Notka od tłumacza

    Rzuć aktywizm

      Osoby eksperckie

      Forma i treść

      Role

      Nie potrzebujemy więcej męczenników

      Izolacja

      Skromna propozycja

Notka od tłumacza

Tekst ten jest częścią większego zbioru refleksji dotyczących taktyki sprowokowanego protestami przeciwko szczytowi G8 w 1999 roku. Wiele z nich miało pokojowy charakter i sprowadzało się do ulicznej zabawy. Wielu biorących w nich udział osób zauważyło wtedy ograniczenia tej metody sprzeciwu wobec władzy. Był to pierwszy z serii antyglobalizacyjnych protestów, które nastąpiły krótko po nim.

Zaledwie 6 miesięcy później, 30 października, rozpoczęła się „Bitwa o Seattle”, fala protestów przeciwko Konferencji WTO (Światowej Organizacji Handlu), które zasłynęły udziałem masowych Czarnych Bloków prowadzących zamieszki na dużą skalę, wybijających witryny i ścierających się z policją. Mówi się, że właśnie wtedy udoskonalono taktykę Czarnego Bloku jako ofensywnej formacji zdolnej do prowadzenia skutecznych walk ulicznych.

W 2000 roku w Pradze protestowano przeciwko szczytowi MFW i Banku Światowego, gdzie również doszło do ostrych starć z policją. Walki uliczne, w których polski blok wziął istotny udział, prowadząc szarżę na szpalery policji, odniosły wtedy spory sukces w zablokowaniu szczytu.

W 2001 roku z kolei miały miejsce ogromne zamieszki w Genui, na kolejnym antyszczycie. Traktuje się je często jako szczyt zaostrzenia ruchu antyglobalistycznego.

W przypadki każdego z tych wydarzeń były organizowane pokojowe demonstracje, ofensywę Czarnych Bloków można więc potraktować jako próbę wyrwania się ze schematów, które przez wielu zaczęły być wtedy postrzegane jako nieskuteczne.

Sam tekst odbił się szerokim echem w wielu krajach i kręgach, przetłumaczony został na wiele języków, czas więc na polską wersję. Sytuacja aktywizmu w Polsce jest wyjątkowa pod tym względem, że nie został on jeszcze należycie sproblematyzowany – nadal często sądzi się, że aktywizm to po prostu przeciwieństwo bierności i aktywizm sam w sobie nie zasługuje na jakąś głębszą dyskusję. Rzuć aktywizm próbuje właśnie aktywizm sproblematyzować, pokazać jego ułomności i zagrożenia z nim związane. Pokazać, że nie jest to coś neutralnego. Wywołać dyskusję tam, gdzie wcześniej jej nie było.

Czytając go, trzeba pamiętać, że nie zakłada on złej woli aktywistów i nie krytykuje ich samych. Krytykuje aktywizm jako problem systemowy, który odbija się zarówno na aktywistkach, jak i na osobach, które są przez aktywizm alienowane.

Rzuć aktywizm

Jednym z problemów widocznych w dniu akcji 18 czerwca[1] było przybranie aktywistycznej mentalności; stał się on szczególnie ewidentny właśnie 18 czerwca, bo osoby zaangażowane w zorganizowanie go i te zaangażowane już w same działania starały się przekroczyć te ograniczenia. Tekst ten nie jest krytyką nikogo z zaangażowanych – raczej próbą zainspirowania pewnych przemyśleń dotyczących trudności, które stają nam na drodze, jeśli naprawdę na poważnie podchodzimy do naszych intencji pozbycia się kapitalistycznego trybu produkcji.

Osoby eksperckie

Przez „aktywistyczną mentalność” rozumiem to, że ludzie myślą o sobie głównie jako o aktywistach i należących do szerszej społeczności aktywiszczy. Aktywistka identyfikuje się z tym co robi i myśli o tym jako o swojej roli w życiu, jak o pracy albo karierze. Tak jak ludzie identyfikują się ze swoją pracą lekarki czy nauczyciela, która staje się przez to integralną częścią ich własnego obrazu, zamiast być czymś, co akurat robią w życiu.

Aktywista jest specjalistą/ekspertem od zmiany społecznej. Myśleć o sobie jako o aktywistce to uważać się za w jakiś sposób uprzywilejowaną czy odczuwającą większą potrzebę dla zmiany społecznej, posiadającą większą wiedzę o tym, jak ją osiągnąć, czy będącą na czele praktycznej walki o jej wytworzenie.

Aktywizm, jak wszystkie role eksperckie, opiera się na podziale pracy – to wyspecjalizowane odrębne zadanie. Podział pracy jest fundamentem społeczeństwa klasowego, a fundamentalnym podziałem jest ten pomiędzy pracą umysłową a fizyczną. Podział pracy operuje na przykład w medycynie czy edukacji – zamiast tego, aby umiejętności leczenia i wychowywania dzieci były częścią powszechnej wiedzy i zadaniami, w których udział bierze każdy, stają się wyspecjalizowaną własnością lekarzy i nauczycielek – osób eksperckich, na których musimy polegać w tym, że zajmą się tymi sprawami za nas. Eksperci zazdrośnie strzegą i mistyfikują umiejętności, którymi dysponują. To utrzymuje ludzi w wyobcowaniu i bezsilności, i umacnia hierarchiczne społeczeństwo klasowe.

Z podziału pracy wynika, że jedna osoba bierze na siebie rolę w imieniu wielu innych, które od tego obowiązku odstępują. Odrębność zadań oznacza, że inni ludzie będą hodowali twoje jedzenie i produkowali twoje ubrania i dostarczali ci twoją elektryczność, podczas gdy ty zajmiesz się osiągnięciem zmiany społecznej. Aktywiszcze, jako że jest ekspertką od zmiany społecznej, zakłada, że inne osoby nie robią niczego, aby zmienić swoje życie, a więc czuje obowiązek lub odpowiedzialność, by zająć się tym w ich imieniu. Aktywiści myślą, że równoważą brak aktywności innych. Definiowanie nas jako aktywistek oznacza definiowanie naszych działań jako tych, które przyniosą zmianę społeczną, tym samym odrzucając aktywność tysięcy i tysięcy innych nie-aktywistek. Aktywizm opiera się na pewnym nieporozumieniu: tylko aktywiści są od zmian społecznych – podczas gdy walka klasowa trwa oczywiście cały czas.

Forma i treść

Napięcie pomiędzy formą „aktywizmu”, którą przybiera nasza polityczna aktywność, a jej coraz bardziej radykalną treścią w przeciągu ostatnich kilku lat wyłącznie rosło. Doświadczenie wielu osób będących częścią 18 czerwca ogranicza się do bycia „aktywistkami”, które „prowadzą kampanię” dotyczącą danego „problemu”. Polityczny postęp, który w przeciągu kilku ostatnich lat poczyniony został w aktywistycznej scenie skończył się tym, że wielu ludzi odeszło od „kampanii jednego problemu”[2] przeciwko konkretnym firmom czy projektom deweloperskim na rzecz dość niejasnej, lecz mimo wszystko obiecującej antykapitalistycznej perspektywy. A jednak, pomimo tego, że treść kampanijnej aktywności się zmieniła, forma aktywizmu pozostała taka sama. Zamiast więc mierzyć się z Monsanto, udając się do jego centrali i ją okupując, przejrzeliśmy teraz każdy aspekt kapitalizmu reprezentowany przez Monsanto i tym samym rozwinęliśmy „kampanię” przeciwko kapitalizmowi. A gdzie lepiej pójść, i co lepiej okupować, niż miejsce, które jest postrzegane jako centrala kapitalizmu – [London] City?

Nasze metody działania wciąż są takie same, jakbyśmy mierzyliśmy się z konkretną firmą czy projektem deweloperskim – pomimo tego, że kapitalizm w ogóle nie jest tą samą rzeczą i zniszczenie go tak, jak zniszczyć można daną firmę, jest niemożliwe. Na przykład, intensywne kampanie obrońców praw zwierząt [animal rights activists] odniosły sukces poprze zrujnowanie zarówno hodowców psów z Consort[3] i hodowców kotów z farmy Hillgrove[4]. Biznesy te zostały zrujnowane i zaczęły podupadać. Podobnie, dzięki kampanii wytoczonej przeciwko arcy-wiwsekcjonistom z Huntingdon Life Sciences[5] udało się zredukować ceny ich akcji o 33%, ale firma dała radę przetrwać dzięki desperackiej kampanii PR, z którą wystartowała w [London] City, aby je podnieść[6]. O ile aktywizm bardzo skutecznie może zniszczyć biznes, to do zniszczenia kapitalizmu będzie potrzeba o wiele więcej niż tylko przedłużenie takiego rodzaju aktywności do każdego biznesu każdego sektora. Podobnie jest z obrońcami praw zwierząt obierającymi za swój cel sklepy mięsne – w ogólnym rozrachunku najpewniej pomaga to tylko supermarketom w wygryzaniu małych sklepów mięsnych, wspierając tym samym proces konkurencji i rynkowego „doboru naturalnego”. W ten sposób, aktywistkom często udaje się niszczyć pojedyncze małe biznesy, jednocześnie całościowo wzmacniając kapitalizm.

Podobnie jest z aktywizmem antydrogowym[7]. Zakrojone na szeroką skalę protesty antydrogowe wytworzyły okazje dla zupełnie nowego sektora kapitalizmu – ochrony, nadzoru, kopaczy tuneli, wspinaczy, ekspertów i konsultantów. Jesteśmy teraz jednym „ryzykiem rynkowym” spośród innych do wzięcia pod uwagę, gdy bierze się udział w przetargu na kontrakt drogowy. Właściwie, tak naprawdę najpewniej pomogliśmy rządom mechanizmów rynkowych, wypierając najsłabsze i najmniej zdolne do zniesienia trudności firmy. Rozbijająca protesty konsultantka Amanda Webster mówi: „Pojawienie się ruchu protestowego tak naprawdę dostarczy korzyści rynkowych dla tych kontrahentów, którzy mogą efektywnie sobie z nim poradzić”[8]. Aktywizm znów może zniszczyć biznes czy zatrzymać budowę drogi, a mimo to kapitalizm dalej radośnie kroczy, jedynie silniejszy niż przedtem.

Wszystko to jest z pewnością oznaką tego, jeśli jakakolwiek była potrzebna, że stawienie czoła kapitalizmowi wymagać będzie nie tylko zmiany liczbowej (więcej akcji, więcej aktywistów), ale i jakościowej (musimy odkryć bardziej efektywną formę działania). Wydaje się, że mamy bardzo kiepskie pojęcie o tym, czego tak naprawdę może wymagać zniszczenie kapitalizmu. Tak jakby wszystkim, czego potrzebujemy, było osiągnięcie jakiejś masy krytycznej okupujących biura aktywistek, i wtedy mielibyśmy rewolucję...

Forma aktywizmu została zachowana, nawet podczas gdy treść tej aktywności wykroczyła poza formę, która ją mieściła. Nadal myślimy w kategoriach bycia „aktywiszczami” prowadzącymi „kampanię” dotyczącą danego „problemu”, a że jesteśmy aktywistkami „akcji bezpośredniej”, „przeprowadzimy akcję” przeciwko naszemu celowi. Metoda prowadzenia kampanii przeciwko konkretnym projektom deweloperskim czy pojedynczym firmom została przeniesiona na ten nowy cel mierzenia się z kapitalizmem. Próbujemy się z nim mierzyć i konceptualizujemy to, co robimy, w kompletnie nieodpowiednich kategoriach, wykorzystując metodę działania odpowiednią dla liberalnego reformizmu. Mamy więc teraz ten przedziwny spektakl „przeprowadzania akcji” przeciwko kapitalizmowi – kompletnie nieadekwatną praktykę.

Role

„Aktywista” jest rolą, którą przybieramy, dokładnie tak jak rolę policjanta, rodzica czy kapłana – dziwną psychologiczną formą, której używamy do zdefiniowania siebie i naszych relacji z innymi. „Aktywistka” jest specjalistką czy ekspertką od zmiany społecznej – jednak im bardziej kurczowo się tej roli i pojęcia o tym, kim jesteśmy, trzymamy, tym bardziej w rzeczywistości hamujemy upragnioną zmianę. Prawdziwa rewolucja będzie wymagać wyłamania się ze wszystkich uprzednio z góry przyjętych ról i zniszczenia wszelkiego wyspecjalizowania – odzyskania naszych żyć. Przejęcie kontroli nad naszym własnym przeznaczeniem, co jest aktem rewolucji, wymagać będzie stworzenia nowego „siebie” i nowych form interakcji i wspólnoty. „Eksperci” mogą jedynie w tym przeszkadzać.

Międzynarodówka Sytuacjonistyczna rozwinęła rygorystyczną krytykę ról, w szczególności roli „działacza”. Ich krytyka była skierowana głównie przeciwko lewicowym i socjaldemokratycznym ideologiom, bo to je głównie napotkali. Choć te formy alienacji wciąż istnieją i są wyraźnie widoczne, w naszym konkretnym środowisku spotykamy się częściej z liberalnym aktywistą niż z lewicowym działaczem. Mimo wszystko, dzielą oni ze sobą wiele cech wspólnych (co oczywiście nie jest zaskakujące).

Sytuacjonista Raoul Vaneigem definiuje role tak: „Stereotypy to dominujące w danym okresie wizerunki, wizerunki w ramach panującego spektaklu. Stereotyp jest wzorem roli; rola jest wzorcowym zachowaniem: Powielanie jakiejś postawy tworzy rolę; powielanie roli tworzy stereotyp”. Odgrywać rolę to kultywować wizerunek, zaniedbując jednocześnie wszystko, co autentyczne: „pozwalamy się uwodzić zapożyczonym postawom”. Jako ogrywający role tkwimy w nieautentyczności – redukując nasze życia do szeregu klisz: „To on sam, ów opisany przeze mnie człowiek, usiłuje rozłożyć swój dzień na ciąg postaw mniej lub bardziej świadomie wybranych z katalogu dominujących stereotypów”[9]. Proces ten działał od wczesnych dni ruchu anty-drogowego. W Twyford Down po Żółtej Środzie grudnia 1992[10] roku, prasa i doniesienia medialne skupiły się na Plemieniu Dongas i dredziarskim i kontrkulturowym aspekcie protestów. Początkowo, w żadnym wypadku nie był to w żadnym wypadku przeważający element – na ewikcji była na przykład obecna spora grupa ramblersów[11]. Mimo to ludzie, których doniesienia medialne ściągnęły do Twyford, sądzili, że każda obecna tam osoba miała dredy. Doniesienia medialne w efekcie sprawiły, że „zwykli” ludzie trzymali się z dala, a pojawiło się więcej tych z rodzaju kontrkulturowych dredziarzy – zmniejszając różnorodność protestów. Ostatnio podobny mechanizm zadziałał, kiedy ludzie, przyciągnięci do miejsc protestu przez obraz Swampiego[12], który zobaczyli w telewizji, zaczęli w ich własnych życiach replikować postawy zaprezentowane przez media jako charakterystyczne dla roli „eko-wojownika”[13].

„Tak jak pasywność konsumenta jest aktywną pasywnością, tak pasywność widza leży w jego umiejętności asymilowania ról i odgrywania ich według oficjalnych norm. Naśladownictwo obrazów i stereotypów oferuje zbiór modeli, z którego wszyscy mają wybrać rolę.”[14] Rola działacza czy aktywisty jest jedynie jedną z tych ról, i w tym, pomimo całej rewolucyjnej retoryki, która jej towarzyszy, tkwi jej największy konserwatyzm.

Rzekomo rewolucyjna aktywność aktywistki jest nudną i jałową rutyną – ciągłym powtarzaniem kilku akcji bez potencjału na zmianę. Gdyby zmiana nadeszła, aktywiści prawdopodobnie by się jej sprzeciwiliby, bo zakłóciłaby ona wygodne pewniki ich roli i fajną małą niszę, którą sobie wypracowali. Tak jak związkowi szefowie, aktywiści są wiecznymi przedstawicielami i pośrednikami. W taki sam sposób, w jaki związkowi szefowie byliby przeciwko rzeczywistemu zwycięstwu pracowników w ich walce, bo pozbawiłoby to ich pracy, rola aktywisty jest zagrożona przez zmianę. Rewolucja, czy nawet jakiekolwiek prawdziwe kroki w jej kierunku, rzeczywiście dogłębnie zaniepokoiły by aktywistów, pozbawiając ich ich roli. Jeśli wszyscy stają się rewolucjonistami, wtedy nie jesteś już taki wyjątkowy, nie?

Dlaczego więc zachowujemy się jak aktywiści? Tylko dlatego, że jest to łatwe wyjście tchórza? Łatwo jest wpaść w odgrywanie roli aktywisty, bo wpasowuje się ona w społeczeństwo i mu nie zagraża – aktywizm jest akceptowaną formą sprzeciwu. Nawet jeśli jako aktywistki robimy rzeczy, które nie są akceptowane i są nielegalne, sama forma aktywizmu, przez wzgląd na to, że jest jak praca, pasuje do naszej psychologii i wychowania. Ma pewien urok właśnie dlatego, że nie jest rewolucyjna.

Nie potrzebujemy więcej męczenników

Kluczem do zrozumienia zarówno roli działacza jak i aktywisty jest samopoświęcenie – poświęcenie siebie w imię „sprawy”, którą postrzega jako od siebie odrębną. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z prawdziwie rewolucyjną aktywnością, która jest przejęciem siebie [seizing of the self]. Rewolucyjne męczennictwo idzie w parze z identyfikacją jakiejś oddzielnej od swojego życia sprawy – akcja przeciwko kapitalizmowi, która widzi kapitalizm jako coś będącego „tam” w Mieście, jest w fundamentalnie błędna – prawdziwa władza kapitału jest tu, w naszych codziennych życiach – każdego dnia odtwarzamy jego władzę, bo kapitał nie jest rzeczą, a relacją społeczną pomiędzy ludźmi (stąd klasy), pośredniczoną przez rzeczy.

Nie sugeruję oczywiście, że wszyscy, którzy brali udział w 18 czerwca, mają swój udział w przybraniu tej roli i samopoświęceniu, które w równym stopniu idzie z nią w parze. Jak napisałem wcześniej, problem aktywizmu szczególnie się uwidocznił 18 czerwca właśnie dlatego, że była to próba wyłamania się z tych ról i naszych normalnych sposobów działania. Spora część z tego, co jest tu zarysowane, to „najgorszy możliwy scenariusz” tego, do czego doprowadzić może odgrywanie roli aktywistki. Stopień w jakim możemy rozpoznać wszystko to w naszym własnym ruchu da nam wskazówkę co do tego, ile pracy należy jeszcze wykonać.

Aktywistka czyni politykę nudną, jałową i odpycha od niej ludzi, ale odgrywanie tej roli rozpierdala również ją samą. Rola aktywistki oddziela cele od środków: samopoświęcenie oznacza tworzenie podziału pomiędzy rewolucją jako miłość i radość w przyszłości a obowiązkiem i rutyną teraz. Światopogląd aktywizmu jest zdominowany przez poczucie winy, bo aktywistka nie walczy o siebie samą, a o odrębną sprawę: „Wszystkie Sprawy są jednakowo nieludzkie”[15].

Jako aktywiszcze musisz odmawiać sobie własnych pragnień, bo twoja polityczna aktywność jest zdefiniowana w taki sposób, że rzeczy te nie liczą się jako „polityka”. Wsadzasz politykę do osobnego pudełka względem reszty twojego życia – jest jak praca… wykonujesz swoją „politykę” przez 8 godzin dziennie, a później wracasz do domu i robisz coś innego. Ponieważ jest w tym osobnym pudełku, „polityka” istnieje nieksrępowana jakimikolwiek rzeczywistymi praktycznymi rozważaniami co do jej efektywności. Aktywistka czuje się zobligowana do bezmyślnego męczenia się z tą samą starą rutyną, niezdolna się zatrzymać czy się zastanowić; chodzi głównie o to, że wciąż jest zajęta i łagodzi swój ból przez walenie głową w mur w razie potrzeby.

Częścią bycia rewolucjonistą może być wyczucie co do tego, kiedy się zatrzymać i zaczekać, tak jak i kiedy uderzyć dla maksymalnej efektywności, jak i również jak i kiedy NIE uderzać. Aktywistki mają to swoje nastawienie: „Musimy coś zrobić TERAZ!”, które wydaje się napędzane poczuciem winy. To kompletnie nietaktyczne.

Samopoświęcenie działacza czy aktywisty ma swoje odbicie w jego eksperckiej władzy nam innymi – jak w religii, istnieje tu pewnego rodzaju hierarchia cierpienia i zadufania w sobie. Aktywistka zdobywa władzę nad innymi na mocy większego stopnia jej cierpienia („niehierarchiczne” grupy aktywistyczne faktycznie formują „dyktaturę najbardziej zaangażowanej”). Aktywistka używa moralnego przymusu i poczucia winy, aby sprawować ją nad innymi, mniej doświadczonymi w teologii cierpienia. Ich podporządkowywanie siebie samych idzie w parze z ich podporządkowywaniem innych – wszyscy niewolnikami „Sprawy”. Samoofiarni politykierzy niszczą w zarodku swoje życia i wolę do życia – to wytwarza rozgoryczenie i antypatię względem niego, które potem jest potem uzewnętrznione, by wyniszczyć wszystko inne. Są „wielkimi wzgardzicielami życia… partyzantami całkowitego samopoświęcenia… ich życia są wypaczone przez ich potworny ascetyzm”[16]. Widzimy to w naszym ruchu, na przykład na miejscu [akcji – przyp. tłum.], w antagonizmie pomiędzy chęcią by sobie posiedzieć i mile spędzić czas i motywowanym poczuciem winy etosem budowania/fortyfikowania się/barykadowania się, i czasami nadmiernej pasji, z którą potępiane jest „jedzenie na mieście”. Samoofiarna męczennica jest urażona i oburzona, gdy widzi innych, którzy się nie poświęcają. Tak samo jak wiemy, że gdy „uczciwa pracownica” atakuje pasożytów czy obiboków z taką zjadliwością, to tak naprawdę nienawidzi swojej pracy i męczennictwa, w jakie zamieniła swoje życie, a więc nienawidzi widzieć, jak ktokolwiek umyka temu losowi, nienawidzi widzieć kogokolwiek, kto dobrze się bawi, podczas gdy ona cierpi – musi wszystkich sprowadzić do swojego poziomu – w równość samopoświęcenia.

W starej religijnej kosmologii, zwycięski męczennik szedł do nieba. We współczesnym światopoglądzie, zwycięscy męczennicy mogą oczekiwać zapisania się w historii. Największe samopoświęcenie, największy sukces w stworzeniu roli (a nawet lepiej, w stworzeniu zupełnie nowej roli dla ludzi do naśladowania – np. eko-wojownika) zapewnia nagrodę w historii – burżuazyjnym niebie.

Stara lewica była szczera w swoich wezwaniach do heroicznego poświęcenia: „Poświęćcie się z radością, bracia i siostry! Dla Sprawy, dla Ustanowionego Porządku, dla Partii, dla Jedności, dla Mięsa i Ziemniaków!”[17] Dzisiaj jednak jest to o wiele bardziej zawolaowane: Vaneigem oskarża „młodych lewicowych radykałów” o to, że: „Najmują się do służenia sprawie, ba, „najlepszej” ze spraw! Okres największej kreatywności marnotrawią na rozdawanie ulotek, rozklejanie plakatów, manifestowanie, zadawanie kłopotliwych pytań wiceprzewodniczącemu samorządu z Pcimia Dolnego. Działają. Nie pozostaje im nic więcej, ponieważ inni myślą za nich. Bezdenna jest szuflada poświęcenia.”[18]

To z nami rezonuje – w szczególności fragment o fetyszyzowaniu działania. W grupach lewicowych działacze mogą swobodnie zaangażować się w niekończącą się mrówczą pracę, bo przywódca grupy czy guru ma już obcykaną „teorię”, która jest po prostu akceptowana i przyjęta – jak „linia partii”. Z akcją bezpośrednią aktywistów jest trochę inaczej – fetyszyzowane jest działanie, ale bardziej ze względu na awersję do wszelkiej teorii.

Choć jest on obecny, ten element aktywistycznej roli, który polega na samopoświęceniu i obowiązku nie był aż tak istotny 18 czerwca. To, co było dla nas większym problemem, to poczucie odrębności od „normalsów”, które implikuje aktywizm. Ludzie identyfikuję się z jakąś dziwną subkulturą czy kliką jako będącą „nami”, w przeciwieństwie do „nich”, czyli wszystkich innych na świecie.

Izolacja

Rola aktywisty jest narzuconą samemu sobie izolacją od wszystkich ludzi, z którymi powinniśmy nawiązać kontakt. Jej przyjęcie oddziela cię od reszty ludzkiej rasy jako kogoś wyjątkowego i innego. Ludzie mają tendencję do myślenia o sobie w liczbie mnogiej (kogo masz na myśli mówiąc „my”?) jakby odnosząc się do jakiejś społeczności aktywistów, raczej niż klasy. Na przykład, już przez pewien czas w środowisku aktywistycznym popularnym było opowiadać się za: „dość pojedynczych problemów” i mówić o istotności „tworzenia połączeń”. Jednakże, pojęcie wielu ludzi o tym, czego „tworzenie połączeń” wymagało, sprowadzało się do tworzenia połączeń z innymi aktywistami i innymi grupami kampanijnymi. 18 czerwca zademonstrował to dość dobrze, cały pomysł zebrania wszystkich przedstawicieli wszystkich różnych spraw czy problemów w jednym miejscu i czasie, dobrowolnej relegacji nas do getta dobrych spraw.

Podobnie, różne fora networkingowe, które niedawno pojawiły się w całym kraju – Rebel Alliance w Brighton, NASA w Nottingham, Riotous Assembly w Manchesterze, London Undeground itd. mają podobny cel – zebrać wszystkie grupy aktywistyczne na danym obszarze i dać im przestrzeń do konwersacji. Nie krytykuję tego – jest to niezbędny warunek do wszelkich dalszych działań – ale powinno się zrozumieć, jak ekstremalnie ograniczoną formą „tworzenia połączeń” to jest. Interesujące jest również to, że wspólnym mianownikiem grup obecnych na tych spotkaniach jest to, że są grupami aktywistycznymi – to, czym tak naprawdę się zajmują, wydaje się drugorzędne.

Nie wystarczy dążyć do połączenia ze sobą wszystkich aktywistów na świecie, tak jak nie wystarczy przekształcić więcej ludzi w aktywistów. Przeciwnie do tego, co niektórzy mogą sądzić, nie będziemy ani trochę bliżej rewolucji jeśli masa ludzi stanie się aktywistami. Niektórzy wydają się mieć dziwne przekonanie, że to, co jest potrzebne, to aby wszyscy byli w jakiś sposób przekonani do stania się aktywistami tak jak my, i wtedy będziemy mieli rewolucję. Vaneigem pisze: „Rewolucja dokonuje się każdego dnia przeciw zawodowym rewolucjonistom.”[19]

Działacz albo aktywista jest ekspertem od zmiany społecznej czy rewolucji. Specjalistka rekrutuje innych do jej własnego malutkiego obszaru specjalizacji, aby zwiększyć swoją własną władzę i odpędzić od siebie świadomość swojej własnej bezsilności. „Ekspert… zapisuje siebie, aby zapisać innych.”[20] Jak w piramidzie finansowej, hierarchia jest samopowielająca – zostajesz zrekrutowany, i aby nie być na dole piramidy, musisz rekrutować więcej ludzi aby byli pod tobą, którzy później robią dokładnie to samo. Reprodukcja wyalienowanego społeczeństwa roli jest osiągana poprzez specjalistom.

Jaqcues Camatte w swoim eseju „O organizacji” (1969)[21] czyni słuszną uwagę, że polityczne zgrupowania często kończą jako „gangi”, definiując się przez wykluczenie – członkowie grupy są lojalni przede wszystkim wobec grupy, zamiast wobec walki. Jego krytyka dotyczy w szczególności niezliczonych lewicowych sekt i grupek, w które była skierowana, ale w mniejszym stopniu dotyczy również aktywistycznej mentalności.

Polityczna grupa czy partia sobą zastępuje proletariat a jej własne przetrwanie i reprodukcja staje się sprawą najwyższej wagi – rewolucyjna aktywność staje się synonimiczna z „budowaniem partii” i rekrutowaniem członków. Grupa traktuje siebie tak, jakby wyjątkowo rozumiała prawdę a wszyscy spoza niej są traktowani jak idioci potrzebujący edukacji przez tę awangardę. Zamiast debaty pomiędzy równymi sobie towarzyszami, dostajemy odzielenie teorii i propagandy – grupa ma swoją własną teorię, która jest prawie że trzymana w sekrecie przez przekonanie, że inheretnie mniej umysłowo zdolni chętni muszą być zwabieni do organizacji jakąś populistyczną strategią, zanim z zaskoczenia ujawni się im politykę. Nieszczery sposób traktowania tych spoza grupy jest podobny do religijnego kultu – nigdy nie powiedzą ci wprost, o co im chodzi.

Widzimy tu pewne podobieństwa z aktywizmem, w sposobie, w jaki aktywistyczne środowiska działają jak lewicowe sekty. Aktywizm jako całość ma pewne charakterystyki „gangu”. Aktywistyczne gangi często kończą jako sojusze międzyklasowe, włączając w to wszelkiego rodzaju liberalnych reformistów, jako że też są „aktywistami”. Ludzie myślą o sobie głównie jako o aktywistach i ich podstawowa lojalność staje się wobec społeczności aktywistów, nie walki jako takiej. „Gang” jest iluzoryczną społecznością, odciągającą naszą uwagę od tworzenia szerszej społeczności oporu. Sednem krytyki Camatte’a jest atak na tworzenie podziału na wnętrze/zewnętrzne pomiędzy grupą i klasą. Zaczynamy myśleć o sobie w kategoriach bycia aktywistami, a więc odrębnymi od masy ludzi pracujących i z innymi interesami.

Nasza aktywność powinna być bezpośrednim wyrazem rzeczywistej walki, nie afirmacją oddzielenia czy wyjątkowości danej grupy. W grupach marksistowskich posiadanie „teorii” jest najważniejszą rzeczą determinującą siłę – w środowisku aktywistycznym jest inaczej, ale niewiele inaczej – posiadanie odpowiedniego „kapitału społecznego” – wiedzy, doświadczenia, kontaktów, wyposażenia itd. jest głównym determinantem siły.

Aktywizm w swoim działaniu reprodukuje strukturę społeczeństwa: „Kiedy powstaniec zaczyna wierzyć, że walczy w imię jakiegoś wyższego dobra, władza może się czuć bezpieczna.”[22] Nie jest to trywialna kwestia, jest częścią fundamentu kapitalistycznych relacji społecznych. Kapitał jest relacją społeczną pośredniczoną pomiędzy ludźmi przez rzeczy – podstawową zasadą alienacji jest to, że żyjemy w służbie jakiejś rzeczy, którą sami stworzyliśmy. Jeśli reprodukujemy tę strukturę w imię polityki i deklarujemy się antykapitalistami, przegraliśmy zanim w ogóle zaczęliśmy. Nie możesz walczyć z alienacją wyalienowanymi środkami.

Skromna propozycja

Jest to skromna propozycja rozwinięcia sposobów działania, które są adekwatne do naszych radykalnych idei. Nie będzie to łatwe zadanie, a autor tego krótkiego tekstu nie ma lepszego od innych wglądu w to, jak powinniśmy się za to zabrać. Nie twierdzę, że 18 czerwca powinno się porzucić czy atakować, rzeczywiście była to odważna próba wykroczenia poza nasze ograniczenia i stworzenia czegoś lepszego niż to, co mamy obecnie. A jednak w swych próbach zerwania z przestarzałym i formulaicznym sposobem robienia rzeczy wyraźnie pokazał więzy, które nadal trzymają nas w przeszłości. Krytyka aktywizmu, którą wyraziłem powyżej, nie aplikuje się w całości do 18 czerwca. Jednakże istnieje pewien paradygmat aktywizmu, który w najgorszym wariancie zawiera w sobie wszystko to, co zarysowałem powyżej, i 18 czerwca do pewnego stopnia podziela ten paradygmat. W jakim stopniu, o tym już wy musicie zdecydować.

Aktywizm jest formą częściowo narzuconą nam przez słabość. Jak w przypadki wspólnych działań podjętych przez Reclaim the Streets[23] i liverpoolskich dokerów – odnajdujemy się w czasach, w których radykalna polityka jest często produktem wzajemnej słabości i izolacji. W takim wypadku, wyrwanie się z roli osób aktywistycznych może nawet nie być w naszym zakresie. Może być tak, że w czasach słabnięcia walki ci, którzy będą dalej pracować na rewolucję społeczną, staną się zmarginalizowani i zaczną być postrzegani (i będą siebie postrzegać) jako wyjątkową odrębną grupę ludzi. Może być tak, że można to wyrugować jedynie przez masowe zaostrzenie walki, kiedy nie będziemy już dziwakami i wariatami, lecz będzie się wydawało, że mówimy po prostu to, o czym myślą wszyscy. Jednakże, w pracy nad eskalowaniem walki niezbędne będzie zerwanie z rolą aktywistów w każdym możliwym stopniu – ciągle próbować przepychać granice naszych ograniczeń.

Te ruchy, które w historii najbardziej zbliżyły się do destabilizacji kapitalizmu, obalenia go czy wyjścia poza niego, w ogóle nie przyjmowały formy aktywizmu. Aktywizm jest właściwie polityczną formą i metodą działania najlepiej dopasowaną do liberalnego reformizmu, który jest przesuwany poza swoje własne ograniczenia i używany do rewolucyjnych celów. Rola aktywisty sama w sobie musi być problematyczna dla wszystkich tych, którzy pragną rewolucji społecznej.

[1] Mowa tu o „Karnawale Przeciwko Kapitałowi” (Carnival Against Capital), czyli międzynarodowym dniu protestów zbiegającym się z 25 szczytem G8 w Kolonii. Tekst zanurzony jest głównie w sytuacji Wielkiej Brytanii; na londyński protest składał się pokojowy marsz, masa krytyczna i impreza uliczna.

[2] Chodzi o kampanie grup skupionych wokół tylko jednej sprawy, np.: ruch na rzecz prawa dla zwierząt, ruch antyatomowy, ruch pro-choice itp.

[3] Kampania odbyła się w 1996 roku, trwała 10 miesięcy i polegała na codziennych protestach i akcjach bezpośrednich przeprowadzonych przez ALF (Front Wyzwolenia Zwierząt). Organizowana przez Grega Avery’ego i jego żonę, Heather James.

[4] Kampania ta wystartowała w 1997, trwała 2 lata i była organizowana przez tą samą grupę aktywistów co ta dotycząca Consort. Skierowana była przeciwko fermie kotów hodowanych w celu badań naukowych. Była kontrowersyjna dlatego, że zaostrzyły się taktyki aktywistów. Były zarówno akty przemocy jak i groźby w stosunku do Christophera Browna, właściciela firmy, łącznie z wysłaniem mu bomby listowej przez ALF.

[5] Kolejna kampania organizowana przez tą samą grupę, która wystartowała w 1999 roku. Kampania korzystała zarówno z taktyk bezprzemocowych, a później również atakowano w jej ramach firmę i powiązanych z nią ludzi i firmy, włączając w to użycie bomb zapalających.

[6] Squaring up to the Square Mile: A Rough Guide to the City of London (J18 Publications (UK), 1999) strona 8

[7] Chodzi o protesty, okupacje i blokady mające na celu zablokowanie budowy drogi czy rozszerzenia już istniejącej trasy.

[8] 'Direct Action: Six Years Down the Road' w Do or Die No. 7, strona 3

[9] Raoul Vaneigem, Rewolucja Życia Codziennego

[10] Plemię Dongas było grupą sprzeciwiającą się budowom dróg. Znane jest szczególnie właśnie z Twyford Down, gdzie blokowali rozszerzenie autostrady M3.

[11] The Day they Drove Twyford Down' w Do or Die No. 1, strona 11

[12] Swampy (właść. Daniel Marc Hooper) jest brytyjskim ekologicznym aktywistą, który stał się znany w 1996 roku po spędzeniu tygodnia w wykopanych przez siebie tunelach na zaplanowanej trasie drogi A30.

[13] 'Personality Politics: The Spectacularisation of Fairmile' w Do or Die No. 7, strona 35

[14] Raoul Vaneigem, Rewolucja Życia Codziennego

[15] Tamże.

[16] Tamże.

[17] Tamże.

[18] Tamże

[19] Tamże.

[20] Tamże

[21] Jacques Camatte - 'On Organization' (1969) w This World We Must Leave and Other Essays (New York, Autonomedia, 1995)

[22] Raoul Vaneigem, Rewolucja Życia Codziennego

[23] „Odzyskajmy Ulice” jest ruchem protestacyjnym, który organizuje imprezy uliczne poprzez odcinanie partii dróg i zwracanie ich użytkowi ludzi na czas trwania akcji.