Krążą po tym świecie dwa duchy: duch Ostrożności i duch Śmiałości, duch Spokoju i duch Wzburzenia, duch Bezruchu i duch Zmiany; duch Chwyć-się-tego-co-masz i duch Odpuść-i-pofruń-ku-temu-czego-nie-masz. Duch powolnego i miarowego budowniczego, pracującego z uwagą, który nie zniósłby rozstania się z jakimkolwiek ze swoich osiągnięć, pragnący wszystko zachować i nieumiejący rozróżnić tego, co warto zatrzymać od tego, co lepiej odrzucić; i duch natchnionego niszczyciela, twórczy w swych kreatywnych kaprysach, nieprzewidywalny, beztroski w obfitości swoich wysiłków i skłonny do wyzbycia się dobrego razem ze złym.

Społeczeństwo jest chwiejnym rozejmem, wciąż na nowo zawieranym pomiędzy tymi dwoma duchami. Ci, którzy patrzą na Człowieka, tak jak większość Anarchistów, jako na ogniwo w ewolucji, widzą w tych dwóch społecznych tendencjach sumę skłonności indywidalnych ludzi, które, tak jak skłonności wszelkiego organicznego życia, są wynikiem akcji i reakcji właściwych dziedziczeniu i adaptacji. Dziedziczenie mające tendencję do ciągłego powtarzania tego, co było, na długo po tym jak się to przerosło; adaptacja, która wciąż rozbija formy. Te same tendencje, znane pod innymi nazwami, można zaobserwować również w świecie nieorganicznym i każdy, kto jest opętany przez współczesną naukową monistyczną manię[1] może wyczerpująco to opisać.

W istocie część bardziej wyedukowanych Anarchistów - tych, którzy wpierw ludźmi pracującymi będąc, Anarchistami ze względu na rozum i ich instyktowną nienawiść do szefa, a później uczniami - była skłonna to robić. Porwani przez nieprzetrawioną przez siebie naukę, natychmiast za niezbędne uznali wpasowanie ich Anarchizmu w objawienia mikroskopu - jako że w innym wypadku teorię tę mogliby równie dobrze porzucić. Wspominam, z dość znacznym rozbawieniem, jak pięć czy sześć lat temu zawrzała dyskusja, przy okazji której lekarze poszukiwali uzasadnienia dla Anarchizmu w rozwoju ameby, a pewien świeżo upieczony inżynier próbował odnaleźć ją w wielkościach matematycznych.

Ja sama kiedyś bardzo stanowczo utrzymywałam, że nikt nie może być Anarchistą i jednocześnie wierzyć w Boga. Inni równie stanowczo stwierdzają, że nikt nie może być Anarchistą i jednocześnie przyjmować filozofii spirytualistycznej.

W tym momencie razem z C. L. Jamesem, najbardziej uczonym z amerykańskich Anarchistów, utrzymuję, że czyiś system metafizyczny ma niewiele z tą kwestią wspólnego. Tok rozumowania, który kiedyś zdawał się prowadzić do niepodważalnego dla mnie wniosku - że Anarchizm jako odrzucenie władzy nad jednostką nie mógłby istnieć równolegle z wiarą w Najwyższego Władcę wszechświata - odnajduje swój kontrprzykład w osobie Lwa Tołstoja, który tylko przez wzgląd na swoją wiarę w Boga konkluduje, że nikt nie ma prawa nikim rządzić. Wierzy bowiem, że wszyscy jesteśmy równymi dziećmi jednego ojca i tym samym nie mamy prawa rządzić sobą nawzajem. Mówię o nim, bo jest znajomą i znakomitą personą, ale ta sama idea często była wypracowywana przez całe sekty wyznawców, szczególnie w ich (pełnych prześladowań) początkach.

Opieranie swojego Anarchizmu na jakiejś konkretnej koncepcji świata nie wydaje mi się już więc niezbędne; to teoria relacji ludzkich i powstaje jako rozwiązanie problemów społecznych wynikających z istnienia tych dwóch tendencji, o których mówiłam. Niezależnie od tego, skąd one pochodzą, wszyscy uznają ich istnienie; i jakkolwiek interesujące nie są spekulacje - jakkolwiek fascynującym nie jest zatracić się w molekularnym sztormie, w którym człowiek figuruje jedynie jako gęstsza, bardziej zaciekła grupa tych cząstek, żywsze oko cyklonu przemieszczające się wśród innych i zderzające się z nimi, nigdzie jednak nieodosobnione, nigdzie niezwolnione z tej samej konieczności, która oddziaływuje na wszystkie ośrodki siły - w żadnym razie nie są one niezbędne, by rozumem dojść do Anarchizmu.

W zupełności wystarczające jest spostrzegawcze oko i w miarę refleksyjny umysł, by każdy, oczytany lub też nie, rozpoznał pożądaność Anarchistycznych celów. Nie staram się przez to powiedzieć, że większa wiedza nie pomoże utwierdzić i rozszerzyć zastosowania tego fundamentalnego konceptu (piękno prawdy leży w tym, że z odkryciem każdego nowego faktu dowiadujemy się jak znacznie szersza i głębsza jest, niż kiedy pierwszy raz pojawiła się w naszych umysłach). Oznacza to jednak, że Anarchizm przede wszystkim tyczy się obecnych warunków i zwykłych ludzi, i w żadnym wypadku nie jest skomplikowaną czy trudną do zrozumienia tezą.

Anarchizm - sam w sobie, w oderwaniu od jakichkolwiek proponowanych ekonomicznych reform - jest tylko najnowszą odpowiedzią kierowaną do tego śmiałego, wciąż wyrywającego się do przodu, gwałtownego, zmiennego i wiecznie niezadowolonego ducha; z wielu innych, których dostarczyła nam przeszłość. Społeczeństwo, którego jesteśmy częścią, nakłada na nas jarzma pewnych opresji - opresji wynikających ze zmian, do których doprowadził ten sam duch, połączonych z zatwardziałymi starymi przyzwyczajeniami, nabytymi i okrzepłymi zanim zmiany te przyszły komukolwiek do głowy. Maszyneria, która - jak nasi Socjalistyczni towarzysze wciąż podkreślają - zaprowadziła rewolucję w Przemyśle, jest dziełem Ducha Śmiałości. Na każdym kroku przedzierała się przez stare zwyczaje, przywileje i tchórzostwo (jak pokazałaby historia jakiegokolwiek wynalazku, jeśli prześledzić ją wstecz przez wszystkie jego przekształcenia). I co z tego wynikło? To, że system pracy, zupełnie właściwy dla produkcji rzemieślniczej - i gdy przemysł pozostawał na tym etapie, niewytwarzający żadnej większej opresji - został rozciągnięty, zmuszony do wpasowania się w masową produkcję, aż zaczęliśmy się zbliżać do punktu krytycznego. Duch Śmiałości musi ukazać się raz jeszcze - sięgnąć po nowe wolności, skoro stare zostały unieważnione i unicestwione przez obecne metody produkcji.

Żeby opisać to dokładniej: w dawnych czasach Panów i Ludzi - choć nie aż tak dawnych, ale wciąż żywych we wspomnieniach starszych robotników - pracownia była całkiem spokojnym miejscem, gdzie całymi godzinami pracodawca i pracownik przyjacielsko trudzili się razem, nie znali odczuć klasowych, z zasady nie musieli się spieszyć, a gdy tak się działo, i musieli pracować po godzinach, robili to na zasadzie wspólnego interesu i przyjaźni (a nie na podstawie relacji władzy właściciela i jego niewolnika). Zysk płynący z pracy pojedynczego człowieka mógł być nawet wyższy[2], ale zarobek całościowy, który jeden pracodawca mógł zagarnąć dla siebie, był na tyle mały, że nie mogła wystąpić żadna znaczna akumulacja bogactwa. Bycie pracodawcą nie dawało nikomu władzy nad przychodem i wydatkami innego, jego językiem w pracy, ani mocy zmuszenia do harowania ponad jego możliwości czy poddawania karom i trybutom za to, co niechciane - jak zimna woda, brudna spluwaczka, filiżanka nienadającej się do wypicia herbaty i temu podobne - jak i tym wszystkim niewyobrażalnym nikczemnościom wielkich fabryk. Indywidualność pracownika była czymś zwykłym: jego życie było jego własne; nie mógł być trzymany na uwięzi i doprowadzony do śmierci jak koń powozowy, w imię dobra ludzi i nadrzędnej ważności Społeczeństwa.

Wraz z zastosowaniem pary do zasilania Maszynerii i jej dalszym rozwojem pojawiły się te duże zgrupowania pracowników i podział pracy, które zrobiły z pracodawcy kogoś oderwanego - z interesami wrogimi wobec interesów jego pracowników, żyjącego w zupełnie innym kręgu, niewiedzącego niczego o swoich pracownikach poza tym, jak może ich użyć, traktującego ich jak swoje maszyny, a przez większość czasu po prostu ich nieznoszącego, w najlepszym wypadku traktującego ich jak ludzi od niego zależnych, którymi w jakiś stopniu trzeba się zaopiekować, podobnie do litościwego właściciela opiekującego się starym koniem, który już na nic mu się nie zdaje. Taka jego relacja z pracownikami. Dla ogółu ludzi jest z kolei po prostu mątwą, której macki sięgają wszędzie; której każdy wysysający-zysk otwór gębowy nic sam nie wytwarza, ale sumarycznie zbiera takie bogactwo, że jakakolwiek deklaracja równości czy wolności pomiędzy nim a robotnikiem jest godna wyśmiania.

Nadszedł więc czas, kiedy Duch Śmiałości rozbrzmiewa głośno w każdej fabryce i zakładzie, nawołując do zmiany w relacji pana i człowieka. Możliwy musi być więc jakiś porządek, który zachowa pożytki płynące z nowego systemu produkcji, ale jednocześnie odtworzy indywidualną godność robotnika - odda mu jego śmiałą niezależność od starych panów jego fachu, łącznie z dodatkowymi wolnościami, które mogą mu przypaść w udziale w wyniku materialnego rozwoju społeczeństwa.

To właśnie jest konkretna wiadomość Anarchizmu do robotnika. Nie jest to system ekonomiczny; nie podaje ci szczegółowych planów co do tego, jak wy, robotnicy, macie dyrygować przemysłem. Nie oferuje też systematycznych metod wymiany, ani starannie wyrysowanych na papierze schematów organizacji "zarządzania rzeczami". Woła po prostu do ducha indywidualności, by ten powstał z kolan i nie dał już się zrzucić ze swojego tronu niezależnie od tego, jak zreorganizowana zostanie ekonomia. Bądźcie przede wszystkim ludźmi, mówi, ludźmi niezakutymi w kajdany niewoli przez rzeczy, które tworzycie. Niech waszą ewangelią będzie: "Rzeczy dla ludzi, nie ludzie dla rzeczy".

Socjalizm, z ekonomicznego punktu widzenia, jest pozytywną propozycją właśnie takiej reorganizacji. To głównie próba pochwycenia wszystkich tych świetnych i nowych materialnych osiągnięć, których dokonano w przeciągu ostatnich czterdziestu czy pięćdziesięciu lat. Ma na względzie nie tyle odzyskanie i dalszą obronę indywidualnej osobowości robotnika, a bardziej redystrybucję produktów.

Teraz już dokładnie widać, że Anarchia, która prawie w zupełności ma do czynienia z relacjami myśli i odczuć ludzi, a nie z pozytywną organizacją produkcji i dystrybucji, powoduje w Anarchiście potrzebę uzupełnienia jego Anarchizmu jakimiś propozycjami ekonomicznymi, które pozwolą mu nadać praktyczny kształt tej możliwości niezależnego człowieczeństwa; jego samego i wszystkich innych. To, jak bardzo taka propozycja chroni indywidualność, będzie jego testem, gdy przyjdzie do jej wybrania. Nie wystarczy mu uzyskanie komfortowego spoczynku, uporządkowanej rutyny. Wolność igraszki dla ducha zmiany - tego przede wszystkim żąda.

To, że system ekonomiczny musi być temu celowi podporządkowany, wspólne jest dla wszystkich Anarchistów. Żaden system nie przekonuje ich do siebie zwykłym pięknem i płynnością swojego funkcjonowania. Anarchista, baczny na natarcia machiny, z zajadłą podejrzliwością spogląda na wszelką arytmetykę, której podstawową jednostką jest człowiek, na społeczeństwo działające jak w zegarku - z precyzją tak piękną dla tych, którzy przede wszystkim miłują porządek, a przez którą on zaczyna jedynie węszyć i wykrzykuje: "Pfe! Śmierdzi olejem maszynowym."

Jest więc kilka ekonomicznych szkół wśród Anarchistów: są Anarchistyczni Indywidualiści, Anarchistyczni Mutualiści, Anarchistyczni Komuniści i Anarchistyczni Socjaliści. W przeszłości każda szkoła zawzięcie potępiała wszystkie inne i całkowicie odmawiała uznania ich za Anarchistyczne. Niektórzy ich członkowie - ci, co mają ciasne umysły - nadal tak robią. Prawdą jest, że nie uważają tego za ciasność swoich umysłów, a zwyczajnie za silne i solidne pojęcie prawdy, które nie zezwala na tolerowanie błędu. To nastawienie właściwe bigotom wszystkich epok, a Anarchizm, nie mniej niż każda inna nowa doktryna, nie uniknął swojej własnej bigoterii. Każdy z tych fanatycznych wyznawców albo kolektywizmu, albo indywidualizmu, wierzy, że żaden Anarchizm nie jest możliwy bez partykularnego systemu ekonomicznego służącego mu za jego gwarant i ze swojego punktu widzenia jest oczywiście całkowicie usprawiedliwiony. Jednakże wraz z rozszerzeniem tego, co Towarzysz Brown nazywa Nowym Duchem, ta stara ciasnota poddaje się szerszej, życzliwszej i rozsądniejszej idei, by eksperymentować ze wszystkimi tymi ekonomicznymi koncepcjami - bo nie ma w nich niczego nie-Anarchistycznego, dopóki nie pojawia się element przymusu i nie obliguje niechętnych osób do pozostania w społeczności, na której ekonomiczne urządzenie się nie zgadzają.

Kiedy mówię "nie zgadzają się", nie mam na myśli zwykłego niesmaku, albo przekonania o możliwości urządzenia jej w jakiś inny, preferowalny sposób (ale gdy obecny układ ekonomiczny tej społeczności jest w stanie się tak czy inaczej łatwo znieść). Nie mówię o sytuacji podobnej do tej, gdy dwie osoby żyjące w tym samym domu i mające inny gust dekoracyjny, poddadzą się któremuś z kolorów zasłon albo odrobinie bibelotów, których aż tak się nie lubi, ale które się toleruje przez satysfakcję płynącą z bycia ze swoim przyjacielem. Mówię o poważnych różnicach, które w opinii tych osób zagrażają ich zasadniczym wolnościom. Zawieram tu to wytłumaczenie na temat błahostek, bo sprzeciw wobec doktryny mówiącej, że ludzie mogą żyć w społeczeństwie swobodnie, prawie zawsze popada w banalności - takie jak: "co byś zrobiła, gdyby dwie damy chciały ten sam kapelusz?" itd. Nie opowiadamy się za abolicją zdrowego rozsądku, a każda rozsądna osoba jest w stanie zrezygnować ze swoich własnych preferencji, pod warunkiem, że nie jest zmuszona zrobić to za wszelką cenę.

Tak więc twierdzę, że każda grupa osób działających w społeczeństwie swobodnie może wybrać którykolwiek z zaproponowanych systemów i być tak gruntownie Anarchistyczna jak ta, która wybierze inny. Jeśli przyjmiemy to stanowisko, uwolnimy się od tych oburzających ekskomunik właściwych Kościołowi Rzymskiemu, a których jedyną zasługą jest sprowadzanie na nas zasadnej pogardy osób z zewnątrz.

Ponadto, gdy przyjmie się je na drodze czysto teoretycznego rozumowania, jest się wtedy, w mojej ocenie, w nastawieniu pozwalającym na dostrzeżenie materialnych czynników problemu, które tłumaczą te różnice w zaproponowanych systemach, i które wręcz wymagają istnienia takich różnic, póki produkcja pozostaje w obecnym stanie.

Pochylę się na moment nad tymi rozmaitymi propozycjami i będę na bieżąco objaśniać, czym są te czynniki materialne, do których właśnie nawiązałam. Mianowicie, zaczynając od ostatniego - ekonomiczny program Anarchistycznego Socjalizmu jest w całości taki sam jak program politycznego Socjalizmu. Mam na myśli czasy, zanim wpływy praktycznej polityki okroiły Socjalizm do zwykłej listy rządowych poprawek. Tacy Anarchistyczni Socjaliści utrzymują, że Państwo i Scentralizowany Rząd były i zawsze będą rzecznikami interesów klasy posiadającej; że są jedynie wyrazem pewnego materialnego stanu i że jak stan ten przeminie, naturalnie przeminie i Państwo; że Socjalizm - czyli całkowite przejęcie wszelkiej własności z rąk ludzi i uczynienie z niej niepodzielnego dobytku Człowieka - logicznie i nieuniknienie prowadzi do rozkładu Państwa. Wierzą oni, że gdy każda jednostka będzie miała równe prawo do produkcji społecznej i gdy zniknie bodziec do zagarniania i posiadania, znikną i przestępstwa (które w niemalże wszystkich przypadkach są instynktowną odpowiedzią na jakąś uprzednią odmowę prawa do swojego udziału), a wraz z nimi ostatni pretekst istnienia Państwa.

Ci Anarchistyczni Socjaliści co do zasady nie oczekują żadnych takich transformacji materialnych aspektów społczeństwa, jakich wyczekuje reszta z nas. Pewien londyńczyk powiedział mi raz, że wierzy, iż Londyn będzie nadal rósł, nacje dalej będą przepływać przez jego wijące się ulice, setki tysięcy busów dalej będzie krążyć, a cały ten olbrzymi ruch uliczny, który jednakowo fascynuje i przeraża, nadal będzie przelewał się jak ogromna powódź w górę i w dół, w górę i w dół, jak falujące morze - po urzeczywistnieniu Anarchizmu, tak jak i teraz. Imię tego londyńczyka to John Turner; przy tej samej okazji powiedział, że dogłębnie wierzy w gospodarkę Socjalizmu. Ta gałąź stronnictwa Anarchistycznego wyłoniła się ze starego stronnictwa Socjalistycznego i pierwotnie stanowiła jego rewolucyjne skrzydło w opozycji do tych, którzy decydowali się na posługiwanie się polityką. Sądzę, że materialnym powodem, który tłumaczy przyjęcie przez nich tego konkretnego programu gospodarczego (i dotyczy to oczywiście wszystkich europejskich Socjalistów) jest to, że społeczny rozwój Europy jest częścią długiej historii; że od czasów niemal niepamiętnych toczyła się powszechnie rozpoznawana walka klas; że żaden robotnik ani jego ojciec, dziad czy pradziad nie widział, by znaczne części tej europejskiej ziemi, która była wspólną spuścizną wszystkich, przechodziła w ręce nieposiadającej żadnego tytułu ani innej wyróżniającej cechy, zwykłej jak on jednostki - przeciwnie do tego co my obserwowaliśmy w Ameryce. Ziemia i właściciel ziemski zawsze były dla niego czymś nieosiągalnym - rozpoznawanym jako źródło opresji, klasy i klasowego posiadania.

Co więcej, industrialny rozwój miast i miasteczek - który na początku stanowił środek ucieczki od feudalnej opresji, lecz przyniósł ze sobą swój własny ucisk i który również miał własną długą historię wojen - przysłużył się do związania zwykłych ludzi z wytwarzających miasteczek klasową lojalnością; i dlatego jak ślepi, głupi i przesiąknięci doktryną Kościoła by oni nie byli, mają jednak niejasne i przyćmione poczucie, że pomoże im tylko zrzeszanie się, i że do wszelkich propozycji pomocy poprzez wsparcie ich pracodawcy muszą podchodzić z podejrzliwością lub obojętnością. Socjalizm jest ponadto marzeniem przewijającym się przez długą historię buntu w Europie - z którego Anarchiści, jak i inni, są zrodzeni. Dopóki nie przepłyną oceanu, nie znajdą się w nowych warunkach i nie odetchną powietrzem innych myśli, dopóty nie będą też w stanie ujrzeć innych możliwości.

Jeśli wolno, wtrącę w tym momencie krytykę stanowiska Anarchistycznych Socjalistów - największy mankament tej koncepcji Państwa leży w założeniu, że ma ono niezłożone pochodzenie. Państwo nie jest jednak tylko narzędziem klasy rządzącej - ma swoje korzenie w religijnym rozwoju ludzkiej natury, i by się rozpadło nie wystarczy zaledwie abolicja klas i własności. Do tego potrzeba więcej pracy. Co do ich programu gospodarczego - skrytykuję go razem z resztą w podsumowaniu.

Anarchistyczny Komunizm jest modyfikacją, a nie ewolucją Anarchistycznego Socjalizmu. Sądzę, że większość Anarchistycznych Komunistów naprawdę wyczekuje wielkich zmian w rozmieszczeniu ludzi na powierzchni Ziemi po urzeczywistnieniu Anarchizmu. Większość z nich zgadza się też co do tego, że wspólne rozkopanie ziemi przy użyciu wolnodostępnych narzędzi doprowadziłoby do rozpadu tych wielkich społeczności nazywanych miastami i ukształtowania się mniejszych grup czy komun, które spajane byłyby jedynie przez swobodne uznanie wspólnych interesów.

Podczas gdy Socjalizm wyczekuje dalszego rozszerzenia współczesnego triumfu Handlu - czyli dostarczania pod twój próg produktów z całego świata - wolny Komunizm postrzega taki gorączkowy eksport i import jako rozwój w niezdrowym kierunku. Oczekuje raczej bardziej samowystarczalnego rozwoju w opaciu o rodzime zasoby, pozbywając się masowego nadzoru niezbędnego do systematycznego prowadzenia takiej światowej wymiany. Przemawia to do rozsądku robotników, proponując im by, choć teraz uważają się za bezradnych i zależnych od zdolności szefa do zapenienia im pracy, stali się niezależnymi grupami produkujących, przejęli materiały, wykonywali pracę (którą i tak już wykonują), zeskładowali produkty w magazynach, dla siebie zabierając to, co chcą, a innym pozwalając wziąć resztę. Nie jest do tego konieczny żaden rząd, żaden pracodawca ani żaden system pieniężny. Konieczny jest jedynie szacunek dla jestestwa swojego i swoich współrobotników. Mało prawdopodobnym jest to, by jakiekolwiek tak duże skupisko ludzi, jak teraz codziennie spotyka się w zakładach i fabrykach, kiedykolwiek zebrało się ze względu na wspólne pragnienie - i doprawdy gorąco pożądanym jest, by tak się nie stało. (Fabryka jest wylęgarnią wszystkiego co w ludzkiej naturze zepsute, w przeważającym stopniu przez samo jej zatłoczenie.)

Pogląd, że ludzie nie są wstanie współpracować, jeśli nie mają prowadzącego ich pana, który pobiera pewien procent z ich wytworów, jest sprzeczny zarówno ze zdrowym rozsądkiem jak i obserwowanymi faktami. Gdy szefowie próbują wmieszać się w krzątaninę robotników, z reguły zwyczajnie czynią zamęt jeszcze większym niż był wcześniej - co na własne oczy zobaczył każdy mechanik. A co do wysiłku społecznego: ludzie współpracowali, kiedy byli jeszcze małpami. Jeśli nie wierzysz, idź i poobserwuj małpy; one też nie poddają swojej indywidualnej wolności.

Krótko mówiąc, prawdziwi robotnicy stworzą własne regulacje, zdecydują kiedy, gdzie i jak rzeczy powinny być robione. Nie ma potrzeby, by architekt Anarchistyczno-Komunistycznego społeczeństwa mówił, w jaki sposób oddzielne przemysły powinny być prowadzone, nie ma też takiego zamiaru. Wzbudza on po prostu ducha Odwagi i Śmiałości w najzwyczajniejszych robotnikach - mówi im: "To wy wiecie jak wydobywać surowce, kopać i ciąć; będziecie więc wiedzieć jak zorganizować swoją pracę bez dyktatora. My nie możemy wam tego powiedzieć, ale w pełni wierzymy, że sami znajdziecie sposób. Nigdy nie staniecie się ludźmi wolnymi, jeśli sami nie zdobędziecie tej wiary w siebie."

A problem precyzyjnej wymiany ekwiwalentów, który tak niepokoi reformistów z innych szkół, dla niego nie istnieje. Kogo to obchodzi, skoro wszystkiego starcza? Źródła dostatku na zawsze pozostają niepodzielne; kogo obchodzi, czy ktoś ma mniej czy więcej, skoro wszyscy mają wystarczająco? Kogo obchodzi, czy coś się zmarnuje? Niech się marnuje. Rozłożone jabłko nawozi ziemię, nawet gdy wcześniej nie zaspokoiło gospodarki zwierząt. W rzeczy samej, wy, którzy tak bardzo martwicie się o system, porządek i dostosowanie produkcji do konsumpcji, marnujecie więcej ludzkiej energii na prowadzenie swoich rachunków niż te drogocenne obliczenia są warte. Tak więc pieniądz z całym jego orszakiem problemów i podstępności zostaje zniesiony.

Małe, niezależne, samodzielnie sobie radzące i swobodnie ze sobą współdziające komuny – to jest właśnie ekonomiczny ideał przyjmowany dziś przez większość Anarchistów ze Starego Świata.

Materialnym czynnikiem, który przyczynił się do rozwinięcia tego ideału wśród Europejczyków, było wspomnienie, a czasem nawet pozostałości średniowiecznych komun wiejskich - tych oaz na wielkiej Saharze rzekomej ludzkiej degradacji w Średniowieczu, kiedy to kościół katolicki miał triumfować nad Człowiekiem ulepionym z prochu ziemi. Oto ten ideał skąpany w martwym blasku słońca, które już zaszło i lśni teraz z tekstów Morrisa i Kropotkina. W Ameryce nigdy nie znaliśmy komuny wiejskiej. Biała Cywilizacja dobiła do naszych brzegów ogromną falą i przetoczyła się przez cały kraj; nigdy nie ujrzeliśmy małych komun samodzielnie wyrastających ze stanu barbarzyństwa, pierwotnych przemysłów i samowystarczalnych. Nie było stopniowej zmiany sposobu życia rdzennych mieszkańców na nasz własny - nastąpiło ich wymazanie i całkowite przeszczepienie najnowszej formy cywilizacji europejskiej. Idea małej komuny przychodzi więc instynktownie Anarchistom z Europy - zwłaszcza tym kontynentalnym; u nich jest to jedynie świadome rozwinięcie uśpionego instynktu. Dla Amerykanów jest to import.

Wierzę, że większość Anarchistycznych Komunistów unika omyłki Socjalistów - którzy uważają Państwo za dziecko wyłącznie warunków materialnych - choć kładą duży nacisk na to, że jest ono narzędziem Własności i utrzymują, że w takiej czy innej formie będzie istniało tak długo, jak długo będzie istniała własność.

Przechodzę teraz do skrajnych Indywidualistów - tych, którzy trzymają się tradycji ekonomii politycznej i stanowczo twierdzą, że system pracodawcy i pracownika, kupna i sprzedaży, bankowości i wszystkich innych podstawowych instytucji Komercjalizmu skupiających się na własności prywatnej, są same w sobie dobre, a ich podłość wynika jedynie z ingerencji Państwa. Ich główne propozycje ekonomiczne są następujące: ziemia ma być w posiadaniu jednostek lub firm tylko na tak długo i w takiej ilości, jak to potrzebne; redystrybucja ma mieć miejsce tak często, jak zgodzą się na to członkowie społeczności; o tym, co stanowi użytkowanie, ma decydować każda społeczność, najlepiej na zebraniu miejskim; sporne sprawy mają być rozstrzygane przez tak zwaną wolną ławę przysięgłych wybieraną drogą losowania spośród całej grupy; członkowie, których decyzje nie pokrywają się z decyzjami grupy, mają udać się na dalsze, niezajmowane przez nikogo ziemie bez przeszkód ze strony kogokolwiek.

Pieniądze odpowiadające wszystkim podstawowym towarom, miałyby być emitowane przez kogokolwiek, kto zechce. Z pewnością doszłoby do tego, że jednostki deponowałyby swoje papiery wartościowe w bankach i przyjmowały w zamian banknoty. Takie banknoty reprezentowałyby pracę włożoną w produkcję i byłyby emitowane w wystarczającej ilości. (Przez brak ograniczeń co do tego, kto może zacząć działalność biznesową, kiedy tylko odsetki zaczęłyby rosnąć, zorganizowano by więcej banków i w ten sposób stopa procentowa byłaby stale kontrolowana przez konkurencję.) Wymiana odbywałaby się swobodnie, towary byłyby w obiegu, biznes wszelkiego rodzaju byłby stymulowany, a dzięki wyzwoleniu wynalazków spod rządowego uprzywilejowania, przemysł wyrastałby na każdym kroku, szefowie raczej szukaliby ludzi, a nie ludzie szefów, płace dorównałyby indywidualnej produkcji i na zawsze pozostałyby na takim poziomie. Własność, prawdziwa własność, wreszcie by istniała, nie tak jak teraz, kiedy żaden człowiek nie dostaje tego, co sam wytwarza.

Urok tego programu polega na tym, że nie proponuje on żadnych gruntownych zmian w naszym codziennym życiu; nie oszałamia nas tak, jak czynią to bardziej rewolucyjne propozycje. Jego środki zaradcze są samoczynne; nie zależą od świadomych wysiłków jednostek, aby zaprowadzić sprawiedliwość i zbudować harmonię. Uwolniona konkurencja jest wielkim automatycznym zaworem, który otwiera się lub zamyka w miarę wzrostu lub spadku popytu, a wszystko, co konieczne, to zostawić ją w spokoju i nie próbować jej wspomagać.

Pewnym jest, że dziewięciu na dziesięciu Amerykanów, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli o żadnym z tych programów, będzie słuchać o tym z dużo większym zainteresowaniem i aprobatą niż o innych. Powód materialny, który wyjaśnia to nastawienie umysłu jest oczywisty. W tym kraju, poza kwestią czarnych, nigdy nie było historycznego podziału na klasy; dopiero teraz tworzymy tę historię. Nigdy nie czuliśmy potrzeby ducha stowarzyszania się robotnika z robotnikiem, ponieważ w naszym społeczeństwie to jednostka robiła rzeczy; dzisiejszy robotnik był jutrzejszym pracodawcą; mając przed sobą ogromne możliwości niezagospodarowanego terytorium, brał swoje narzędzia i wyruszał w pojedynkę. Nawet teraz, choć walka jest coraz ostrzejsza, choć robotnik jest coraz bardziej osaczony, linia podziału między klasami jest stale przełamywana, a pierwszym mottem Amerykanów jest "Pan pomaga temu, kto pomaga sobie". W konsekwencji ten program ekonomiczny, którego myślą przewodnią jest "zostawcie w spokoju", przemawia silnie do tradycyjnych sympatii i nawyków życiowych ludzi, którzy sami widzieli zagarnianie niemal nieprzebranego dziedzictwa - jak hazardzista zgarnia stawki - przez mężczyzn, z którymi bawili się w szkole lub pracowali w jednym sklepie rok czy dziesięć lat wcześniej.

Ta konkretna gałąź strony Anarchistycznej nie akceptuje Komunistycznego stanowiska, że Rząd ma źródło we Własności; przeciwnie, uważają oni, że Rząd jest odpowiedzialny za odmowę prawdziwej własności (tj.: odmowę producentowi wyłącznego posiadania tego, co wyprodukował). Kładą większy nacisk na jego metafizyczne początki we władzo-twórczym Strachu właściwym ludzkiej naturze. Ich atak jest centralnie skierowany na ideę Władzy; w ten sposób materialne krzywdy wydają się wypływać z duchowego błędu (jeśli mogę wtrącić to słowo bez obawy, że zostanę źle zrozumiana), co jest dokładną odwrotnością Socjalistycznego spojrzenia.

Prawda nie leży "gdzieś pomiędzy", ale w syntezie tych dwóch opinii.

Anarchistyczny Mutualizm jest przekształceniem programu Indywidualizmu, kładącym większy nacisk na organizację, kooperację i wolną federalizację robotników. Dla Anarchistycznych Mutualistów związek zawodowy jest zalążkiem grupy wolnych kooperatyw, która sprawi, że pracodawcy nie będą potrzebni, będzie wydawać swoim członkom czeki w oparciu o przepracowane godziny, przejmie odpowiedzialność za gotowy produkt, będzie wymieniać się z różnymi grupami handlowymi dla ich wzajemnej korzyści poprzez centralną federację, umożliwi swoim członkom inwestowanie i ubezpieczy ich też od strat. Stanowisko Mutualistów w kwestii ziemi jest identyczne ze stanowiskiem Indywidualistów, podobnie jak ich rozumienie Państwa.

Czynnikiem materialnym, który wyjaśnia różnice między Indywidualistami a Mutualistami, jest, jak sądzę, fakt, że ten pierwszy powstał w umysłach tych, którzy, czy to robotnicy, czy biznesmeni, żyli z tak zwanego niezależnego wysiłku. Josiah Warren, choć biedny, żył w sposób Indywidualistyczny i przeprowadził swój eksperyment społeczny swobodnego życia w małych wiejskich osadach, z dala od wielkiego zorganizowanego przemysłu. Podobnie Tucker, choć był człowiekiem z miasta, nigdy osobiście nie był związany z takim przemysłem. Nigdy bezpośrednio nie poznali ucisków wielkich fabryk ani nie obcowali ze związkami robotników. W przeciwieństwie do Mutualistów - stąd ich większa skłonność do Komunizmu. Dyer D. Lum spędził większą część swego życia na budowaniu związków robotniczych, sam z zawodu będąc introligatorem.

Przedstawiłam więc zarys czterech różnych schematów ekonomicznych rozważanych przez Anarchistów. Pamiętaj, że punktem porozumienia we wszystkich jest brak przymusu. Ci, którzy faworyzują jedną metodę nie mają zamiaru narzucać jej tym, którzy wolą inną, o ile tamci będą ich tak samo tolerować.

Pamiętaj również, że żaden z tych systemów nie jest proponowany dla niego samego, ale dlatego, że, jak wierzą jego architekci, można dzięki niemu najlepiej zabezpieczyć wolność. Każdy Anarchista, jako Anarchista, byłby całkowicie skłonny natychmiast poddać swój własny schemat, jeśli zobaczyłby, że inny działa lepiej.

Sama uważam, że wszystkie te i wiele innych rozwiązań można by z korzyścią wypróbować w różnych miejscach; chciałabym zobaczyć, jak instynkty i nawyki ludzi przez wolny wybór wyrażają się w każdej społeczności; i jestem pewna, że różne środowiska wywoływałyby różne adaptacje.

Choć zgadzam się, że w ramach każdej z tych ekonomii wolność zostałaby znacznie rozszerzona, to szczerze przyznaję, że żadna z nich mnie nie zaspokoja.

Zarówno Socjalizm jak i Komunizm wymagają pewnego stopnia wspólnego wysiłku i administracji, który zrodziłby więcej regulacji niż jest to całkowicie zgodne z idealnym Anarchizmem; Indywidualizm i Mutualizm, opierając się na własności, pociągają za sobą rozwój prywatnej policji, co w ogóle nie wpisuje się w moje wyobrażenie wolności.

Dla mnie ideałem byłby stan, w którym wszystkie zasoby naturalne byłyby na zawsze dostępne dla wszystkich, a robotnik byłby w stanie indywidualnie produkować dla siebie tyle, by zaspokoić wszystkie swoje podstawowe potrzeby życiowe - jeśli tego by chciał - tak, że nie musiałby uzależniać swojej pracy lub dni wolnych od czasu i pór roku swoich towarzyszy. Myślę, że ten czas może nadejść; ale będzie to możliwe tylko dzięki rozwojowi trybów produkcji i upodobań ludzi. Tymczasem wszyscy jednym głosem wołamy o wolność próbowania.

Czy to wszystkie cele Anarchizmu? Nie, są one tylko początkiem. Są zarysem tego, czego żąda się dla wytwórcy. Jeśli jako robotnik myślisz jedynie o tym, jak wyzwolić się z okropnej niewoli kapitalizmu, to tym mierzysz swój Anarchizm. Ale jeśli stawiasz tam granicę, to sam to robisz. Niezmiernie głębiej i niezmiernie wyżej zanurza się i wznosi dusza, która wyswobodziła się ze zwyczaju i tchórzostwa, i odważyła się sięgnąć po swoje Ja.

Ah, raz stanąć nieugięcie na krawędzi tej ciemnej czeluści namiętności i pragnień, raz wreszcie posłać śmiałe, skierowane prosto w głąb wulkanu Mnie spojrzenie, raz, i tego razu, tego razu na zawsze, odrzucić nakaz ukrywania się i uciekania przed świadomością tej otchłani.

Ba, sprowokować ją, by, jeśli zechce, syczała i wrzała, i sprawiła, że będziemy się wić i drżeć przepełnieni jej siłą! Raz i na zawsze uświadomić sobie, że nie jest się zwitkiem dobrze uregulowanych małych przesłanek w przedniej części mózgu, które należy głosić innym i które utrzymuje się w porządku za pomocą książkowych maksym lub które poruszane i zatrzymywane są przez sylogizm - ale bezdenną, bezdenną głębią wszystkich niesamowitych doznań, falującym morzem uczuć, na którym przetaczają się potężne burze niewytłumaczalnej nienawiści i gniewu, niewidzialne grymasy rozczarowania, doliny podłości, drżenia i wstrząsy miłości, która doprowadza do szaleństwa i nie daje się opanować, całe to łaknienie, wszystkie te sensy i szlochy, które uderzają w ucho wewnętrzne, teraz pochylone, by słuchać, jakby wszystkie smutki morza i zawodzenia wielkich lasów sosnowych Północy spotkały się, by łkać razem tam, w tej ciszy słyszalnej tylko dla ciebie.

Spojrzeć w dół, poznać w sobie ciemność, północ, martwe wieki, poczuć dżunglę i bestię w sobie - i bagno, i szlam, i opustoszałą pustynię rozpaczy serca

zobaczyć, poznać, poczuć do końca - a potem spojrzeć na swoją towarzyszkę siedzącą naprzeciwko w tramwaju, tak przywoitą, tak dobrze ubraną, tak ładnie uczesaną, wyszczotkowaną i naoliwioną, i zastanawiać się, co kryje się pod tą pospolitą fasadą

wyobrażać sobie istniejącą głęboko w niej jaskinię, która gdzieś głęboko ma wąską galerię zbiegającą się z twoją własną

wyobrażać sobie ból, który szarpie nią aż po koniuszki palców, gdy ona przybiera to łagodne jak wyprasowana koszule oblicze

wyobrażać sobie, jak ona sama drży i wije się, i ucieka przed lawą swojego serca i cierpi w swoim domu-więzieniu, nie mając odwagi zobaczyć siebie

odwracać się z szacunkiem od bramy Jaźni najprostszego, najbardziej nieobiecującego stworzenia, nawet najbardziej upodlonego przestępcy, ponieważ zna się parszywca i przestępcę w samym sobie

oszczędzić sobie wszelkiego potępienia (a o ileż bardziej procesu i wyroku), ponieważ człowiek zna materię, z której jest stworzony i nie odrzuca niczego, bo wszystko jest w nim samym

Oto, czym Anarchizm może być dla ciebie.

Dla mnie tym jest.

A potem zwrócić się ku chmurom, gwiazdom, niebu i dać się ogarnąć marzeniom - już nie lękając się żadnych zewnętrznych mocy - nie uznając niczego nadrzędnego wobec siebie.

Malować, malować bezkresne obrazy, tworzyć niesłyszane wcześniej symfonie, które wyśpiewują marzenia tylko dla ciebie, rozszerzać współczucie na tępych brutali jak na równych braci, całować kwiaty jak w dzieciństwie, pozwalać sobie na wolność, na wolność poza granicami tego, co strach i obyczaje nazywają "możliwym" - to także może oznaczać dla ciebie Anarchizm, jeśli odważysz się tak go użyć.

A jeśli pewnego dnia tak się stanie - jeśli siedząc w swoim warsztacie, ujrzysz wizję niezrównanej chwały, jakiś obraz tego złotego czasu, kiedy na ziemi nie będzie więzień ani głodu, ani bezdomności, ani oskarżeń, ani sądów, a serca będą otwarte jak zadrukowane karty i szczere jak odwaga, jeśli wtedy spojrzysz na swojego zacofanego sąsiada, który poci się, śmierdzi i przeklina swoje męczarnie - pamiętaj, że nie znasz tak jego głębi jak i wysokości. On też mógłby marzyć, gdyby jarzmo zwyczaju, prawa i dogmatu zostało z niego zerwane. Nawet teraz nie wiesz, jaka ślepa, związana, nieruchoma poczwarka pracuje tam, aby utkać sobie skrzydła.

Anarchizm oznacza wolność dla duszy jak i dla ciała - w każdym pragnieniu, każdym wzrastaniu.

Kilka słów na temat metod. W minionych czasach Anarchiści wykluczali się nawzajem również na tych podstawach; rewolucjoniści pogardliwie mówili "Kwakrzy" o ludziach pokoju; w odpowiedzi Kwakrzy przeklinali "dzikich Komunistów".

To również przemija. Powiem tak: wszystkie metody pozostają kwestią indywidualnych decyzji i zdolności.

Mamy Tołstoja - chrześcijańskiego, niestawiającego oporu artystę. Jego metodą jest malowanie obrazów społeczeństwa takim, jakim jest - pokazywanie brutalności siły i jej bezużyteczności; głoszenie końca rządu poprzez odrzucenie wszelkiej siły militarnej. Dobrze! I mówię to całkowicie szczerze. Współgra to z jego charakterem i jego zdolnościami. Cieszmy się, że tak pracuje.

Mamy Johna Mosta, starego, spracowanego, z ciężarem więziennych lat na karku - a mimo to ostrego, ostrzejszego, zawzięcie potępiającego klasę rządzącą z siłą tuzina młodszych mężczyzn - schodzącego z ostatnich wzgórz życia, budzącego świadomość zła wśród swoich towarzyszy. Dobrze! Tę świadomość należy przebudzić. Niechaj długo jeszcze przemawia jego ognisty język.

Mamy Benjamina Tuckera - spokojnego, opanowanego, krytycznego - posyłającyego swoje piękne, ostre strzały między wrogów i przyjaciół z lodowatą bezstronnością, uderzającego szybko i tnącego głęboko, i zawsze gotowego, by dopaść zdrajcę. Trzyma się biernego oporu jako najbardziej skutecznej metody, jednocześnie gotów jest do jej zmiany, gdy tylko uzna to za rozsądne. To do niego pasuje; na swoim polu jest sam, nieoceniony.

Mamy Piotra Kropotkina przemawiającego do młodych, patrzącego czułymi, ciepłymi i spragnionymi oczyma na każdy wysiłek kolonizacyjny, z entuzjazmem dziecka wychwalającego powstania robotnicze i całą swoją duszą wierzącego w rewolucję. Jemu również dziękujemy.

Mamy też George'a Browna propagującego pokojowe wywłaszczanie poprzez zjednoczone federacją związki zawodowe robotników. I jest to dobre; czuje się w tym pewnie; w wybranej przez siebie dziedzinie może osiągnąć najwięcej.

A tam w trumnie we Włoszech leży człowiek, którego metodą było zabicie króla[3] i zszokowanie narodów nagłą świadomością pustoty ich prawa i porządku. Jego też, jego i jego czyn, przyjmuję bez zastrzeżeń i kłaniam się w milczącym uznaniu jego siły.

Są bowiem tacy, których naturą jest myśleć, błagać, ustępować, a którzy jednak wracają, by móc dalej przemawiać i w ten sposób przekonywać swoich współtowarzyszy. Są też inni, nieugięci i opanowani, stanowczy, nieprzejednani jak sen Judasza o Bogu; i ci ludzie uderzają - uderzają raz i koniec. Ale ich cios rozbrzmiewa na całym świecie. I tak jak w nocy, kiedy niebo jest ciężkie od burzy, jakiś nagły wielki biały blask rozświetla je i każdy obiekt zaczyna się ostro wyróżniać, tak w błysku strzału z pistoletu Bresciego cały świat na chwilę zobaczył tragiczny zarys włoskiego ludu, zagłodzonego, zdeformowanego, okaleczonego, skulonego, upodlonego, mordowanego; i w tej samej chwili, kiedy ich zęby szczękały ze strachu, przyszli i poprosili Anarchistów, żeby się wytłumaczyli. I setki tysięcy ludzi, w tych kilku dniach, przeczytało o tej idei więcej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Pytasz więc o metodę? A czy pytasz Wiosnę o jej metody? Co jest bardziej potrzebne, słońce czy deszcz? Czy są sobie przeciwstawne? Owszem. Czy wzajemnie się niszczą? Tak. Ale z tego niszczenia wyrastają kwiaty.

Niech każdy wybierze tę metodę, która najlepiej wyraża jego osobowość i niech nie potępia innego, który wyraża Siebie w inny sposób.

[1] przyp. red.: Zaczęła się ona w1866 roku, kiedy niemiecki biolog Ernst Haeckel (1837-1919), dowodził, że nauki przyrodnicze ostatecznie zweryfikowały empirycznie filozoficzną tezę Barucha Spinozy, że umysł i materia, czyli myśl i rozciągłość, to tylko dwa sposoby istnienia jednej substancji.

[2] przyp. red.: W porównaniu do zysku produkowanego przez jednego pracownika fabryki.

[3] przyp. red.: Gaetano Bresci 28 lipca 1900 podczas konkursu gimnastycznego w Monzy zastrzelił Humberta I, króla Włoch.