z systemu, ale chce zostać i walczyć, to co właściwie może zrobić? Jaki rodzaj relacji społecznych można stworzyć wśród tych, którzy chcą uczynić swoje życie odrzuceniem samej logiki kapitalizmu, nawet jeśli z konieczności w nim pozostają?

Logika życia bohemy zawsze była próbą odpowiedzi na to pytanie. Zawsze skłaniała się ku kultywowaniu przygody, niebezpieczeństwa i ekstremalnych form doświadczenia, ale jednocześnie relacji wzajemnej pomocy i zaufania między tymi, którzy do niej dążą, a często nawet z tymi, którzy w przeciwnym razie mogliby być obcy. Taka właśnie wrażliwość spotyka się również w działaniach bezpośrednich.

Zastanów się ponownie nad ideą pogo, w której tancerze rzucają się na siebie lub zanurzają się w tłumie. Chodzi o tworzenie niebezpiecznych, a nawet brutalnych sytuacji, ale jednocześnie o niemal ślepą wiarę w otaczających nieznajomych – o pomoc i wsparcie – ponieważ w końcu, jeśli cię nie złapią ani nie zabezpieczą, możesz skończyć się ze złamaną szyją. W zasadzie logika agresji w zabawie i ostatecznego zaufania ma wiele wspólnego z sadomasochizmem, do którego nieustannie nawiązuje (choć rzadko praktykowany) punkowa estetyka. To rodzaj przyjemności, która rodzi się z przygody: ekscytacja, nieprzewidywalność, wiara i poleganie na towarzyszach, które mogą być prawdziwe tylko przy nieskończonej możliwości zdrady. Jednocześnie jednak nie jest to etos machismo. Jedna sprawa, którą szybko zauważyłem, angażując się w kołach anarchistycznych, to akceptacja fizycznej słabości.

[Fragmenty notatek: czerwiec 2000, z późniejszymi dodatkami]

Słabość:

Większość aktywistów nie wydaje się niesamowicie sprawna fizycznie, na pewno nie są sportowcami. Zwykle są żylaści, czasami grubi, ale prawie nigdy umięśnieni. „Chude weganki”, jak głosi stereotyp. (Słynny komentarz w gazecie Los Angeles podczas protestów DNC w 2000 roku: „Policji było dwa razy więcej niż demonstrantów; lub jeśli liczyć na wagę, cztery razy więcej” ) Podobnie z drugiej strony w opublikowanym „Przewodniku anarchistycznym po LA”: „wysportowany facet ubrany jak hollywoodzka wersja punk rocka, który namawia cię do ataku na gliny to glina”. Innymi słowy, jednym ze sposobów na wykrycie infiltratora jest czysta sprawność fizyczna. Pomimo faktu, że wielu ma, jak można się spodziewać, mnóstwo umiejętności i doświadczenia na świeżym powietrzu, wspinania się po drzewach i ścianach i tego typu rzeczy. Hipisi w butach turystycznych i doświadczeniem szlaków wydają się bardziej wysportowani niż punkowie: są przynajmniej żylaści i odporni. Jest to szczególnie zaskakujące na początku, gdy po raz pierwszy poznasz dzieciaki z Czarnego Bloku, które w prasie podobno są „brutalni” i które nawet wśród aktywistów zostali nazwanymi „piechotą morską naszego ruchu” i odkryjesz, że to głównie banda nieśmiałych, ektomorficznych nastolatków. Oczywiście najczęściej są też weganami. Podejrzewam, że jest to jedna rzecz, która musi naprawdę skomplikować stosunki z policją, ponieważ prawdopodobnie są to dokładnie takie dzieciaki, na jakich zwykły znęcać się te dzieciaki z podstawówki, które później miały zostać glinami[48].

Ciekawy nacisk na słabość wydaje się odzwierciedlać wyraźną troskę o osoby niepełnosprawne i schorzenia biorących udział w działaniach, które ja – jak większość nowo przybyłych, jak sądzę – początkowo wydawały się dość niepokojące. Na szkoleniach prawniczych toczyły się niekończące się dyskusje na temat tego, czego się spodziewać w przypadku aresztowania i konieczności podawania insuliny, leków na AIDS lub wielu innych schorzeń. „Czy policja pozwoli ci zatrzymać lekarstwo? Nie. Mają dostarczyć ci lekarstwa od lekarza policyjnego, ale zwykle tego nie robią. A co z hipoglikemią?” (Szeroko krążyła historia o kobiecie z hipoglikemią na A16, która miała problem z cukrem i została aresztowana, gdy złapała czyjś telefon, myśląc, że to jej własny). Oczywista pierwsza reakcja, którą większość neofitów musi stłumić: co w ogóle robi cukrzyk chory na AIDS, narażając się na gaz łzawiący, pałki i przede wszystkim aresztowanie? Ale jest to połączenie oczywistego pragnienia maksymalnej otwartości z, jak podejrzewam, ukrytym poczuciem, że jeśli ktoś jest zaangażowany w moralną walkę z policją, słabość może być siłą. Musimy zmusić ich do humanitaryzmu!

W połączeniu z niekończącymi się tabu dotyczącymi jedzenia, wszystko to tworzy swego rodzaju labirynt barier: niektórzy są wegetarianami, inni weganami, inni mają alergię na psiankowate lub cierpią na choroby środowiskowe, wielu wydaje się bardzo bliskich hipochondrii z niekończącymi się prawdziwymi lub urojonymi dolegliwościami. Jednak ci sami ludzie często prowadzą życie pełne przygód, jakie można sobie wyobrazić.

Wtedy możemy wejść w fenomenologię masażu pleców jak łańcuch masaży w przerwie od treningu facylitacyjnego. Trzymanie się za ręce lub łączenie rąk w ludzkich łańcuchach. Ogólne wzorce dotykania: zwykli Amerykanie prawie nigdy się nie dotykają. Wydaje się, że anarchiści szczególnie lubią uściski (chociaż niektórzy, Crusty Kanadyjczycy z CLAC znani są z tego, że ze zdumieniem pytają nas, nowojorczyków, czy zostaliśmy skorumpowani przez kalifornijskie typy jak Starhawk z tymi wszystkimi drażliwymi bzdurami), ludzi opierających się o siebie, trzymających się za ręce. Od samego początku, na szkoleniu prawniczym w Waszyngtonie, zauważyłem, jak wiele z tego: wszystkie szkolenia obejmowały kontakt fizyczny, od unoszenia ludzi bezwładnych, aż do po prostu siedzenie przyciśnięci do innych w przepełnionych pokojach.

Zastanawiam się, czy jednym z powodów dla drażliwości/wybrednych pokarmów/obejmowania słabości jest znaczenie kobiet w ruchu, choć jest to nieco mylące, ponieważ kobiety prawie nigdy nie stanowią większości na dużych spotkaniach i często stanowią co najwyżej jedną trzecią ludzie w pokoju. Z drugiej strony są to często najwybitniejsze organizatorki i uczestniczki. Czy lepiej powiedzieć, że dominuje kobieca wrażliwość, czy też, że styl procesu konsensusu w interakcji ma tendencję do zachęcania do czerpania z wrażliwości, które w Stanach Zjednoczonych historycznie były kojarzone ze sposobem, w jaki kobiety wchodzą ze sobą w interakcje, niż ze sposobem, w jaki robią to mężczyźni? Jest w dużej mierze, ale nie ściśle, pozbawione seksualności. Często uczucie, przynajmniej jeśli nie należy do jakiejś grupy tożsamości seksualnej, jest takie, że ktoś powinien się zachowywać (przynajmniej publicznie), jakby seks nie był szczególnie ważny, po prostu jeden z aspektów ogólnie rozumianej fizyczności.

Oczywiście wszystko to różni się w zależności od subkultury. Przez wiele lat w ABC No Rio, anarchistycznym centrum społecznym w Lower East Side, istniał – poza zwykłym magazynem zinów, komputerami i tym podobnymi – siłownia używana przez członków grupy zwanej RASH, „Red Anarchist Skinheads” (Czerwoni Anarchiści – Skinheadzi).

Gra pożądania i wzajemnej zależności pojawia się na różnych subtelnych poziomach. Oto fragment z tego samego notatnika, niedługo potem:

[Wyciąg zeszytu, lipiec 2000]

Papierosy:

Wielu aktywistów pali. Wydaje się, że większość starszych osób paliła w pewnym momencie swojego życia. Zawsze wydawało mi się to trochę niestosowne, na A16, widzieć te wszystkie idealistyczne dzieciaki blokujące ulice z papierosami zwisającymi im z ust; zwłaszcza nastoletnie dziewczyny siedzące wokół i palące od siebie papierosy. Ale w rzeczywistości jest to raczej właściwe, ponieważ powoduje ciągłą mobilizację poczucia potrzeby, dyscypliny, dzielenia się i pragnienia („wspólnota uzależnień”, jak ją nazywałam, która wiąże wszystkich palaczy). Zwykle na trzech lub czterech aktywistów, którzy palą lub mogą, przypada jeden, który faktycznie ma paczkę. Kevin został obsadzony w tej roli z Scully et al. w zeszłym tygodniu. Dystrybucja papierosów, odpalanie innych itd. staje się ciągłym, upragnionym upadkiem autonomii – ja, kiedy paliłem, to była zasada, żeby nigdy nie dać się złapać w sytuacji, w której skończyłbym się i nie byłem w stanie kupić więcej, ale tutaj jest odwrotnie. Jest się zależnym od dobrej woli wspólnoty i dzielenia się tym, czego naprawdę pragnie się najpilniej na świecie, przynajmniej w tej chwili.

Szczególnie duży odsetek wegan pali.

Przypomina mi to raczej historię, którą słyszałem o Martinie Lutherze Kingu. W rzeczywistości był nałogowym palaczem, ale na początku był przekonany, że to, że gdyby kiedykolwiek widziano go publicznie, byłoby to niewłaściwą lekcją dla młodych ludzi. Niekończąca się dyscyplina, ale z niekończącym się pragnieniem czającym się za publiczną fasadą. Nie trzeba dodawać, że nikt nie pali na spotkaniach ani w ogóle w pomieszczeniach. Tak więc po zakończeniu spotkania zwykle grupki ludzi natychmiast wybiegają na papierosa, siedząc na betonie, by skręcić tytoń, obijając się tyłkami, zaciągając się kilkoma zaciągnięciami lub rozdając papierosy.

Inne narkotyki wydają się odgrywać mniej znaczącą rolę, ponieważ nie są tak uzależniające. Dlatego cała dynamika pożądania i wspólnoty nie wchodzi w grę. Moje notatki w tym przypadku kontynuowały:

Inne środki:

To zależy od sceny. Zioło jest okazjonalne, ale zaskakująco rzadkie. Jest używane mniej więcej w stopniu, jakiego można by oczekiwać od młodych ludzi z tej samej klasy lub pochodzenia społeczno-ekonomicznego. Piwa jest całkiem sporo, często w barach. Ecstasy jest popularna wśród typów raverów, z którymi wyraźnie pokrywają się pewne części aktywistycznej sceny. Oczywiście podczas akcji ulicznych narkotyki są całkowicie złą wiadomością i zawsze przypomina się, aby ich nie przynosić: „Nawet jeśli rzucisz jointa w momencie, gdy pojawiają się gliniarze, ktoś nam to przypnie”. Tak więc sprowadzenie narkotyków na akcje byłoby aktem całkowitego braku solidarności. Pojawienie się aktywisty podczas akcji kompletnie pijanego lub naćpanego jest albo znakiem, że nikt nie chciałby być z nimi w grupie afinicji, albo, z mojego doświadczenia, najczęściej na znak, że dany aktywista osobiście się rozpada i potrzebuje pomocy. Jeśli chodzi o paranoję narkotykową, istnieją różne poziomy kontekstu i doświadczenia historycznego: przypomina mi się czas, kiedy robiłem drinka podczas pokazu filmu z niektórymi byłymi Czarnymi Panterami. Kiedy zaproponowałem, żebym kupił kokę, jedna zaskoczona kobieta natychmiast mnie poprawiła: – Proszę! Mów „Coca Cola!” – Oczywiście byli to ludzie przyzwyczajeni do ciągłej obserwacji w czasach, gdy naloty narkotykowe często umieszczały aktywistów w więzieniach. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego wśród anarchistów w dzisiejszych czasach: paranoja jest skierowana na inne rzeczy. W rzeczywistości na mniejszych imprezach lub imprezach ulicznych, które i tak są w połowie drogi do rave, stosunek do narkotyków może być bardzo luźny. Jeden z przyjaciół opowiedział mi długą historię o tym, jak został przeszukany i zamknięty w więzieniu na noc po imprezie RTS Times Square, ale po wyjściu odkrył, że zapomniał, że przez cały czas miał skręta w bucie. Ale to są „tymczasowe strefy autonomiczne” innego rodzaju.

Jedynym tematem, który w tym wszystkim powraca bez końca, jest „autonomia”, jednocześnie największa wartość anarchistyczna i największy dylemat. Pewne formy autonomii – wyizolowany indywidualizm głównego nurtu amerykańskiego społeczeństwa, z jego samotnymi przyjemnościami – są dokładnie tym, przeciwko czemu się buntuje. A może, można powiedzieć, pytanie brzmi, jak zrównoważyć autonomię, solidarność i wolność. Na przykład Cornelius Castoriadis (1987, 1991) zdefiniował „autonomię” jako zdolność społeczności do życia wyłącznie według reguł, które sami stworzyli i posiadanie prawa do ciągłego weryfikowana. Dla wielu anarchistów wolność wydaje się oznaczać zdolność do tworzenia nowych społeczności i więzów wzajemnych zależności, mniej lub bardziej na miejscu, oraz poruszania się między nimi tam i z powrotem według własnego uznania. Akcja, impreza, piknik, taniec, wszystkie mogą być tymczasowymi strefami autonomicznymi, w których pragnienia się łączą, a skok wiary związany z zaufaniem nieznajomym staje się dużą częścią przygody, nawet wtedy, gdy policja jest nieobecna, co, jak zobaczymy, zdarza się rzadko, ponieważ policja ma zauważalną tendencję pojawiać się, gdy spotykają się anarchiści. Dylematy stają się jednak znacznie bardziej dotkliwe, gdy podejmowane są – jak to zwykle bywa – próby przekształcenia TAZ w PAZ, przejścia od tymczasowych do bardziej trwałych, permanentnych stref autonomii.

W następnej sekcji pozwólcie, że opowiem trochę o bardziej stałych przestrzeniach aktywistów. Jak zobaczymy, prawie nigdy nie są one całkowicie, całkowicie trwałe. Każda przestrzeń musi zostać do pewnego stopnia podbita, a większość jest niemal natychmiast oblegana.

6.8. Krajobrazy aktywistyczne

W mieście takim jak Nowy Jork anarchistyczne przestrzenie często mają jakość archipelagu. W niektórych dzielnicach znajdują się stosunkowo gęste skupiska squatów, ogrodów społecznościowych, centrów społecznych lub społecznościowych, radykalnych księgarni/infoshopów i innych mniej lub bardziej przyjaznych instytucji: spółdzielni, restauracji wegetariańskich, sklepów z używanymi rowerami, awangardowych teatrów, przyjaznych kościołów, a nawet kawiarni i barów, w których można spotkać aktywistów.

Czasami jest jakieś centrum; czasami są bardziej rozproszone. Pomiędzy początkiem 2000 a końcem 2001, w czasach rozkwitu nowojorskiego DAN, w nowojorskim Lower East Side znajdowało się centrum sceny aktywistycznej. Był to lokalny ośrodek kultury o nazwie Charas El Bohio, mieszczący się w dawnym budynku szkolnym. Charas El Bohio stał w centrum splotu instytucji, z których prawie wszystkie zostały zdobyte w wyniku długotrwałej walki społeczności.

Historia Charas jest dość ciekawa. Technicznie rzecz biorąc, „Charas” to nazwa grupy społecznej, a „El Bohio” odnosiło się do budynku. Grupa społeczna została założona w 1965 roku przez grupę byłych członków gangu Portorykańczyków. Kiedy po raz pierwszy go stworzyli, pracowali z Buckminsterem Fullerem nad budową kopuł geodezyjnych dla biednych, ale wkrótce zostali sponsorami festiwali kulturalnych. Z kolei El Bohio powstało, gdy w 1979 roku niektórzy z nich, współpracując z byłymi Panterami, zasiedlili Christadorę, piękne, ale wtedy opuszczone osiedle położone bezpośrednio na wschód od Tompkins Square Park i górującą nad okolicą. Doprowadziło to w końcu do kłótni z władzami miasta, które ostatecznie były skłonne rozwiązać sprawę, oferując lokatorom opuszczoną szkołę w dół ulicy, dawną S.P. 64. Budynek był pusty od 1975 roku, znajdował się wówczas w stanie bliskim zawalenia się i był zamieszkały głównie przez osoby uzależnione od heroiny. Umowa została sformalizowana za pomocą pewnego rodzaju dżentelmeńskiej umowy: Christadora została sprzedana prywatnemu deweloperowi i ostatecznie stała się kosztownym kondominium, a Charas szybko zaczął odbudowywać nowo nazwany El Bohio, oferując wolną przestrzeń artystom i rzemieślnikom w zamian za prace przy renowacji okien i dachy. Wkrótce miejsce to stało się centrum artystów, grup teatralnych i tanecznych (którzy wynajmowali sale na próby za znikome opłaty) i gościło wszelkiego rodzaju grupy polityczne i wydarzenia. Charas stał się także skutecznym centrum politycznym sieci squatów i ogrodów społecznościowych w okolicy Tompkins Square, w większości założonych w podobnym czasie – lata 70. i wczesne 80. – kiedy większość dzielnicy została porzucona.

Ta historia była opowiadana wiele razy (Abu-Lughod 1994; Mele 2000; Tobocman 1999). W latach 70. XX wieku trzy czwarte zasobów mieszkaniowych w okolicy zostało porzuconych przez właścicieli, przejętych przez miasto za niepłacenie podatków. Nowojorska scena punkowa tak naprawdę wyłoniła się właśnie z tego czasu i miejsca, a jej aura miejskiej apokalipsy i rozpaczy miała wszystko wspólnego z poczuciem miasta, które dosłownie popadało w ruinę, zostało oddane szczurom, ćpunom, i podpalaczom. W odpowiedzi wielu artystów, skłotersów, aktywistów i nowych imigrantów odzyskało budynki i tereny zielone, a te z kolei wkrótce stały się przedmiotem intensywnych walk – czasami niemal wojskowych – pod koniec lat 80. i na początku lat 90., kiedy teren znów zaczął być gentryfikowany. Najsłynniejszym incydentem oczywiście były „zamieszki na Tompkins Square” z 1988 i 1989 roku, opór wobec wysiłków policji mających na celu usunięcie obozowisk bezdomnych z samego parku. Jednak równie wyczerpujące były bitwy o okoliczne skłoty. Pojawiły się tajemnicze pożary, do których straż pożarna odmówiła przyjazdu, nagłe naloty o świcie gliniarzy wspieranych przez helikoptery i transportery opancerzone. W niektórych przypadkach miały miejsce przedłużające się oblężenia tak gorzkie, że minęły lata, zanim policja ponownie podjęła próbę usunięcia skłotu. Ostatecznym rezultatem było to, że do 2002 roku dwadzieścia dwa squaty zostały zredukowane do jedenastu, jednak w tym roku miasto w końcu się poddało i pozwoliło pozostałym skłoterom uzyskać tytuł do swoich domów.

Historia ogrodów społecznościowych była podobna: archipelag terenów zielonych odzyskanych z pierwotnie opuszczonych parceli pełnych szczurów i śmieci. Zostały zasadzone i utrzymywane przez lokalne kolektywy lub organizacje sąsiedzkie; następnie zostały oblężone, gdy obszar zaczął się gentryfikować. More Gardens!, grupa aktywistów oddana ich obronie, spotykała się regularnie w Charas, a ogrodnicy społeczności również wykorzystywali duże pokoje na parterze w Charas do planowania konkursów. Okolica słynęła z pięknych wiosennych i zimowych festiwali, z ich wyszukanymi kostiumami, lalkami, pokazami świetlnymi, muzyką i przedstawieniami dramatycznymi – tak jak przed akcjami i marszami te same pomieszczenia były używane do malowania sztandarów i składania lalek. Sam budynek zawsze był pełen sztuki, ogromne malowane rzeźby lub pływaki w tajemniczy sposób pojawiały się w holu i znikały kilka dni później, było tam audytorium, z którego można było korzystać na przedstawienia i sale, które można było wynająć na spotkania, zawsze za minimalne opłaty, oraz cały budynek można wynająć na imprezy, pod warunkiem, że nie potrwają zbyt późno w noc. Dla aktywistów był to nieoceniony zasób.

Charas stała dokładnie na wschód od parku, na Ósmej Ulicy między Alejami B i C. Jeśli wyruszyło się z Charas i jechało na południe wzdłuż Alei B, minęło się szereg aktywistycznych punktów orientacyjnych: kilka popularnych restauracji wegetariańskich, jeden bardzo duży i rozbudowany ogród społeczności oznaczony przez strzelistą rzeźbę wykonaną z czegoś w rodzaju zainscenizowanej piramidy ozdobionej wszelkiego rodzaju wyrzuconymi pluszami i podobnymi bibelotami, a następnie Blackout Books, anarchistyczny infoshop znajdujący się w sklepie obok centrum Hare Krishna, po drugiej stronie ulica od unii kredytowej i szeregu sklepów z używanymi rzeczami. Blackout było miejscem, do którego można było wpaść o każdej porze dnia i ciekawie porozmawiać. Po drugiej stronie Houston Street wchodziło się do szybko gentryfikującej się okolicy pełnej modnych hipsterskich knajpek, wyłaniających się z w dużej mierze biednej latynoskiej dzielnicy, z kilkoma starożytnymi żydowskimi synagogami i firmami, aby dotrzeć do ABC No Rio. ABC zostało nazwane na cześć squatu, który był miejscem słynnej bitwy, i początkowo był zarówno squatem, jak i przestrzenią artystyczną. Później został zalegalizowany jako centrum społeczne, to znaczy skłoterzy musieli utrzymywać budynek pod warunkiem, że już tam nie mieszkają – choć wydawało się, że zawsze w skomplikowanych warunkach, które sprawiały, że ich obłożenie było raczej niepewne. Na dole ABC gościło pokazy sztuki, ale przede wszystkim stało się centrum lokalnej sceny punkowej i hardcore. Na piętrze znajdowała się biblioteka zinów, wolna przestrzeń komputerowa, ciemnie, pracownia sitodruku i kuchnia, z której kilka razy w tygodniu korzystał nowojorski oddział Food Not Bombs. FNB nurkowałby w śmietniku za jedzeniem – głównie ze świeżą żywnością, często w plastiku lub opakowaną, wyrzuconych przez wielkie instytucje – i wytworzyłby wegetariańskie posiłki, które później rozdawaliby za darmo z tyłu parku przy Tompkins Square.

Istniało również szereg innych przyjaznych instytucji: Księgarnia Bluestockings Womyn na Allen Street, Liga Oporu Wojny na Sullivan i Lafayette – centrum pacyfistyczne, które istniało od lat dwudziestych i miało cały własny budynek („Pentagon Pokoju, ” to czasami nazywano), dom kultury przy Szóstej Ulicy, radykalne przestrzenie teatralne, kościół św. Marka (gdzie jednym z księży był skłoter). Ale kluczowe instytucje, na których działacze wiedzieli, że zawsze mogą polegać, wszystkie były do pewnego stopnia wątłe. Podobnie jak squaty, zostały one wywalczone walką, zazwyczaj bezpośrednią akcją, utrzymywaną pod wielką presją instytucji państwowych i wszystkim groziło nieustanne niebezpieczeństwo wywiezienia. Prawie każdy z nich wydawał się otoczony poczuciem rozpaczliwego dramatu; jeśli można na nich polegać w tym sensie, że są wyraźnie przyjazne dla anarchistów, nie można na nich polegać w tym sensie, że można być pewnym, że nadal będą tam za sześć miesięcy lub rok. i rzeczywiście, do 2002 roku, zaledwie kilka lat po założeniu DAN, cała sieć w dużej mierze się rozpadła.

Doskonałym przykładem były ogrody gminne. Administracja Guilianiego, po objęciu urzędu w 1994 roku, niemal natychmiast rozpoczęła szeroką ofensywę przeciwko całej sieci ogrodów społecznościowych, definiując je na nowo jako puste działki i wprowadzając plan licytacji 741 z nich w całym mieście w celu rozwoju „niedrogich mieszkań” (W jednym z tygodniowych wystąpień radiowych Giuliani wyjaśnił, że jest to atak na samą zasadę wspólnej własności: „To jest gospodarka wolnorynkowa”, powiedział „Epoka komunizmu się skończyła”). Wywiązała się długa walka, osiągając szczyt w latach 1998 i 1999 z licznymi akcjami bezpośrednimi, w których aktywiści More Gardens! siadali przed buldożerami, a także jedna akcja Reclaim the Streets, która zamknęła Avenue A na kilka godzin, i druga, która doprowadziła do aresztowania sześćdziesięciu dwóch osób podczas blokady na West Side Highway. Kilka ogrodów zostało zniszczonych, ale w końcu Giuliani poniósł jedną z nielicznych większych porażek swojej administracji, kiedy koalicja bogatych mecenasów interweniowała, by wykupić kilka ogrodów w celu ich zachowania, a wkrótce potem stanowy prokurator generalny pozwał miasto, aby zapobiec kolejnym licytacji, ponieważ naruszało to obowiązujące w mieście przepisy, zgodnie z którymi na każdy tysiąc mieszkańców przypada co najmniej hektar terenów zielonych.

To było wielkie zwycięstwo, ale aktywista szybko uczy się, że żadne zwycięstwo nie jest nieodwracalne. Ponadto każdemu zwycięstwu towarzyszą straszliwe, tragiczne straty. Kolejnym celem Giuliani była sama Charas. W rzeczywistości, jego zniszczenie wkrótce stało się rodzajem obsesji jego administracji. Tak przynajmniej wydawało się lokalnym działaczom mieszkaniowym. Przez cały okres istnienia DAN budynek był prawnie oblężony. Ponieważ jego status opierał się na tym, co w rzeczywistości było dżentelmeńską umową z rządem – budynek był dzierżawiony od rządu za dolara rocznie – administracja Guilianiego mogła zerwać umowę i zlicytować go, co zrobiła, na tej samej aukcji, 20 lipca 1998 roku tak jak kilka największych ogrodów wspólnotowych. Sama aukcja stała się czymś w rodzaju legendy wśród aktywistów Lower East Side, którzy wykorzystywali wszelkie możliwe środki, aby ją zakłócić, od protestów na zewnątrz, przez fałszywych kupujących próbujących podbić cenę w środku, po wypuszczenie na aukcję dziesięciu tysięcy świerszczy na piętrze budynku, co zdołało oczyścić biura, ale tylko tymczasowo. Ostatecznie tytuł został przekazany anonimowemu nabywcy, który – pomimo wysiłków miasta mających na celu ochronę swojej tożsamości – wkrótce okazał się Gregg Singerem, drobnym deweloperem z Upper West Side. Singer był teraz technicznie właścicielem budynku (El Bohio), a Charas jedynie jego najemcą. Natychmiast ruszył do eksmisji, ale było to trudne: jego ręce były związane umową o ograniczonym użytkowaniu, która pozwalała na używanie budynku tylko do „użytkowania obiektów komunalnych”. W rezultacie, aby wydalić Charas, musiał wykazać, że miał nowych lokatorów, którzy również zamierzali wykorzystać budynek do celów kulturalnych lub użyteczności publicznej. Z jego punktu widzenia problemem prawnym – przynajmniej do czasu zakończenia długiego procesu odwołań i prawnych potyczek – było więc znalezienie legalnej instytucji kulturalnej, która zechciałaby wydzierżawić budynek, nawet jeśli wiedzieli, że oznaczałoby to eksmisję ośrodka społeczności sąsiedzkiej. Było to prawie niemożliwe, ale oznaczało to, że cała społeczność aktywistów, która korzystała z Charas, podlegała ciągłym „ostrzeżeniom Singera”: nowy właściciel był zobowiązany do ogłoszenia wizyt z potencjalnymi najemcami z trzygodzinnym wyprzedzeniem, więc Charas natychmiast wysyłała wiadomość na listservy aktywistów, a także telefonicznie, wzywając wszystkich do wpadnięcia na podwórko przed Charas na demo, łapiąc plakaty pozostawione w tym celu w lobby Charas, wyjaśniając gościom – powiedzmy, pastorowi jakiegoś kościoła w Harlemie szukającego miejsca na ćwiczenia chóru, lub jakieś grupie charytatywnej poszukującej biur – co właściwie się dzieje.

Takie podejście było z pewnością skuteczne. Singer nigdy nie znalazł legalnego najemcy, który chciałby zastąpić Charas. Ale w końcu udało mu się wypędzić Charas innymi sposobami. Po procesie, w którym ława przysięgłych orzekła jednogłośnie na korzyść Charas i przeciwko Singerowi, inny sędzia (o którym wszyscy zakładaliśmy, że musiał zostać przekupiony, choć oczywiście nie możemy tego udowodnić) unieważnił wyniki, uzasadniając, że sprawa nigdy nie powinna zostać postawiona przed ławą przysięgłych i po prostu przekazał majątek Singerowi. Lokalni dzicy lokatorzy byli przygotowani do rozpoczęcia wielkiej okupacji i obrony – argumentując, że każdy budynek porzucony bez walki ośmiela miasto do przejścia na inny – ale mieszkańcy Charas ostatecznie zawetowali ten plan, ponieważ jako organizacja społeczna, ich jedyna szansa na zdobycie innej przestrzeni polegała na utrzymywaniu jakichś relacji z miastem, a zaciekła bitwa z pewnością by to uniemożliwiła. Dlatego po (w dużej mierze uroczystym) zamknięciu budynek został zabity deskami i - w momencie pisania tego tekstu pięć lat później – pozostaje pusty, ponieważ nowy właściciel nadal nie był w stanie znaleźć nikogo chętnego do wynajęcia i jeszcze nie otrzymał zezwolenia na jego zburzenie. Organizacja Charas pozostaje bezdomna.

Na rynku nieruchomości, takim jak Nowy Jork, jedyną alternatywą dla okupacji jest uzależnienie się od kaprysu jakiegoś bogatego mecenasa – los, który charakteryzuje historia Blackout Books. Blackout był kolektywem; wszyscy, którzy tam pracowali, byli wolontariuszami. Był administrowany demokratycznie i był dość skuteczny w zapewnianiu przyjaznego i przyjaznego środowiska dla zainteresowanych anarchizmem w sąsiedztwie. Problem polegał na tym, że sam sklep był opłacany przez zamożną starszą kobietę z sąsiedztwa, która płaciła cały miesięczny czynsz. Pewnego dnia w 2000 roku właścicielka podwoiła czynsz, a patronka nagle ogłosiła, że zawsze miała nieco ambiwalentny stosunek do projektu, ponieważ na swój sposób uczynił ją współwinną gentryfikacji Lower East Side i wycofała wsparcie. Blackout miał miesiąc na stworzenie zupełnie nowej bazy finansowania. Członkowie kolektywu mówią mi, że prawdopodobnie byliby w stanie to zrobić, mimo że sam sklep na pewno nie przynosił zysków. Ponieważ jednak wydarzyło się to w czasie wielkiej wewnętrznej niezgody na temat relacji Blackouta i otaczającej go społeczności, wysiłek ostatecznie się rozpadł. Po około roku Blackout pojawił się ponownie, w osłabionej formie, jako Mayday Books, w holu awangardowej przestrzeni teatralnej zwanej Teatrem Nowego Miasta na Pierwszej Alei: w dużej mierze dlatego, że właścicielka teatru była skłonna oddać im miejsce za tylko nominalny czynsz. Jest to jednak instytucja, znowu bardzo zależna od kaprysu jednej osoby. Ich patron od czasu do czasu irytuje sposób, w jaki księgarnia działa jako miejsce spotkań aktywistów – prawie zawsze ktoś wpada, czyta, rozmawia, szuka wydarzeń lub informacji – i już kilkakrotnie kazał im się spakować. Jak dotąd przynajmniej takie kryzysy zwykle rozwiązywane są po tygodniu lub dwóch, a ci, którzy rozpoczęli spanikowane poszukiwania nowej lokalizacji, czują, że mogą się ponownie ustatkować[49].

Alternatywnie można stworzyć własną bazę finansowania. Ale to samo w sobie pochłania ogromną ilość czasu i energii aktywistów. Independent Media Center (IMC – Niezależne Centrum Medialne ), które otworzyło nad importerem orientalnych dywanów na Dwudziestej Dziewiątej Ulicy między Madison i Park w 2000 roku, było, podobnie jak Blackout, początkowo zależne od bogatego mecenasa – w tym przypadku wydawcy magazynu hakerskiego, który wcześniej używał tego biura jako przestrzeni hakerskiej i nadal płacił czynsz po wprowadzeniu się IMC. W końcu, jak zwykle, właściciel podwoił czynsz, a mecenas wycofał swoje wsparcie. Kolektywowi udało się utrzymać tę przestrzeń, ale tylko za cenę spędzania około jednej trzeciej każdego spotkania na kwestie związane z finansowaniem, a ostatecznie na zamieszczanie ogłoszeń w bezpłatnej gazecie i narażanie w ten czy inny sposób wielu z ich pierwotnych zasad. Inną szczególnie wymowną przestrzenią jest ABC No Rio, jak wspomniałem, założone jako przestrzeń artystyczna i squat w 1980 roku, które otrzymało milczącą zgodę z miastem, że mogą utrzymać się jako dom kultury, jeśli mieszkańcy się wyprowadzą. Niemal natychmiast po zawarciu tej umowy przybyli inspektorzy miejscy i oświadczyli, że budynek wymaga naprawy wartej osiemdziesiąt tysięcy dolarów, aby zachować zgodność z zasadami, i jeśli nie zdołają zebrać pieniędzy i przeprowadzić naprawy w ciągu dwóch lat, budynek zostanie zamknięty, a ABC eksmitowany. Pokazy punkowe i inne świadczenia odbywały się tak daleko, jak Polska, aby zebrać pieniądze, ale ponownie w rezultacie kolektyw stworzony w celu przeciwstawienia się kapitalizmowi, świadczenia bezpłatnych usług i zapewnienia ogólnej alternatywy dla gospodarki gotówkowej, został zmuszony do spędzania bardzo dużej części swojego czasu na pozyskiwanie funduszy. Skłotersi często opisują podobne historie: nawet, gdy są zalegalizowani, inspektorzy budowlani są znacznie bardziej rygorystyczni w żądaniach niż kiedykolwiek byli dla innych obraźliwych właścicieli w dzielnicy.

Utrata najpierw Blackout, a potem Charas sprawiła, że społeczność aktywistów Loisaidy została zdecentralizowana i bezdomna, znalezienie miejsca na duże spotkania podczas mobilizacji stało się nieustannym problemem. Mimo to Lower East Side nigdy nie była jedynym takim skupiskiem. Podobne archipelagi ośrodków i hangoutów dla aktywistów lub aktywistów można znaleźć wokół samego biura Independent Media Center, inny, nieco inny, w Harlemie, inny dość rozległy, z centrami społecznymi, skłotami i ogrodami społecznymi, w Bronksie, inny w Dumbo i tak dalej. Ale także wszystkie z nich mają to samo poczucie bycia enklawami pod ciągłym atakiem.

Ta sama niepewność, nawiasem mówiąc, jest odczuwana również w innych instytucjach aktywistów. Pirackie stacje radiowe to przestrzenie zdobyte od FCC; mają tendencję do zamykania się. Nawet Pacifica, najbardziej przyjazny serwis medialny, znajdował się w ciągłym niebezpieczeństwie po „przewrocie bożonarodzeniowym” pod koniec 2000 roku, kiedy to został skutecznie przejęty przez frakcję prokorporacyjną. Wielu członków zostało usuniętych i zdelegalizowanych, a pozostali radykałowie w większości zepchnięci na margines. Potrzeba było dwóch lat nieustannej mobilizacji, akcji bezpośrednich, lobbingu i propagandy, aby w końcu przywrócić jej pierwotny zarząd. Trzeba bronić całego wolnego lub nawet półwolnego terytorium. Jednym z rezultatów jest wzmocnienie nieco nieporządnego, zaimprowizowanego odczucia wszystkich przestrzeni. Wszystko jest lekko niedokończone lub w trakcie budowy. Jak zobaczymy, jest to częściowo estetyka; ale częściowo dzieje się tak, ponieważ wszystko w takich przestrzeniach jest albo w trakcie zajmowania albo zabierania.

6.9. Trzy imprezy

Mając trochę poczucia aktywistycznych krajobrazów, pozwolę sobie zakończyć ten – z konieczności dość schematyczny – rozdział, umieszczając w nich niektórych ludzi. Poniżej przedstawiam ponownie fragmenty moich zeszytów. Zostały zapisane tego samego weekendu wiosną 2001 roku, na zakończenie przedłużającego się strajku pracowników Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Midtown. Robotnicza grupa robocza DAN odegrała dużą rolę we wspieraniu oficjalnej linii pikiet UAW za pomocą marionetek, teatru ulicznego, dodatkowych blokad i propagandy, a kiedy pracodawcy w końcu się ugięli, poczuliśmy, że jest to równie nasze zwycięstwo. Uroczystość odbyła się w biurach innego, nieco niecodziennego lokalnego UAW, związku muzyków, w ich biurach w śródmieściu. Później wielu z nas poszło na podobno rave na dachu w Queens, a następnego dnia odbyła się Impreza Reclaim the Streets! – czyli nie impreza uliczna, ale przyjęcie zorganizowane przez ludzi z RTS, pewnego rodzaju zbiórka pieniędzy, która odbyła się niedaleko, na Czterdziestej Drugiej Ulicy. W tym czasie miałem zwyczaj sporządzania podsumowań prawie wszystkiego, co się wydarzyło; wyniki mogą dać trochę wyczucia tekstury i jakości takich wydarzeń:

Impreza Zwycięstwa w MOMA

(Kwatera Główna UAW Musician’s Union HQ, 48th Street między 8 a 9)

Przyjeżdżam dość późno, bo o 22. Większości jedzenia już nie ma. Pokój jest zaśmiecony talerzami sałatki ziemniaczanej, sałatki coleslaw, sałatek potluck w ogromnych drewnianych miskach, pudłami, w którym kiedyś znajdowały się dwumetrowe lalki, pizza, piwo. Gra zespół. Obrazy szczurów są wszędzie. Wisi szczurza piniata, a na stole kolejny, plastikowy szczur. Szczury są uniwersalnym wizerunkiem akcji strajkowych w Nowym Jorku: związki dzielą kilka gigantycznych nadmuchiwanych szczurów, z których największy ma około dwóch pięter, które można dostarczyć na linie pikiet wokół miasta. Większość z nich każdego dnia jest gdzieś używana (są trzymane w nocy w magazynie po drugiej stronie rzeki w New Jersey). Strajkujący MOMA mieli nawet strajkowy zin o nazwie Rat Poison, który jest tutaj wyraźnie eksponowany. Na przyjęcie, kiedy wchodzę, bierze udział może ze sto osób i wielu tańczy; wykonuje pociąg do „Love Train” z dodatkowymi chórkami i w ogólnej zabawie.

Miejsce akcji: instytucjonalne.

Przypomina mi dobitnie szkołę podstawową. Te same rodzaje tanich stołów i składanych krzeseł. Kościelne pokoje socjalne też takie mają, podobnie jak stare radykalne przestrzenie, takie jak Liga Oporu Wojny, czy też siedziba Partii Komunistycznej na Dwudziestej Trzeciej Ulicy, która zawsze oferuje miejsce na imprezy i pokazy, i z której czasami korzystamy, zawsze z lekkim zakłopotaniem. Myślę, że to definiuje tanią przestrzeń grupową: wszystko minimalne, składane stoły, składane krzesła, projekty niezmienione od lat 50. czy 60.. Nie wiem, ile godzin mojego aktywistycznego życia spędziłem na układaniu i składaniu krzeseł po spotkaniach w kościołach i salach związkowych.

Celebranci – pracownicy MOMA i ich zwolennicy – bardzo różnili się kształtem i rozmiarem, wiekiem i pochodzeniem, od jednej malutkiej pięćdziesięciolatki, która wyglądała jak bibliotekarka, po ogromne palooki i hipsterki w czarnych strojach z fantazyjnymi okularami. (Związek obejmował wszystkich, od malarzy po kasjerów księgarni).

Punktem kulminacyjnym imprezy było zniszczenie szczurzej piniaty, do której podeszli w tradycyjny sposób, imprezowicze z zawiązanymi oczami uderzali w nią kijem. Dużo wiwatów. Podczas kolejnego tańca lovetrain jeden Azjata niósł ze sobą szczątki szczura, wyrzucając je w powietrze w geście podboju. Impreza nie trwała długo – jak mi powiedziano, zaczęła się około 18:30. Chociaż zespół wystartował dopiero około 22, ich set trwał może godzinę. Był to jeden z tych perfekcyjnie dobrych zespołów wykonujących covery, które grają ogromną gamę rzeczy, od Motown po reggae, jeśli trzeba. (– To niesamowita rzecz w Nowym Jorku – zauważa Rufus. – Nawet złe zespoły tutaj są dobre. – Z wyjątkiem, zgadzamy się, dla tych Teamsters z tymi wszystkimi gitarami elektrycznymi na paradzie podczas Święta Pracy. Byli raczej okropni.)

Potem większość hardcorowych aktywistów wybiera się na imprezę na dachu gdzieś w Queens: według informacji Rufusa niezupełnie rave: muzyka będzie bardziej industrialna. Grupki sześciu lub siedmiu osób wciąż kierują się do metra. Około północy kończę w samochodzie zajmowanym głównie przez aktywistów – także wielu różnych, od anarchistów przez ludzi pracy po zagorzałych ISO. Wysiadamy w przemysłowej części miasta i podążamy za kimś o imieniu Alex z kolektywu Lower East Side, który przyniósł ściągniętą mapę.

Impreza na dachu w Queens

Impreza odbywa się w domu Jessiki Rockstar, znanej mi głównie jako członek jednego z zespołów wideo I-Witness, które monitorują policję podczas akcji. (W rzeczywistości jej imię nie brzmi „Rockstar”, ale coś całkiem podobnego, a ktoś mi powiedział, że faktycznie zmieniła to oficjalnie na „Rockstar”, ponieważ uważa, że naprawdę powinna być jedną z nich). JR mieszka w jeszcze jednym z tych radykalnych, półprzemysłowych przestrzeni, w których żyje tyle osób z akcji bezpośredniej. Budynek jest wysoki na kilka pięter, na obszarze pełnym magazynów, parkingów dla wywrotek, ulic pełnych ciężarówek i pojazdów użytkowych różnego rodzaju. Po drodze mijamy kilka dużych hal produkcyjnych, prawdopodobnie stolarni lub przemysłu lekkiego, z wciąż włączonymi światłami i pracownikami w środku, mimo że w piątkowy wieczór jest tuż po północy. Ulice w tej części miasta są szerokie, często zakończone płotami. Patrząc z góry, poza odsłanianiem kolejnego pięknego pejzażu Manhattanu, nie było nic poza ogromnymi, przypominającymi bloki, płaskimi, magazynami/przemysłowymi przestrzeniami. To dość daleko od stoczni marynarki wojennej, ale budynki są z tej samej formy, z ogromną masywnością pustaków, windami towarowymi, wielkimi pustymi korytarzami, okazjonalnymi drzwiami, ciężkimi metalowymi schodami. Budynek JR miał pięć pięter i parę otwartych drzwi. Przypuszczam, że gdzieś tam mieszkała nasza gospodyni. (Reakcja Alexa: Och, czyż nie organizowaliśmy się stąd w pewnym momencie?) Na niektórych pustych ścianach wisiały naklejki Nadera; raczej nie pasujące przy ich nacisku na zieleń, ponieważ nigdzie nic nie rosło.

Dach był ogromny, z pewnością wielkości jednego bloku, i pełen ekranów, na których rzucano głównie koncepcyjne kształty i kolory; tego rodzaju rzeczy, które widzisz w swoich oczach, być może, jeśli bierzesz dobre narkotyki, ale same narkotyki nie były zbyt widoczne. Oficjalnie istniała opłata wstępna w wysokości pięciu dolarów, za którą dostajesz pieczątkę („prosimy o pięciodolarowy datek”, powiedziała kobieta z kolczykiem w nosie), ale jak na każdym aktywnym wydarzeniu, nikt nie zostałby odrzucony, gdyby nie miał pieniędzy. Był też bar z jakimś brazylijskim napojem z trzciny, również za pięć dolarów. Muzyka, daleka od industrialu, była właściwie dość zmysłowa i miała nawet instrumentalną wersję „Work for Love” Ministry.

O północy takie imprezy dopiero zaczynają się ruszać. Dach był w połowie zajęty i Rufus i prawie wszyscy, których znałem, natychmiast udali się na najbardziej dramatyczną cechę dachu, wysoką platformę z wyjątkowo rozklekotanymi schodami, z których roztaczał się jeszcze bardziej panoramiczny widok na otaczające miasto. Kręciłam się z kilkoma przyjaciółmi, knując i planując, i czekając, aż pojawi się sama JR, chociaż w rzeczywistości plotki, że leżała z grypą, okazały się prawdziwe, a nasza gospodyni nigdy się nie zmaterializowała. Impreza się rozkręciła dopiero około drugiej w nocy, a wkrótce potem wyszedłem, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęli się żonglerzy ognia, połykacze ognia i ludzie bawiący się płonącymi obręczami hooli i tym podobne. Według Rufusa, około 3 nad ranem „tłum stał się znacznie młodszy”.

Impreza Reclaim the Streets

(Teatr Chashama na 42. ulicy, między 6. a 7.)

Przyjeżdżam około północy z kilkoma przyjaciółmi.

Chashama to ciekawa przestrzeń, pusty teatr położony pośrodku Czterdziestej Drugiej Ulicy, w epicentrum niegdyś seks dzielnicy miasta, obecnie rodzaj marginalnej strefy między teatrami Disneya a zabudową wokół Times Square na zachodzie, a Nowojorska Biblioteka Publiczna na wschodzie. Za Chashamą, jak zwykle, kryje się historia. Okazuje się, że jest taki bogaty deweloper, który systematycznie wykupuje każdą nieruchomość w bloku, żeby wszystko zburzyć i postawić wielki wieżowiec czy coś takiego. Problem w tym, że jest jeden sklep, którego właściciel odmawia sprzedaży, więc muszą go przeczekać. Tymczasem córka dewelopera przyjaźni się z niektórymi ludźmi RTS-a, a ponieważ i tak nikt nie korzysta z tej przestrzeni, przekonała swojego tatę, by pozwolił im z niej korzystać.

Mam wrażenie, że dla aktywistów sama pustka i próżnia przestrzeni wydaje się przemawiać. Istnieje cała estetyka pustych przestrzeni związanych z aktywistycznymi wydarzeniami. Podobnie jak w wielu pokojach w Charas – czyli tych, które nie są pomalowane kolorowymi malowidłami ściennymi dokumentującymi kluczowe wydarzenia z historii Ameryki Łacińskiej – wszystko jest pustą funkcjonalnością: puste pokoje z często czarnymi ścianami, pełne bardzo dużych przedmiotów, które są niebezpieczne do poruszania się wokół – wysięgniki, kozły, maszyny – lub, w innych pokojach, białe pokoje, w których nie ma nic. Jest radykalnie inny niż biura czy przestrzenie domowe, gdzie wszystko jest zasadniczo tworzone z myślą o komforcie, wygodzie lub wydajności. Takie przestrzenie już sugerują Ci ich wykorzystanie. Te tutaj nie. Jeśli są do czegokolwiek przeznaczone, to wyraźnie jest to coś innego niż to, do czego są używane. To samo dotyczy większości napotykanych tu obiektów. Wszystko jest tym, co z tego zrobisz. To glina. Po prostu zwykle bardzo duża, ciężka, nieporęczna glina.

Wchodząc tej nocy do Chashamy, najpierw mija się jakiś kawałek wybiegu na plaży, a także improwizowanej małej skalnej kapliczki, która wydaje się używana do produkcji Living Theatre. Ściany są pomalowane na czarno. Ktoś wytyczył miejsce na estradę.

W kolejce było kilka zespołów, ale większość z nich skończyła. Gdy wchodzę, grają „Niemieckie samochody, a nie amerykańskie domy”. Nazwa mogłaby sugerować, że to naprawdę zespół stworzony na to wydarzenie, ponieważ ta impreza zbiera pieniądze na akcję antysamochodową w Village w przyszłym tygodniu, chociaż nie jest to tak naprawdę w duchu raver, którego można by się spodziewać po RTS. Właściwie to prawie zespół punkowy; niektóre piosenki mogły być autorstwa Sex Pistols, inne prostszego rock’n’rolla, ale bardzo mocnego. Ludzie podskakują, pogują, szaleńczo tańczą, wiele rąk wyciągniętych w stronę sceny. Powiedziałbym, że w środku może ze 100 do 150 osób, ale trudno powiedzieć dokładnie, ponieważ dzień jest upalny, a deszcz przestał padać dopiero pół godziny wcześniej, wszyscy wychodzą na zewnątrz, rozmawiając z przechodniami, którzy w tej części śródmieścia krążą praktycznie całą noc.

Od czasu do czasu pojawia się ludowa reklama RTS, wyglądając nieco oficjalnie. Wielebny Billy, fałszywy kaznodzieja i performer, który w tym czasie był oficjalnie profesorem w New School, skakał w kostiumie podczas muzyki, tańczył od czasu do czasu, czekając, aby wejść w postać. Kilku miliarderów Busha i Gore’a było w pobliżu, w smokingach obozowych i wieczorowych sukniach. Kilku innych było w kostiumach: jeden facet w, jak sądzę, masce Kiss z wielkim językiem, inny w fedorze z doczepionym wielkim, błyszczącym w dzień wielkim białym rekinem. Brooke miała na sobie maskę, jedną z tych przerażających białych włoskich masek commute del arte, ale przez całą noc miała ją na głowie i nigdy jej nie założyła. Przeważnie jednak strój był niezwykle nieformalny i bezpretensjonalny.

Kiedy przyszedłem, w dwóch aktywistach, Simon i Brooke pracowali w prowizorycznym barze z tyłu: piwo za trzy dolary z beczki, Rolling Rock w butelkach. Jak zwykle nie byli wielkimi pedantami co do pieniędzy i wydawało się, że co trzecia osoba była spłukana. Z drugiej strony, być może jeden na dziesięciu dorzucił jakiś ekstremalnie wygórowany napiwek, więc w sumie impreza wydaje się zarabiać pieniądze. Było też miejsce, w którym można było kupić losy na loterię po dolarze za los.

Sama główna sala miała ciemne, puste ściany, z wyjątkiem niebieskich i czerwonych świątecznych lampek na górze. Hol, który prowadził do łazienki, był jednak niezwykle jasno oświetlony, jasny i fluorescencyjny, ściany pokryte ręcznie rysowanymi kreskówkami w formacie A4 i hasłami, w zakresie od pięknych dzieł, które wydawały się autorstwa profesjonalnych artystów, do rysunków sześciolatka. Przeważnie motywy propartyjne i antypolicyjne, choć zróżnicowane (na jednym z nich było zdjęcie uroczej syreny z napisem „Co robiłam na wakacjach: poszedłem na paradę syren”).

Mimo punkowego klimatu zespołu zauważyłem, że całe wydarzenie miało niezwykle przyjazną, otwartą atmosferę, zwłaszcza gdy muzyka się skończyła i mogliśmy porozmawiać. Witam się z Jessicą Rockstar, w końcu czuję się na tyle dobrze, by się pojawić. Pokazuje nowy tatuaż na plecach, a właściwie jest to obecnie szkic, rzeczywisty tatuaż, który ma zostać wykonany w dalszej części tygodnia, w formie anielskich skrzydeł. Wyglądają jak pączkujące skrzydełka dziecka, które dopiero zaczynają wynurzać się z jej pleców. Przedstawia mnie wysokiemu, naiwnemu facetowi, który wyjaśnia, że właśnie ukończył album muzyczny o A16. Milczymy, gdy wielebny Billy wziął mikrofon (obok niego stała niska kobieta z wiadrem kuponów), aby zareklamować akcję w najbliższy piątek i potem poprowadzić główne wydarzenie tego wieczoru – loteria przedmiotów podarowanych przez członków RTS i solidarnościowych instytucji z sąsiedztwa Lower East Side.

Wielebny Billy był znakomitym MC. Przedmioty loterii obejmowały wszystko, od książek dla majsterkowiczów po płyty jazzowe, trochę „drewna opałowego pozyskanego w zrównoważony sposób”, bon podarunkowy do księgarni św. Marka, parę amazońskich kolczyków z piór (wygranych przez kogoś z IMC), „złą fryzurę” (zgłoszony przez jakiś salon East Village), sesje shiatsu i jeszcze więcej książek. Około połowa z nich została wygrana przez kogoś o imieniu Chuck, którego nikt nie znał, a ponieważ tak naprawdę go tam nie było, skończyły na małej kupce pod sceną (nieunikniona gra słów: „Jak Chuck ma tyle szczęścia?” i „kim jest do cholery Chuck?”).

Zakończyliśmy kazaniem w stylu Jimmy’ego Swaggarta. Wielebny B wykonał swój zwykły występ, tym razem przedstawiając „jakiego dupka z New Jersey w wielkim Lincoln Mercury, który może zobaczyć taką akcję, wrócić i zobaczyć, jak ich samochód zamieniono w dom dla niezamężnych matek, i musi rzeczywiście chodzić po miejscach i myśleć o jego życiu”. Prawdziwym punktem kulminacyjnym był jednak koniec, kiedy Kelvin z Dumba Collective zaoferował, że wylicytuje swoje ubrania. Do tej pory znałem Kelvina, który wyglądał raczej jak długowłosy David Bowie, jako niezwykle rozważnego i dobrodusznego aktywistę, który zwykle zasiadał w barze z absyntem na przyjęciach Complacent.

– Nie mam nic poza koszulą na plecach – oznajmił – ale wszyscy możemy to dać.

Kelvin wyjaśnił, że zamierza wyrecytować dość długie opowiadanie napisane przez francuskiego surrealistę – jedynego surrealistę, jak zauważył: który faktycznie zrobił coś z radykalną polityką, którą wszyscy popierali i zgłosił się na ochotnika do walki z anarchistami w hiszpańskiej wojnie domowej – jako „słowo mówione”, jak to ujął ks. B. Wyjął książkę i zaczął czytać – nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście czytał po francusku, czy po angielsku, zresztą nikt nie słuchał, bo gdy tylko to zrobił, wielebny zaczął licytować jego ubrania. Najpierw odpadła jedna skarpetka (zauważyłam, że odłożył już buty, które ciężko wymienić), a potem biała koszula, T-shirt, spodnie, druga skarpetka, bokserki, aż w końcu stanął z przodu mikrofonu, czytanie, zupełnie nago. Wielebny B zakończył się pytaniem: „Ile dostanę, żeby przestał czytać?”, co przyniosło największe oferty ze wszystkich. W tym momencie Emily, bardzo ładna młoda rysowniczka w śmiesznym stroju uczennicy z majtkami na spodniach, wyszła i wystawiła na aukcję bluzkę i koszulę, ale zachichotała i uciekła, gdy ktoś zaczął licytować stanik.

Potem muzyka (DJ już grał i skreczował fragmenty jakiejś fundamentalistycznej tyrady na temat grzesznego striptizu w dużym mieście, kiedy wielebny Billy kończył swój występ), która była techno, ale bardzo żywiołowa i zabawna. Przedstawienie się skończyło, wszystko zaczęło się rozpadać. Emily ponownie pojawiła się na scenie chwilę później, by ogłosić, że o 6:30 jakiś słynny fotograf prowadził masową sesję zdjęciową nagości na 125th Street (fotografował wiele głównych ulic Nowego Jorku wypełnionych aktami). „Pod koniec wieczoru chcę zobaczyć większość z nas nagich”, ale pomimo tego, że schody prowadzące do salonu również mówiły „salon, ubranie opcjonalne”, temat tak naprawdę nie wystartował. Pół godziny później nawet Kelvin wrócił w czerwonej koszuli i spodniach w kratę, które ktoś podarował, kiedy zobaczyłem go stojącego na zewnątrz gadającego z aktywistami, które wyszły na papierosa.

Jedno, co wyłania się z tego wszystkiego, to nieustanna preferencja dla miejsc budowy – a czasem niszczenia – gdzie zwykłe powierzchnie życia albo są łatane, albo burzone. (Czarne bloki, jak zobaczymy, uwielbiają place budowy i znajdują improwizowane zastosowania dla ogrodzeń przemysłowych, śmietników i tym podobnych). Środowiska przemysłowe. Wydaje się, że pomysł jest taki, by ułożyć sprawę na odpowiedni sposób sytuacjonistyczny, by zajrzeć za spektakl i zamiast tego jak najwięcej krążyć wokół najbardziej brudnych, najbardziej nieprzyjemnych miejsc, w których powstaje sam spektakl; być może po to, by tworzyć własne spektakle, ale zbiorowo, transparentnie, w sposób partycypacyjny, bez podziału na kulisy i scenę, na warsztaty i widownię, co jest pierwotną formą wszelkiej alienacji. Pewien anarchista mieszkał w squatowym mieszkaniu na poddaszu nad warsztatem, w którym produkowane są figurki z Gwiezdnych Wojen; to miejsce wyglądało w połowie jak fabryka, w połowie jak scenografia. Trzech weteranów DAN mieszkało na poddaszu pośród rzędu magazynów, pełnych masek i wyszukanych kostiumów. Wszystko na ścianach lub na wystawie można było zdjąć i nosić. Kolejny dom aktywistów znajduje się na opuszczonej, zarośniętej ulicy na Brooklynie, między składem drewna a miejskim parkingiem, gdzie stawiane są szkolne autobusy – wszystko to są rzeczy, o których normalnie nie powinno się pamiętać, że istnieją. Większość sal w Charas czy Chasham to teatry, w których nie ma formalnej sceny, każde miejsce jest jednocześnie sceną i za kulisami.

Colin Campbell (1987) zasugerował kiedyś, że jednym z powodów, dla których bohema zawsze nienawidziła burżuazji, jest to, że pierwsi postrzegają siebie jako ludzi, którzy porzucili wygody dla pogoni za przyjemnościami, podczas gdy burżuazja to ludzie, którzy postępowali dokładnie odwrotnie. Jakkolwiek ładnie, jest tu pewna prawda. Campbell twierdzi również, że bohema jest w rzeczywistości awangardą konsumpcjonizmu, odkrywającą nowe formy przyjemności, które mogą być utowarowione w następnym pokoleniu, i tutaj myślę, że mija się z rzeczywistością. Chodzi o to, że ta przyjemność jest w szczególności w punkcie tworzenia: przyjemność niszczenia granic, które tworzą takie kategorie jak produkcja i konsumpcja. Przyjemność z produkcji nigdy nie jest wygodna. Ale często może to być tym bardziej ekscytujące z tego powodu.

6.10. Wniosek, z uwagami dotyczącymi skutków ideologicznych regulacji rządowych

Globalny ruch antykapitalistyczny, który zadebiutował w Stanach Zjednoczonych w Seattle pod koniec 1999 roku, pojawił się w bardzo osobliwym momencie historycznym. Był to czas „konsensusu waszyngtońskiego”, moment całkowitej hegemonii ideologicznej kapitalizmu. W czasie zimnej wojny tylko przeciwnicy kapitalizmu tak to nazywali; Zwolennicy kapitalizmu wolą mówić o „demokracji”, „wolności” lub „prywatnej przedsiębiorczości”. Dopiero w latach 80. kapitalizm odważył się wypowiadać swoje imię. Dziesięć lat później, po upadku Związku Radzieckiego, osiągnął taką ideologiczną potęgę, że jego zwolennicy argumentowali, że superdoładowany, wolnorynkowy kapitalizm jest jedynym możliwym modelem ekonomicznym czegokolwiek i pozostanie nim do końca historii ludzkości. To, że następny wielki globalny ruch społeczny określi się jako antykapitalistyczny, było na swój sposób nieuniknione; jako ruch pierwszego pokolenia młodzieży wychowanej w świecie bez alternatyw; było to dosłownie wszystko, przeciwko czemu można było się zbuntować. O ile stał się ruchem rewolucyjnym, pod względem demograficznym nie różnił się zasadniczo od ruchów rewolucyjnych z przeszłości. W rezultacie musiał się zmierzyć z większością tych samych dylematów. Zanim przejdziemy dalej, podsumuję je. Myślę, że takie dylematy istnieją nawet w momentach spontanicznego powstania, ale stają się one tym bardziej wyraźne, im bardziej długofalowa staje się walka rewolucyjna:

W każdym ruchu rewolucyjnym będzie istniało napięcie między tymi, którzy mają najwięcej środków do przeprowadzania aktów buntu, a tymi, którzy mają najwięcej powodów do buntu.

W rezultacie skład grup rewolucyjnych często łączy w sobie dzieci z klasy robotniczej, próbujące przenieść się do wyższej klasy, lub w inny sposób pozbawione praw obywatelskich z (często dobrowolnie przemieszczającymi się w dół drabiny społecznej) dziećmi elit, ponieważ te dwie grupy najprawdopodobniej produkują osoby, które zarówno pragną radykalnej zmiany, jak i mają zasoby społeczne, kulturowe i ekonomiczne, aby móc zaangażować się w skuteczną długoterminową walkę.

Wszystko to ma tendencję do zaostrzania innego, bardziej koncepcyjnego napięcia w każdym ruchu rewolucyjnym: stopnia, w jakim jest on inspirowany nie tylko odrzuceniem struktury danego porządku społecznego, to znaczy dystrybucją tych rzeczy, których ludzie chcą lub potrzebują ( bogactwo, honor, bezpieczeństwo, żywność itd) i to, co muszą zrobić, aby je zdobyć, ale odrzuceniem standardów, które określają, czego ludzie powinni chcieć. Innymi słowy, napięcia wynikają ze stopnia, w jakim ruch opiera się na szerokim odrzuceniu istniejących standardów wartości. Z kolei alienację można zdefiniować jako subiektywne doświadczenie tego: to, co się czuje, gdy czyjaś koncepcja wartości – tego, czego należy pragnąć od życia, tego, co powinno być w nim ważne lub warte zachodu – jest radykalnie niezsynchronizowana z obowiązującymi standardami społecznymi. Problemem jest tu zawsze napięcie między tego rodzaju polityką wyobcowania a bardziej bezpośrednimi problemami ucisku: radykalnym wykluczeniem z podstawowych potrzeb, tych środków egzystencji, które muszą być w pewnym stopniu zagwarantowane, aby móc realizować inne wartości.

W Stanach Zjednoczonych kwestie te stają się nieskończenie bardziej skomplikowane i często wybuchowe, o ile nieuchronnie ulegają wpływowi przez kwestie rasowe.

Ci, którzy brali udział w tym ruchu, zostali najpierw skreśleni jako naiwni utopiści lub całkowicie wariaci. To również jest normalne, chociaż można powiedzieć, że tym razem zwolnienie było znacznie bardziej bezwzględne i trwałe niż zwykle – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Być może nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę połączenie upadku „faktycznie istniejącego socjalizmu” z faktem, że tak wielu rewolucjonistów uważa się za anarchistów. Mimo to uważam, że dobrze byłoby pomyśleć o tym, co sprawia, że anarchizm i ogólnie rewolucyjne marzenia wydają się nieanarchistom tak nierealne. Efekt ideologiczny działa w sposób o wiele bardziej subtelny, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Często mówi się, że ideologia jest najskuteczniejsza, gdy sprawia, że pewne układy społeczne – te, które mogą być ułożone inaczej – wydają się naturalne i nieuniknione. Na tyle rynek, państwo czy patriarchalna rodzina wydają się tak oczywiste, że każdy, kto proponuje im alternatywę, wydaje się – dokładnie tak jak nasi rewolucjoniści – w najlepszym razie nierealistycznym marzycielem, w najgorszym szalonym, mamy do czynienia z klasycznym efektem ideologicznym . i z pewnością prawdą jest, że kapitalizm zawsze był w tej grze niezwykle skuteczny. Czyni to w dużej mierze poprzez definiowanie siebie nie w kategoriach pracy najemnej czy jakichkolwiek stosunków produkcji, czy nawet kapitału, ale po prostu jako połączenie praw własności prywatnej i wymiany opartej na własnym interesie. Oba te zjawiska można zatem uznać za uniwersalne, w istocie, zjawiska naturalne: łączą one przypuszczalnie naturalne pragnienie posiadania rzeczy na własność i to, co Adam Smith (1776) nazwał słynną „naturalną skłonnością ludzi do ciężarówek, handlu wymiennego i wymiany jednej rzeczy na drugą”. Karty czasowe i ograniczona odpowiedzialność można więc postrzegać jako bardziej złożone emanacje z tej wszechobecnej bazy. Część siły tego poglądu można ocenić za pomocą retoryki często słyszanej po upadku Związku Radzieckiego, kiedy analitycy wydawali się odejść, w ciągu zaledwie kilku miesięcy, od argumentowania, że gospodarka nakazowa nigdy nie będzie w stanie wkroczyć do wieku komputerów, do argumentowania, że gospodarka nie oparta na motywie zysku „po prostu nie może działać”, ponieważ jest sprzeczna z uniwersalnymi ludzkimi skłonnościami – pomijając to, jak Związek Radziecki mógł w ogóle istnieć przez siedemdziesiąt dwa lata.

Zgodnie z tą logiką anarchizm – jako forma libertariańskiego komunizmu – jest nie tylko nierealistyczny, jest sprzeczny w kategoriach. Komunizm może przybrać tylko formę kontroli państwa. Ponieważ jakakolwiek wolna gospodarka zawsze przybierze formę rynku, każda próba stworzenia zbiorowych alternatyw albo się skończą, ponieważ są sprzeczne z ludzką naturą, albo, alternatywnie, muszą skończyć się przymusem państwa. Zakłada się, że państwo i rynek to przeciwstawne zasady. Tego rodzaju argumentację można prześledzić co najmniej do XIX wieku – kiedy nazywano go „liberalizmem”, a jeszcze nie „neoliberalizmem” – u autorów takich jak Herbert Spencer, który twierdził, że państwo ostatecznie rozpadnie się całkowicie, ponieważ zostanie zastąpione swobodnymi stosunkami umownymi opartymi na zasadach rynkowych. Emile Durkheim (1893) dawno temu wskazał tutaj błąd: Przewidywania Spencera nie były w żaden sposób potwierdzone dowodami empirycznymi. W rzeczywistości stwierdził, że wraz ze wzrostem liczby wolnych porozumień umownych państwa faktycznie stawały się znacznie większe: konieczne było niekończące się opracowywanie nowego ustawodawstwa i mechanizmów administracyjnych w celu monitorowania i egzekwowania ich wszystkich – co nazwał „pozaumownym element umowy”. Właściwie współczesne siły policyjne zostały stworzone właśnie w okresie rozkwitu „wolnego kontraktu” (Neocleous 2000) i zajmowały się przede wszystkim ochroną własności prywatnej, tłumieniem tradycji ulicznej mobilizacji i niesfornych form proletariackiego społeczeństwa oraz nawet regulacja rynku pracy.

Kiedy przyjrzymy się, co tak naprawdę stwarza praktyczne problemy, gdy anarchiści próbują zacząć tworzyć „nowe społeczeństwo w skorupie starego”, to właśnie to napotkamy. Z pewnością zawsze pojawiają się skargi dotyczące „kwestii związanych z rozliczalnością”, jak lubią to określać aktywiści, jak upewnić się, że wolontariusze rzeczywiście pojawiają się na swoich zmianach lub aktywiści faktycznie wykonują zadania, do których dobrowolnie się zgłaszali na spotkaniu. Ale nigdy nie słyszałem o takim projekcie jak spółdzielnia księgarni, czy o sklepie rowerowym, który w rezultacie się zawalił. Zamiast tego jedyną rzeczą, jaką przynosi natychmiastowe, codzienne doświadczenie ludzi próbujących tworzyć alternatywy, jest stopień, w jakim prawie wszystko w Ameryce jest otoczone niekończącymi się i zawiłymi regulacjami rządowymi. Siła przymusu państwa jest wszędzie. Przede wszystkim przymus przylega do wszystkiego, co duże, ciężkie, i cenne ekonomicznie; innymi słowy, do każdego wartościowego przedmiotu, którego nie da się po prostu ukryć: w samochodach, na łodziach, w budynkach, w maszynach.

Pozwolę sobie przedstawić ilustrację.

W pewnym momencie w 2002 roku ktoś podarował NYC Direct Action Network samochód. Był to stary samochód, z którego darczyńca nie miał żadnego pożytku; wręczył go wraz ze wszystkimi odpowiednimi papierami w schowku na rękawiczki. Szybko odkryliśmy, że „samochód DAN” był w zasadzie niemożliwością z prawnego punktu widzenia. W świetle prawa samochód musi mieć właściciela. Zwykle zakłada się, że właściciel jest osobą, a nie zbiorowością. Oczywiście możliwe jest, aby samochód był własnością zbiorowości, ale ten zbiorowy podmiot musi być uznany przez państwo. Oznacza to, że o ile samochód nie jest własnością samego rządu (lub obcego rządu), zbiorowość musi być jakąś korporacją. Można sobie wyobrazić DAN jako rodzaj korporacji non-profit, ale w rzeczywistości prawnie uznanie za organizację non-profit wymaga dużej ilości papierkowej roboty. Wymaga to również przynajmniej udawania, że ma się określoną formę organizacji, z dyrektorem i różnymi odpowiedzialnymi osobami gotowymi wypełnić papierkową robotę. Rządy niemal niezmiennie upierają się, że grupy, z którymi mają do czynienia, są zorganizowane hierarchicznie. Na przykład IMC cały czas boryka się z tym problemem. Nie trzeba nawet mieć do czynienia bezpośrednio z rządem; wystarczy regularnie mieć do czynienia z organizacjami działającymi w ramach gospodarki formalnej (które państwo monitoruje i reguluje). W ten sposób natychmiast wchodzi się w świat, w którym zakłada się, że wszystkie zbiorowości mają określone stanowiska: prezesa, rady dyrektorów, redaktora naczelnego. To samo dotyczy w rzeczywistości każdej transakcji finansowej, która nie jest dokonywana w gotówce: aby potencjalni wpłacający mogli wypisywać czeki dla DAN, na przykład grupa musiałaby być zupełnie inaczej zorganizowana, przynajmniej na papierze. W każdym razie otwarte sieci aktywistów nie mogą legalnie posiadać samochodów.

Oczywiście można po prostu udawać. Tym właśnie zajmuje się IMC i zasadniczo to zrobiliśmy z samochodem: technicznie tytuł nie został przeniesiony na DAN, ale na jednego z jej członków, Moose, który w ten sposób stał się osobą przewodnią dla „grupy roboczej DAN ds. samochodów”. Ale to znacznie utrudniło wspólne zarządzanie samochodem. Teoretycznie w grupie roboczej były również dwie inne osoby. Mimo to wszyscy wiedzieli, że jeśli Moose nie jedzie, a samochód zostanie zatrzymany, trzeba będzie wykonać papierkową robotę; a jeśli samochód był holowany (co szybko się stało, ponieważ były właściciel miał niezapłacone mandaty), tylko Moose mógł go wyciągnąć. Oznaczało to, że musiał zapłacić pieniądze, a to z kolei oznaczało, że reszta z nas, mimo że sami pomogliśmy zebrać pieniądze, traktujemy samochód coraz bardziej jako jego samochód.

Powinienem zaznaczyć, że nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby ktoś dał DAN, powiedzmy, palmę w doniczce lub rower. Albo nawet drogi komputer. Bez wątpienia są w księgach wszelkiego rodzaju podobne prawa i przepisy dotyczące własności i przenoszenia książek, komputerów i palm doniczkowych, ale są one tak rzadko egzekwowane, że większość z nas nie ma pojęcia, czym one są, a do tego istnieje bardzo prosty powód. Książki, palmy w doniczkach i komputery są stosunkowo niewielkie; są dość łatwe do ukrycia; w rezultacie rząd nie ma możliwości skutecznego ich regulowania. Fakt, że samochód jest duży, ciężki i nie da się go łatwo ukryć (przynajmniej, jeśli rzeczywiście zamierza się z niego korzystać) oznacza, że może być stale monitorowany przez gałąź państwa, której zadaniem jest właśnie monitorowanie samochodów – ich prędkość, lokalizacja, status rejestracji, czy ich kierowca jest licencjonowany i tak dalej – i egzekwuje niezliczone, bardzo szczegółowe prawa, które regulują takie sprawy – prawa, które, raz jeszcze podkreślam, zakładają różne rzeczy dotyczące tego, jakie grupy społeczne mogą i nie mogą mieć statusu prawnego. Te zasady są egzekwowane przez groźbę użycia siły. Uzbrojeni przedstawiciele państwa mogą w każdej chwili zatrzymać twój samochód i sprawdzić dokumenty, a jeśli tak się stanie, pasażerowie lepiej, żeby nie odpowiadali impertynencko. Jeśli twój samochód zostanie odholowany i próbujesz go po prostu odebrać bez płacenia mandatu, przedstawiciele stanu użyją siły, aby cię zatrzymać. Fakt, że samochód DAN stał się natychmiastowym problemem i po kilku miesiącach został porzucony, nie był dowodem na to, że egalitarne kolektywy nie potrafią zarządzać własnością (historia ludzkości jest pełna przykładów egalitarnych kolektywów z powodzeniem zarządzających własnością). W rzeczywistości jest to dowód na natychmiastoą efektywność przemocy państwowej w zmuszaniu do określonych wizji ludzkich możliwości.

Co jest prawdziwe wobec samochodu lub łodzi. Jeszcze bardziej prawdziwe w przypadku budynku. Istnieją nieskończone przepisy dotyczące tego, w jaki sposób budynki mogą i muszą być konserwowane. Squattersi niezmiennie narzekają, że pierwszą rzeczą, jaką robią przedstawiciele miast, jeśli w jakiś sposób zdobędą tytuł prawny do swojego budynku, jest wysłanie inspektorów, aby zażądali każdej możliwej naprawy, aby budynek był zgodny z prawem: żądania, na które, ci sami dzicy lokatorzy, zawsze zwracają uwagę, inspektorzy prawie nigdy nie stawiają wobec nieobecnych właścicieli, bez względu na to, jak głośno błagają ich najemcy. Niektóre z tych prac mogą i zwykle są wykonywane w ramach gospodarki alternatywnej: zawsze są squatterzy hydraulicy lub elektrycy, którzy są chętni do świadczenia swoich usług. Niektóre materiały można często uratować lub odzyskać. Ale nie wszystko. Efektem jest, jak wspomniałem wyżej w przypadku ABC No Rio, że jest się zanurzonym w formalnej gospodarce w bardzo traumatyczny sposób i zmuszonym do poświęcenia dużej ilości czasu i energii na organizowanie koncertów dobroczynnych, zbiórki pieniędzy, sprzedaż T-shirtów lub inne zbieranie pieniędzy. Ale znowu nie jest to w żaden sposób efekt imperatywu ekonomicznego. To efekt groźby przemocy. Jeśli ktoś nie spełniał wymagań, przychodzili uzbrojeni ludzie i wyrzucali ich z budynku. Z kolei, jeśli sprzedajesz koszulkę, sprawy muszą mieć określoną formę prawną, ponieważ trzeba nałożyć podatek obrotowy. Jeśli chcesz ubiegać się o dotacje, musisz zarejestrować się jako organizacja non-profit.

To, co chcę tutaj podkreślić, to efekt ideologiczny. Nazwę to „efektem rzeczywistości”. Regulacje rządowe zasadniczo wymuszają pewien model społeczeństwa, w którym poszczególni aktorzy lub hierarchicznie zorganizowane firmy dążą do zysków, a każdy, kto chce zorganizować się inaczej – wokół jakiejkolwiek koncepcji dobra wspólnego – musi albo być częścią aparatu państwowego, albo zarejestrować się jako korporacja non-profit. Teoretycznie każdy aspekt „społeczeństwa obywatelskiego” jest tak uregulowany. Zasadniczo jedynymi obszarami, które są całkowicie niedostępne dla tego rodzaju regulacji wspieranych siłą, są obszary komunikacyjne: mowa, dyskusja na spotkaniach, wymiana w Internecie itp[50]. Gdy tylko wkracza się w świat przedmiotów materialnych, pojawia się mnóstwo przepisów. A im większe, cięższe i bardziej widoczne obiekty, tym częściej te przepisy są egzekwowane. Oczywistym rezultatem jest pozostawienie ludziom poczucia, że radykalna polityka jest nierealna. To wszystko jest efemerycznym światem snów, który rozpływa się w momencie, gdy uderza w materialną rzeczywistość. Gdy tylko wkracza się do „rzeczywistego świata”, świata dużych, ciężkich rzeczy, takich jak budynki i maszyny itd., wszystko zdaje się nierealistyczne. W rzeczywistości dzieje się tak dlatego, że o wiele łatwiej jest regulować ciężkie obiekty fizyczne. W rezultacie duże, ciężkie, cenne przedmioty są zwykle otoczone groźbami siły fizycznej, która wspiera pewną ideologię tego, w jaki sposób ludzie mają wchodzić w interakcje, a jeśli tego nie robią, są one ci zabierane. Przedmioty, które są w oczywisty sposób realne, są w istocie tymi, najbardziej otoczonymi siłami i abstrakcjami.

Aby uprzedzić argument, który przedstawię w konkluzji: zastanów się przez chwilę nad niektórymi zastosowaniami słowa „realny”. Można mówić o najłatwiejszych do uregulowania formach własności – największej, najtrudniejszej do ukrycia, a więc najskuteczniej zagrożonej przemocą – jako „nieruchomości” (real estate lub real property), w przeciwieństwie do ruchomości. Należy zauważyć, że własność „realna” nie jest w żadnym sensie bardziej realna empirycznie niż ruchomości: w rzeczywistości, o ile obejmuje złożone abstrakcje, takie jak prawa do powietrza, można powiedzieć, że w porównaniu z, powiedzmy, pomidorem, jest zdecydowanie mnie[51]. Ale można też mówić o „realpolitik” lub politycznym „realizmie”. Na przykład w stosunkach międzynarodowych bycie „realistą” (w przeciwieństwie do „instytucjonalisty”) oznacza wychodzenie z założenia, że narody nie zawahają się użyć siły w dążeniu do własnych interesów narodowych. Po raz kolejny nie ma to nic wspólnego z rozpoznawaniem tego, o czym lubimy myśleć jako o rzeczywistości empirycznej: „narody” o zbiorowych „interesach” są konstruktami czysto urojonymi. Stają się „realne/rzeczywiste”, gdy grożą wysłaniem wojska. „Rzeczywistość”, którą rozpoznaje się, gdy jest się „realistą”, to czysta przemoc. Jednak to właśnie wpływ skutków przemocy w pozorną solidność przedmiotu powoduje efekt rzeczywistości, o którym mówię, i sprawia, że alternatywy społeczne wydają się tak nierealistyczne. Abstrakcje jak prawa i państwo dołączają się, poprzez groźbę przemocy, do największych, najcięższych przedmiotów, rzeczy, które wydają się empirycznie „realne”.

Wszystko to może pozwolić nieco inaczej zrozumieć anarchistyczne zamiłowanie do industrialnych przestrzeni, placów budowy, przestrzeni za kulisami i tym podobnych. To, co jest tam „odwracane” – by użyć nieco sfatygowanej wersji wyrażenia sytuacjonistycznego – to właśnie ten efekt rzeczywistości, aby, jak sądzę, zaproponować inną, w której ostateczną rzeczywistością nie jest zdolność do użycia przemocy, władza zniszczenia, ale raczej sama moc kreatywności.

Do tego tematu powrócę na zakończenie.

7. Spotkania

W części i starałem się dać czytelnikowi pewne wyobrażenie o tym, jak niekończący się łańcuch mniejszych spotkań może najpierw doprowadzić do masowych zgromadzeń, a następnie do masowych akcji. Te spotkania są ważne. W pewnym sensie są one ważniejsze nawet niż same działania, ponieważ działania wiążą się z konfrontacją z wrogimi siłami, a spotkania są czystymi strefami społecznego eksperymentu, przestrzeniami, w których aktywiści mogą traktować się nawzajem tak, jak uważają, że ludzie powinni traktować się nawzajem i zacząć tworzyć coś ze świata społecznego, który chcą wydobyć.

Ten rozdział w dużej mierze dotyczy Sieci Działań Bezpośrednich Miasta Nowy Jork. Po krótkim wprowadzeniu do pojęcia grupy afinicji i pewnych pokrewnych pojęć oraz pewnym tle historii NYC DAN przedstawię wewnętrzny proces DAN. Pomyślałem jednak, że zamiast naszkicować to samodzielnie, pomyślałem, że bardziej interesujące byłoby dla czytelnika uczenie się rzeczy mniej więcej tak, jak ja: więc odtworzyłem tekst pierwszego szkolenia konsensusu / facylitacji, w którym kiedykolwiek uczestniczyłem, przeprowadzonego dla nowych członków DAN na wiosnę 2000 roku. Napisałem też refleksje na temat tego, jak definiowane są ideały zachowania leżące u podstaw konsensusu.

To wszystko jest w pierwszej połowie rozdziału, który pokazuje, jak konsensus powinien funkcjonować w zasadzie. Druga część rozdziału dotyczy problemów: trudnej dynamiki rasowej i płciowej, napięć związanych z klasą społeczną i innych czynników, które prawie zawsze powodują napięcia w grupach aktywistów. Proces konsensusu opiera się na pewnego rodzaju zinstytucjonalizowanej hojności ducha. Na spotkaniu z innymi aktywistami, obowiązkowe jest domniemywanie u innych uczciwość i ich dobrych intencji. W większości przypadków zasada ta działa wyjątkowo dobrze w tworzeniu rzeczywistego uczciwego i pełnego dobrych intencji zachowania. Tam, gdzie się nie udaje, napotyka dokładnie to, co aktywiści nazwaliby głęboko zinternalizowanymi formami ucisku. Rasizm, seksizm, uprzedzenia klasowe, homofobia, wszystko to są formy przemocy, które są postrzegane zarówno jako absolutne zło, jak i jako tak głęboko zinternalizowane, że po prostu nie można oczekiwać, że ludzie sami będą się pilnować. Co więcej, mają tendencję do wikłania się w siebie nawzajem w sposób, który bardzo utrudnia walkę z nimi wszystkimi w tym samym czasie. Centralnym punktem ostatniej części rozdziału jest zatem rozszerzone studium przypadku, zaczerpnięte z rzeczywistego spotkania DAN, ilustrujące, jak trudne może być radzenie sobie z takimi kwestiami w ramach dużej, opartej na konsensusie grupy. Koncentruje się na wysiłkach kobiecego klubu DAN, aby spróbować stworzyć pewne mechanizmy kontroli seksistowskiego zachowania, ale jednocześnie na usilnym sprzeciwie wobec ich wysiłków przez Dennisa, nieco szalonego, członka DAN, pochodzącego z klasy robotniczej. Kończę pewnymi uwagami na temat nawet większego problemu, który się pojawia, gdy grupy oparte na zasadach autonomii i demokracji bezpośredniej muszą wejść w relacje, na bieżąco, z innymi, które są zorganizowane na bardziej hierarchicznych zasadach.

7.1. Część I: Kontekst

GRUPY AFINICJI

Zacznę od grup afinicji, ponieważ można je uznać za elementarne cząstki dobrowolnego stowarzyszania. Zasadniczo są to po prostu małe grupy ludzi, którzy czują, że mają ze sobą coś wspólnego i decydują się na wspólną pracę nad wspólnym projektem. Sam termin wywodzi się z hiszpańskiego grupos de afinidad, które pierwotnie odnosiło się do grup przyjaciół (powszechnym synonimem były tertulia, grupy kumpli od kieliszka lub młodych ludzi, którzy zwykli spędzać czas w kawiarniach), ale które w latach 20. stało się podstawowym jednostką organizacyjną hiszpańskiej konfederacji anarchistycznej, FAI. Kiedy podczas kampanii antynuklearnych we wczesnych latach 80. zebrały się pierwsze grupy oparte na konsensusie na dużą skalę, zawsze zakładano, że podstawową jednostką są grupy afinicji.

Zgodnie z podręcznikiem szkoleniowym z zakresu nieposłuszeństwa obywatelskiego ACT UP:


Grupy afinicji to samowystarczalne systemy wsparcia liczące około 5 do 15 osób. Kilka grup afinicji może współpracować w celu osiągnięcia wspólnego celu w dużej akcji, lub jedna grupa afinicji może wymyślić i przeprowadzić akcję samodzielnie. Czasami grupy afinicji pozostają razem przez długi czas, istniejąc jako grupy wsparcia politycznego i/lub grupy badawcze i tylko okazjonalnie uczestniczą w działaniach[52].

Podczas akcji każda grupa afinicji musi rozdzielić określoną liczbę ról:

W ramach grupy afinicji istnieje szereg różnych ról, które mogą pełnić jej członkowie. Wiele z tych ról będzie określanych przez raison d’etre grupy afinicji, ale może obejmować rzecznika prasowego, który będzie rozmawiał z mediami informacyjnymi lub zajmował się nimi, facylitatora szybkich decyzji, pierwszą pomoc w opiece nad ludźmi, którzy są ranni, rzecznika, który przekazuje pomysły i decyzje grupy afinicji innym grupom, obserwatora Prawny i osoby wsparcia przy aresztowaniu[53].

Minimalna wersja, której nauczyłem się na szkoleniach DAN, zakładała, że przynajmniej powinien być: (1) facylitator do organizowania grupowego podejmowania decyzji, (2) ktoś, kto przeszedł przynajmniej jedno szkolenie medyczne, (3) ktoś, kto poszedł na szkolenie prawnicze. Osoba prawna zwykle robi wszystko, co możliwe, aby uniknąć aresztowania, aby móc śledzić wszystkich innych. Jest to osoba, która również prowadzi listę osób, które będą potrzebowały kogoś, kto nakarmi kota, jeśli zostanie aresztowany, kto potrzebuje kogoś, kto okłamie szefa i tak dalej. Ponadto można mieć kogoś, kto zajmie się zaopatrzeniem, komunikacją lub innymi potrzebami, a na końcu przedstawiciela.

Przedstawiciel czy delegat przemawia w imieniu grupy na większych spotkaniach, na przykład, gdy grupy afinicji tworzą większe „zgrupowania” lub, oczywiście, w „radach delegatów”. Te ostatnie, odbywające się przed dużymi akcjami, często mogą angażować tysiące ludzi – o wiele za dużo, by każdy mógł mówić. Delegat nie jest jednak reprezentantem. Zwykle przedstawiciele nie mają uprawnień do podejmowania decyzji w imieniu grupy, są kanałami informacyjnymi; stąd, na radzie delegatów, podczas gdy „umocowani przedstawiciele” siedzą pośrodku w wielkim kręgu, oczekuje się, że reszta grupy afinicji będzie pod ręką, szepcząc do siebie nawzajem i ostatecznie przekazując instrukcje. W zasadzie przedstawiciele są dosłownie jak szprychy wielkiego koła.

Kiedy grupy afinicji przetrwa od działania do działania, trudno je odróżnić od kolektywów, grup minimalnych, które działają na zasadach egalitarnych. Z pewnością są grupy, które odgrywają obie role, które przez większą część roku pracują jako kolektywy medialne, grupy wsparcia, drukarze broszur lub projekty feministyczne, a potem pojawiają się na akcjach jako grupy afinicji. Istnieją również grupy afinicji, które istnieją jako sieci przyjaciół przez większość roku, ale można je zmobilizować w ważnych momentach: były dwie takie grupy w nowojorskim DAN, na przykład Latające Wiewiórki dla Wolności i Front Wyzwolenia Subway, prawdopodobnie trzy, jeśli wliczyć Harper’s Ferry, chociaż ten ostatni w dużej mierze miał siedzibę w Nowym Jorku.

W tym rozdziale nie będę mówił dużo o spotkaniach tak stosunkowo małych i intymnych grup, często postrzeganych jako bardziej nieformalne i „organiczne” niż grupy takie jak DAN. Ale nie zamierzam też zbytnio rozwodzić się nad radami delegatów – czytelnik ma już wyobrażenie o tych w części I. Raczej skupię się na DAN, próbie stworzenia trwalszej struktury na tych samych zasadach. Od samego początku DAN była niepewna co do tego, jak dokładnie można to zrobić. Czy DAN powinna przybrać formę stałej rady dla istniejących kolektywów i grup afinicji („model konwergencji”, czy też powinna organizować spotkania otwarte dla wszystkich i ich grup roboczych? Czy była to sieć grup, czy grupa sama w sobie? Żadne z tych pytań nie zostało ostatecznie rozwiązane. DAN zawsze pozostawała po trochu obu i dlatego jego struktura zawsze była problemem.

WZROST i UPADEK KONTYNENTALNEJ DAN – CDAN

Na pierwszy rzut oka próba stworzenia kontynentalnej sieci akcji bezpośrednich DAN (Direct Action Network) wydaje się oczywistą porażką. Pomysł stworzenia kontynentalnej sieci grup akcji bezpośredniej zrodził się w przypływie entuzjazmu po zaskakującym sukcesie działań WTO w Seattle w listopadzie 1999 roku. W ciągu mniej więcej następnego roku sieć szybko się rozrosła. Ale DAN szybko zaczął tracić wielu swoich najbardziej entuzjastycznych wczesnych członków po frustrującej serii mniej udanych działań; i w ciągu kilku lat skutecznie się rozpadł. To oczywisty sposób na przedstawienie tej historii. Jest jednak jeszcze inny. Kiedy po raz pierwszy związałem się z DAN, prawie wszyscy podkreślali, że nie spodziewali się, że grupa będzie w pobliżu na zawsze. Sam DAN nie miał zamiaru wywołać rewolucji. Raczej, większość nalegała, że DAN istnieje po to, by rozpowszechniać pewną wizję demokracji bezpośredniej, by zapewnić model egalitarnych procesów decyzyjnych, które ostatecznie stałyby się standardową praktyką dla wszystkich zainteresowanych bezpośrednią konfrontacją z państwem i kapitalizmem. Kiedy już to zrobi, nie będzie powodu, by DAN istniało. W pewnym sensie tak właśnie się stało i to znacznie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. W ciągu dwóch lub trzech lat DAN, jako formalna jednostka, zniknęła, ale w innym sensie była wszędzie, ponieważ przynajmniej wśród grup zorientowanych na bezpośrednie działanie, jakaś wersja jej modelu organizacji stała się całkiem uniwersalna.

Pomysł na pierwotną Sieć Akcji Bezpośrednich (DAN) w rzeczywistości pochodził z obozu Ruckus – obozu szkoleniowego dla aktywistów – w 1999 roku i został stworzony w celu koordynowania tego, co nazywano wówczas N30, akcjami przeciwko zebraniu WTO, które odbyły się w Seattle 30 listopada 1999 roku. Towarzystwo Ruckus, które organizuje te obozy, jest organizacją pozarządową, ale bardzo niezwykłą, która specjalizuje się w szkoleniu młodych ludzi w technikach pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego i akcji bezpośredniej[54]. Organizuje obozy przed niemal każdą większą mobilizacją, zwykle w jakimś nieokreślonym, pięknym, zalesionym miejscu, ze szkoleniami na temat wszystkiego, od zrzucania sztandarów po przezwyciężanie form nieświadomego rasizmu. W tym obozie pojawił się pomysł na zdecentralizowaną sieć, która koordynowałaby różne grupy afinicji, które miały wziąć udział w N30 według demokracji bezpośredniej. Model działał tak dobrze, że nawet przed akcją niektórzy sugerowali utrzymanie go w jakiejś formie później, ale zaraz po akcjach okazało się to trudne do omówienia, ponieważ tak wiele kluczowych postaci przebywało w więzieniu. Ci, którzy wciąż są na zewnątrz, stworzyli nieco chaotyczne Ciało Tymczasowe, którego zadaniem było „spędzić kolejne trzy miesiące ze swoimi grupami lokalnymi, aby przygotować propozycję dla przyszłego kontynentalnego DAN, które działałoby na zasadach nie-hierarchii, decentralizacji, lokalnej autonomii i demokracji bezpośredniej”[55]. Składała się ona z dwunastu regionalnych delegatów, którzy wrócili do domu, skonsultowali się ze swoimi lokalnymi grupami, zaangażowali się w cotygodniowe telekonferencje, a następnie w końcu wrócili do Seattle pod koniec lutego 2000 roku, aby naszkicować statut CDAN[56].

Na początku wielkie pytanie brzmiało, czy będzie to ośrodek komunikacji, czy też prawdziwy organ decyzyjny. Wielu uważało, że to ostatnie oznaczałoby naruszenie autonomii lokalnych grup. Inni nalegali, że, jak ujęła to strona internetowa CDAN, „powinniśmy włożyć wszystkie nasze wysiłki w zbudowanie modelu tego, jak mogłaby wyglądać prawdziwie zdecentralizowana, skonfederowana, bezpośrednio demokratyczna organizacja” – i było to szczególnie ważne, aby zademonstrować, że można to zrobić w skali kontynentalnej. To był pogląd, który zwyciężył, z zastrzeżeniem, że wszelkie inicjatywy miały pochodzić od miejscowych, a każda lokalna grupa mogła się wycofać w dowolnym momencie. CDAN miał więc funkcjonować jako swego rodzaju rada delegatów. To z kolei podniosło kwestię zasad jedności, ponieważ technicznie członkowie grupy mogli blokować propozycje na podstawie tych zasad. Tutaj przedstawiciele wymyślili listę zasadniczo wzorowaną na „znakach rozpoznawczych” Ludowej Globalnej Akcji (PGA) i, podobnie jak oni, starannie przygotowaną, aby ucieleśniać anarchistyczne zasady, jednak nigdy nie odwołując się do żadnej konkretnej ideologii politycznej. Chodziło o to, aby pozostawić sprawy maksymalnie otwarte, aby móc utrzymać szeroką koalicję anarchistów (zwłaszcza tych z tego, co nazywam „małym”, ekologów, organizacji pozarządowych i działaczy związkowych, która okazała się tak skuteczne w Seattle. Wszystko było więc celowo zwięzłe:

MISJA CONTINENTAL DAN

Jesteśmy kontynentalną siecią zaangażowaną w przezwyciężanie korporacyjnej globalizacji i wszelkich form ucisku. Jesteśmy częścią rozwijającego się ruchu zjednoczonego we wspólnej trosce o sprawiedliwość, wolność, pokój i zrównoważony rozwój wszelkiego życia oraz zobowiązanie do podjęcia bezpośrednich działań w celu urzeczywistnienia radykalnej, wizjonerskiej zmiany.

KONTYNENTALNE ZASADY JEDNOŚCI DAN

DAN przyjmuje następujące Zasady Jedności inspirowane i wywodzące się z zasad międzynarodowej Globalnej Sieci Działań Ludowych:

  • Odrzucenie neoliberalnej polityki i instytucji promujących niszczącą społecznie i ekologicznie globalizację.

  • Konfrontacyjna postawa wobec niedemokratycznych instytucji, w tym rządów i korporacji, w których kapitał jest jedynym prawdziwym twórcą polityki.

  • Wezwanie do pokojowych działań bezpośrednich, obywatelskiego nieposłuszeństwa i budowania lokalnych alternatyw przez miejscową ludność.

  • Filozofia organizacji oparta na decentralizacji, demokracji bezpośredniej i autonomii lokalnej.

  • Odrzucenie wszelkich form hierarchii, ucisku i wyzysku.

  • Zaangażowanie w solidarną pracę lokalną i międzynarodową w celu zbudowania popularnego ruchu na rzecz radykalnych zmian społecznych i globalnej sprawiedliwości.

Jednak PGA było – jak zauważył Olivier de Marcellus w Rozdziale 1 – niezwykle luźną siecią. Musiało tak być, składać się z grup, które były nie tylko rozproszone po całym świecie, ale wahały się od małych kolektywów skłotersów w Barcelonie po organizacje takie jak KRRS, z dziesięciu milionami członków. Sama PGA była niewiele więcej niż zbiorem zasad i w dużej mierze nieformalną siecią komunikacji. DAN, składający się z jednostek mniej więcej tej samej wielkości i natury, mógł dążyć do tego, by stać się czymś więcej.

Problem polegał na tym, że nigdy nie było jasne, czy na poziomie kontynentalnym istnieje coś, co naprawdę wymaga koordynacji. Rozpowszechnianie informacji o masowych mobilizacjach lub rozpowszechnianie obrazów i literatury można dość łatwo osiągnąć za pośrednictwem Internetu; transport i organizacja konwergencji mogłyby być zorganizowane przez nieformalne sieci, które już istniały; kilkunastu delegatów, którzy uczestniczyli w odbywających się co dwa tygodnie telekonferencjach CDAN, szybko zorientowali się, że poza przypadkami, gdy nowe grupy chciały dołączyć do sieci, tak naprawdę nie trzeba było podejmować żadnych decyzji. CDAN był eksperymentem organizacyjnym, który istniał głównie dla własnego istnienia. Lub, mówiąc bardziej łaskawie, jego celem było umieszczenie nazwy i tożsamości organizacyjnej w nieformalnych sieciach, które równie dobrze działałyby bez nich. A wkrótce okazało się, że przyjęcie nazwy nie do końca jest pozytywne.

To prawda, że nazwa „DAN” wchłonęła wiele prestiżu z akcji w Seattle. Ale nawet to przyniosło problemy. Seattle DAN koordynowało złożoną serię blokad i zamknięć z udziałem pięciu lub sześciu tysięcy aktywistów, z których wszyscy zgodzili się na kodeks postępowania bez przemocy, który był szeroko publikowany w radach delegatów i centrach konwergencji. Jednak nawet w Seattle byli tacy, którzy nie zgadzali się z taką definicją niestosowania przemocy lub sprzeciwiali się koncepcji jakiejś grupy roszczącej sobie prawo do narzucenia kodeksu postępowania. Kilkuset anarchistów, wielu wywodzących się z kolektywów i grup afinicji z Zachodniego Wybrzeża, które były zaangażowane w działania na drzewach i inne kampanie środowiskowe w regionie, odmówiło udziału w radach delegatów DAN i stało się rdzeniem słynnego Seattle Black Bloc. Drugiego dnia akcji po tym, jak spotkania zostały skutecznie zakończone przez blokady, a policja zaczęła atakować blokujących, Czarny Blok rozpoczął kampanię ukierunkowanego niszczenia mienia. Okna Starbucksa i Citibanku zostały rozbite, najechano Niketown. Obrazy rozbłysły na całym świecie. W mediach, gdy tylko szyby zaczęły się wybijać, blokady i izolacje w zasadzie zniknęły, tak że działania Czarnego Bloku, które rozpoczęły się dopiero długo po tym, jak policja zaczęła bić, gazować i rozpylać gaz pieprzowy w grupach afinicji DAN, stały się, z mocą wsteczną, uzasadnieniem dla wszystkiego, co policja zrobiła wcześniej. Rzecznicy DAN skarżyli się z oburzeniem prasie, że nie mają nic wspólnego z Blokiem, a nawet otwarcie potępili „wandalizm”. Niektórzy twierdzili nawet, że wskazali policji ludzi z Czarnych Bloków w celu aresztowania.

Jak można sobie wyobrazić, sytuacja ta doprowadziła do różnego rodzaju obelg i niechęci między aktywistami.

W tym, co stało się standardową medialną wersją tego wydarzenia, Czarny Blok stał się „anarchistami”, reprezentowanymi jako „gwałtowny” margines z Eugene w stanie Oregon, oczekujący całkowitego zniszczenia cywilizacji technologicznej. DAN lub podobne grupy zasadniczo zniknęły, połączyły się w „protestujących bez przemocy ”, prawdopodobnie maszerujących wokół z tablicami. Wszystko to przesłania to, co naprawdę było kłótnią między anarchistami o definicję niestosowania przemocy. Zwolennicy Czarnych Bloków w efekcie proponowali, że „przemoc” należy zdefiniować jako wyrządzanie krzywdy lub cierpienia żywym stworzeniom; według tego standardu wyrzucanie kawiarni prowadzonej przez właściciela można bezsprzecznie określić jako „gwałtowne”, ponieważ podkopało to źródło utrzymania właściciela – ale wyrzucenie Starbucksa nie. Wielu przedstawiło ten argument całkiem wyraźnie. Wielu po drugiej stronie, w tym takie znane w całym kraju postacie jak Medea Benjamin z Global Exchange i pogańscy anarchiści, tacy jak Starhawk, albo kwestionowali logikę, albo argumentowali, że jest to nieistotne: społeczeństwo postrzega niszczenie własności jako brutalne, daje policji uzasadnienie do atakowania wszystkich bezkrytycznie, i to pozwala mediom bezustannie skupiać się na obrazach zniszczenia i ignorować rzeczywiste przesłanie, które próbowali przekazać protestujący. Obrońcy taktyki Czarnego Bloku odpowiedzieli, że nie jest to gra o sumie zerowej: gdyby nie niszczenie mienia, media w ogóle by nie donosiły o wydarzeniu. Rzecznicy Seattle DAN oskarżyli Czarny Blok o pogwałcenie solidarności poprzez odmowę udziału w spotkaniach lub przestrzegania uzgodnionego kodeksu postępowania. Aktywiści Czarnego Bloku argumentowali, że od początku nigdy nie uzgodnili kodeksu postępowania i oskarżyli pacyfistów o skandaliczny brak solidarności wobec wskazywania ich policji.

Z kolei spory o niszczenie mienia zastąpiły szereg innych pytań: głównie o autonomię organizacyjną. Można to zobaczyć całkiem wyraźnie, patrząc na to, co wydarzyło się w samej DAN. Oddziały DAN działające w różnych miastach wkrótce zostały podzielone na dwie szerokie tendencje: anty-korporacyjne lub antykapitalistyczne. Ci pierwsi mieli raczej orientację reformistyczną, byli bardziej zorientowani na tradycję obywatelskiego nieposłuszeństwa i podejrzliwi wobec bardziej wojowniczych stylów akcji bezpośredniej, bardziej zainteresowani odwoływaniem się do klasy średniej wokół takich koncepcji, jak sprawiedliwy handel i zielony konsumpcjonizm. Ci ostatni byli wyraźniej anarchistyczni i rewolucyjni. Najbardziej znanymi przykładami tej wcześniejszej tendencji były Seattle DAN i LA DAN, które nadal były zdominowane przez działaczy organizacji pozarządowych lub, w każdym razie, wśród nich było wielu, którzy stanęli na granicy między światem pozarządowym a anarchistycznym. W rezultacie mieli tendencję do zachowywania wrogiego stosunku do taktyk bojowych, argumentując, że zraziliby potencjalnych sojuszników, takich jak grupy robotnicze lub społeczności kolorowe. Często podejmowali aktywne działania, aby trzymać Czarne Bloki z dala od ich działań. Szereg sprzymierzonych grup, które formalnie nie były częścią sieci DAN, takich jak Mobilization for Global Justice (MobGlob) w Waszyngtonie, lub New England Global Action Network (NEGAN) miały mniej więcej ten sam skład i miały podobne podejście. Jednakże ogromna większość grup, które należały do sieci DAN, w tym NYC DAN, Philadelphia Direct Action Group (PDAG), DAN z San Francisco i hrabstwa Humboldt, Chicago DAN i wiele innych, była wyraźnie antykapitalistyczna. Mieli niewielki udział organizacji pozarządowych, ale zamiast tego składali się głównie z niezależnych aktywistów i członków lokalnych kolektywów anarchistycznych, w większości byli to anarchiści przez małe „a”. Prawie w każdym przypadku te antykapitalistyczne odłamy ostatecznie zaakceptowały definicję niestosowania przemocy według Seattle Czarnego Bloku i często ściśle współpracowały z kolektywami, które faworyzowały taktykę Czarnego Bloku.

Zwłaszcza na Wschodnim Wybrzeżu wiele napięć wywodzących się z Seattle zostało załagodzonych w trakcie kolejnych trzech głównych mobilizacji. Podczas blokad spotkań IMF i Banku Światowego w Waszyngtonie z 16 kwietnia, zorganizowanych przez DAN, istniał ogromny Czarny Blok („Rewolucyjny Blok Antykapitalistyczny”), liczący może dwa tysiące ludzi. Nie uczestniczyli w radzie DAN, ale w swoich własnych radach zgodzili się na politykę unikania niszczenia własności i wspierania blokad DAN[57]. Blok spędzał większość czasu budując barykady i konfrontując się z policją. Podczas działań przeciwko Konwencji Republikańskiej w Filadelfii z 1 sierpnia istniała przynajmniej cicha koordynacja: blok (tutaj nazwany „Rewolucyjnym Blokiem Antyautorytarnym” zgodził się odciągnąć uwagę policji, przemieszczając się przez jedną część miasta, podczas gdy blokady, zorganizowane przez DAN i koalicję innych grup, powstawały w innym. Inauguracyjne protesty w styczniu 2001 roku okazały się kolejnym kamieniem milowym. Po odkryciu, że Justice Action Network (JAN), lokalna grupa DC pospiesznie zorganizowana dla protestów, w ogóle nie planowała żadnej bezpośredniej akcji, większość członków oddziałów DAN w Nowym Jorku i Filadelfii porzuciła swoich niegdysiejszych sojuszników i przystąpienie do Rewolucyjnego Bloku Antyautorytarnego, który przebił się przez barykady otaczające trasę parady prezydenckiej i na krótko zatrzymał konwój Busha podczas tego, co było później nazwane „bitwą o pomnik marynarki wojennej”.

Podobne rzeczy działy się na Zachodnim Wybrzeżu. Podczas gdy grupy takie jak Global Exchange i Ruckus Society, zasadniczo organizacje pozarządowe, które (jak dawniej Greenpeace) były skłonne zastosować akcję bezpośrednią, gdy uważały, że jest to taktycznie właściwe, nadal izolowały się, publicznie potępiając niszczenie własności jako „przemoc” (stanowisko to, jeśli nic innego, byli zmuszeni przyjąć, aby nie zrazić swojej bazy finansowej). Starhawk i inni związani z Klasterem Pogańskim, autonomiczną grupą, stopniowo ustanowili milczący sojusz z lokalnymi Czarnymi Blokami. Do czasu Quebecu, na początku 2001 roku, antykorporacyjne DAN zasadniczo zaniknęło. Mimo to, w oczach większości anarchistów w stylu Czarnego Bloku, nazwa „DAN” była nierozerwalnie związana z tymi potępiającymi niszczenie własności w Seattle. Bez względu na to, jakie stanowiska zajęli działacze DAN, nazwa była postrzegana co najwyżej z podejrzliwością, często z wrogością, na scenie hardcore skłotersów lub tych, którzy od dawna pracowali z infoshopami i Food Not Bombs lub podobnymi projektami, i którzy często postrzegali aktywistów DAN jako medialnie szczęśliwych nowicjuszy „ze swoimi telefonami komórkowymi i laptopami”, jak to ujął jeden z nich, torujący sobie drogę do ustalonej sceny[58].

Myślę, że to było prawdziwe niebezpieczeństwo związane z próbą umieszczenia nazwy w nieformalnych sieciach. W kręgach akcji bezpośredniej nazwane grupy mają tendencję do gromadzenia złych skojarzeń. Wielu postrzega wszelkie próby sformalizowania sieci lub koalicji jako próby stworzenia de facto struktury przywódczej, aby dać niektórym jednostkom możliwość „przemawiania w imieniu grupy” i przypisywania sobie zasług za czyny lub osiągnięcia innych. Nawet ci, którzy nie widzą rzeczy w ten sposób, mają tendencję do przyjmowania systemu moralnej księgowości, w którym grupom jest niezwykle trudno akumulować kredyty, a łatwo akumulować debety. To samo wydarzyło się, gdy DAN próbowała ustanowić sojusze z radykalnymi grupami opartymi na społecznościach kolorowych: niewrażliwe, wstrętne lub rasistowskie zachowania poszczególnych członków były zwykle pamiętane ze złością i identyfikowane z DAN jako grupą; dramatyczne akty solidarności i samopoświęcenia były zwykle pamiętane jako akty poszczególnych jednostek. Z czasem nazwa stała się ciężarem. Ponieważ nie było powodów do utrzymywania sieci, pod koniec 2001 roku CDAN faktycznie upadł. Większość lokalnych DAN miała pójść w ich ślady wkrótce potem lub, częściej, wrócić do bycia w dużej mierze nieformalnymi sieciami, z których powstały.

SZCZEGÓŁY O NEW YORK DAN

Przez większość lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych największa energia na scenie akcji bezpośrednich w Nowym Jorku była związana z kryzysem AIDS. Pod koniec lat Reagana ACT UP organizowało cotygodniowe spotkania z setkami uczestników i angażowało się w szereg akcji w całym mieście: protesty, strajki okupacyjne, blokady, zrzucanie sztandarów i tak dalej. W latach 90. w Nowym Jorku pojawił się także jeden z głównych krajowych oddziałów Love and Rage, projektu stworzenia ogólnokrajowej sieci rewolucyjnych anarchistów, zbudowanej głównie wokół tygodnika o tej samej nazwie. Podobnie jak wiele takich grup, Love & Rage popadło w wewnętrzne konflikty i ostatecznie rozwiązało się z powodu kwestii przywilejów białych w 1998 roku.

Na początku 2000 roku ACT UP było cieniem swojej dawnej osobowości, Love and Rage zniknęło[59]. Ludzie, którzy zebrali się, aby stać się rdzeniem DAN, pochodzili głównie z nowszych grup, takich jak Reclaim the Streets (RTS), Kolektyw z Lower East Side i, do pewnego stopnia, Nowojorscy Industrial Workers of the World (IWW). Pierwszym był luźny kolektyw inspirowany bardzo znaną grupą o tej samej nazwie, afiliowaną w PGA, działającą w Londynie. W Wielkiej Brytanii RTS wyłonił się z konwergencji kampanii antydrogowych ze sceną rave i zasłynął z organizowania dzikich imprez ulicznych, blokowania autostrad i innych działań wokół szerszego tematu ponownego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. W Nowym Jorku RTS narodziło się z Lower East Side Collective w 1997 roku. Miało swoją główną bazę w artystycznych kręgach bohemy w Williamsburgu i zorganizowało już kilka własnych nielegalnych imprez ulicznych na mniejszą skalę. RTS z kolei nałożył się na Times Up!, grupą organizującą comiesięczne przejażdżki rowerowe w ramach Masy Krytycznej. Kolektyw z Lower East Side był szczególnie aktywny w obronie ogrodów społecznych i innych kampaniach przeciwko gentryfikacji. Z kolei Wobblies (IWW) byli bardziej robotniczy w tle i orientacji, i mieli na celu zorganizowanie miejsc pracy, chociaż w porównaniu z Zachodnim Wybrzeżem byli stosunkowo nowicjuszami, nadal w tym czasie zaangażowani w ostatecznie bezowocną kampanię na rzecz uzwiązkowienia Borders Books[60].

Innymi słowy, ludzie, którzy stali się rdzeniem NYC DAN, w większości nie pochodzili ani z organizacji pozarządowych, które do tego czasu zajmowały się głównie kwestiami globalnego neoliberalizmu, ani z sieci wyraźnie anarchistycznych instytucji, skupionych wokół sceny skłoterskiej, Blackout Books, Food Not Bombs i tak dalej, które istniały w Nowym Jorku przynajmniej od czasu zamieszek na Tompkins Square pod koniec lat 80.. Nie oznacza to, że przedstawiciele obu nie byli zainteresowani projektem, zwłaszcza na początku. Pierwotny okólnik, rozesłany do wszystkich nowojorskich listserwerów aktywistów, brzmiał:

Dołącz do NYC Direct Action Network!


31 stycznia 2000 20:45
[oto ogłoszenie e-mail do skopiowania i przekazania do swoich list]

PROSZĘ PRZESYŁAJCIE DALEKO i SZEROKO


Opierając się na sukcesach protestów Światowej Organizacji Handlu w Seattle, różnorodna koalicja nowojorskich grup aktywistów łączy się w celu wzajemnej pomocy. Tworzymy sieć, aby wspierać się nawzajem i ułatwiać masowe mobilizacje w różnych kwestiach, zaczynając od działań w dniach 16-17 kwietnia przeciwko Bankowi Światowemu i Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu…

Pierwsze spotkania były niezwykle licznie odwiedzane: prawie każda radykalna grupa lub kolektyw brała w nim udział. Początkową wizją było, aby DAN działała jako rodzaj szerokiej grupy parasolowej, skupiającej wszystko, od Food Not Bombs po radykalne grupy wsparcia queer. W rzeczywistości jedna z pierwszych dużych debat dotyczyła tego, czy prowadzić samą DAN na zasadzie rady delegatów. Ponieważ nie była to organizacja, ale sieć, Brooke i inni zaproponowali, aby walne zebrania DAN składały się tylko ze zgromadzenia upoważnionych przedstawicieli z grup roboczych i istniejących kolektywów. Inni uważali, że uniemożliwiłoby to DAN spełnianie jednej z jej najbardziej oczywistych funkcji: zapewnienie miejsca dla nowych ludzi, aby mogli połączyć się ze sceną aktywistów i połączyć się z kolektywami i grupami roboczymi. Bob, który miał wieloletnie doświadczenie z ACT UP, zamiast tego zaproponował podejście jako pewną wariację „masowego spotkania” czy „ogólnej rady”, która, jak napisał w email w tamtym czasie:

działała całkiem dobrze nawet pod koniec lat 80., kiedy nasze spotkania co tydzień przyciągały 500-800 osób. Myślę, że klucze do sukcesu są trojakie:

  1. energiczne grupy robocze, które opracowują większość strategii i muszą je tylko wprowadzić do grupy w celu uzyskania szerokiego poparcia politycznego (lub odrzucenia, modyfikacji lub uzupełnienia)

  2. silne facylitowanie masowych spotkań oraz

  3. przestrzeganie ustalonych terminów na posiedzeniach.

i oczywiście duch zaufania i dobrej woli w podejmowaniu decyzji w drodze konsensusu.

Ostatecznie taki został wybrany model i coś podobnego zostało wybrane w większości innych miast, w których pojawiły się DAN. Działało to całkiem dobrze w przypadku dwóch rzeczy, do których najlepiej nadawała się DAN – pomocy w organizacji masowych mobilizacji i rozpowszechniania pewnego modelu procesu demokratycznego – ale zapewniło, że NYC DAN z czasem będzie coraz mniej przypominać sieć i coraz bardziej przypominać organizację. Mimo to zawsze łączyła elementy obu. Członkostwo było otwarte. Każdy mógł pojawić się na walnych zebraniach DAN, które odbywały się w każdą niedzielę w Charas; stamtąd można było kierować nowych ludzi do grup roboczych, które odzwierciedlałyby ich zainteresowania. Podczas gdy pełna lista grup roboczych zmieniała się w czasie, podstawowa lista wyglądała mniej więcej tak:

  • NUTS & BOLTS – dba o wszystko, co potrzebne do spotkań

  • FINANSE – utrzymuje skarbiec, organizuje zbiórki pieniędzy

  • KOMUNIKACJA - prowadzi stronę internetową i listserv

  • OUTREACH – przygotowywanie broszur, plakatów, propaganda

  • PRAWNY - konsultuje różne kwestie prawne związane z protestami

  • KONTYNENTALNY DAN - zespół rotujących przedstawicieli, którzy brali udział w odbywających się co dwa tygodnie telekonferencjach i wykonywali bieżącą pracę nad pisaniem i przepisywaniem statutu

  • GRUPA ROBOCZA SOLIDARNOŚCI PRACY - składał się z kilkunastu aktywistów, którzy spotkali się w ABC No Rio. Partia Pracy DAN, jak ją powszechnie nazywano, była próbą utrzymania sojuszu „Turtles and Teamsters” założonego w Seattle przy udzielaniu poparcia strajkom i innym kampaniom związkowym. Było na to wiele okazji, ponieważ to, co związkom zawodowym wolno, a czego nie wolno robić, jest dokładnie uregulowane. Związkom zawodowym zabrania się, na przykład, grożenia wtórnym bojkotem lub ustanawiania linii pikietowania przeciwko tym, którzy zaopatrują lub zawierają kontrakty ze strajkowanymi firmami, ale nie ma sposobu, aby temu zapobiec całkowicie niezależnej grupie, takiej jak DAN Labor. Ponadto DAN zapewniała wsparcie strajkującym, na przykład dostarczając lalki i teatry uliczne na wiece, parady i linie pikiet. Niektórzy aktywni członkowie byli również zaangażowani w IWW lub ISO; prawie wszyscy byli pochodzenia robotniczego.


GRUPA ROBOCZA POLICJI i WIĘZIEŃ – grupa mniej więcej podobnej wielkości, która działała głównie na rzecz wsparcia kampanii organizacji społecznych i grup aktywistów w całym mieście, które w dużej mierze składały się z osób kolorowych, i prowadziła kampanię przeciwko brutalności policji i tym, co określano w kręgach aktywistów jako Więzienny Kompleks Przemysłowy. Sama grupa była całkowicie biała i podobnie jak DAN Labor postrzegała swoją rolę jako dostarczanie zasobów do kampanii inicjowanych przez innych, w tym przypadku próbując wykorzystać fakt, że biali aktywiści byli w stanie stosować taktykę akcji bezpośredniej przy znacznie mniejszym ryzyku aresztowania niż ich sojuszników, ze względu na bardzo systemowy rasizm, przeciwko któremu prowadzili kampanię.

Były inne grupy, które organizowały się wokół poszczególnych trwających kampanii – między innymi grupa obligacji Banku Światowego, kampania Genetycznie Zmodyfikowanej Żywności – ale były one niewielkie lub krótkotrwałe. W końcu, w dowolnym momencie, miała miejsce jakakolwiek liczba innych kampanii w tej chwili, począwszy od próby zamknięcia spotkań IMF/Banku Światowego w kwietniu 2000 roku, pierwotnej racji bytu nowojorskiego DAN. A16 uznano za mieszany sukces. Nie było tak spektakularne, powalające zwycięstwo jak Seattle. Spotkania nie zostały anulowane. Ale była to ogromna i udana mobilizacja, która sprawiła, że wszyscy poczuli, że ruch jest skuteczny i rozwija się, budowane są sojusze, a ponadto udało mu się uczynić narodową kwestią z roli międzynarodowych instytucji finansowych, której większość Amerykanów do tej pory nawet nie miała świadomości.

Sprawy stały się trudniejsze, kiedy CDAN postanowił wkrótce potem zaplanować symetryczne działania w Los Angeles i Filadelfii, przeciwko Narodowej Konwencji Demokratów i Republikanów. Wiązało się to z budowaniem sojuszu i DAN wkrótce odkryła, że jej wybrani sojusznicy (Ruch Akcji Wyzwolenia Studentów, z siedzibą w Hunter College i Koalicja Mumia) mieli bardzo różne poglądy na temat politycznego ukierunkowania działań. CDAN pierwotnie wymyślił ideę równoczesnych działań przeciwko konwencji republikańskiej i demokratycznej jako sposób na podkreślenie z natury niedemokratycznej natury amerykańskiego systemu wyborczego – zakwestionowania w rzeczywistości samej definicji „demokracji” – jego sojusznicy mieli bardziej bezpośrednie obawy . W końcu, po wielu napięciach i kłótniach wewnętrznych, NYC DAN zgodził się, że działania w Filadelfii będą miały na celu skupienie uwagi opinii publicznej na amerykańskim więziennym kompleksie przemysłowym. Sojusznicy DAN również nie chcieli organizować się pod nazwą DAN, w przeważającej mierze białej grupy, więc teoretycznie działania przeciwko RNC w Filadelfii były prowadzone przez nowo wymyślony podmiot zwany „Koalicją 1 sierpnia”, od proponowanego dnia akcji. Same akcje okazały się mieszanym sukcesem, a w kategoriach medialnych czymś w rodzaju katastrofy. Podczas gdy w Seattle i Waszyngtonie było prawie niemożliwe, aby media głównego nurtu wyjaśniły, dlaczego protestujemy, działania te spowodowały uczynienie problemu z samego istnienia instytucji – WTO, IMF, Banku Światowego – które większość Amerykanów nawet o tym nie wiedziała. W efekcie wystarczyło wskazać. W Philly nawet wskazywanie nie działało. Pomimo wysiłków bardzo doświadczonego zespołu medialnego, nie udało nam się nawet zmusić prasy do wzmianki o takich sformułowaniach jak „więzienny kompleks przemysłowy”. Sporo aktywistów odpadło po Philly z powodu rasizmu.

Québec również doprowadził do problemów – podczas gdy same działania w Quebecu były spektakularnym sukcesem, bardzo niewielu nowojorczyków do nich dotarło, a Akwesasne było katastrofą, która pozostawiła wiele oskarżeń z powodu tego, co poszło nie tak. W tym momencie DAN nie była już siecią, była grupą inicjującą koalicje. Potem nadszedł 11 września. To oczywiście zaszokowało społeczność aktywistów w samym Nowym Jorku bardziej niż gdziekolwiek indziej: aktywiści musieli radzić sobie z tym samym żalem i paranoją, co inni nowojorczycy, z dodatkową obawą, że ich ruchy miały być systematycznie stłumione przez nowe organy bezpieczeństwa narodowego. W czasie pospiesznie zmontowanych akcji przeciwko Światowemu Forum Ekonomicznemu, które odbyło się kilka miesięcy później w Waldorf Astoria na Manhattanie, w rzeczywistości istniały dwie różne koalicje zainicjowane w dużej mierze przez członków DAN: jeden o nazwie Inny świat jest możliwy (AWIP), który zakończył się zorganizowaniem marszu, oraz Konwergencja Antykapitalistyczna (ACC), bardziej radykalna grupa, która zaplanowała w dużej mierze nieudane akcje bezpośrednie. W tym momencie znacznie zmniejszony DAN stał się zasadniczo centrum aktywistów, którzy wiedzieli, jak tworzyć większe koalicje i nawet nie aspirowali do bycia siecią obejmującą każdy aspekt organizowania się w mieście. Wkrótce popadł w rodzaj nieuleczalnego kryzysu związanego ze swoim statusem. Czy DAN była grupą? Czy była to bardziej ograniczona sieć? Czy powinien wrócić do swojej pierwotnej wizji? Były pewne grupy – na przykład CLAC w Montrealu – które przetrwały kryzys, wracając do modelu rady delegatów, który DAN odrzuciła na samym początku. Wielu członków NYC DAN naciskało na coś w tym kierunku, ale ostatecznie ich argumenty nie sprawdziły się: po części dlatego, że prawdziwym rdzeniem DAN nie były w tym momencie grupy robocze, ale General DAN, który stał się rodzajem puli zasobów aktywistów, umiejętności prawnych, organizacyjnych, medialnych i tak dalej. Pod koniec 2002 roku najpierw Policja i Więzienia, potem Partia Pracy, popadły w kryzys i rozwiązały się, a na początku następnego roku sama DAN już formalnie nie istniała: chociaż zasadniczo byli to ci sami ludzie, którzy odgrywali kluczową rolę w prawie wszystkie najbardziej radykalnych koalicjach pokojowych, międzynarodowych grupach solidarnościowych i radykalnych grupach protestacyjnych w następnych latach. DAN jako model rzeczywiście rozprzestrzenił się wszędzie.

7.2. Część II: Proces

KONSENSUS i FACYLITACJA

Pozwolę sobie teraz przejść do niektórych etnograficznych podstaw: dynamiki spotkań, konsensusu i sztuki facylitacji. Jak obiecałem, zacznę od pierwszego szkolenia facylitacji, w którym sam uczestniczyłem, wiosną 2000. To było szkolenie DAN: ponieważ DAN regularnie rotował facylitatorów, uważano, że każdy w DAN powinien przynajmniej być zdolny do odgrywania tej roli. Ekipa składała się z trzech trenerów, Maca i Lesleya, dwóch mieszkańców Toronto, którzy byli z NYC DAN od jej powstania, oraz Jima, czterdziestoletniego działacza, który wtedy pracował z Hudson Valley DAN, wraz z około tuzinem stażystów aktywistów. Wszyscy byli stosunkowo niedawnymi rekrutami DAN, począwszy od Chrisa, siedemnastoletniego gitarzysty punkowego, po Nat, kobietę po siedemdziesiątce, od dawna aktywną w grupach marksistowskich, która w ciągu ostatnich kilku lat coraz bardziej angażowała się w grupy anarchistyczne. Wszyscy mieli przynajmniej jakieś doświadczenie w procesie konsensusu i byli zaznajomieni przynajmniej z jedną teorią konsensusu.

Szkolenie facylitacyjne, Charas El Bohio

niedziela, 21 maja 2000 roku


[Zaczynamy od planu, w którym każdy, trzech trenerów i ośmiu lub dziewięciu praktykantów, podsumowuje swoje własne doświadczenia z konsensusem, który rozciąga się od pracy w spółdzielniach żywnościowych lub księgarniach spółdzielczych po szkolenie w akcji bezpośredniej na A16 lub obserwowanie rad w Seattle. Nigdy nie wiadomo, zauważył Jim, kiedy możesz znaleźć się w sytuacji, która wymaga umiejętności facylitacji, zwłaszcza w mniejszych grupach. Są ludzie, którzy są po prostu dobrymi facylitatorami, ale każdy może się tego nauczyć, a jeśli nie, to niesprawiedliwe jest oczekiwanie, że ci sami ludzie będą musieli to robić przez cały czas.]


[Lesley wyjaśnia porządek obrad, wskazując na kartkę papieru plakatowego przyklejoną do ściany.]

PORZĄDEK OBRAD

  1. WPROWADZENIE i DOŚWIADCZENIE (10 min.)

  2. CO DZIAŁA, A CO NIE (20 min.)

  3. KONSENSUS – CO TO JEST? (20 minut.)

  4. NARZĘDZIA FACYLITACJI (30 min.)

  5. ROLE PLAY(10 min.)

  6. PROGRAM DAN (20 min.)

  7. INFORMACJE ZWROTNE (otwarte)

Mac: Pomyślałem, że może powinniśmy zacząć wyjaśniać, dlaczego organizujemy szkolenie w ten sposób. W pewnym sensie oparliśmy nasze podejście na popularnych modelach edukacyjnych, w których chodzi o to, aby najpierw stworzyć wspólną analizę tego, jak każdy z nas coś widzi – w tym przypadku konsensus – a następnie spróbować wprowadzić tę analizę w życie.

Lesley: W każdym razie taki jest pomysł. Zobaczymy, czy to faktycznie działa.

Mac: Więc model, jak prowadzić warsztaty, który dostaliśmy z tej książki…

[rozdaje kserokopie]

Właściwie nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, więc jest to rodzaj eksperymentu. Jeśli to nie zadziała, zawsze możemy spróbować czegoś innego.

CO DZIAŁA? CO NIE DZIAŁA?

Jim: Dobrze, więc, czy powinniśmy zacząć od poproszenia ludzi, aby porozmawiali o szczególnie skutecznych formach konsensusowego podejmowania decyzji, które zaobserwowali, momentach, podejściach lub technikach, które według nich zadziałały naprawdę dobrze, i co im się w nich podobało? Potem możemy przejść do rzeczy, które nie działały tak dobrze.

Neala: Bardzo lubię, kiedy na początku spotkania poświęca się trochę czasu, żeby się poznać. Na wielu spotkaniach; wszyscy po prostu przeskakują do sedna sprawy, a nie ma sposobu, aby uspokoić ludzi, stworzyć poczucie wzajemnego spokoju, zacząć rozwijać poczucie grupowego umysłu.

Jim: Więc mówisz o jakimś lodołamaczu?

Christa: Tak, czy jest to ćwiczenie ze słuchania, gdzie wszyscy łączą się w pary i jeden powinien przez minutę porozmawiać o czymś, o czym często myślał tego dnia, a drugiemu nie wolno nic mówić, ale po prostu musi słuchać, a potem się zmieniają. Albo coś głupiego, jak wtedy, gdy wszyscy chodzą w kółko i mówią, jakim zwierzęciem chcieliby być.

Sara: Albo jeśli to ludzie, którzy się nie znają, po prostu, dlaczego zdecydowali się przyjść na spotkanie.

Neala: Albo co chcieliby z tego wynieść.

[Lesley ma czystą kartkę z napisem „działa/nie działa” u góry i magiczny marker, którym kapryśnie macha w powietrzu. Zatrzymuje się i pisze „lodołamacze” ]

Sara: Bardzo lubię sesje burzy mózgów, jak to nazywasz? "Popcorn". Kiedy przeznaczasz dziesięć minut, kiedy wszyscy będą mogli po prostu wykrzyczeć pomysły, cokolwiek przyjdzie im do głowy, bez względu na to, jak głupie lub śmieszne, i nikomu nie wolno komentować ani krytykować ich, ale może zawołać tylko swój. W takich chwilach czuję, że naprawdę jestem w obecności umysłu grupowego…cóż, zwłaszcza gdy po sesji burzy mózgów możesz zacząć łatać propozycję, która łączy wszystkie najlepsze pomysły.

Mark: Przekształcenie propozycji. Nie potrafię powiedzieć, ile razy przesiedziałem dziesięcio, piętnastominutową kłótnię i okazało się, że jedynym powodem, dla którego ludzie się kłócili, jest to, że nie rozumieli, o co tak naprawdę chodzi. Ludzie wciąż zgłaszają wszelkiego rodzaju obawy i zastrzeżenia, które okazują się całkowicie nieistotne, gdy przypomni się im rzeczywiste sformułowanie rzeczy.

Lesley: [długopis w dłoni, zmarszczone brwi] To brzmi tak, jakby rzeczywiście dotyczyło kolumny „co nie działa”. Co myślisz?

Christa: Dlaczego nie postawimy tego na obu: „zagubienie idei propozycji” po jednej stronie, „przekształcanie” po drugiej. [Ona pisze.]

Walter: Myślę, że to naprawdę przydatne, gdy facylitator wkracza, by przypomnieć wszystkim o ich wspólnych cechach, czy chodzi o zasady grupy, czy o powody, dla których próbujemy dojść do porozumienia na początku. Widziałem kilka razy, kiedy wydawało mi się, że wszyscy byli skłóceni o jakiś drobny punkt, albo schodziło się to w jakiś rodzaj głupiego konkursu sikania, a jeśli masz zręcznego facylitatora, może wkroczyć, by subtelnie przypomnieć wszystkim, dlaczego są wszystko tutaj w taki sposób, że cała sprawa po prostu rozpływa się i wydaje się głupia.

Megan: Lub bardziej ogólnie, gdy facylitator jest w stanie upewnić się, że wszyscy pozostaną w trybie rozwiązywania problemów, a nie w trybie debaty. (Może powinieneś to napisać.)

George: A skoro już przy tym jesteśmy: kiedy facylitator pamięta o wyjaśnieniu, kiedy przemawia jako facylitator, a kiedy wyraża swoją opinię. Myślę, że to naprawdę ważne, aby mieć takie zdanie, jak „pozwólcie, że się teraz wypowiem”, aby pokazać, że teraz przemawiają jako członek grupy, a nie jako osoba prowadząca spotkanie.

Mac: A nawet to powinno być ograniczone do minimum. W DAN zawsze mówimy ludziom, że jeśli mają przedstawić grupie propozycję, nie mogą również facylitować tego spotkania.

Christa: Może to też powinno być po stronie „nie działa”, kiedy facylitatorzy przedstawiają swoje własne opinie…

George: …albo nie wyjaśniają jasno, że nie robią tego jako facylitator.

Lesley: Po prostu napiszę to ponownie po obu stronach.

Jim: Więc myślę, że może nie ma sensu zajmować się najpierw dobrym procesem, a potem złym – może powinniśmy po prostu uruchomić je oba razem, skoro i tak to robimy.

[Wkrótce stworzyliśmy dość obszerną dwukolumnową listę ze szczególnie długą listą potencjalnych problemów, brak ograniczeń czasowych, ludzie, którzy lubią słuchać siebie, stronnicze facylitacje, spekulacyjne dyskusje na temat tego, co robić w oparciu o nieprzewidziane okoliczności, które mogą nie mieć wpływu na to, co się faktycznie dzieje, złe wibracje, załamanie zaufania, i szereg dodatkowych dobrych pomysłów na proces, od utrzymania parytetu płci wśród mówców po znaczenie posiadania kogoś w pobliżu, aby powitać i ukierunkować nowych ludzi, którzy nie rozumieją proces.]

CZYM JEST KONSENSUS?

Mac: Cóż, to było przydatne, jednym z powodów, dla których lubimy zaczynać w ten sposób, jest po prostu podsuwanie nam pomysłów, jak ulepszyć nasz własny proces w DAN.

Więc teraz zamierzaliśmy porozmawiać trochę o konsensusie, co odróżnia go od innych form podejmowania decyzji, w szczególności głosowania i rządów większości. Zacznę od odrzucenia sposobu, który jest dla mnie odmienny, czyli konsensusu jako procesu. Głosowanie to tylko sposób podejmowania decyzji. Fakt, że kończysz sprawy głosowaniem, niekoniecznie mówi ci coś o procesie, który prowadzi do głosowania: chociaż zwykle jest to jakaś formalna debata, Zasady Porządku Roberta. Konsensus to nie tylko sposób na podjęcie decyzji, a tak naprawdę nawet nie jest to przede wszystkim sposób na podjęcie decyzji. To proces. Sposób, w jaki ludzie radzą sobie ze sobą, kładąc nacisk na wzajemny szacunek i kreatywność oraz starając się, aby nikt nie był w stanie narzucać swojej woli innym i aby wszystkie głosy były słyszane. Jako proces, niekoniecznie jest to nawet najskuteczniejszy sposób podejmowania decyzji. Myślę, myślę, że większość z nas tak myśli, jeśli jesteśmy zaangażowani w DAN, że jest to proces, który z największym prawdopodobieństwem doprowadzi do najmądrzejszej decyzji, ale powiedziałbym, że nawet jeśli czasami tak nie jest, jest to ważniejsze, aby podjąć decyzję w prawdziwie egalitarnym procesie, niż za każdym razem wymyślać absolutnie idealny sposób działania. Decyzje można zwykle później zmienić. A są chwile, kiedy powiedziałbym nawet, że lepiej w ogóle nie podejmować decyzji.

Teraz jest tyle stylów konsensusu, ile jest grup. Grupy takie jak DAN stosują dość formalny proces, chociaż niektóre grupy stosują znacznie bardziej formalny, inne, mniejsze grupy są w swoim procesie znacznie bardziej nieformalne.

Jim: Chociaż wiesz, że stopień formalności zależy nie tylko od wielkości grupy, to także kwestia zażyłości. Widziałem całkiem spore grupy, które znają się od lat i są przyzwyczajone do tego procesu, które zazwyczaj całkowicie rezygnują z formalności.

Lesley: Także nie mówimy, że konsensus zawsze będzie najlepszym sposobem na zrobienie rzeczy. Czasami najważniejsza jest wydajność, powiedzmy, że gliniarze idą prosto na ciebie i musisz zdecydować, co zrobić. Lub gdy jest dużo ludzi pracujących, którzy po prostu nie mają czasu na długie spotkania. Lub gdy pracujesz z sojusznikami o bardzo różnych tradycjach. Wiele grup osób kolorowych jest bardzo podejrzliwych wobec konsensusu. Postrzegają to jako chrupiącą białą granola, aw takiej sytuacji byłoby naprawdę aroganckie upierać się, że to jedyna droga.

Mac: A są sytuacje, w których konsensus po prostu nie zadziała. Kiedy w Toronto organizowaliśmy bezdomnych, próbowaliśmy i próbowaliśmy. Spotkania trwały w nieskończoność, wszyscy wstawali i wygłaszali przemówienia, nikt nie szanował stosu, ale przerywali i kłócili się ze sobą…

George: [Śmieje się] Brzmi jak banda starzejących się marksistów.

Megan: A właściwie większość anarchistów, którzy mają ponad czterdzieści lub pięćdziesiąt lat.

Sara: O Boże, w zeszłym tygodniu byłam na Forum Brechta na spotkaniu Libertariańskiego Klubu Książki i prawie wszyscy byli anarchistami starszego pokolenia. i nie mogłem w to uwierzyć: czy ci faceci kiedykolwiek słyszeli o procesie? A może nawet podstawowym szacunku dla innych ludzi? Wszyscy skakali na krzesłach i odcinali się nawzajem, aw pewnym momencie przysięgam, że dwóch z nich dosłownie krzyczało na siebie.

David: Tak, więc teraz wiesz, dlaczego trzymałem się z dala od anarchistycznej polityki przez pierwsze trzydzieści osiem lat mojego życia.

Mac: W każdym razie w Toronto w końcu po prostu się poddaliśmy i przyjęliśmy inny proces.

Lesley: Więc jak mam spisać twój punkt widzenia? „Proces kontra decyzja”?

Mac: Tak to jest dobre. W każdym razie przepraszam, zagarnąłem głos. Ktoś jeszcze?

Chris: Cóż, myślę, że idea konsensusu polega na tym, że jest to sposób na poszukiwanie wspólnoty. Zaczynasz od założenia, że wszyscy w pokoju prawdopodobnie mają nieco inną perspektywę i nie próbujesz tego zmienić, po prostu próbujesz sprawdzić, czy możesz stworzyć jakiś wspólny grunt.

Neala: Poza tym ma to być proces, w którym każdy ma równe szanse uczestniczenia w kształtowaniu ostatecznej decyzji. W przeciwieństwie do głosowania większościowego, w którym zawsze kończysz z jakąś wyalienowaną mniejszością, która głosowała przeciwko propozycji, ale i tak po prostu muszą z nią żyć. Każdy ma jakiś wkład, szansę zasugerowania zmian.

[Lesley gryzmoli]

Jessica: Chociaż myślę, że to coś więcej. Zdarzało się, że byłam na spotkaniach i pojawiła się propozycja, która mi się nie podobała, ale w trakcie dyskusji stało się oczywiste, że prawie wszyscy uważają, że to naprawdę dobry pomysł. Odkryłam, że jest coś przyjemnego w tym, że mogę po prostu odpuścić to, zdając sobie sprawę, że to, co myślę, niekoniecznie jest aż tak ważne, ponieważ naprawdę szanuję tych ludzi i ufam im. To naprawdę dobre uczucie. Ale oczywiście czuję się dobrze tylko dlatego, że wiem, że to była moja decyzja, że mogłam zablokować tę propozycję, gdybym naprawdę chciała. Postanowiłem nie brać siebie zbyt poważnie.

Lesley: Więc jak mam to zapisać?

Jessica: Może…cóż, „egoizm”, „Konsensus osłabia egoizm” Coś w tym stylu.

Mac: Świetnie. Co jeszcze?

Nat: Dla mnie fajną rzeczą w konsensusie jest to, że każdy ma włączony mózg. Nie kładę się po prostu spać, jak to robiłem na większości spotkań, na jakich kiedykolwiek byłem, ponieważ to, co myślę, może mieć jakiś wpływ na to, co się dzieje, w dowolnym momencie.

Sara: Poza tym musisz słuchać tego, co mówią inni.

David: Właściwie to jest jedna z rzeczy, które bardzo lubię w procesie konsensusu. W polityce większościowej zawsze starasz się, aby pomysł przeciwnika wyglądał na zły, więc motywacją jest zawsze sprawienie, by jego argumenty wydawały się głupsze, niż są w rzeczywistości. W konsensusie próbujesz znaleźć kompromis lub syntezę, więc motywacją jest zawsze szukanie najlepszej lub najmądrzejszej części argumentów innych ludzi.

Chris: Napisałbym „kreatywność”. Niektóre z najpiękniejszych przykładów konsensusu, jakie kiedykolwiek widziałem, to sytuacja, w której wszyscy wydają się skłóceni, masz dwie różne propozycje i wydaje się, że nie ma możliwości ich pogodzenia, zaczyna wyglądać na to, że grupa jest podzielona 50/50 i wszyscy zaczynają kopać się po kostkach, a potem nagle ktoś po prostu wyskakuje z zupełnie nowym pomysłem i wszyscy natychmiast mówią: „Och, dobrze. Zróbmy to w takim razie tak”.

Mac: Właściwie to naprawdę ważna kwestia, ponieważ powszechnym nieporozumieniem jest to, że konsensus dotyczy głównie kompromisu, więc wtedy krytycy powiedzą, że proces konsensusu oznacza, że kiedy podejmujesz decyzję, zawsze ma ona tendencję do wychodzenia jako taka niepewna. To nieprawda. Czasami chodzi o kompromis. Ale chodzi też o pozostawienie rzeczy maksymalnie otwartych na zbiorową kreatywność, więc czasami, zamiast próbować znaleźć kompromis, możesz po prostu wymyślić zupełnie nową propozycję.

Megan: Poza tym możesz podejmować decyzje tak radykalne, jak grupa je podejmująca…

[I tak dalej. Na koniec spędziliśmy minutę lub dwie rozmawiając o wyzwaniach i pułapkach, głównie o niebezpieczeństwach „konsensusu przez wyniszczenie”, kiedy zdeterminowana mniejszość próbuje zmęczyć wszystkich innych, ale większość z nich została już wpisana w sekcję „nie działa” .]

HISTORIA

Mac: Zrobię to krótko. Oczywiście istnieje wiele społeczności rdzennych Amerykanów, które od tysięcy lat podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jednak w Stanach Zjednoczonych proces konsensusu naprawdę cofa się do kwakrów; zaczął być przyjmowany przez grupy aktywistów w ruchu antywojennym i antynuklearnym w latach 70., w który zaangażowanych było wielu kwakrów. Były sekcje ruchu praw obywatelskich, które wykorzystywały konsensus, SNCC, ale inne, takie jak Southern Christian Leadership Council, już nie. SDS i inni aktywni w ruchu antywojennym lat 60. również do pewnego stopnia wykorzystywali konsensus.

W latach 70. feministki naprawdę zmieniły i rozwinęły tę ideę, wiele grup feministycznych przyjęło konsensus jako rodzaj antidotum na niektóre z bardziej nieprzyjemnych stylów przywództwa macho z lat 60, i tam naprawdę powstał ten rodzaj konsensusu, który używamy obecnie. Stamtąd został przyjęty w kampaniach antynuklearnych w latach 70. i 80. i został szeroko zaadoptowany w ruchu ekologicznym, szczególnie w radykalnych grupach ekologicznych, takich jak Earth First!. To stamtąd tak naprawdę przeszedł do DAN.

Ruch związkowy nie posługuje się konsensusem. Korzystają z Reguł Porządku Roberta(Robert’s Rules of Order). Nawet jeśli solidarność robotnicza jest dużą częścią DAN. To może czasem doprowadzić do konfliktu kulturowego. Właściwie w grupie Policja i Więzienia czasami mamy te same problemy, ponieważ wiele grup, z którymi pracujemy, jest zorganizowanych zupełnie inaczej.

Nat: Tak, zawsze się zastanawiałem: czy robimy rzeczy w ten sposób, ponieważ uważamy, że jest to najbardziej efektywne, czy też pomysł, że tak będzie działać w przyszłości, że zaczynamy tworzyć nasze marzenia dzisiaj.

Jim: No cóż, najlepiej byłoby po trochu obu.

Sara: Ale mówisz, że Związki tak naprawdę nie przyjęły konsensusu. Czy były więc jakieś próby zastosowania tych pomysłów do organizacji miejsc pracy, lub cokolwiek, jak sądzę, poza planowaniem działań lub małych spółdzielni i tym podobnych?

Jim: To z pewnością nie jest nieznane. IWW na pewno przeprowadziła kilka eksperymentów z kolektywizacją, przedsiębiorstwami prowadzonymi przez pracowników, które…jestem prawie pewien, że działały w ramach pewnego rodzaju procesu konsensusu. i faktycznie istnieje spora liczba organizacji non-profit, a nawet kapitalistycznych firm, które wykorzystują jakąś wersję konsensusu w swojej codziennej działalności. Gdzieś widziałem listę: w rzeczywistości jest zaskakująco długa. Wszystko, od amerykańskiej służby leśnej po Saturna i Harleya-Davidsona, i oczywiście prawie każdą dużą korporację, powiedzmy, w Japonii, działa na zasadzie pewnego rodzaju konsensusu. Ale takie przykłady pokazują również, że jest konsensu i jest konsensus; realizujesz nawet bardzo egalitarno-pozorny proces w ramach tego, co wciąż jest całkowicie hierarchiczną, odgórną organizacją, a sam proces staje się formą przymusu lub ucisku, sposobem ciągłego wymuszania na tobie udawania, że zgadzasz się z decyzjami, w których nic nie masz do gadania.

TERMINOLOGIA

Podstawowe pojęcia, zgodnie z nową kartką na ścianie, to:

  • PROPOZYCJE

  • PRZYJAZNE POPRAWKI

  • ODEJŚCIE NA BOK i BLOKI

  • ZMODYFIKOWANY KONSENSUS

Lesley: Zatem zakładam, że jesteście zaznajomieni z podstawową strukturą spotkań DAN. Zwykle mamy dwóch facylitatorów, jednego mężczyznę, jedną kobietę, i zwykle na zmianę, w dowolnym momencie, jeden z nich prowadzi dyskusję, a drugi zarządza listą mówców. Utrzymywanie listy jest w rzeczywistości ważną umiejętnością, ponieważ nie chcesz zostawiać ludzi stojących tam z podniesionymi rękami przez dziesięć minut, dopóki nie zostaną wywołani. Chcesz móc przyciągnąć ich uwagę, kiwnąć głową lub wysłać jakiś mały sygnał, że są na liście, a następnie śledzić kolejność, nawet jeśli niekoniecznie wiesz, kim oni są, więc możesz musieć wywołać „kobieta w zielonej koszuli” lub „mężczyzna w czerwieni z przodu”. W takim przypadku ważne jest, aby być konsekwentnym. Zawsze używam koloru koszuli, jeśli nie pamiętam imienia. Oczywiście nie będziesz wołał „gruba laska z przodu” lub „facet z gigantycznym kolczykiem w nosie”, ale zdziwiłbyś się, jak prawie wszystko, czym kogoś wyróżniasz, może mieć subtelny efekt w sprawieniu, że czują się wyobcowani lub…no cóż, wyróżnieni. Więc utrzymuj jednolite nazwy.

W każdym razie: Propozycje, propozycja to sugestia co do sposobu działania, którą ktoś stawia przed grupą. Propozycje mogą być przedstawiane przez osobę lub przez grupę, w DAN zwykłą ideą jest to, że ważne propozycje są przedstawiane Generalnej DAN przez przedstawicieli jednej z grup roboczych. Ale nie musi tak być, każdy może coś zaproponować.

Sara: Czy propozycja musi być spisana?

Lesley: Nie. Prosimy grupy robocze o przedstawienie swoich propozycji na piśmie, ale w połowie przypadków nie pamiętają, a propozycje poszczególnych osób prawie nigdy nie są spisywane.

Ktoś: Czy propozycja musi odnosić się do sposobu działania?

Lesley: Właściwie to dobre pytanie. Czy musi? Cóż, myślę, że to zależy od tego, jak zdefiniujesz ten termin. Na przykład, kiedy po raz pierwszy tworzysz grupę, musisz dojść do konsensusu wokół swoich zasad jedności. Albo możesz uzgodnić, powiedzmy, popieranie czyjegoś działania lub tekst jakiejś literatury popularyzatorskiej. Ale ogólnie rzecz biorąc, jest to coś, co chcesz zrobić. Jedyną rzeczą, do której na pewno nie używasz konsensusu, są kwestie definicji: czy interwencja USA w Somalii powinna być uważana za przykład imperializmu czy coś w tym rodzaju. Nie próbujesz zdefiniować rzeczywistości. Próbujesz zdecydować, co zrobić.

David: Więc nigdy nie znajdziesz się w takiej sytuacji jak w ISO, albo, myślę, że to była ich brytyjska filia, SWP, gdzie słyszałem, że wszyscy antropolodzy zostali ostatnio usunięci, ponieważ nie zgadzali się z linią partyjną, że ludzie naprawdę stali się ludźmi dopiero w neolicie. (Nie wiem, czy to naprawdę prawda.)

Mac: Tak, cały pomysł polega na upewnieniu się, że takie szalone gówno nigdy się nie wydarzy. O ile nawet mówimy o takich pytaniach, jak „czy jesteśmy organizacją antykapitalistyczną?”, „czy jesteśmy przeciwni wszelkim formom hierarchii?”, będzie to zawarte w deklaracji misji lub zasadach jedności. A te są ważne, ponieważ są podstawą blokowania. Ale staramy się również ograniczać te do punktów, które będą miały jakiś wpływ na akcję.

Lesley: Tak więc ogólnie rzecz biorąc, propozycja jest propozycją działania, przedstawioną grupie. Jako facylitator pierwszą rzeczą, którą robisz, gdy ktoś składa propozycję, jest proszenie o pytania wyjaśniające: upewnienie się, że wszyscy dokładnie wiedzą, co jest proponowane. Następnie pytasz, czy ktoś ma jakieś obawy: problemy, jakie taki sposób działania może spowodować, powody, dla których może to nie być najlepszy sposób działania. (Jako facylitator przekonasz się, że czasem trudno jest odróżnić pytania wyjaśniające od obaw). Czasem w tym momencie, staje się jasne, że propozycja wzbudza silne uczucia, a osoba, która ją przedstawia, może po prostu zdecydować ją wycofać. Alternatywnie, ludzie mogą zaproponować jedną lub więcej przyjaznych poprawek, aby rozwiązać problemy, które, jeśli osoba składająca propozycję je zaakceptuje, stają się częścią propozycji.

Jim: Dobrze mieć do tego skrybę, kogoś, kto wszystko spisuje, gdy trzeba przeformułować propozycję w obecnej formie.

Lesley: Albo ktoś może, zamiast tego, zdecydować się na przedstawienie alternatywnej propozycji. Albo możesz skończyć z całą ich masą. Chociaż zwykle robi się naprawdę bałagan, jeśli przejdziesz przez dwie lub trzy.

Mac: Istnieją techniki pozbycia się irytujących propozycji, których nikt tak naprawdę nie lubi. Na przykład w Policji i Więzieniach czasami mówimy „może powinniśmy utworzyć grupę roboczą, aby to przedyskutować” i przekazujemy arkusz rejestracji dla grupy roboczej. A potem oczywiście nikt się nie zapisuje.

Lesley: Ale to jest główna rola facylitatora: przeprowadzić grupę, wyjaśnić, jakie są propozycje, jakie problemy lub problemy mogą mieć z nimi ludzie, czy trzeba coś dodać lub zmienić. To może być naprawdę trudne, jeśli na stole jest więcej niż jedna propozycja. W takim przypadku możesz skorzystać z szeregu narzędzi. Możesz rozpytać wszystkich i poprosić, aby zastanowili się nad pytaniem. Możesz też wypróbować niezobowiązującą sondę: podniesienie rąk. To nie to samo, co głosowanie, ponieważ w rzeczywistości nie jest to sposób na podjęcie decyzji, ale może dać ci poczucie pokoju i często, jeśli odkryjesz, że jedna propozycja ma bardzo silne poparcie, a druga prawie żadnego, to naprawdę wszystko, co musisz wiedzieć. Lub możesz przejrzeć każdą po kolei „czy ktoś nadal ma poważne obawy związane z propozycją nr 1?”

Jim: Należy pamiętać, że propozycje niekoniecznie muszą się wzajemnie wykluczać.

Lesley: Tak, jedyną rzeczą, do której zawsze chcesz zachęcić ludzi, jest przełamanie dychotomii, wskazanie, w jaki sposób ludzie mówią to samo. Nawet w bardzo praktycznych sprawach zadaniem facylitatora jest próba zdefiniowania wspólnego gruntu: „Więc słyszę bardzo silnie, że do wtorku nie powinniśmy robić nic bardzo bojowego, a także wiele obaw, żebyśmy nie zagrozili otaczającej społeczności. Czy jest ktoś, kto uważa, że nie powinniśmy w ogóle podejmować działań bojowych, nawet we wtorek?”…

Jim: Albo może pójść w drugą stronę. Jeśli będziesz powtarzać propozycje, możesz czasami odkryć, że ludzie w rzeczywistości inaczej interpretują słowa i tak naprawdę są bardzo różne pomysły na to, co się dzieje.

Lesley: Na koniec, miejmy nadzieję, sprowadziłeś rzeczy do jednej propozycji i jesteś w takim punkcie, że próbujesz znaleźć konsensus. W tym momencie pytasz, czy są jakieś stanie z bokulub bloki. Teraz, w przypadku odejścia na bok, istnieją właściwie różne interpretacje tego, co to oznacza. Jednym z nich jest to, że właściwie mówisz: „Sam nie będę brał udziału w tej akcji, ale nie mam problemu z wykonaniem jej przez resztę grupy”. Innym jest to, że jesteś przeciwny temu pomysłowi, ale nie czujesz, że jest to tak poważny problem, że opuściłbyś grupę z tego powodu. Jest to sposób na zarejestrowanie drobnego sprzeciwu i ważne jest, aby po osiągnięciu konsensusu dać każdemu, kto stał z boku, szansę na wyjaśnienie, dlaczego sprzeciwili się, i zapisanie ich w notatkach ze spotkania, jeśli tego chcą.

Jeśli w grupie dwudziestu jest dużo stania z boku, powiedzmy pięć lub sześć, to jest to poważny problem. Oznacza to, że w pewnym momencie proces się załamał, ponieważ ci ludzie powinni mieć możliwość wyrażenia swoich zastrzeżeń, zanim do tego doszło.

Jeśli chodzi o bloki, to naprawdę fajnie jest wiedzieć, że możesz zablokować propozycję, że jeśli czujesz to tak mocno, możesz zatrzymać propozycję przed startem, ale w zasadzie jest to zabezpieczenie. Jeśli to zrobisz, sprawy mogą stać się brzydkie. Ponieważ zasadniczo mówisz: „to narusza podstawowe zasady organizacji i nie mogę na to pozwolić”.

Mac: Oczywiście jest to również całkowicie krytyczne, ponieważ bez możliwości blokowania nie jest to konsensus. Dlatego próbowaliśmy uzyskać jakiś mechanizm blokowania w Continental DAN, chociaż trudno jest wymyślić, jak można to zrobić w dużej strukturze federacyjnej.

Lesley: Nie można tego lekceważyć. Zwykle, jeśli blokujesz, ryzykujesz odizolowaniem się, ludzie często będą kuszeni, by nękać blokującego, dlatego ważne jest, aby pamiętać o tym jako facylitator i upewnić się, że ta osoba jest szanowana.

Jim: Jedna osoba, którą kiedyś widziałem, to było jak najgorszy koszmar facylitatora, to było na konwencji anarchistycznej, i tam był jeden facet, który po prostu zablokował wszystko, ponieważ był zasadniczo przeciwny konsensusowi. Nigdy nie jestem do końca pewien, gdybym był facylitatorem, co byłbym w stanie to zrobić. [patrzy na Maca]

Mac: Cóż, blok ma opierać się na zasadach założycielskich lub powodach bycia grupą, więc powiedziałbym, że na tej podstawie można go kwestionować. Jeśli grupa opiera się na konsensusie, trudno jest zobaczyć, jak blokowanie, bo lubisz konsensusu, może być z tym spójne. To jest definicja bloku pozbawionego podstaw.

Jim: Tak, ale czy nie jest to również podstawowa zasada podejmowania decyzji poprzez konsensus, że nie można kwestionować motywów innych aktywistów? Musisz dać im korzyść z domniemania uczciwości i dobrych intencji. Jak więc rzucić im wyzwanie?

Mac: Cóż, kiedy mówisz „blok bez podstaw”, myślę, że oznacza to, że nie jest zakorzeniony w zasadach jedności grupy. Nie mówisz, że dana osoba jest osobiście pozbawiona zasad. Wygląda na to, że masz do czynienia z osobą, która jest całkowicie szczera i kieruje się swoimi motywami, to po prostu nie są zasady grupy. Co rodzi pytanie, dlaczego w ogóle przyszła na to spotkanie. Powiedziałbym mu: dlaczego nie dołączysz do grupy, której zasady się podobają, a jeśli tak nie jest, spróbujesz założyć nową?

Christa: Ale myślałam, że idea bloku polega na tym, że mówisz „to jest dla mnie kwestia tak ważna, że z tego powodu byłabym skłonna opuścić grupę”? Niekoniecznie kwestia zasad założycielskich.

Mac: Cóż, nie musi tak być, choć to prawda, że niektórzy tak to interpretują.

Chris: Na A16, w mojej grupie afinicji, mieliśmy propozycję zbudowania blokady drogowej z materiałów z pobliskiego placu budowy, a ktoś ją zablokował, ponieważ uważał, że nie mamy prawa zabierać rzeczy, które nie należą do nas i nie mają nic wspólnego z IMF czy Bankiem Światowym. Ale nasza grupa afinicji w rzeczywistości nie miała żadnych formalnych zasad jedności. Jak więc miałoby to być uzasadnione?

Lesley: Cóż, zwykle chodzi o to, że albo mówisz, że propozycja narusza twoje zasady założycielskie, albo, że narusza podstawowe powody istnienia lub cele grupy. Więc jest miejsce do interpretacji. Ale ogólnie rzecz biorąc, nie chcesz być superlegalistyczny w tego typu sprawach. A może lepiej powiedzieć, że jeśli ludzie zaczynają być superlegalistyczni, to zazwyczaj jest to znak, że masz prawdziwy problem w grupie.

Megan: W pewnym momencie, na A16, byliśmy pod więzieniem, było nas około sześćdziesięciu osób, które robiły więzienną solidarność. Spodziewaliśmy się, że nasi prawnicy będą mogli zobaczyć aresztowanych, ale gliniarze odprawili ich wszystkich. Niektórzy z nas chcieli wnieść naprawdę głośny i wyzywający protest. Była tam ekipa z marionetkami i perkusjami, której naprawdę wpadł na pomysł zorganizowania wielkiej parady wokół więzienia. Ktoś jednak zauważył, że przetrzymywano tam nie tylko aktywistów, że były rodziny innych więźniów, które też chciały się dostać. Utworzyliśmy krąg i zastanawialiśmy się, co robić. Gdybyśmy wzniecili zamieszanie, nie mówiąc już o próbie zamknięcia, wszyscy ci inni nie mogliby dostać się do środka. Ktoś zablokował wszystko, co mogłoby narobić tyle hałasu, że sprawiłoby to problemy innym odwiedzającym. Więc niektórzy z ludzi od marionetek ogłosili, „Nie mamy konsensus, więc założymy nową grupę afinicji dla osób, które nadal chcą zrobić paradę”.

Mac: Cóż, tak, możesz mieć pewne, hm, kreatywne rozwiązania tego rodzaju impasu.

Christa: Więc mieli paradę?

Megan: Właściwie nie jestem pewna, co się stało. Mniej więcej wtedy odeszłam. Myślę, że mieli paradę, ale była ona o wiele bardziej dyskretna, niż pierwotnie zamierzali. Co więcej, myślę, że duży problem polegał na tym, że blokerka była nowicjuszką, większość ludzi jej nie znała, co komplikowało sprawę.

Lesley: Właściwie to kolejna rzecz, z którą facylitatorzy muszą wymyślić sposoby radzenia sobie, ponieważ jeśli pojawi się nowa osoba, często nie będą traktowani tak poważnie.

Sara: Czy można kiedykolwiek sprowadzić się do otwartego kwestionowania motywacji blokera? Na przykład, właściwie nie wiesz, czy ta kobieta nie była gliną.

Mac: Cóż, przypuszczam, że w takim razie mógłbyś, ale byłbym bardzo ostrożny, by publicznie sugerować, że ktoś może być gliną.

Lesley: Właściwie, to powiedziałbym, żeby nie. Nie możesz kwestionować motywacji osoby. To kwestia podstawowej zasady. Ale możesz kwestionować ich rozumowanie. Lub, jako facylitator, możesz spróbować przeformułować rzeczy, zapytać osobę: „Czego byś potrzebowała, aby czuć się komfortowo z propozycją?”. To znaczy, jeśli masz pewność, że ktoś jest gotowy do zablokowania. A jeśli faktycznie zablokują, to czasami dobrym pomysłem jest zasugerowanie, aby blokujący dołączył do grupy roboczej, która pierwotnie przedstawiła propozycję, lub, w każdym razie, współpracował z kimkolwiek, aby sprawdzić, czy nie mogą wymyślić jakiegoś rodzaju alternatywy, z którą mogliby żyć.

Co w rzeczywistości prowadzi do innej koncepcji, zmodyfikowanego konsensusu. Sama DAN tak naprawdę nie zdecydowała, czy ma możliwość skorzystania z tego, ale…

Neala: Chwileczkę: myślałam, że tak.

Mac: No tak, technicznie myślę, że to jest w naszych zasadach, ale tak naprawdę nigdy nie zdefiniowaliśmy, co to oznacza w praktyce.

Lesley: Zmodyfikowany konsensus byłby, na przykład, jeśli masz tylko jeden lub dwa bloki, ale inni uważali, że przeprowadzenie sprawy jest absolutnie niezbędne, możesz mieć opcję, aby przejść do głosowania ważonego: powiedzmy, większość dwóch trzecich lub siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt procent. Czasami nie uda się nawet uzyskać takiej większości, ponieważ fakt, że jedna osoba czuła się na tyle mocno, by zablokować, wystarczy, aby przekonać wiele innych osób do zmiany zdania i zagłosowania przeciwko tej propozycji. W każdym razie istnieją inne formy zmodyfikowanego konsensusu: na przykład konsensus minus jeden, w którym jeśli ktoś blokuje, sprawdzasz, czy jest przynajmniej jeden inny członek grupy, który uważa, że jego argument jest na tyle przekonujący, że go poprze. Niektóre grupy stosują konsensus minus dwa lub trzy i tak dalej. W każdym razie najważniejszą rzeczą jest to, że jest to ostateczność; używasz jej tylko wtedy, gdy zrobiłeś wszystko, co możliwe, aby uzyskać konsensus, a po prostu nie możesz. Byłem zaangażowany w wiele grup ze zmodyfikowaną opcją konsensusu, ale nie w takiej, w której faktycznie musieliśmy z niej korzystać, z czego bardzo się cieszę, że mogę to powiedzieć, ponieważ cały pomysł sprawia, że czuję się naprawdę nieswojo. Nikt nigdy nie był w stanie mi wyjaśnić, w jaki sposób cała idea tak naprawdę zgadza się z zasadą konsensusu.

Jim: Grupy, które naprawdę najczęściej używają zmodyfikowanego konsensusu, to bardzo duże grupy, takie jak rady delegatów, w których ludzie tak naprawdę się nie znają, a czasami po prostu nie masz czasu, aby pozwolić jednej osobie przejąć kontrolę nad procesem.

George: Czy nie miał być przypadku jednego oddziału DAN na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie niektórzy ludzie z ISO chcieli pokazać, że konsensus nie może tak naprawdę działać, więc po prostu wszystko zablokowali? Coś w rodzaju tego, o czym mówił Jim na zjeździe anarchistów.

Jim: Och. Nie słyszałem o tym.

Mac: [wzdycha] Tak, to był DAN z San Francisco. To prawie zniszczyło grupę. Było tylko trzech ludzi z ISO, ale próbowali systematycznie sabotować proces, aby zmusić ludzi do przejścia na głosowanie większościowe.

David: Co w końcu zrobili?

Mac: Cóż, pewnego dnia odbyło się spotkanie, na którym ludzie z ISO się nie pojawili, więc wszyscy natychmiast przedstawili propozycję, aby grupa działała na zasadzie konsensusu minus trzy.

NARZĘDZIA I ZASADY

Jim: Pomyśleliśmy więc, że zakończymy narzędziami i zasobami dla facylitatorów, z których możesz chcieć lub możesz nie chcieć korzystać. Pierwszym z nich jest osoba z zegarkiem. Jest to ważne, ponieważ tworząc agendę, zdecydowanie chcesz, aby ludzie zgodzili się, ile czasu chcesz przeznaczyć na każdy punkt, ale nie ma sensu tego robić, chyba że ktoś zwraca na to uwagę i jest w stanie powiedzieć wszystkim, że czas na dyskusję jest i ktoś będzie musiał zaproponować przedłużenie, jeśli mamy iść dalej. Lubię pilnować czasu, ale niektórzy wskazują taką osobę lub zlecają to współprowadzącemu.

Jest też skryba, co moim zdaniem jest naprawdę ważne. Zwłaszcza jeśli jest to przed wielką akcją i jest mnóstwo informacji do śledzenia, a nie możesz zakładać, że wszyscy w pokoju robią notatki. W przeszłości często zapominałam upewnić się, że jest protokolant, a czasami to naprawdę mnie prześladowało, ponieważ ludzie mieli inne wspomnienia dotyczące tego, co tak naprawdę postanowiliśmy. Na dużych oficjalnych spotkaniach DAN chcesz się upewnić, że przynajmniej jest ktoś, kto zapisuje wszystkie propozycje, dokładnie to, co zostało uzgodnione, ze wszystkimi przyjaznymi poprawkami i tak dalej. Przydatne jest również prowadzenie stałego rejestru ważnych decyzji w miejscu publicznie dostępnym, takim jak strona internetowa, ponieważ staje się to instytucjonalną pamięcią grupy. Jeśli nie, może to stać się podstawą struktury niejawnej władzy, ponieważ niektórzy ludzie mają natychmiastowy dostęp do tych informacji tylko dlatego, że są w pobliżu od dłuższego czasu lub śledzą je, mogą nagle przerwać dyskusję i powiedzieć „ale chwila! już tak zdecydowaliśmy rok temu”, a inni po prostu nie wiedzą. Jedną z kluczowych rzeczy, jakie można znaleźć w grupie egalitarnej, jest to, że dostęp do informacji staje się główną podstawą wyłaniających się struktur władzy, więc musisz zrobić wszystko, co możliwe, aby spróbować zdusić tego rodzaju rzeczy w zarodku.

Co jeszcze?


Woda. Bardzo pomocne jest posiadanie przy sobie małej butelki wody podczas spotkania. To nie tylko dla facylitatorów, każdy powinien mieć dostęp do wody. Jeśli czujesz, że masz tak suche gardło, że ciągle sięgasz po wodę, to dobry znak, że mówisz za dużo i powinieneś się zamknąć.

Lesley: Jedzenie też. Nie jest złym pomysłem, aby mieć coś do jedzenia na tyłach sali, zwłaszcza jeśli spotkanie może trwać godzinami. i powinieneś zwrócić uwagę, aby nie było innych czynników, które mogą powstrzymywać niektórych ludzi przed uczestnictwem w twoich spotkaniach: na przykład brak opieki nad dziećmi lub tłumaczy.

Mac: Rozmawialiśmy już o sondażach. Jeśli masz na tapecie różne propozycje, jest to przydatna technika oceny ludzkich uczuć. Ponadto, jeśli jest to coś, co nie mogłoby się odwrócić z zasady, na przykład, czy powinniśmy mieć następne spotkanie we wtorek czy w środę, czasami wystarczy sonda. Um, co jeszcze?

Jessica: A co z sygnałami ręcznymi? W kooperatywie, w której brałem udział w Oberlin, mieliśmy całą serię sygnałów ręką: facylitator mógł poprosić ludzi o odczucia wobec oświadczeń, a ty odpowiadałaś albo kciuk w górę, w dół, albo w bok, jeśli jesteś niezdecydowany.

Mac: Każdy używa innych. W DAN oczywiście migoczemy, wiesz, machając palcami w powietrzu, by wyrazić silne poparcie lub aprobatę dla propozycji lub czyjegoś punktu, chociaż kilka osób uważa, że cała idea „migotania” to coś w rodzaju kalifornijskiego zwyczaju.

Jessica: W Oberlin robiliśmy „pukanie”, zaciskasz pięść i gestykulujesz w ten sposób.

Mac: Jest ich milion. Niektórzy używają małych diabelskich palców, wiesz, jakbyś umieścił palce za głową kogoś na zdjęciu, jeśli masz sześć lat i myślisz, że takie rzeczy są naprawdę sprytne?

Lesley: Ale jest kilka standardowych, które są przydatne. Wiele grup używa gestu w celu „bezpośredniej odpowiedzi”, jeśli ktoś wypowiada się, a Ty masz faktyczne informacje, które odnoszą się bezpośrednio do tego, ale bardzo bezpośrednio, na przykład „nie, odwołali to wydarzenie” lub jeden mówca rzeczywiście pyta Ci pytanie i chcesz odpowiedzieć. Musisz być bardzo ostrożny z tym. Ponieważ naprawdę nie chcesz, aby wszystko przeszło w interakcję, co oznacza, że możesz skończyć z jakimś rodzajem rywalizacji ego między dwojgiem ludzi, a wszyscy inni są zirytowani i wykluczeni. Zwykle lepiej jest trzymać się listy i pozwolić, by rozmowa była trochę frustrująco zawiła, niż dać ludziom wymówkę, by byli zarozumiali i zdominowali rozmowę. Jest też mały trójkąt, który tworzysz opuszkami palców, który oznacza „punkt procesu” – to kolejny sposób na wcięcie się w listę, ale to tylko komentarze, które piszesz bezpośrednio do moderatora, na przykład „czy nie mamy nadal dyskutować nad drugą propozycją?” lub „czy nie zdecydowaliśmy już o tym w zeszłym tygodniu?”.

Christa: Mam pytanie dotyczące rund dookoła. Czy uważasz je za skuteczne? i kiedy ich używasz?

Lesley: Musisz uważać na rundy. To dobry sposób, aby zachęcić ludzi, którzy mogą być zbyt nieśmiali lub niepewni siebie, do wyrażenia swojej opinii, ale zajmuje to dużo czasu. Zdecydowanie musisz ustalić limity czasowe. Nawet jeśli pozwolisz, powiedzmy, na minutę na mówcę, jeśli w sali jest sześćdziesiąt osób, to jest godzina. Więc są najlepsza dla małych grup. Z drugiej strony, jeśli jest to mała grupa i jest to bardzo ważne, możesz nawet spróbować dwóch rund, aby zobaczyć, czy pomysły ludzi ewoluują, gdy słyszą, co inni ludzie mają do powiedzenia. Jeśli jest to duża grupa, lepiej wrócić do starej sztuczki „po prostu posłuchajmy od ludzi, którzy do tej pory nie rozmawiali”. To ostatnie jest przydatne, ponieważ, powiedzmy, jeśli biali mężczyźni całkowicie dominują w rozmowie i żadna z kobiet ani osób kolorowych nie mówi, możesz to zauważyć, choć brzmi trochę protekcjonalnie, gdy powiemy „dla odmiany posłuchajmy niektórych kobiet” Lub „posłuchajmy niektórych Afroamerykanów” Ale proszenie o ludzi, którzy jeszcze nie mówili, może mieć prawie ten sam efekt.

George: A co z całym „słyszeniem”?

Lesley: Co?

George: Wiesz, kiedy prowadzący mówi: „Słyszę dużo energii wokół idei tego a tego”.

Lesley: Cóż, zwykle jest to sposób na uchwycenie atmosfery pomieszczenia, zasugerowanie, że pojawia się jakiś rodzaj konsensusu ze strony grupy, przynajmniej wokół pewnych aspektów propozycji. Oczywiście to tylko sugestia. Po części jest to sposób na sprawdzenie, bo czasami, jeśli powiesz „och, nie wiem”, „słyszę duże poparcie dla idei jakiejś parady”, to ktoś od razu powie „Nie. Właściwie to uważam, że w ogóle nie powinno być jakiejkolwiek parady”.

Jim: Trochę nam tu kończy się czas, więc pozwólcie, że bardzo szybko rzucę kilka innych technik. Niektóre z nich to rzeczy, które, cóż, …na Zachodnim Wybrzeżu często mają obserwatora wibracji, którego zadaniem jest śledzenie emocjonalnej jakości pokoju. Jeśli ludzie są znudzeni, spięci lub źli, albo ktoś czuje się wyobcowany lub wykluczony, albo jeśli jest za gorąco lub za mało światła, wkraczają i interweniują. Tutaj zazwyczaj to facylitator musi śledzić te rzeczy, co może bardzo utrudnić, ponieważ jednocześnie żonglujesz tyloma innymi obowiązkami. Najważniejszą rzeczą jest jednak możliwość interwencji, jeśli sprawy stają się zbyt napięte i konfrontacyjne. Często, jeśli po prostu zorganizujesz przerwę, pozwól ludziom wstać, rozciągnąć się, niech ludzie wyjdą i zapalą papierosa lub napiją się wody, jeśli chcą, kiedy wrócą, cały nastrój jest zwykle inny i to, co wcześniej wydawało się poważnymi problemami, po prostu wygląda głupio lub nieważne. Niektórzy facylitatorzy sugerują nawet jogę lub ćwiczenia oddechowe.

Lesley: Lub jednym wielkim faworytem jest grupowe pocieranie pleców.

Mac: No i jeszcze jest cała idea komitetu pojednania. Jeśli jest blokada, czasami możesz poprosić o przerwę i skorzystać z okazji, aby porozmawiać z osobą składającą propozycję i osobą, która ją zablokowała, a może jedną lub dwiema innymi osobami, o których wiesz, że oboje im ufają i sprawdzić, czy nie możesz ich nakłonić do wspólnego wyjścia z pokoju, aby omówili całą sprawę, a następnie wrócili na spotkanie z nową propozycją.

Neala: Wiesz, nie miałabym teraz nic przeciwko małej przerwie na rozciąganie.

Co też zrobiliśmy. Po tym nastąpiło odgrywanie ról, w którym wykorzystaliśmy to, czego później się dowiedziałem, to klasyczne, proste odgrywanie ról do treningów konsensusu, w których nie masz zbyt wiele czasu: dwanaście osób zamawiających pizzę. Jeśli masz czas, możesz dodać różnego rodzaju komplikacje: różni uczestnicy potajemnie wręczają im skrawki papieru, informując ich, że namiętnie lubią anchois, są weganami i tak dalej. Zadanie polega na tym, aby sprawdzić, czy osoba o imieniu facylitator może przezwyciężyć te trudności w dość krótkim czasie, w tym przypadku dwie minuty, co było nieco śmieszne.

W szkoleniach, w których brałem udział – z których większość brałem udział w pomaganiu w organizacji, choć nigdy nie byłem głównym organizatorem – odgrywanie ról zajmowało coraz więcej czasu i stawało się coraz bardziej dopracowane. W jednym, osiem osób o różnych poglądach politycznych – marksiści doktrynerzy, wojowniczy anarchiści, reformistyczni ekolodzy – ale tylko jeden transparent, miało wymyślić hasło do napisania na nim (myślę, że skończyliśmy z „Palić banki, nie drzewa”); później mieliśmy ćwiczenie, podczas którego próbowaliśmy wkroczyć do oblężonego kościoła w Betlejem i ciężko uzbrojeni żołnierze izraelscy kazali nam się rozejść, co ostatnio spotkało jedneo z organizatorów (najskuteczniejszym podejściem, jak odkryliśmy, było wysłać jedną małą grupę do negocjacji, podczas gdy reszta próbowała przejść inną drogą). Być może najciekawsze był na innym szkoleniu, gdzie dwudziestu aktywistów przyjęło rolę dziennikarzy IMC w środku wielkiej akcji. Jedna z nich właśnie weszła z nagraniem wideo, które nakręciła, przedstawiając szefa policji mordującego z zimną krwią aktywistę; był tylko jeden egzemplarz; budynek został otoczony i policja zaczęła się wkraczać. To miało zilustrować granice konsensusu.

Jim poświęcił trochę czasu, aby wyjaśnić, jak ważne jest, aby zachować spokój jako facylitator; uspokoić się i skoncentrować wcześniej.

– Zawsze przychodzę pół godziny wcześniej, kiedy o niczym nie myślę, po prostu odpoczywam. Spacer po plaży lub w parku byłby idealny, jeśli to możliwe.

Następnie przeszliśmy do tego, jak faktycznie zorganizowane było spotkanie DAN, z pomocą niedawno ukończonego arkusza struktury, nieusuwalnym atramentem, z laminowanymi arkuszami na wierzchu, tak aby facylitatorzy mogli zapisać szczegóły na wierzchu magicznym markerem i wytrzeć go przed następnym spotkaniem.

Mac wyjaśnił, że na ostatnim spotkaniu DAN w końcu uzgodniliśmy podstawową strukturę szkieletową spotkań, która działa mniej więcej tak:

  1. ORIENTACJA (Zwykle trwa dziesięć do piętnastu minut, ponieważ ludzie się spóźniają. Tutaj robimy lodołamacze, zwykle ćwiczenie słuchania, rozmawiamy o celach spotkania)

  2. WPROWADZENIE (Wszyscy chodzą w kółko i mówią, kim są, w jakich innych projektach lub grupach roboczych mogą być aktywni)

  3. PRZEGLĄD AGENDY i POPRAWKI (Gdzie ludzie mogą dodawać punkty do agendy)

  4. OGŁOSZENIA ZDARZEŃ AWARYJNYCH (nie więcej niż dziesięć minut)

  5. RAPORTY GRUPY ROBOCZEJ (Dziesięć minut; w tym miejscu przekazujesz arkusze zapisów dla swojej grupy roboczej lub projektów lub wydarzeń)

  6. BIEŻĄCE SPRAWY

    1. Propozycje przedłożone przez wewnętrzne grupy robocze (po dziesięć minut każda)

    2. Nowe sprawy (maksymalnie sześćdziesiąt minut)

    3. Edukacja grupowa (właściwie nigdy tego jeszcze nie robiliśmy, ale jeśli mamy coś takiego jak wideo do pokazania, mówca z zewnątrz)

    4. DYSKUSJA NASTĘPNEGO SPOTKANIA (Imię nowego facylitatora itp.)

    5. OGŁOSZENIA KOŃCOWE

Po krótkiej dyskusji (pamiętaj, aby ludzie z ogłoszeniami określili, ile czasu im zajmie; jeśli raporty zwrotne z grup roboczych zaczną przekształcać się w długie dyskusje, przerwij je i wrzuć wszystko do Nowych Spraw itp.):

Jim: Bycie facylitatorem może być bardzo trudne i frustrujące. Może się wydawać, że próbujesz ciągnąć ludzi wbrew ich woli. Ale zawsze musisz pamiętać, że to nie jest relacja wrogości. Jeśli jesteś facylitatorem, grupa jest twoim sprzymierzeńcem. Chcą, abyś odniósł sukces.

Lesley: Lepiej, jeśli pozwolisz grupie samemu ustalić agendę, a zwłaszcza zdecydować, ile czasu przeznaczyć na różne punkty. Im częściej to robisz, tym bardziej nie będą mieli nic przeciwko, gdy powiesz „OK, czas minął”.

Różne grupy domagają się różnych stylów facylitacji. Jeśli ludzie są zbyt pasywni, łagodni i ugodowi, musisz stać się bardziej liderem. W przeciwnym razie każdy może biernie zgodzić się na decyzje, na które wszyscy będą później narzekać, i poczuje się, jakby ktoś na nich coś nałożył. Więc w takich przypadkach musisz upewnić się, że połowa osób w pokoju nie ignoruje potajemnie swoich zastrzeżeń. Spróbuj ich przekonać. Ponadto w przypadku większych grup często potrzebujesz bardziej praktycznego podejścia, silniejszego stylu facylitacji.

Często można usłyszeć, że niektórzy aktywiści nazywani są „silnymi facylitatorami” w tym sensie; ci zdolni do agresywnej interwencji, zwłaszcza w dużych grupach. Jest to uważane za cechę godną podziwu. Z mojego doświadczenia, co ciekawe, silnymi facylitatorami są prawie zawsze kobiety. Po części jest to prawdopodobnie spowodowane tym, że mężczyźni, którzy zachowują się w ten sposób, bardzo szybko działają komuś na nerwy. Ale jest również powszechną mądrością, że większość najlepszych facylitatorów to kobiety.

Konsensus zdefiniowany przez jego przeciwieństwo
I: Demokracja Amerykańska

Jak zauważyłem w rozdziale 5, konsensusowe podejmowanie decyzji przez długi czas było utożsamiane z pacyfizmem. Grupy, które kładą silny nacisk na niestosowanie przemocy, nadal często mają takie pretensje, widząc w niej jedyną formę podejmowania decyzji w pełni zgodną z ideałami pacyfistycznymi. Dzieje się tak z tych samych powodów, jak u wielu anarchistów: jeśli ktoś odmawia użycia siły fizycznej, aby zmusić innych do zaakceptowania decyzji grupowej, to każdy musi, przynajmniej na pewnym poziomie, wyrazić zgodę[61].

To dlatego Lesley uznała zmodyfikowany konsensus za pewien problem. Jeśli cała idea konsensusu polega na tym, że niczyja opinia nigdy nie jest zlekceważona, że nikomu nigdy nie powiedziano „Przepraszam, możesz nienawidzić tego pomysłu, ale mieliśmy głosowanie i przegrałeś, więc teraz nie obchodzi nas to, co ty o tym pomyślisz”, wtedy nie ma znaczenia, czy uzyskasz siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, czy nawet dziewięćdziesiąt pięć procent większości. Niektórym ludziom nadal będzie się mówiło, żeby się zamknęli i robili to, co im się każe. Ci, którzy wierzą, że zmodyfikowany konsensus jest czasami konieczny – a powiedziałbym, że obecnie jest to przytłaczająca większość anarchistów – zwykle wskazują, że, jak podkreślił Mac, konsensus, w przeciwieństwie do głosowania, nie jest tylko sposobem podejmowania decyzji. To proces. Podjęcie decyzji to dopiero ostatni krok. Jeśli ktoś szanuje proces, „ducha konsensusu”, jak niektórzy lubią mawiać, dokładna forma tego ostatniego kroku nie jest najważniejsza. W każdym razie nie jest tak, że mniejszość jest naprawdę zmuszana. Nikt nigdy nie jest zmuszany do wzięcia udziału w akcji, a facylitatorzy często przypominają wszystkim, aby w takich przypadkach nie robili niczego, co mogłoby wydawać się wywieraniem presji moralnej. Nawet jeśli jest to decyzja mająca wpływ na strukturę grupy, nikt ich nie zmusza do pozostania.

Podczas mojego pierwszego roku w DAN spędziłem dużo czasu, próbując zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi z tym „duchem konsensusu”. Oczywiście nie chodziło tylko o podejmowanie decyzji. Nie chodziło nawet o zachowanie podczas spotkań. Była to raczej próba – zainspirowana refleksją nad strukturą i przebiegiem spotkań – próbą ponownego wyobrażenia sobie, jak ludzie mogą żyć razem, rozpoczęcia – choć powoli, choć boleśnie – budowania prawdziwie demokratycznego sposobu życia. Odwieczny przykład zamawiania pizzy (nie mogę powiedzieć, ile razy widziałem użycie na szkoleniach) może być postrzegany na swój sposób jako oskarżenie skierowane w samo serce amerykańskich roszczeń do społeczeństwa demokratycznego. Jak często przeciętny Amerykanin siada, nawet w grupie czterech lub pięciu osób, i próbuje podjąć wspólną decyzję, w której wszyscy mają równy głos? Jasne, dzieci często robią to podczas zabawy. Ale dla dorosłych doświadczenie demokracji ogranicza się w dużej mierze do decyzji dotyczących jedzenia, a może filmów. U osób w wieku studenckim prawdopodobnie zdarza się to najczęściej przy zamawianiu pizzy; dla osób starszych, głównie przy wyborze restauracji.

Popularne koncepcje demokracji we współczesnych Stanach Zjednoczonych[62] można powiedzieć, że obracają się wokół dwóch pojęć: „wybór” i „opinia”. Oba są słowami, które, co istotne, prawie nigdy nie są używane przy podejmowaniu decyzji w drodze konsensusu.

Demokracja, jak się ciągle słyszy, oznacza, że ludzie mogą dokonywać wyborów. Wybierają między różnymi partiami lub kandydatami. Mogą nawet zdecydować się na głosowanie „tak lub nie” w referendum. Niemal zawsze jednak oni sami odgrywali niewielką lub żadną rolę w kształtowaniu rzeczy, między którymi dokonuje się tego wyboru. To oczywiście ideologia wyboru, która umożliwia postrzeganie demokracji i rynku jako ekwiwalentu: także wybór konsumenta oznacza wybór z szeregu opcji zaprojektowanych przez kogoś innego.

Wydaje mi się, że koncepcja „opinii” – osobistych opinii, opinii publicznej – wynika również z braku realnego doświadczenia partycypacyjnego podejmowania decyzji. W amerykańskich szkołach dzieci są zawsze proszone o wyrażenie swoich opinii. To spuścizna tradycji Deweya, dość samoświadoma próba nasycenia dzieci demokratycznym duchem. Problem w tym, że te opinie z reguły nie przynoszą efektu. Uczniowie mogą zostać poproszeni o decydowanie i wyrażanie, co myślą o wszystkim, od polityki zagranicznej USA po organizację zajęć gimnastycznych, ale doskonale zdają sobie sprawę, że opinie te nie mają wpływu na osoby faktycznie podejmujące decyzje, nawet w szkole. Trwa to przez całe życie. Myślę, że to jest to, co zwykle daje tak wiele „osobistych opinii”, które słyszy się w Ameryce, wyrażają ich dziwnie swobodny charakter, ich częsty ton arbitralności, zamykania się w sobie, nietolerancji, te właśnie cechy, które sprawiają, że wielu zakłada, że demokracja uczestnicząca w rzeczywistości nie byłaby możliwa. Sformułowanie „każdy ma prawo do własnej opinii” jest powszechnie używane jako zmyłka. Mają prawo do swojej opinii, ponieważ opinie nie mają znaczenia. Ci u władzy nie mają opinii. Robią politykę.

Zrozumienie tego może również pomóc w wyjaśnieniu niektórych luk w teorii politycznej. Jak zauważył Bernard Manin (1994), teoretycy od Rousseau do Rawlsa zawsze zakładają, że obywatele zaczynają od zbioru wcześniej istniejących interesów (zazwyczaj uważanych za zasadniczo materialne), a następnie postrzegają debatę polityczną – co anarchista nazwałby „procesem” – jako sposób, w jaki konkurują, szukają kompromisu, manewrują i ogólnie starają się uzyskać jak najwięcej tego, czego już wiedzą, że chcą. Pojęcie „opinii” doskonale pasuje do tej logiki. Zakłada się również, że opinie są wstępnie formułowane. W najlepszym razie można nimi manipulować lub wpływać na nie. Można je tak postrzegać tylko wtedy, gdy tak naprawdę nie ma narady, może poza rozmowami w barach lub przy kolacji. Jeśli obserwujemy, jak faktycznie działają procesy rozważania, jest całkowicie niemożliwe, aby aktorzy po prostu przenieśli istniejące wcześniej „opinie” lub „interesy” na jakiś polityczny rynek. W procesie obrad – a właściwie wszelkich obrad politycznych, chociaż proces konsensusu ma na celu maksymalizację tego – wszyscy nieustannie zmieniają zdanie, uczą się nowych informacji, utożsamiają się z różnymi perspektywami, zmieniają kwestie, mierzą i ważą argumenty na różne sposoby. ( – Cóż, ryzykując zaprzeczenie sobie, spróbuję innego podejścia – ogłosił Alexis podczas jednej z debat w Ya Basta! – Dlaczego nie? – odpowiedział Moose – Do diabła, zaprzeczyłem sobie już co najmniej trzy razy, po prostu na tym jednym spotkaniu.).

Przepaść dzieląca powszechne amerykańskie koncepcje demokracji i praktyki anarchistyczne jest tak wielka, że niektórzy anarchiści całkowicie odrzucają termin „demokracja”, woląc ograniczyć go do rządu przedstawicielskiego i rządów większości. Twierdzą, że demokracja jest formą rządu. Chcą stworzyć coś innego: anarchię. Szczególnie prawdopodobne jest, że zrobią to prymitywiści i hardkorowe typy antyorganizacyjne, a oni, co istotne, są tymi, którzy najprawdopodobniej odrzucą eksperymenty takie jak DAN jako same w sobie opresyjne – chociaż, przynajmniej wśród „małych a”, wydają się w zdecydowanej mniejszości. Większość anarchistów zaangażowanych w tworzenie szerszych sojuszy przyznaje, że według słów kolektywu CrimethInc (2003) „większość ludzi nienawidzi rządu i kocha demokrację. Anarchia: to po prostu demokracja bez rządu”

II: Trzy punkty kontrastu

Jedną rzeczą, która uderzyła mnie dosyć mocno podczas moich pierwszych miesięcy w Sieci Działań Bezpośrednich, było to, jak podobny był ten proces decyzyjny do sposobu podejmowania decyzji grupowych w społecznościach wiejskich na Madagaskarze, gdzie przeprowadziłem swoją pierwszą antropologiczną pracę terenową w latach 1989-1991. Główną różnicą było to, że proces DAN był o wiele bardziej sformalizowany i samoświadomy. W języku malaaskim nie było określenia „proces konsensusu”, tak właśnie podejmowano decyzje i zawsze tak było. O ile w ogóle można było mówić o tym, że było to „malgaskie” podejście do podejmowania decyzji, kontrastujące pod tym względem z typowymi dla instytucji uznawanych za zasadniczo obce, jak szkoły, zagraniczne przedsiębiorstwa czy urzędy państwowe.

Takie ideały są jednak zawsze do pewnego stopnia definiowane przez kontrast. Potrzeba tego jest, jeśli już, tym bardziej dotkliwa, gdy tworzy się coś nowego, w świadomej opozycji do panujących norm społecznych. Odkryłem, że dla większości zaangażowanych w DAN konsensus oznaczał nie zachowywanie się tak, jak robi się to w pracy, nie zachowywanie się jak członek sekciarskiej grupy marksistowskiej i nie angażowanie się w tego rodzaju debatę, która dominuje w Internecie.

Pozwolę sobie zilustrować:

1) Świat Pracy

Ten jest dość oczywisty. Każdy aktywista, który ma jakiekolwiek doświadczenie w pracy w sektorze korporacyjnym – a jest to przytłaczająca większość – prawdopodobnie będzie w stanie przedstawić głęboką różnicę między stylami interakcji międzyludzkich typowymi dla środowisk pracy i projektów aktywistycznych. Nowi na scenie mają tendencję do ciągłego mówienia o nowo odkrytych uczuciach wyzwolenia, solidarności, wolności, zaufania i tak dalej. Słyszałem, jak mówiono o objawach fizycznych, które nagle zniknęły – astmie, przewlekłych bólach głowy i tym podobnych – lub o nocnym wyzdrowieniu z przewlekłej depresji.

Kontrast ze światem pracy nie jest zaskakujący. W końcu praca jest zarówno miejscem, w którym większość dorosłych Amerykanów spędza większość czasu na jawie, jak i miejscem, w którym mają najbardziej regularne doświadczenie w hierarchicznej organizacji, w szczególności tam, gdzie mają do czynienia z tymi, którzy mogą wydawać im polecenia. Poza tym dorośli Amerykanie w dużej mierze radzą sobie z rozkazami lub ci, którzy mogą traktować ich bezkarnie podczas interakcji z biurokratami lub policją, domyślają się, że mogą zwyczajnie unikać tego tematu, gdy tylko jest to możliwe. Podczas gdy dla większości praca wymaga dużej współpracy i wzajemnego wsparcia, szczególnie w przypadku tych o równym statusie, arbitralność szefów jest dla większości anarchistów najbardziej bezpośrednią postacią wszystkiego, co nie powinno być w anarchistycznym podejmowaniu decyzji.

Odkryłem, że w DAN oskarżenia o despotyczne, autorytarne zachowanie pojawiały się najczęściej, gdy aktywiści angażowali się w role zbyt podobne do tych, do których byli przyzwyczajeni w świecie korporacji. To była pułapka, ponieważ trudno było jej uniknąć. Jeśli ktoś ma duże doświadczenie, powiedzmy, w technikach public relations lub montażu wideo, wniesienie własnej wiedzy do ruchu wydaje się oczywiste. Często jednak osobom przyzwyczajonym do korzystania z takich umiejętności w świecie korporacji niezwykle trudno jest całkowicie zerwać z nawykiem traktowania osób z mniejszym doświadczeniem jako podwładnych. Znam kilku, którzy świadomie unikają angażowania się w pracę zbyt podobną do tego, co robią w sektorze formalnym właśnie z tego powodu.

2) Grupy Sekciarskie

Ilość czasu, jaki anarchiści spędzają na narzekaniu na sekciarskie grupy marksistowskie, jest dość uderzająca; jest to tym bardziej w przypadku anarchistów zaangażowanych w grupy takie jak DAN, które często pracują w dużych koalicjach i których kontakt z marksistami wykracza poza zwykłe interakcje na wiecach, imprezach lub dzielenie od czasu do czasu celi więziennej. Muszą na bieżąco współpracować z członkami takich grup. Co więcej, każda duża grupa anarchistyczna może zawierać co najmniej jedną lub dwie osoby, które same były zaangażowane w jedną lub inną sekciarskich grup marksistowskich, tylko po to, by zrezygnować lub zostać wydalonymi. Zapewnia to zarówno poziom głębokich osobistych uczuć, jak i dość dokładną wiedzę o tym, jak faktycznie działają takie grupy. – Byłam tam przez dwa lata – powiedziała Marina, mówiąc o ISO. – Nie, język kultu jest zamierzony. Tak o tym mówimy. Naprawdę tak jest.

Oczywiście członkowie grup takich jak Międzynarodowa Organizacja Socjalistyczna (ISO – International Socialist Organization), Rewolucyjna Partia Komunistyczna (RCP – Revolutionary Communist Party), Światowa Partia Robotnicza (WWP – Worker’s World Party), a nawet Liga Młodzieży Spartystycznej, nie odnoszą się do siebie jako „sekciarzy”, a tym bardziej do członków ich organizacji frontowych. Kiedy nazywam ich „sekciarzami”, po prostu przyjmuję anarchistyczny punkt widzenia. Anarchiści mają tendencję do używania tego terminu bardzo szeroko, w zasadzie, w odniesieniu do każdej organizacji politycznej, która ma intelektualnego przywódcę i linię partyjną. Pozwolę sobie zatem podsumować ten stereotyp bez żadnych roszczeń w ten czy inny sposób co do jego prawdziwości:

Grupy sekciarskie są niezmiennie zorganizowane jako partie polityczne, nawet jeśli składają się tylko z piętnastu osób i nigdy nie rozważały kandydowania na jakikolwiek urząd publiczny. Są zorganizowane hierarchicznie, z charyzmatycznym przywódcą (niezmiennie mężczyzną), który jest jednocześnie głównym teoretykiem grupy. Ten przywódca jest uważany za założyciela własnej szkoły teorii marksistowskiej, ponieważ w zasadzie grupa postrzega siebie jako wyłaniającą się z pewnego teoretycznego rozumienia świata, a nie teoretycznego rozumienia wyłaniającego się z grupy. (Grupy maoistów na przykład odróżniają się od grup trockistowskich przede wszystkim dlatego, że akceptują, że chłopi, a nie tylko proletariusze, są potencjalnie rewolucyjną klasą. Jest to prawdziwe nawet w krajach, w których chłopi nie istnieją.). Komitet centralny grupy wykorzystuje tę analizę, aby dostarczyć wszechstronnej analizy sytuacji na świecie, wytyczając stanowiska w głównych kwestiach politycznych dnia, a często odpowiadając na pytania, które niektórzy mogą uznać za słabo związane z polityką. Rzekomo na przykład RCP stoi na stanowisku, że podczas gdy związki osób tej samej płci między kobietami można uznać za uprawnioną formę oporu wobec patriarchatu, związki osób tej samej płci między mężczyznami są burżuazyjną dewiacją. Chociaż wstępowanie do partii gejów nie jest surowo zabronione, ci, którzy publicznie nie zgadzają się z tym stanowiskiem, jak mi powiedziano, początkowo podlegają presji, a ostatecznie są usuwani.

Partia również przyjmuje stanowiska wobec wirtualnie wszystkich konfliktów świata (np. Czy popieramy autonomię lub niezależność regionu baskijskiego w Hiszpanii? Jakie jest nasze stanowisko w sprawie porozumień z Kioto?), podobnie jak oczekujący rząd i zastanawia się nad wydarzeniami z przeszłości, takimi jak sowiecka inwazja na Węgry lub czy rząd chiński miał rację, tłumiąc demonstrantów demokracji na placu Tiananmen. Te stanowiska są zwykle publikowane głównie w gazetach partyjnych. Uroczystym obowiązkiem każdego członka partii jest sprzedaż jak największej liczby egzemplarzy tych gazet, zarówno w celach zbierania funduszy, jak i propagandy. Zaangażowanie i lojalność członka partii często mierzy się tym, ile gazet w danym miesiącu udaje mu się wyładować. Dla anarchisty najłatwiejszym sposobem zidentyfikowania sekciarza na pokazie jest szukanie stosu gazet pod jego pachą. Wreszcie, podczas gdy grupy sekciarskie regularnie wspierają i bardzo ciężko pracują dla kampanii organizowanych przez innych lub same inicjują znacznie szersze koalicje, zawsze robią to albo z myślą o przejęciu kontroli nad tą koalicją, albo przynajmniej, wykorzystanie jej do realizacji własnego programu strategicznego, jakkolwiek pomyślanego.

Kilka cech tutaj się ujawnia. Po pierwsze: grupy te zawsze wyobrażają sobie siebie jako projekty intelektualne. Wyłaniają się z pewnej definicji rzeczywistości. To dlatego tak trudno tolerować dysydentów, dlaczego poważny teoretyczny spór, jeśli nie rozwiązany, nieuchronnie prowadzi do rozłamu i powstania nowej grupy. Wyjaśnia również nacisk na propagandę: sposób, w jaki koalicje są postrzegane, to w dużej mierze sposoby rozpowszechniania idei, znaczenie gazety. Celem jest ostatecznie doprowadzenie mas do pewnego poziomu świadomości; kiedy to zrobią, będzie można dokonać rewolucji. Wreszcie, sformułowanie grupy jako projektu intelektualnego może uzasadniać hierarchiczne struktury wewnętrzne, które w innym przypadku byłyby bardzo trudne do obrony: jeżeli lider jest naprawdę jedyną osobą zdolną do teoretycznej analizy światowej sytuacji, trudno zakwestionować jego autorytet.

Pod wieloma względami grupy oparte na konsensusie są doskonałym odwróceniem tego wszystkiego. Zaczynają od założenia, że różnorodność perspektyw jest wartością samą w sobie, że nikt nie może tak naprawdę przekonwertować innego całkowicie na ich punkt widzenia, a próbowanie jest prawdopodobnie złym pomysłem. Debata nie dotyczy kwestii definicji, ale bezpośrednich kwestii działania w teraźniejszości, z czego bezpośrednio wynika nacisk na utrzymanie egalitarnych struktur. Najwyraźniej widać różnicę, gdy przychodzi chwila na opracowanie deklaracji misji lub zasad jedności. Na przykład natychmiast po 11 września 2001 roku, działacze w Nowym Jorku zebrali się, aby przedyskutować, co robić. Jedna grupa, zdominowana przez marksistów i starszych weteranów lat 60., zaczęła spotykać się na Forum Brechta; inny, młodszy, bardziej anarchistyczny tłum zaczął spotykać się w Charas. Obie natychmiast wdały się w kontrowersyjną debatę na temat ich zasad jedności. Grupa Forum Brechta natychmiast zaczęła debatować nad swoimi stanowiskami na temat tego, co USA powinny, a czego nie powinny robić w Afganistanie, kwestii legalności międzynarodowej, roli ONZ, ale także tego, czy ich grupa powinna określać się jako „antyimperialistyczna”. W drugiej takie sprawy nigdy się nie pojawiły. Zamiast tego niemal natychmiast pogrążył się w debatach na temat własnego procesu demokratycznego i mechanizmów zwalczania wewnętrznego rasizmu.

Nie chodzi o to, że grupy sekciarskie nie mają obsesji na punkcie działania. Mają. Ale ich podejście jest zupełnie inne. Zwykle zaczynają od strategicznej wizji, a następnie myślą w kategoriach najskuteczniejszych środków do jej realizacji. Rezultatem jest (znów mówię z perspektywy anarchistycznej) rodzaj bezwzględnego, bezdusznego utylitaryzmu, świat racjonalnych kalkulacji środków i celów. Często może prowadzić do niemal całkowitego poświęcenia osobistej samorealizacji lub budowania społeczności na rzecz dyscypliny w stylu wojskowym, która często wydaje się nie do odróżnienia od kapitalistycznej racjonalności, której twierdzi, że się sprzeciwia. Obraz schludnie skrojonego dzieciaka z ISO w zapinanej koszuli, który pojawia się na czyimś wiecu, by sprzedawać gazety, stał się dla wielu w DAN idealnym ucieleśnieniem tego ducha. Jak to się stało, że jednym z kluczowych mierników lojalności wobec organizacji antykapitalistycznej jest gorliwość w angażowaniu się w agresywne techniki marketingowe? W przeciwieństwie do tego anarchiści mają tendencję do upierania się, że akcja rewolucyjna powinna być również formą wyrażania siebie i że powinna opierać się na etyce radykalnie innej niż etyka panująca w kapitalizmie.

Wreszcie pojawia się kwestia dyscypliny partyjnej i tego, co można by nazwać wynikającą z niej etyką siebie. Wielu anarchistów będzie podkreślać, że nigdy nie można wiedzieć, co tak naprawdę myśli każdy członek sekciarskiej grupy. Jasne, członek partii może być doskonale zdolny do wyrażania niezgody, a nawet naśmiewania się z niektórych aspektów linii partyjnej, zwłaszcza przy piwie. Ale nigdy nie można być pewnym, jak to zinterpretować. Nigdy nie jest się do końca pewne, kiedy rozmawia się z jednostką, a kiedy z członkiem partii, w jakim stopniu nakładają się one na siebie, w jakim stopniu mogą pojawiać się wątpliwości wewnętrzne, w jakim stopniu przedstawienie wewnętrznych wątpliwości może być chwytem strategicznym, czy osoba flirtująca z tobą robi to, ponieważ faktycznie uważa cię za atrakcyjną lub dlatego, że ktoś inny, ktoś, kogo nigdy nie spotkałeś, zdecydował, że jesteś potencjalnym rekrutem i zachęcił ich do tego. Takich rzeczy po prostu nie da się poznać. To właśnie takie pytania skłaniają wielu anarchistów do myślenia o takich grupach jako niewiele lepszych niż sekty lub generują pogłoski na temat ich wewnętrznej polityki seksualnej (na przykład, że od członków oczekuje się jedynie romantycznego zaangażowania z innymi członkami lub że są nawet kojarzeni przez ich przełożonych, że oczekuje się, że członkinie grupy będą dostępne seksualnie dla Przywódcy itd.) – plotki, że słyszałem o wielu takich grupach i, oczywiście, nie mam absolutnie żadnego sposobu, aby je potwierdzić. W wielu przypadkach takie plotki są prawie na pewno nieprawdziwe. Mimo to wydają się niezwykle podobne do tych, które prawie zawsze otaczają grupy religijne, również określane jako „kulty”, co samo w sobie jest znaczące.

Do pewnego stopnia jest to dokładnie to, czego można by się spodziewać, łącząc intensywne osobiste zaangażowanie ze stosunkowo formalną, odgórną strukturą organizacyjną. W przeciwieństwie do tego, grupy i sieci anarchistyczne opierają się na czymś, co w istocie jest siecią wysoce osobistych relacji. Obejmują one bardzo niewiele czysto formalnych, bezosobowych mechanizmów, z wyjątkiem być może roli facylitatora. W rezultacie anarchiści rozwinęli – znowu, często w dość świadomym przeciwieństwie do sekciarzy – swego rodzaju ideał przejrzystości moralnej i etos solidarności. Ideał przejrzystości jest oczywiście właśnie ideałem; nikt nie wyobraża sobie, że jest to całkowicie osiągalne. Niemniej jednak częścią celu organizacji antyautorytarnych jest stworzenie środowiska, w którym przynajmniej można być szczerym co do własnych motywów lub imperatywów[63]. Z kolei „Solidarność” oznacza swobodnie wybraną decyzję podporządkowania się motywom lub imperatywom innych. Opisany przez Jessikę opis przyjemności odczuwanej w swobodnym decydowaniu o traktowaniu własnej opinii jako nieważnej może być postrzegany jako intelektualny ekwiwalent. Jak podkreśliłby każdy anarchista, jeśli stosuje się jakąkolwiek presję moralną, to nie jest to tak naprawdę solidarność. To dlatego anarchistyczne związki zawodowe w Hiszpanii na początku stulecia nalegały, aby każdy, kto głosował przeciwko strajkowi, nie był zobowiązany do poszanowania linii pikiet (zwykle w rezultacie uzyskiwali 100% zgody) lub dlaczego obecnie ci praktykujący więzienna solidarność, w której aktywiści zapychają system więzienny, odmawiając podania swoich nazwisk, zawsze nalegają, aby każdy, kto ma osobisty powód, by się wycofać, to zasadą jest zapewnienie ich, że nikt nie będzie myślał o nich gorzej. Jeśli jest presja, to nie jest to prawdziwa solidarność. Ale solidarnością nie jest też postrzeganie siebie jako osoby, która przede wszystkim stara się realizować własne interesy. Malcolm, jeden z mocarnych członków DAN Labor, zwykł wdawać się w niekończące się kłótnie z członkami ISO, którzy od czasu do czasu uczestniczyli w grupie roboczej, kiedy powiedział im, że uważa, że w ogóle nie praktykują solidarności. – To prawda – powiedział nam pewnego wieczoru w jakimś lokalnym barze. – Jeśli spojrzysz na program ISO, tak naprawdę mówi ona, że w przypadku konfliktu imperatywy organizacyjne partii muszą zawsze mieć pierwszeństwo przed interesami twoich sojuszników, sprawy lub koalicji. Jeśli pomagasz innym ludziom tylko po to, by realizować swój własny program, nie praktykujesz solidarności. Zawsze się irytują, jak im to wykazuję.

3) Internet

Zwykle, gdy inicjuje się nową grupę, sieć lub koalicję, pierwszym krokiem jest zorganizowanie spotkania. Nowa grupa decyduje o procesie decyzyjnym i uzgadnia zasady jedności, a także wybiera czas i miejsce przyszłych spotkań. Czasami wymyślają też nazwę, choć często pojawia się ono później. Ale prawdziwym znakiem, że taka grupa faktycznie istnieje, jest utworzenie strony internetowej i serwera listserv. Witryny internetowe wymagają sporo konserwacji. Jeśli jakaś grupa zanika, strona internetowa po prostu tam jest, często przez lata bez aktualizacji. Z drugiej strony, listserv wymagają bardzo niewielkiej konserwacji, więc często wydaje się, że raz uruchomione, nigdy nie znikną. Grupy mogą przestać się spotykać i skutecznie już nie istnieć, ale listserv będzie kontynuowany jako środek do ogłaszania wydarzeń lub, czasami, ograniczonej dyskusji przez lata. Kiedy pytałem o takie grupy – na przykład Connecticut Global Action Network, czy Texas DAN – odpowiadano mi:

– Cóż, to właściwie tylko listserv.

Odkąd krótko po Seattle, Naomi Klein (2001) opisała zdecentralizowaną organizację sieciową nowych grup aktywistów jako naśladującą strukturę i ducha Internetu, niekończący się strony zostały zapisane na opis relacji między anarchistyczną organizacją a nowymi technologiami informacyjnymi. Z pewnością takie powiązania istnieją. Wiele nowych globalnych sieci lub sojuszy, takich jak PGA czy Indymedia, byłoby nie do pomyślenia bez Internetu. Jednocześnie wpływ Internetu był znacznie bardziej skomplikowany, niż się to zwykle przedstawia. Przede wszystkim wszyscy, których znałem, przyznawali, że choć jest to niezwykłe narzędzie do rozpowszechniania informacji, to nie można używać Internetu do podejmowania decyzji. Biorąc pod uwagę wagę procesu decyzyjnego, jest to niezwykle istotne ograniczenie. Zamiast tego na listservach aktywistów można spotkać styl debaty, który przez definicję nie może prowadzić do kolektywnych decyzji i który, dla wielu, obejmuje wszystko to, czym proces decydowania oparty na konsensuie nie powinien być.

– Problem z e-mailami – powiedział mi kiedyś Enos – jest tak bardzo podobny do mowy. Budzisz się pewnego ranka, nie piłeś kawy i czytasz coś, co cię wkurza. Więc rzucasz odpowiedź. A może dziesięć minut później już myślisz o tym lepiej, ale jest już za późno. Nie możesz tego cofnąć. Jest tam na tysiącu maszyn i nawet jeśli wyślesz przeprosiny minutę później lub spróbujesz usunąć je z serwera, ktoś w Cleveland może znaleźć je na swoim dysku twardym za pięć lat i wściec się na ciebie. To tak, jakbyś myślał, że po prostu mruczysz do kawy, ale kończy się wypisane na egipskiej piramidzie.

Z punktu widzenia wielu aktywistów, listserv wydaje się łączyć najgorsze aspekty mowy i pisania: przypadkową bezmyślność jednego, trwałość drugiego. i bez względu na powody, debata na temat listservs zmierza w kierunku wszystkiego, czego spotkania konsensusu starają się uniknąć: pozowania, wyniosłych twierdzeń, sarkazmu, obelg, wielkich oskarżeń o seksizm, rasizm, głupota, reformizm, hipokryzja. Po latach monitorowania listservs aktywistów mogę stwierdzić, że jest prawie niemożliwe, aby znaleźć dyskusję na gorący temat, który ostatecznie nie sprowadzi się do jakiejś wojny, zwykle opartej na stylu debaty – rodzaju pugilistycznego, macho udawany racjonalizm – którego po prostu nigdy nie obserwuje się w nieformalnych spotkaniach twarzą w twarz, przynajmniej między aktywistami, którzy zakładają, że mają ze sobą coś wspólnego[64]. Bez żadnego z mechanizmów rozładowania takich konfliktów (żadnego facylitatora, bez migania, bez mowy ciała, a przede wszystkim bez możliwości usłyszenia, czy cała publiczność jęczy lub wyraźnie życzy sobie, abyś się wyłączył), konflikty mają tendencję do eskalacji. Jak bez końca podkreślają aktywistki, wynikająca z tego debata jest zwykle prowadzona prawie wyłącznie przez mężczyzn. Wynika to częściowo z tonu debaty, a częściowo również dlatego, że pozornie bezosobowe medium pozwala męskim uczestnikom powrócić do uderzających wzorców seksizmu, których nigdy nie wyobrażali sobie, by stosowali osobiście: na przykład systematyczne odpowiadanie na kobiece (w przeciwieństwie do do mężczyzny) plakaty nie z kontrargumentami, ale z protekcjonalnością lub spekulacjami na temat osobistych cech osoby. Te nieliczne aktywistki, które nawiedzają fora e-mailowe, robią to, ponieważ lubią walczyć tak dobrze, jak tylko mogą, i są nawet bardziej kontrowersyjne niż mężczyźni. W każdym razie, debaty DAN listserv zwykle wybuchały na dzień lub dwa i prawie zawsze kończyły się, gdy jedna lub druga centralna kobieta DAN wydawałaby się zauważać seksistowską naturę wymiany, brak kobiecych głosów i mówić mężczyznom. aby to wycięli[65].

Wracamy więc do tego samego pytania postawionego w części dotyczącej sekciarstwa: jeśli czyjś ruch nie wyłania się z teorii lub intelektualnej debaty, z uprzedniej analizy sytuacji na świecie – to z czego właściwie się wyłania?

Porozumienia wynikające z praktyki

Pozwólcie, że zmapuję, co uważam za najistotniejsze cechy podejmowania decyzji na podstawie konsensusu.

Przede wszystkim konsensus to sposób na podejmowanie decyzji zgodnych ze społeczeństwem, które nie stosuje systematycznej przemocy w celu egzekwowania decyzji. Jest to próba znalezienia formuły moralnej, która jednocześnie maksymalizuje indywidualną autonomię i zaangażowanie we wspólnotę. W pewnym sensie, pomimo wyraźnego odrzucenia tego rodzaju opartej na teorii wersji marksizmu, typowej dla wielu sekciarskich grup marksistowskich, jest to całkowicie zgodne z innymi nurtami myśli marksistowskiej. Myślę, że to nie przypadek, że teoretykiem marksizmu najbardziej podziwianym dzisiaj przez amerykańskich anarchistów nie jest tak naprawdę Antonio Negri, ale prawie nieznany w amerykańskiej akademii John Holloway, którego prace – zwłaszcza >Change the World without Taking Power(2002) – można znaleźć w niemal każdym anarchistycznym punkcie w Ameryce Północnej.

Holloway twierdzi, że sama idea, jakoby partia polityczna mogła posiadać prawdziwe, „naukowe” rozumienie świata, jest nadużyciem wobec wszystkiego, co było naprawdę rewolucyjne w ideach Marksa. Przyjęcie rozróżnienia, wywodzącego się zarówno z radykalnych, feministycznych (np. Starhawk 1987), jak i włoskich odłamów ruchu autonomicznego (np. Virno & Hardt 1996; Negri 1999), między władzą działania lub tworzenia a władzą przymusu lub podporządkowania innych – często sformułowane jako rozróżnienie między „władza wobec” i „władza nad” – rozróżnia dwie odpowiadające sobie formy wiedzy. Jednym jest wiedza immanentna w praktyce, w jakimś aktywnym projekcie tworzenia lub transformacji społecznej, drugim, który nazywa „wiedzą o”, udaje, że unosi się ponad takimi subiektywnymi formami wiedzy i osiąga prawdziwą obiektywność naukową. Udając mistrzostwo i transcendencję, jego tendencja do redukowania świata procesów do stałych, identycznych ze sobą obiektów, które następnie mogą stać się przedmiotami wszechstronnej wiedzy, „wiedzy o” jest doskonałym uzupełn